Taak. Do dzisiaj jak sobie przypomnę to w głowie mam "Dragowicz, Krawczenko, Steiner. All must die" czy jakoś tak. Plot twist z Reznovem i samo menu, w którym jesteś przywiązany do krzesła, a na koniec z niego uciekasz. To wszystko sprawiło na mnie ogromne wrażenie w tamtym czasie. Teraz widzę, że to musiała dobra gra być, skoro po dobrych paru latach wciąż ją wspominam i pamiętam co ważniejsze elementy.
Fakt, popełniłem błąd. Podzieliłem przez 1000 metrów, żeby uzyskać kilometry, jak przy długościach. Pomyliłem się z przeliczeniem w kwadratowych.
"Każda mapa zaoferuje kilka godzin rozgrywki, a ich rozmiar wynosić ma średnio dwa kilometry kwadratowe. Dla porównania, największa lokacja w Metro: Last Light miała 100 na 200 metrów."
Chyba deweloper się pomylił tutaj troszkę, bo jaki sens miałoby mówienie, że mapy będą dużo, dużo większe i będą przy tym wynosić DWA KILOMETRY KWADRATOWE, czyli 100m na 20m, kiedy w Last Light potrafiły mieć 100m na 200m, czyli DZIESIĘĆ razy więcej. Nawet w wypowiedzi dewelopera słychać, że chciał powiedzieć dwa kilometry na dwa kilometry, ale coś się zaciął i powiedział dwa kilometry kwadratowe, co w żadnym wypadku nie jest tym samym co kwadrat dwa na dwa kilometry.
Może o czymś nie wiem (międzynarodowa zmiana zasad prowadzenia obliczeń geograficznych), ale już drugi raz rzuca mi się to w oczy i po prostu nie wiem, o co kaman, bo ewidentnie wygląda to na pomyłkę.
Oberża w Działdowie, kilka tygodni po wydarzeniach pod Grunwaldem, asasyn Arti w roli głównej (niedaleko pól, na których rozegrała się Bitwa pod Grunwaldem)
"Trzy. Jakże to ważna liczba dla każdego z nas. Tylko trzy święte prawa wyznaje bractwo, ale aż trzy wielkie krzyże legły na tych polach, cieniem swym obejmując całe Prusy Zakonne. I tylko trzech braci wystarczyło. Po obydwu stronach. Wszystko co największe i wszystko co najmniejszym się jawi zamknięte jest w tej liczbie. Wielu z was stanęło do bitwy. Wiem. I Prawda ta, choć skrzętnie skrywana, niezaprzeczalnym stała się faktem. Spoczywajcie jednak. Bractwo pamięta. Ja pamiętam. Dziś
piję za wasze zdrowie"– snuł w duchu, po czym spokojnym, opanowanym, ale jednocześnie pewnym ruchem prawej ręki uniósł masywny, bukowy kufel, po raz kolejny wypełniając usta gęstym trunkiem. Zapyziały, omijany kącik, w którym osiadł, objęty był półmrokiem, a jedyną rzeczą pozwalającą przypuszczać, że nie jest zapomniany całkowicie była cieniutka
świeca z nieustannie szarganym płomyczkiem, którą, o dziwo, komuś chciało się tu zapalić. Siedział więc, co rusz spłukując gorzkie myśli słodkawym trunkiem. Siedział i słuchał.
– ... A jakże! To Khe! Urlicha pierścień, O! źrzyj! - chwalił się mężczyzna o aparycji właśnie turlanej przez szynkarza beki. – Dźgłem go, o tak! prosto Khe! W ślepia! Potem w piersi! – darł się zapalczywie, odkrztuszając co chwilę kawałki gęsi.
„Co za nonsens...” – Arti czuł, jak coś w nim wzbiera. Nieopisana złość wymieszana z żalem. „Prostak pewnie nawet nie wie, jak dobrze trzymać miecz, nie mówiąc nawet o cięciu”.
Siedzący wokół krzykacza żołnierze, w przerwach między żłopaniem ciepłego piwa, a mieleniem kiełbasy, przytakiwali mu, co jedynie prowokowało go do snucia dalszych bajań, które w pewnym momencie nabrały wręcz kuriozalnych kształtów. Arti wziął więc ostatni, długi łyk ciemnego piwa, po czym wyjąwszy zalegający przy nodze czekan energicznie wstał jednocześnie wbijając go w ławę. Następnie odczekał chwilę kumulując lekko rozmyte już myśli, a zarazem upewniając się, czy wszyscy go usłyszą. W tej właśnie chwili uwaga całej karczmy skupiała się właśnie na nim. Mimo to, nie obawiał się. Panujący wokół niego półmrok w połączeniu z długim kapturem skutecznie maskowały jego tożsamość.
– Ponad dwadzieścia tysięcy konnicy – mówił wyraźnie i głośno. – Sześć tysięcy piechurów, artyleria… Dyscyplina. – Rozejrzał się po gawiedzi. – Czy naprawdę któryś z was wierzy w to, że Friedrich, Konrad, Ulrich – ikony zakonu – mogłyby zginąć z ręki zwykłego żołnierza? Patrzyłem na śmierć każdego z nich. Moi bracia byli wśród was, choć ich nie widzieliście. Sprawili, że cała gorejąca nadzieja zakonu została zdławiona, zgaszona i wdeptana w ziemie razem z krwią właśnie tej trójki. – Przeżycia powracały. Szalejąca w głowie krew dawała mu powoli o sobie znać w postaci mroczków. Ciągnął jednak dalej. – Zadania podjęli się najlepsi i czekali na ten moment całe dekady. Wielu poległo. Wybawiciele. A wszystko po to, abyście teraz mogli w spokoju popychać swoje bujdy. – Głos jego załamywał się. – Jak pewnie słyszeliście, zło nie sypia zbyt dobrze. I wy się zbudźcie. – Powiedziawszy to, błyskawicznie obrócił się w stronę uchylonej okiennicy ścinając przy okazji knot świecy ukrytym ostrzem. Nie minęło uderzenie serca, a w środku pozostał po nim już tylko pusty kufel i długa, nieprzerwana chwila kontemplacji.