- Stary drań. – trzymając kartkę w ręku powiedziała cicho pod nosem. – Może to już nawet nie był on? – odwróciła się w stronę swoich kompanów.
- Jak to nie porucznik? – zaskoczony tym, co wygaduje Micareth zapytał nie dowierzając w to co usłyszał. – Przecież widział na własny oczy porucznika.
- Głupi kocurze, a jaką masz pewność, że nie jest już marionetką tego wampirzego lorda?
Sha’anks wstał, podszedł bliżej Micareth.
- Nie ma pewności, ale jedno wie, Sha’anks nie jest głupi i wie co widział. – W głosie khajita rozbrzmiewał gniew, ton był niższy niż zazwyczaj a wzrok bardziej posępny.
- Och, czyżbym cię uraziła koteczku? – drażniła się z nim Micareth, miała już dość robienia za niańkę. Zaczęła go przedrzeźniać. Po kilku słowach zaczęli przepychać jeden drugiego. W końcu wojowniczka zwinnym ruchem wyciągnęła rapier z pochwy i podsunęło pod gardło Sha’anksa.
- Posłuchaj mnie wstrętny kocurze, mam dość całej tej wyprawy i przebywania w twoim towarzystwie. Jeśli chcesz możesz wracać na posterunek, zdać im ten cholerny raport, ja idę swoją drogą i mam gdzieś co się wydarzy.
Sha’anksa zamurowało. Nie wiedział co ugryzło jego towarzyszkę. Spojrzał na drgające ostrze tuż pod jego brodą po czym pokierował wzrok na Micareth.
- Nie boi się, tak łatwo mnie nie zabije. Musimy odprowadzić tego gryzipiórka, jak skończymy to się rozejdziemy. – Oboje spojrzeli na wątłego urzędnika. Siedział zmarnowany przy wypalającym się już ognisku. Dalej zdezorientowany, nie mogący dojść do siebie po tym co przeszedł. Choć pamiętał niewiele, większość drogi w jedną jak i w drugą stronę przebył nieprzytomny.
- Znasz drogę do fortu? – Micareth rzuciła gniewne, przyszpilające spojrzenie prosto w jego oczy. Widziała w nim strach, wykorzystywała to.
-N-nie… - wymamrotał szeptem, ledwo dało się go słyszeć.
Micareth popatrzyła na niego jeszcze przez chwilę po czym znów wróciła do khajita.
- Eh… Niech będzie, odstawimy go do bramy i znikniemy. Przynajmniej ja, jeśli chcesz możesz iść z nim, nie będę cię zatrzymywać. – Opuściła broń i powoli wsunęła z powrotem do pochwy.
- Nie pójdzie po nagrodę? – zapytał zaciekawiony khajit, wierzył, że za to, czego dokonali i za dowody jakie nieśli ze sobą zostaną słono wynagrodzeni.
- Nagrodę? Kto ci naopowiadał takich bzdur? Grimes? Nie będzie żadnej nagrody. Ta misja nie miała na celu zdania raportu z wnętrz Blackreach tylko na pozbyciu się porucznika, a że mógł zabrać ze sobą kilku zmarnowanych psubratów to zaoszczędzili na płacy dla kata.
Sha’anks posmutniał. Opuścił głowę, jego uszy opadły i zakryły zamknięte oczy.
- Sha’anks liczył na odrobinę nagrody za trudy. Myślał…
- Źle myślałeś. – Przerwała mu dalej podirytowana Micareth. – Ruszajmy, nie będę tu z wami sterczeć cały dzień.
Zabrali swoje rzeczy zostawiając jedynie miejsce na rozpalenie ogniska w jaskini. Rany dawały o sobie znać przez to ich chód nie był tak żwawy jak przed dniami gdy maszerowali w drugą stronę. Khajit co raz łapał się za poszarpane ramię, Bodil ciągnął się ociężale za nimi. Co chwilę wydawał z siebie przeraźliwy syk. Oznaka, że przemiana go pożera od środka. Po przejściu kilku kroków prosił o odpoczynek. Był słaby, wycieńczony, choć młody. Jednak był to jedynie urzędnik marnej postury. Nie dla niego tak długie wędrówki.
***
Marsz zajął im cały dzień, dotarli do bram o zmroku. Wycieńczeni i przemoczeni, kilka godzin temu zaczęło padać i nic nie wskazywało na to, że za moment przestanie.
- No…To jesteśmy. – Sapiąc z wycieńczenia Micareth schyliła się opierając dłonie na kolanach. – Tutaj nasza podróż się kończy.
Sha’anks zdjął torbę z dowodami z ramienia i wręczył ją urzędasowi. Od Micareth dostał kartkę, która zdążyła już nieco namoknąć.
- Sha’anks też sobie pójdzie, ale nie tam gdzie Micareth. – popatrzył w jej stronę. – Wybierze własną drogę, nie znajdą mnie jeśli zaczną szukać.
- Nareszcie zacząłeś mądrze myśleć.
Oboje położyli ręce na barkach Bodila, pomyślał, że tak się pożegnają. Ci zaś pchnęli go z całej siły przed siebie, nie wytrzymał i upadł po kilku krokach. Gromki krzyk dobiegł spod bramy Fortu Greymoor. Podniósł się z ziemi, otrzepał ubranie i spojrzał za siebie. Dwójka wybawców rozeszła się w swoje strony. Sha’anks rzucił na swój koci łeb kaptur i po chwili oboje zniknęli w mroku. Nie znał powodów dlaczego wyciągnęli go z Blackreach ani co łączyło ich z porucznikiem Angrą. Miał jedynie kawałek papieru i torbę pełną różnych rzeczy. Odwrócił głowę i powoli, utykając zaczął iść do bramy, skąd co raz słychać było krzyki skierowane właśnie do niego.