Shirru

Shirru ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

03.12.2023 14:00
Shirru
odpowiedz
Shirru
4

Kevin zawsze lubił robić innym kawały, więc na pewno wybrałby grę Sąsiedzi z piekła rodem (Neighbors from Hell). W grze mógłby testować nowe pułapki i inspirować się w jaki wymyślny sposób uprzykrzyć komuś życie w kolejne święta. Poza tym na pewno miałby niezłą radochę mogąc niemal bez końca prankować sąsiada w grze, bez wychodzenia z domu na ten ziąb. I bez konsekwencji rzecz jasna :)

02.12.2023 14:54
Shirru
odpowiedz
Shirru
4

Nikt nie sprawdzi się lepiej, niż Mistral z Metal Gear Rising. Typiara ma ze czternaście rąk, więc jedna Mistral starczy za kilku innych towarzyszy. W jednej ręce odkurzacz, w drugiej ścierka do kurzu, w trzeciej spryskiwacz do okien, czwarta z piątą pakują prezenty, kolejne dwie ozdabiają pierniki. A ostatnią ręką mogę z nią grać w papier, kamień, nożyce - w końcu grunt to właściwy podział obowiązków.

01.12.2023 23:56
Shirru
1
odpowiedz
Shirru
4

Na myśl przychodzi tylko jeden, słuszny kandydat - postać, której głos jest czysty i bystry, niby woda w rynsztoku. Persona, której słownictwo jest bogatsze, niż skarbce hierarchy Hemmelfarta i zawstydzić by mogło niejednego poetę. Mowa oczywiście o YARPENIE ZIGRINIE! Z zapałem i werwą z jakiej znane są krasnoludy każda kolęda poderwała by nawet wojsko do boju. A najlepsze jest to, że przy pianiu Yarpena, każdy, nawet najgorszy śpiewak zaprezentował by się całkiem niezgorzej!

24.01.2021 21:49
Shirru
odpowiedz
Shirru
4

A te ostateczne wyniki w lipcu 2020 czy 2021? XD

post wyedytowany przez Shirru 2021-01-24 21:51:01
06.07.2020 23:19
Shirru
odpowiedz
Shirru
4

Po odejściu Grimesa nikt nie kwapił się, by wracać do spania. Zarówno wizyta cudem ocalałego porucznika, jak i to co im przekazał nie pozwoliłoby żadnemu z nich zmrużyć oka. Zjedli szybkie śniadanie – paski suszonego mięsa, które Sha’anks skitrane miał za pazuchą, zebrali prowizoryczne obozowisko, po czym wyruszyli ku Greymoor.
Plan był z pozoru prosty – odeskortować Bodila, dostać się do Gutrima, strącić Beinarda ze stołka i to najlepiej, gdy ten akurat będzie miał pętlę na szyi. W rzeczywistości sprawa była jednak bardziej skomplikowana. Kapitan, choć zapewne nie spodziewał się ich powrotu, musiał się przygotować również na taki obrót spraw. Fort był obsadzony w większości oddanymi mu ludźmi, niewykluczone, że otrzymali dokładne rozkazy na wypadek pojawienia się oddziału Grimesa. Strzelać z murów? Pojmać? Nie wpuścić do fortu? Dorwać i wykończyć na gościńcu? Opcji było wiele i każda wydawała się prawdopodobna. Nie mogli więc ryzykować wejścia jak gdyby nigdy nic przez główną bramę. Musieli dostać się do Greymoor niepostrzeżenie. Na całe szczęście spośród ich trójki, dwoje było przestępcami z wieloletnim doświadczeniem.
Na miejsce dotarli po zmroku. Gdy tylko ich oczom ukazał się fort, zapadli głębiej w las, otaczający Greymoor. Traktem kursowali gońcy, patrole i wozy z zaopatrzeniem, a na wieżach i blankach czuwali wartownicy. Przez jakiś czas drużyna siedziała w zaroślach, obserwując z oddali warty na murach – ich trasy, liczebność, częstotliwość zmian. W międzyczasie zbierali siły. Choć całodziennego marszu po zagajach nie można było nazwać spacerem, Sha’anks i Micareth wyglądali raczej na znużonych, czego nie mogli powiedzieć o Bodilu. Urzędnik, widocznie nienawykły do większego wysiłku, nie najlepiej zniósł podróż. Choć wyruszył dość dziarsko z czasem został nieco z tyłu. O zachodzie zaczął iść wolno i ociężale, jak żółw, jednak towarzysze przyszli mu z pomocą – wzięli go pod ramiona i kontynuowali marsz. Pod wieczór nieszczęśnik wlókł się, jak zbity pies, dość odważnie lub głupio wystawiając cierpliwość Micareth na próbę. Choć wszyscy czuli ulgę na myśl, że to koniec przedzierania się przez lasy i wertepy, wiedzieli, że tak naprawdę najtrudniejsze przed nimi.
Gdy Sha’anks wraz z wojowniczką rozgryźli schemat wart, a Bodil odzyskał siły, ruszyli ku murom. Pomimo ciemności, które zdecydowanie działały na ich korzyść, musieli zachować ostrożność, by plan nie spalił na panewce.
Bez większych trudności dostali się pod sam fort. Wybrali miejsce odległe od głównej bramy, w którym kończyły się blanki, a wzrastała wysoka wieża. Strażnicy ani razu nie doszli do końca trasy, wiedząc, że zastaną tam tylko ślepy zaułek.
Odczekali aż płomień pochodni oddali się jeszcze bardziej, po czym przystąpili do działania. Khajit cofnął się o kilka kroków, po czym wyrwał, jak wystrzelony z procy, i odbił się od ziemi wielkim, iście kocim susem. Pozostali patrzyli z podziwem, jak ten wpisana się zwinne po kamiennej ścianie, niby po drabinie. Już po chwili zsunęła się lina, po której Micareth mniej zgrabnie, ale równie skutecznie, dostała się na górę. Bodil nie chciał odstawać, jednak pomimo zapału i determinacji, co rusz stopy ześlizgiwały mu się z muru albo ręce nie wytrzymywały obciążenia, w efekcie czego lądował w śniegu.
– Nie – jęknął przerażony urzędnik, gdy lina powędrowała z powrotem, zostawiając go na dole samego. – Nie zostawiajcie mnie! – szepnął, choć wiedział, że i tak nikt go nie słyszy.
Z rezygnacją oparł się plecami o mur, przygryzając nerwowo wargę. Porzucili go. Po tym wszystkim zostawili go samego i to pod samym Fortem! A już zaczął się łudzić, że mimo różnic są towarzyszami…
W ostatniej chwili stłumił krzyk, gdy coś spadło mu na ramię. To była sznur, lecz tym razem na jego końcu widniała niewielka pętla. Urzędnik pojął w lot. Włożył w nią stopę, po czym pociągnął dwukrotnie. Poczuł szarpnięcie i po chwili sunął ku blankom z szerokim uśmiechem na ustach.
Gdy tylko czupryna urzędnika wychynęła zza blanki, wciągnęli go, jak magiczny portal. Chłopak otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak powstrzymały go palce – jeden przytknięty do pyska Sha’anksa, drugi do szyi Micareth w złowróżbnym geście.
Ruszyli schodkami przyległymi do wewnętrznej strony muru. Plac ćwiczebny, choć za dnia był niemal centrum życia fortu, w nocy był jego najcichszą i najpustszą częścią. Nie dostrzegłszy żadnego patrolu, przecięli plac w poprzek. Dotarli do drzwi, prowadzących do kwater wyższych rangą żołnierzy, w nadziei, że to tam odnajdują niejakiego Gutrima.
Jakież więc było ich zdziwienie, gdy po ich otwarciu wpadli niemal na rosłego sierżanta. Mężczyzna od razu sięgnął po miecz, khajit i wojowniczka również chwycili za broń, jednak niespodziewanie między nich wdarł się urzędnik.
– Czekajcie! – jęknął, z pobladłą ze strachu twarzą. – Gutrim, to ja! Bodil, pamiętasz mnie?!
Strażnik patrzył na niego przez chwilę, spod krzaczastych brwi. Wreszcie jego oblicze rozjaśniło się nieco, dając tym samym znak, że pamięta.
– Szukaliśmy cię – podjął, nim ktokolwiek zdołał dojść do słowa. – Mamy wieści! Bardzo ważne! Od porucznika!
– Nie ma go z wami. – Stwierdził, nie zapytał. Jego twarz znów się nachmurzyła.
– Nie ma – potwierdziła Micareth. – Ale nie możemy rozmawiać tutaj, bo ktoś jeszcze nas przydybie. Nikt nie może nas zobaczyć, Beinard nie może wiedzieć, że tu jesteśmy.
Gutrim wyglądał na zdziwionego, ale skinieniem głowy nakazał im iść za sobą. Weszli do środka, pokonali schody i po chwili siedzieli już w kwaterze sierżanta.
Choć nikt nie prosił, opowieść zaczął Sha’anks. Jego wersja była długa, zawiła, pełna niezgrabnych językowo, a czasem nawet zabawnych błędów i niedopowiedzeń. Wojowniczka w międzyczasie podała mężczyźnie torbę z dowodami i list od Grimesa, po czym znów oparła się o ścianę z założonymi rękoma.
– No i wtedy gonili nas ci farmerzy! – Gestykulował gorączkowo khajit.
– Farmerzy? – Brwi Gutrima powędrowały niemal pod powałę.
– Tak! No, przecież Sha’anks mówi! Wredne, blade stwory.
– Nie farmerzy, tylko falmerzy – parsknęła Micareth.
– Mniejsza o falmerów – Rzekł sierżant z zatroskaną miną. – Mówcie co z porucznikiem.
– Jak to co? – zdziwił się Sha’anks. – Wykitował pewnie. Słuchał pan jak Sha’anks opowiadał? Bo wygląda, że spał.
– Ale pewności nie macie? – drążył Gutrim.
– Pewności nie – odezwała się milcząca do tej pory kobieta. – Sam starł się z tamtą wampirzą suką, jakimś generałem co najmniej, a nie byle parobkiem. To był dobry wojak, ale takiej sile podołać nie mógł.
– Dał nam czas na ucieczkę – dodał Bodil. – Odszedł jak bohater.
– Opłakać go jeszcze zdążymy. – Wojownicza położyła dłoń na rękojeści rapiera. – Najpierw trzeba się zająć Beinardem.
Gutrim popatrzył na nią ze zdziwieniem. Przez dłuższą chwilę milczał, rozważając coś zauważalnie. Wreszcie potarł czoło dłonią, westchnął.
– A ty? – zwrócił się do khajita. – Nie chcesz odejść? Może być gorąco.
– Przyjaciółka od złej magii zginęła dla oddziału, pan porucznik zginął dla oddziału, a zrzędliwa przyjaciółka chce dla oddziału to wszystko zakończyć. Sha’anks tchórz, ale swój honor ma. Pomoże. Ale potem odejdzie tak daleko stąd jak będzie mógł.
– Dobra, niech będzie. – Gutrim wstał, po czym otworzył drzwi. – Chłopaki! Do mnie! Mamy robotę do wykonania.
Pięciu żołnierzy stanęło przed sierżantem na baczność.
– Złóżcie kapitanowi wizytę i przekażcie mu to. – Mężczyzna podał jednemu z podkomendnych list od Angry i torbę z dowodami. – I powiedzcie, że cholerny Grimes gryzie ziemię. A tych tu – kiwnął głową ku zdezorientowanemu oddziałowi – przeszukać, zabrać broń i wtrącić do lochu.
– Przygotować szubienicę?
– Nie, będą nam jeszcze potrzebni. – Uśmiechnął się paskudnie, zdejmując przylepioną od kilku ładnych lat maskę poczciwca. – Choć gdyby wiedzieli co ich czeka, rychło zapłakaliby o stryk.
– Sha’anks chyba się pogubił – jęknął khajit, gdy żołnierze wlali się do kwatery.
– Ty suczysynu! – wrzasnęła Micareth, szarpiąc się w żelaznych uściskach strażników. – Angra ci ufał! Angra…
– Angra to, Angra tamto! – Przedrzeźnił ją Gutrim teatralnie. – Pieprzyliście się, że tak o nim gadasz? Nie, pewnie, że nie! Przecież szlachetny Grimes Angra, ojciec ojców, żołnierz nad żołnierzy, przywódca nad przywódcami nie zrobiłby czegoś takiego. – Splunął. – Was też widzę omamił, znaczy głupsi jesteście, niż wyglądacie. Myślałem; weźmie Grimes bandytów, łotrów, szubrawców, to go zaciukają, gdy tylko się od bramy oddalą. A wy nie dość, że jak te barany za nim poleźliście, to jeszcze po jego śmierci niby kundle zimną rękę pana liżecie…
Rozległ się wrzask – Bodil, na którego nikt do tej pory nie zwracał uwagi, rzucił się na sierżanta z nożem, który jeszcze przed chwilą leżał na szafce nocnej, obok przekrojonego wpół jabłka. Mężczyzna bez trudu uniknął słabego, niewprawnego ciosu. Wytrącił napastnikowi broń i trzasnął go w potylicę. Ciemność spadła na niego niemal natychmiast.

* * *
Cela, choć znajoma, nie wydała się przez to ani krzty przytulniejsza. Spędzone tu kolejne trzy dni również tego nie zmieniły. Nie licząc ich trójki oraz szczurzego truchła, loch był zupełnie pusty. Nie trudno było się domyślić, że więźniowie, którzy nie wstąpili do oddziału Grimesa, gryźli już ziemię. Wyglądało na to, że Beinard i jego ludzie nie próżnowali pod ich nieobecność, czystka była permanentna. Ani khajit, ani Micareth nie mieli na tyle optymizmu, by uwierzyć, że któryś ze skazańców został uniewinniony i puszczony wolno.
Ciszę, która panowała od dłuższego czasu przerwały ciche słowa Micareth.
– I po co ci to było, gryzipiórku?
Bodil, który siedział w kącie celi, bawiąc się rozerwaną sprzączką buta, uniósł głowę.
– Trzeba było siedzieć cicho – kontynuowała. – Może by ci ten skurwiel podarował. A tak tylko idiotę z siebie zrobiłeś i trafiłeś z nami do kicia.
– Zamknięty jak ten błyszczący kamyczek w skrzyni – mruknął Sha’anks, wyczesują pazurami ogon.
– Nie żałuję. – Młody urzędnik uniósł dumnie głowę. – Chociaż może nie słusznie, ale czuję się jak członek oddziału. Poza tym porucznik mnie uratował. Ryzykował dla mnie powodzenie misji…
– Znaczy, że gówniany dowódca z niego. – Na twarzy Micareth zamajaczyło coś na kształt gorzkiego uśmiechu.
– Ale dobry człowiek – odparł Bodil, przymknąwszy powieki. – Dobry człowiek.
Znów zapadła cisza, choć nie trwała ona długo. Gdzieś w oddali rozległy się odgłosy szamotaniny. Pierwszy wyłapał je Sha’anks, który zerwał się zaraz na nogi i przywarł do krat, strzygąc uszami. Micareth wstała niepewnie, Bodil znów uniósł głowę.
Krzyki, łupnięcia i szczęk stali o stal zbliżały się coraz bardziej i bardziej, aż nagle ucichły. Trwali w bezruchu, w pełnym napięcia wyczekiwaniu. Na co? Nie mieli pojęcia.
Drzwi u góry schodów, niewidoczne zza krat, otworzyły się z jękiem zawiasów, wpuściwszy do środka blask pochodni. Nie usłyszeli kroków, miast tego ich oczom ukazał się cień, a zaraz potem ciemna postać otulona opończą.
Więźniowie patrzyli na nią w milczeniu. Atmosfera zagęściła się, Bodil mógłby przysiąc, że dałoby się ją pokroić nożem. Khajit wysunął pazury, a wojowniczka zacisnęła pięści gotowa do walki wręcz. Tylko Bodil nie wiedział, co ze sobą zrobić.
– Czołem, łachudry – rozbrzmiał spod kaptura znajomy głos. – Jest robota i szukam kilku ochotników. Chętni wystąp!

30.06.2020 23:13
Shirru
odpowiedz
Shirru
4

Biegli korytarzem, ile sił w nogach. Choć odgłosów walki nie słyszeli już od kilku dobrych minut, nie zwalniali. Oboje mieli świadomość, że to oni są ostatnią nadzieją, że to od nich wszystko zależy. Jeśli nie dotrą na powierzchnię i nie powiadomią pozostałych o zbierającej się w Blackreach armii, to będzie koniec. Nie tylko Greymoor czy Skyrim, ale całego Tamriel.
Nagle dogoniło ich echo wściekłego ryku wampirzycy, od którego Sha’anksowi zjeżył się ogon, a Micareth na krótką chwilę straciła równowagę, gubiąc przy tym rytm.
– C-co – wymamrotał wybudzony Bodil, rozglądając się niemrawo. – C-co to było? Gdzie ja…? Gdzie ja jestem? Kim wy jesteście?
Wojowniczka wymieniła z khajiitem znaczące spojrzenia.
– Przyjaciele – wyjaśnił Sha’anks oszczędnie. Choć słynął z gadatliwości i zwykle pysk mu się nie zamykał, teraz nie miał siły ani ochoty wszystkiego tłumaczyć. Kobieta była chyba podobnego zdania.
– Jesteśmy w Blackreach – rzuciła tylko, skręcając w kolejny korytarz. – I właśnie ratujemy ci dupsko.
– B-Blackreach? To niemożliwe, to był przecież tylko zły sen! – Oczami wielkości spodków przyjrzał się przegubom rąk, licząc zapewne, że znajdzie dowód na potwierdzenie własnych słów. Z przerażeniem skonstatował, że ślady po kajdanach nie zniknęły.
– Przyjaciel siły ma? Może biec? – spytał khajiit, który powoli zaczął zostawać w tyle. – Przyjaciel jest chuchro, ale do biegania nie najlepszy. Majta się i spowalnia.
– Biec? Chyba mogę – zająknął się urzędnik.
Przystanęli. Kocur zestawił Bodila, a Micareth poprawiła rapier. Ruszyli dalej, jednak tempo mieli wolniejsze. Nowy towarzysz, choć był w stanie uciekać o własnych siłach, chwiał się i potykał na każdym kroku.
– Strasznie się wleczesz – warknęła Micareth. – Angra to kawał wojownika, ale nie wiem jak długo wytrzyma. Być może już padł, a ta ździra idzie naszym śladem. Nie zdziwiłabym się, gdyby zabrała ze sobą te maszkary. Jeśli dalej będziemy się tak ciągnąć, dorwą nas.
– Szybciej nie mogę…
– To lepiej zacznij móc. – Zagroziła, krzywiąc wargi. – Po co my w ogóle go ze sobą ciągniemy? Brat on nam albo swat?
– Kapitan kazał… – zaczął Sha’anks, wskazawszy łapą kolejny korytarz, którym nie tak dawno szli ku Blackreach. Ruszyli w tamtym kierunku, nie przerywając dyskusji.
– Angry tu nie ma! Zostawmy tę fajtłapę, przy odrobinie szczęścia da nam kilka dodatkowych minut.
– C-co?! – Bodil zbladł. – Chcecie mnie zostawić? Jako przynętę?!
– Można mu przetrącić nogę – dodała beznamiętnie. – Żeby ze strachu nam nie spieprzył.
– Przestań! – krzyknął Sha’anks, a Micareth spojrzała na niego spłoszona. Pierwszy raz słyszała ten głos – gniewny, groźny, nieznający sprzeciwu. Zupełnie obcy. Zamrugała kilkukrotnie, jak gdyby nie mogła uwierzyć, że wydobył się z pyska łagodnego khajiita.
– To przyjaciel. – Dodał spokojniej. – Nie twój, nie mój, ale kapitana. I nie zostawimy!
Wojowniczka splunęła na mijany głaz, ale nie zaprotestowała. Szczególnie, że kocur wziął nieszczęśnika pod ramię i pociągnął go za sobą, narzucając szybsze tempo.
Nie minął czas w jakim chłop opróżnia kufel piwa, gdy dotarli do rozwidlenia, w którym jeden z tuneli prowadził do wyjścia.
– Dlaczego stoimy przed tą ścianą? – spytał Bodil, zauważywszy przerażenie wykwitłe na twarzach wybawców.
– Psiakrew! – syknęła wojowniczka. – Ta ściana to nasza droga ucieczki!
– Jak to?
– Cholerne pijawy zawaliły przejście! Jesteśmy uwięzieni!
– Jest jeszcze jedno – zauważył urzędnik, wskazawszy rozwidlenie.
– Nie wiemy dokąd prowadzi. – Micareth stanęła u wylotu tunelu. – Skoro go nie zasypali, możliwe, że zastawili tam pułapkę.
– Musimy szukać inne wyjście… – Sha'anks urwał w połowie zdania, gdy z oddali dobiegł ich złowieszczy ryk, a chwilę później rozbrzmiał znany im dobrze łomot setek odnóży.
Bez słowa rzucili się w głąb drugiego korytarza. Wizja pułapki niczym była w porównaniu do spotkania z hordą potworów, szczególnie przy ich obecnym składzie. Biegli najszybciej jak mogli i nawet Bodil dotrzymywał kroku, mobilizowany narastającym zgiełkiem pogoni. Przetykane świecącymi grzybami przejście ciągnęło się bez końca.
Nagle rozległ się trzask, a ziemia pod ich stopami zadrżała. W jednym momencie poczuli jak grunt umyka im pod nogami, po czym wraz z nim osuwają się w dół. Po chwili leżeli już obolali wśród skał, przysypani ziemią i żwirem.
– Gdzie my, cholera, jesteśmy? – syknęła Micareth, wstając z trudem.
– Zdaje się, że w dwemerskim korytarzu.
Podkomendni Angry spojrzeli ze zdziwieniem na urzędnika, który jak gdyby nigdy nic otrzepywał odzienie z pyłu. Ciągnące się pod sklepieniem rury, jaśniejące niebieskawym światłem lampy i kanciaste zdobienia, faktycznie na to wskazywały.
Łomot dobiegający z oddali nasilił się, przypominając całej trójce o pościgu. Hol, choć długi, posiadał tylko dwoję drzwi – od północy, z której właśnie uciekali, i od południa. Bez namysłu ruszyli ku tym drugim. Za wszelką cenę chcieli oddalić się od serca Blackreach najbardziej jak to było możliwe.
Przy wrotach zastali trzy dźwignie. Micareth kopniakiem sprawdziła, czy korzystanie z nich aby na pewno jest konieczne. Zgodnie z jej obawami, wrota nawet nie drgnęły.
– Nie ma dziurki – zmartwił się Sha’anks. – Bez dziurki żaden wytrych nie zaradzi.
– Trzeba je pociągnąć w odpowiedniej kolejności?
– Raczej wybrać tą właściwą – stwierdził Bodil, przyglądając się wajchom z bliska. Delikatnie, lecz tak by nie uaktywnić mechanizmu, naparł palcem na każdą z dźwigni.
Pozostali cofnęli się o kilka kroków, by zachować bezpieczną odległość. Choć dwemerowie wciąż byli dla świata tajemnicą, każdy słyszał o legendarnych, dwemerskich pułapkach. Patrzyli więc struchleli, jak urzędnik pociąga środkowy uchwyt. Ściany zadrżały, a pełną napięcia ciszę przerwał szczęk zębatek. Odetchnęli, gdy kamienne drzwi przesunęły się z chrzęstem i zniknęły w murze.
Bodil wszedł do środka bez słowa. Towarzysze popatrzyli po sobie, jak gdyby właśnie objawił im się daedryczny książę i objaśnił, że wstąpił do Akademii Bardów na stanowisko rektora. Rychło jednak otrząsnęli się z osłupienia i pognali za urzędnikiem, szczególnie, że kamienne wrota zaczęły wracać na swoje miejsce.
Pomieszczenie, w którym się znaleźli było krasnoludzką pracownią i to w dodatku wybudowaną we wnętrzu góry – ściany sali biegły setki stóp w górę, zbiegając się na samym szczycie. Po jednej stronie komnaty stało kilka stołów, na których piętrzyły się dziwaczne aparatury, kolby i fiolki, stojaki z pustymi kryształami, księgi, manuskrypty i wiele innych komponentów. Po przeciwnej stronie wznosiła się część warsztatowa. Kilka pieców, gdzie każdy wyglądał inaczej, wielki miech, koryto i kowadła. Wśród nich stały zastygłe agregaty, które niechybnie pomagały niegdyś tworzyć dwemerom jeszcze niezwyklejsze machiny. Na kamiennych blatach, wśród śrub, sprężyn i zębatek walały się narzędzia – od tych dobrze wszystkim znanych, po takie których przeznaczenia nie potrafili sobie wyobrazić. Na środku sali stał zaś twór, który w pierwszej chwili przeraził, a zaraz potem zachwycił całą trójkę. Ustrojstwo przypominało ogromnego, metalowego pająka, z dobudowaną parą szczypców.
Mimo masy niezwykłych odkryć, nigdzie nie dostrzegli drzwi ani dalszych korytarzy. Byli w pułapce.
– Rozejrzyjmy się tu – zarządziła Micareth. – Nie możemy się cofnąć, bo dopadli by nas od razu, a drzwi wyglądają na solidne. Dopóki nie pojawi się ktoś z głową, kto będzie potrafił użyć dźwigni jesteśmy bezpieczni.
Rozpierzchli się po pracowni. Bodil od razu doskoczył do pulpitu ze zwojami i księgami, khajiit zainteresował się dwemerskim pajęczakiem, wojowniczka zaś przeszukała pomieszczenie, wyglądając przełączników, klap, wajch i ukrytych przejść. Nie znalazła żadnej drogi ucieczki, prócz wyrwy u szczytu góry, pokrytej warstwą lodu, przez którą przebijało się światło powierzchni. Kobieta nie próbowała układać planu dostania się do szczeliny – nawet gdyby lód nie był gruby i udałoby im się go rozkruszyć, nie istniał żaden sposób na dotarcie do wyłomu. Zrezygnowana, dołączyła do Sha’anksa, który wspinał się właśnie zwinnie na maszynę.
– Sha’anks nie specjalista – krzyknął z góry – ale to chyba koń jest.
– Co?! – parknęła Micareth, oglądając znalezisko od dołu. – Gdzie ci to do konia podobne?
– Nie podobne! Sha’anks nie głupi! Ale to chyba ma wozić, jak koń. Tu są takie jakby krzesła…
– Większej bzdury…
– On ma rację – powiedział urzędnik, pochylony nad jednym z pergaminów. – To swego rodzaju dwemerski powóz.
– A co ty się tak na dwemerach wyznajesz, co? – Micareth skrzyżowała ręce na piersi, wbiła w mężczyznę świdrujące spojrzenie. – Mądrzysz się jakbyś wszystkie rozumy pozjadał i wielkim specjalistą był od krasnoludów i ich krasnoludzkiego barachła. A przecież z ciebie urzędas jest, nie uczony.
Bodil oglądnął się przez ramię, na jego naznaczonej śladami po ospie twarzy zamajaczył nieładny grymas.
– Nie znasz mnie, gamratko – warknął. – I wolałbym, żeby tak pozostało, bo trzymam się z daleka od takich jak ty… – Wyglądało jakby chciał splunąć, jednak chyba się rozmyślił. – Ale jesteśmy tu uwięzieni i musimy współpracować. Musicie wiedzieć, że od zawsze chciałem być badaczem, odkrywać dwemerskie ruiny i ich tajemnice, co jak widać, nie bardzo mi wyszło. Nie znalazłem nikogo, kto wsparłby i opłacił moje ekspedycje. Ale to nie znaczy, że straciłem zainteresowanie. Wygrałem kiedyś w karty z jednym historykiem, nie przypadkowym oczywiście…
– Do brzegu – ponagliła wojowniczka, której stopa od jakiegoś czasu uderzała ze zniecierpliwienia o posadzkę.
– Otóż zażądałem od przegranego, by nauczył mnie języka dwemerów. W jedną noc nie da się nauczyć języka, szczególnie, że ten nie jest łatwy i nadal ma wiele niewiadomych…
– Jak matkę kocham, zaraz mu przyłożę – mruknęła Micareth, niby do siebie, lecz na tyle głośno, by doleciało to do właściwych uszu. Uśmiechnęła się półgębkiem na widok poczerwieniałej facjaty urzędnika.
– Dobra! – krzyknął. – Odczytałem te pieprzone zapiski, zadowolona?
– I co to dla nas oznacza?
– Znam tylko kilka podstawowych słów i zwrotów, więc to kwestia domysłów, ale jeśli dobrze rozumiem to ten wynalazek miał być przełomem w sztuce wojennej. Widzieliście kiedyś dwemerskiego centuriona? To co tu stoi miało być jego drugą wersją, ale przeznaczoną do przemieszczania się i…
– Po co ktoś chciałby jeździć na takiej kupie złomu, kiedy są konie?
– Bo to miała być bojowa „kupa złomu” – odparł Bodil, imitując kpiący ton rozmówczyni. Podbiegł do golema i przyjrzał mu się dokładnie.
– Khajiitcie, widzisz tam gdzieś dwemerski żyroskop?
– Żyro-co?
– Taki okrągły mechanizm, w którym powinien być klejnot duszy.
Przez krótką chwilę słychać było jedynie intensywne pomrukiwanie i zgrzyt pazurów o metal.
– Jest przyjaciela żyro-coś, ale nie ma kryształu.
Bodil rąbnął otwartą dłonią w nogę pajęczaka.
– O co chodzi? – spytała Micareth, tym razem bez złośliwości w głosie. Reakcja towarzysza ją zaniepokoiła, szczególnie, że nie rozumiała do czego ten zmierzał.
– Jeśli żyroskop byłby sprawny, to znaczy, miał w sobie napełniony klejnot duszy, może zdołalibyśmy uruchomić to ustrojstwo i się wydostać.
– Jak?
– Przecież wiesz.
Wojowniczka patrzyła na Bodila spod zmarszczonych brwi. Nagle drgnęła, doznawszy olśnienia, po czym podążyła spojrzeniem ku szczelinie u szczytu góry.
– Dokładnie. – Potwierdził niedoszły badacz. – To cudo skonstruowano do zdobywania zamków. Powinno móc wspiąć się na górę i bez trudu rozbić lód. Ale to już bez znaczenia. Bez sprawnego żyroskopu machina nie ruszy.
– Sha’anks ma pamiątkę! – Z grzbietu golema wyłoniła się łapa, w której zalśnił wielki klejnot duszy. – I wyjątkowo się nią z przyjaciółmi podzieli!

post wyedytowany przez Shirru 2020-06-30 23:17:04
24.06.2020 00:28
Shirru
odpowiedz
Shirru
4

Rozdział 2

Grimes błądził wzrokiem po nienaturalnie bladej twarzy, usiłując odnaleźć w niej znanego mu dobrodusznego chłopca, podkochującego się w kurtyzanie z Białej Róży. Nie znalazł. Czerwone, nabiegłe krwią oczy patrzyły na niego z mieszanką kpiny i pogardy. Usta, białe niby z porcelany, rozjechały się w złym uśmiechu, odsłaniając kły. A potem płomienie tlące się spod opadających powiek zgasły zupełnie.

– Nie chcę przerywać tej dramatycznej sceny – rzuciła Micareth przez plecy, patrzyła z kamienną twarzą na drobne głazy drżące od tupotu setek, o ile nie tysięcy stworzeń – ale jeśli zaraz się stąd nie zabierzemy, oni zabiorą nas. Do piachu!

Vera i Sha’anks wwiercali w porucznika błagalne spojrzenia w pełnym napięcia milczeniu. Widać było, że oboje chcieli coś powiedzieć, z pewnością ponaglić, ale nie mieli odwagi. Nie w takiej chwili.

Ma rację – pomyślał Grimes, kładąc nieruchome ciało na ziemię. – W przeciwieństwie do Miltena, my żyjemy. Jeśli teraz damy się utłuc, Greymoor, a może nawet i całe Skyrim, będzie nieświadome zagrożenia.

Wyprostował się, wziął wdech, po czym wypuścił go z płuc wraz z żalem, który zdążył rozpalić go od środka. Mimo to żar nie zniknął – Angra pozwolił by w jego miejscu rozgorzał gniew. Dziki, oczyszczający, kojący.

– Zabierajmy się stąd – warknął porucznik, wybierając naprędce jeden z trzech korytarzy. Każdy wyglądał tak samo, mężczyzna nie miał żadnych podstaw, by podejrzewać, że któryś mógł się okazać lepszym bądź gorszym wyborem. A czas naglił.

Puścili się pędem, nie zważając na ból, który wgryzał się w ciało. Na topniejące pokłady siły, na gardła drapiące od płytkich oddechów i wycieńczenia. Adrenalina zaczęła odchodzić, przez co z każdą chwilą coraz bardziej czuli, jak dotkliwe było starcie sprzed chwili. Ale biegli. Musieli biec, bo choć huk za ich plecami nie narastał, nie przestawał też cichnąć.

Veranque przyłożyła dłoń do ust, wydyszała weń kilka słów. Spomiędzy palców zalśniło niemrawe, zielonawe światło, po czym bezkształtny, wielkości jabłka twór, wystrzelił przed uciekających. Grimes nie zadawał pytań i nie była to wcale kwestia zaufania. Raczej wiary, że sytuacja w jakiej się znajdowali, choć na krótką w chwilę, zmieniła ich w drużynę mającą cel.

Przeżyć.

– Sha’anks nie lubi ten korytarz – rzucił khajit, łypiąc ślepiami od ściany do ściany.

– To se wybierz inny! – szczeknęła Micareth, słyszalnie rozdrażniona. – To droga w jedną stronę, przygłupie! Możesz biec przed siebie, albo wrócić do tamtych. Nie ma trzeciej opcji.

– Jest! – westchnęła Vera, a triumf w jej głosie napełnił pozostałych nadzieją. – Spójrzcie!

Nie musiała wskazywać palcem, wszyscy dostrzegli jaśniejący obłok zielonkawej energii, unoszący się nad wyrwą w ścianie korytarza. Duch, bo tym niechybnie była istota, stawał się coraz ciemniejszy i przejrzystszy. Nie trudno było się domyślić, że elfka słabnie.

Porucznik zerknął na nią – bladą, z ustami posiniałymi od wysiłku i ciemnymi worami pod oczami. Z pozostałymi nie było lepiej. Khajit wyglądał, jakby ktoś wyżął go niby szmatę, a następnie przeciągnął po gościńcu za koniem. Micareth, choć grała twardą, nie potrafiła ukryć wyczerpania, które ciążyło jej jak wór cegieł. Grimes wiedział, że w każdej chwili, któreś mogło paść, a niesienie swojego było ostatnim czego potrzebowali.

Stanęli przy wyłomie. Przez dłuższą chwilę wsparci o kolana, próbowali złapać oddech.

– Na końcu korytarza są wrota – wysapała nekromantka. – Ale nie idzie ich otworzyć, są zapieczętowane magią, której nie podołam ja, ani jak podejrzewam, żaden mag, którego znam.

– O nje, nje! – Sha’anks pokręcił energicznie głową. – Głuchy zaułek to śmierć!

– Sam jesteś głuchy – warknęła Micareth, ocierając pot przedramieniem. – Skoro przed sobą mamy ślepy zaułek, nie powinniśmy stać jak te baby przy studni tylko pakować się do dziury.

– I tak zrobimy. – Grimes wszedł do ziejącej mrokiem jaskini, której jedynym źródłem światła były jaśniejące nikłym blaskiem mchy i porosty. – Elfko, dasz radę zablokować wejście?

Altmerka, która weszła do tunelu jako ostatnia, odsunęła się od wyrwy, po czym wymruczała inkantację, od której zadrżało powietrze. Zalegający przy wejściu gruz i większe odłamki skał uniosły się nieco nad ziemią. W między czasie pozostali porozbijali nieliczne stalagmity oraz stalagnaty i wkrótce wyłom zniknął, zostawiwszy po sobie jedynie unoszący się w powietrzu pył.

Tłumiąc suchy kaszel, ruszyli dalej. Nie mogli pozwolić sobie na postój, odpoczywali więc w marszu. Tunel z czasem zrobił się niski i wąski, porucznik musiał tulić głowę w ramionach, by nie przyrżnąć głową o sklepienie. Nie zaprzątał sobie jednak tym głowy, dręczyła go sprawa o wiele istotniejsza. Nie mógł pozbyć się obawy, że ich tymczasowy ratunek wkrótce okaże się wyrokiem.

– Hej, łachmyty – rzucił przez ramię, czując, że morale opadły i ciągnął się za nimi po ziemi. – Głowy do góry, żyjemy. Jeszcze.

Micareth splunęła, Vera zmusiła się do uniesienia kącika ust. Sha’anks wydał z siebie niekreślony, gardłowy pomruk, którego nikt nie zrozumiał.

Niespodziewanie Angra stanął, jak unieruchomiony zaklęciem, przez co pozostali o mało nie wpadli jeden na drugiego.

– Co jest?! – syknęła wojowniczka, jednak gwałtowny gest dłoni Grimesa uciszył ją.

– Wyjście z jaskini – wyszeptał porucznik. Przejście było na tyle ciasne, że nie mógł się przesunąć, dlatego też kucnął na chwilę, by drużyna zobaczyła czerwonawy blask widoczny w oddali.

– Zachowajcie ostrożność. – Dodał, wstając. – I ani pary z gęby.

Wznowili marsz, jednak każdy krok był przemyślany i ostrożny, jak gdyby ziemia gotowa była umknąć im spod nóg. Spięci, lekko przygarbieni, czekali na rozwój wydarzeń. Sha’anks strzygł czujnie uszami, Veranque trzymała ręce przed sobą, gotowa do rzucenia czaru, Micareth zaś zaciskała dłoń na rękojeści.

Z każdą chwilą wylot przekopu był coraz bliżej, aż wreszcie drużynę dosięgnęła czerwonawa jasność. Wyszli ostrożnie, z bronią w gotowości. Szeroka półka skalna, na której się znaleźli, była pusta.

Micareth oparła się o skałę z cichym westchnięciem ulgi, Vera zaś opadła obok na ziemię, by choć przez chwilę dać odpocząć obolałym nogom. Angra rozglądał się uważnie dookoła. Przed sobą mieli urwisko, a po bokach ściany skalne. Szanse na to, że gdzieś tu było wyjście, nie przedstawiały się najlepiej. Babka Grimesa zawsze powtarzała jednak, że skurwysyny – i nadzieja – zawsze umierają ostatni.

Porucznik uśmiechnął się półgębkiem, gdy po raz kolejny mądrość babki Elgi się sprawdziła. Kilka stóp nad nimi wznosiła się kolejna półka, na której w skale wydrążony był przełaz. Przynajmniej nie ślepy zaułek – pocieszył się nord w myślach.

– K-kapitanie – jękną Sha’anks, który stał od dłużej chwili w bezruchu na skraju przepaści. Nawet jego ogon wydawał się sztywny jak kołek.

Dostrzegając dziwne zachowanie khajita i przerażenie w jego głosie, porucznik zignorował pomyłkę rangi i w kilku krokach znalazł się przy zjeżonym kocurze. To co zobaczył Angra sprawiło, że zmiękły mu kolana, a obraz , który ujrzał prześladował go później niemal każdej nocy.

W dole, wśród bijących czerwonym blaskiem kryształów, ciągnęły się dziesiątki, o ile nie setki szlifowanych w prostokątne bryły głazów. Na ciemnych od krwi skałach zaś leżeli jeńcy z rozkrzyżowanymi, skrępowanymi łańcuchami rękoma i nogami. Angra zmrużył oko, usiłując rozpoznać kim lub czym byli torturowani nieszczęśnicy. Przeszedł go dreszcz, gdy dojrzał ludzi, znajdujących się w zaawansowanym stadium przemiany pół-ludzi i produkty końcowe – potwory, z którymi nie tak dawno stoczyli straszliwą walkę.

Z powierzchni znikali wszyscy – od młodych i silnych, po starych i maluczkich. Grimes nie wierzył, by wszyscy kończyli jak Milten. Teraz zaś wiedział, co działo się z tymi, którzy nie godni byli wampirzej „naprawy”.

post wyedytowany przez Shirru 2020-06-24 00:30:31
17.06.2020 09:59
Shirru
odpowiedz
Shirru
4

(Rozdział I)

* * *
Lochy Greymoor nie cieszyły się najlepszą sławą. Shirru bywała w swoim nędznym życiu w wielu więzieniach, miała więc podstawę do wyrobienia sobie opinii. Wiadomo, lochy nie karczma, nie należało oczekiwać luksusów, jednak nawet w przypadku pierdli istniały pewne zależności, które sprawiały, że w jednych spędzało się czas przyjemniej, niż w innych. Taka Smocza Przystań chociażby – miała przytulne, nieduże cele, których zwykle nie trzeba było dzielić z innymi lokatorami. Użyteczne klapy, tunele, sienniki – nawet jeśli nieco zawszone. Przynajmniej tyłka nie ziębił kamień, a na suficie nie skraplała się wilgoć. Tak, wilgoć była najgorsza – miarowe kapanie, uzmysławiające mijający czas, potrafiło doprowadzać do szaleństwa.

Kap.

Kap.

Shirru, siedząca w kącie zatłoczonej celi, skrzywiła się spod kaptura. Obróciła nerwowo trzymaną w palcach szczurzą kość, w ostatniej chwili powstrzymała się przed ciśnięciem jej przed siebie. Cholerny gryzoń podziurawił jej płaszcz, gdy spała. Płaszcz, na który wydała ostatnie zrabowane pieniądze. Ale nie darowała mu, odpłaciła pieprzonemu serojadowi. Gnił teraz nieopodal, wzbogacając więzienny aromat. Poza tym, broń odebrali jej, gdy wywlekali ją z karczmy pijaną w sztok, a Greymoor nie uznawało podziałów. Wszyscy, niezależnie od płci czy rasy, siedzieli w jednym cuchnącym potem i stęchlizną pomieszczeniu.

– Postępowi – mruknęła kąśliwie pod nosem.

Z żelazem w dłoniach, dzięki zwinności i sprytowi, miała szansę z największym nawet osiłkiem, ale bez broni… Cóż, kostki wielkości wykałaczek nie mogły zastąpić mieczy ani sztyletów, jednak wbite w oko bądź krtań, stawały się niebezpieczne. Innej alternatywy nie miała.

Uniosła głowę, gdy ponad rozmowami więźniów wyłapała kroki. W korytarzu zajaśniał blask pochodni, a chwilę później ujrzała Grimesa, na widok którego ucichli pozostali więźniowie. Poczuła ukłucie niepokoju – sądzić mieli ją dopiero za trzy dni, plan ucieczki nie był jeszcze gotowy. Miała nadzieję, że nie przyszedł tu po nią.

Z napięciem słuchała przemowy strażnika, a z każdym zdaniem ulga rosła, przepotwarzając się w poczucie nadziei i triumfu.

– …Chętni wystąp.

Decyzję podjęła bez zastanowienia. Plan ucieczki z rozprawy był ryzykowny, mogli przezornie skuć jej nie tylko ręce, ale i nogi, podwoić straż, oślepić magią, a po tych wszystkich ucieczkach i napiętrzonych wyrokach, mieli podstawy do ostrożności. Tymczasem Angra proponował fuchę „na zewnątrz”, dzięki której mieli odzyskać wolność. Zadanie, o które mówił Grimes śmierdziało samobójstwem, nie zraziło jej to jednak. Choćby miał poprowadzić ich do samej Otchłani, wiedziała, że zdoła umknąć. W końcu z każdego miejsca będzie łatwiej uciec, niż stąd.
Wstała sprężyście, a gwałtowny ruch zsunął jej kaptur z głowy, uwalniając burzę czarnych włosów – schedę po ludzkim ojcu, i żółte oczy w kształcie migdałów – spuściznę po altmerskiej matce.

Shirru, mieszanej krwi bękart, dziwadło, które nigdy nie powinno przyjść na świat, wygnaniec z wysp Summerset, morderczyni i złodziejka, przedarła się przez stłoczonych więźniów. Przewiesiła ręce przez kratę i przechyliła figlarnie głowę.

Porucznik wojsk Paktu Ebonheart zmierzył ją świdrującym spojrzeniem oka, które zdawało się przeszywać na wylot. Blask pochodni tańczył na jego łysym łbie, niby błędny ognik.

– Zgubiłaś się? – rzucił z przekąsem, nie spuszczając z kobiety wzroku.

– Wręcz przeciwnie – odparła, mrużąc żółte ślepia na podobieństwo zadowolonego ze zdobyczy kota. – Znalazłam drogę. Drogę do odkupienia win, ma się rozumieć.

Drogę ku wolności – poprawiła się w myślach.

– Szukasz ludzi? – podjęła. – Zakładam, że nie zabrakło, szanownemu, świadków na weselu i chodzi o brudną robotę. No to jestem. – Rozłożyła ręce, na ile pozwalała jej krata. – Kogoś zabić? Coś zwinąć? Mój wachlarz usług jest szeroki. I tak się składa – ruchem głowy wskazała wnętrze celi – że nic w ostatnim czasie nie miałam w planach.

Porucznik powiódł spojrzeniem po pozostałych skazańcach.

– Może i jesteście bandą oprychów – rzekł dudniąco, po czym powrócił okiem ku mieszańcowi – ale nie szukam byle kogo, samych najlepszych… Jesteś najlepsza?

– Ci, którzy uważają się za najlepszych prędko trafiają do piachu. Jeśli chce się przeżyć, nie można zbyt zawierzać własnym umiejętnościom. – Wydęła kpiąco wargi. – Ten błąd popełnili twoi podkomendni, gdy uznali, że pijana dziewka nie stanowi zagrożenia, dla nich, wojaków na schwał! I gdzie są teraz?

Grimes skrzywił się. Jego szczęka poruszyła się, zupełnie jakby rozważał czy wypluć przekleństwo, które miał na końcu języka. Wreszcie skrzyżował ręce na byczej piersi i pokiwał w milczeniu głową na znak, że się zgadza.

Uśmiech, którym go obdarzyła, zdawał się mówić jedno:

„Zabawmy się!”.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl