Wybaczcie jeżeli odgrzewam starego kotleta, jednakże była już ogłaszana nagroda autora, pytam z ciekawości, warto by było znać wynik finału?
Towarzysze Grimesa jeszcze przez chwilę spoglądali na jego oddalającą się sylwetkę. Myśleli że go stracili, a jednak wrócił, żeby i tak na nowo odejść. Później wieści ludowe zaczęły krążyć, że w pobliżu Falkret uzdrowiono pewnego żołnierza z wampiryzmu. U Micareth i Sha'anksa jednak zaczęły napływać mroczne myśli. Zaczęli obawiać się, że nikt im nie uwierzy, albo co gorsza strażnicy pomyślą że więźniowie zabili swojego porucznika i uciekli, a dzielni wartownicy sami natkną się na ich trop. Zdawali sobie jednak sprawę z tego, że nie mogą zlekceważyć ostatniego rozkazu Angry, który chciał się poświęcić, aby doprowadzić misję do końca. Na szczęście ich gwarantem bezpieczeństwa był nie pozorny Bodil, urzędnik dzięki któremu wkrótce będą mogli odpocząć. Cała trójka zebrała swoje rzeczy i ruszyła w stronę obozu żołnierzy. Zbliżając się do namiotów, strach w nich narastał coraz bardziej. Niby przetrwali hordy bestii, patrole falmerów, i kilku nadprzyrodzonych wampirów, ale sama obawa przed niepowodzeniem misji i myśl, że cały wysiłek pójdzie na marne przez zwykłych wojaków odbierały im chęci do rozmów. W jednej chwili nagle przed oczami khajiita przeleciała strzała, prawie raniąc go tym razem w oko.
- Stać, nie ruszać się! - pewna osoba rozkazała niskim głosem w tonie tak stanowczym, że sam generał Dumak stanąłby dęba. - Jeszcze jeden krok, a przysięgam że powystrzelamy was jak kaczki.
- Sha'anks nie chce umierać, my mamy dowody, my nie uciekliśmy i uprzejmie prosimy o wysłuchanie. - oznajmił khajiit, podłamanym głosem, próbując wybadać swoimi spiczastymi uszami, źródło pochodzącego rozkazu.
- Gdzie jest dowódca waszej grupy zwiadowczej, Grimes Angra?
- Kurwa Gutrim skończmy ten kabaret, porucznik zaginął, wy chcecie dowodów, które my mamy, a nas interesuje wolność, którą wy macie nam dać! - odburknęła nordka, wkurzona całą paradą, poznała żołdaka, który wydał się swoim pijackim dialektem, którego nadużywał, przez swoje zamiłowania do trunków.
- Jeszcze słowo, a nogi wam z dupy powyrywamy! - krzyknął zirytowanym głosem, a atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.
- Chwila stać, na miłość boską jestem urzędnikiem państwowym! - w ostatniej chwili wykrzyknął Bodil, oszołomiony jeszcze tym zdarzeniem. - ręczę za nich, wysłuchajcie nas, ponieważ chodzi tu o rację stanu, gdyż mamy zdrajcę w szeregach.
- A macie jakieś potwierdzenie, żeście nie jesteście, jednymi z tych rzezimieszków? - zapytał nieco spokojniej wojownik i wysunął się naprzód w kierunku złapanych.
- Nie Panie, przykro mi, ale zostałem pojmany przez tych cholernych krwiopijców, a po drodze zgubiłem wszystkie dokumenty. - odparł skryba pokazując na swoje puste kieszenie. - natomiast jeżeli pozwolicie Panie, poślijcie jednego ze swoich informatorów do Samotnii, moja rodzina poręczy za mnie.
- Nie mamy na to czasu, natomiast mogę wam zapewnić tylko przesłuchanie w obozie pod czujnym okiem naszego maga oddziałowego, który studiował prawo w Anvil, więc oceni, czy mówicie prawdę, czy nie... - odparł skacowany żołnierz i jeszcze dodał. - ale i tak zostaniecie osądzeni w Samotni, nie ważne czy kłamiecie, czy mówicie prawdę...
Drużyna, składająca się teraz z trzech członków, w tym jednego ledwo przytomnego, poddała się pod przymusem, ale i też z własnej woli, gdyż wiedziała, że i tak będzie musiała iść na układ. Po oddaniu broni i odpowiednim zabezpieczeniu nowych więźniów wszyscy ruszyli w stronę obozu. Droga do niego, dla ocalałych po piekielnej podróży była w rzeczy samej dalszym odpoczynkiem, a dzięki łasce strażników, nie mieli zawiązanych rąk, chociaż w przypadku niebezpieczeństwa i tak by sobie poradzili. Po drodze khajiit podziwiał piękno natury, oglądając ćwierkające ptaki, oraz bujnę tajgowe drzewa, a Micareth starała się ustabilizować swoje myśli, i chyba pierwszy raz w życiu zastanawiała się nad swoim planem na przyszłość. Pomimo ponownej niewoli, wszystko w miarę szło zgodnie z planem, do czasu, aż nie przybyli na miejsce obozowiska, a raczej na jego pogorzelisko. Wyglądało na to, że potwory ich wyprzedziły, na ziemi leżały rozczłonkowane ciała, osób które zostały, porozrzucane zbroje i miecze, oraz duże ślady krwi, świadczące o tym, że walka odbyła się niedawno.
- W mordę Alduina, co tu się od jebało?! - krzyknął Gutrim i podbiegł w stronę ruin swojego dawnego obozu, szukając ocalałych, na próżno, gdyż nawet mag oddziałowy leżał powykręcany na wszystkie strony świata.
- Najwyraźniej za bardzo się pospieszyli, chcieli usunąć dowody, ale niczego nie znaleźli i postanowili spalić obóz, w razie gdyby coś przeoczyli... - Micareth podsumowała całe zdarzenie szeptem, jak gdyby unikając uwagi innych. - sprytne te poczwary, ale na nasze szczęście mają złe wyczucie czasu.
- Sha'anks jest teraz ciekawy skąd wiedzieli gdzie dokładnie uderzyć, skoro znali miejsce, a nie znali czasu? - zapytał khajiit i znacząco zmarszczył brwi, w poszukiwaniu zdrajcy.
-Ja chyba znam odpowiedź na to pytanie, kiedy byłem więźniem naznaczyli mnie, jakimiś glifami, ale jaki widać nie mogą określić dokładnego miejsca mojego pobytu... - odpowiedział urzędnik i pobladł ze strachu przed kłótnią ze swoimi nowymi towarzyszami.
- Sha'anksowi się nie podoba głupota Bodila, my mu pomagamy, a ten zapomina o ważnych rzeczach, co jeszcze szanowny Pan Bodil ukrywa?- gniewnie odwarknął khajiit skrybie, łapiąc go za koszulę i lekko przy tym drapiąc jego skórę.
- Spokój tam! - krzyknął zachrypiały głosem podporucznik i odciągnął obydwu awanturników na dwie strony. - Dość mam walki na dzisiaj, przez wzgląd na okoliczności jestem wam wstanie zaufać. Strażnicy patrolujcie teren i posprzątajcie to gówno z moich oczu, a ja przesłucham naszych gości.
W ponurej atmosferze po krótkim czasie wszyscy sobie wszystko wyjaśnili. Nikt nie patrzył teraz w przeszłość kogokolwiek z przebywających w zgliszczach dawnego nordyckiego koczowiska. Teraz celem był kapitan, łącznik pomiędzy powierzchnią, a podziemiami, stwórca wszelkich problemów grupy zwiadowczej Grimesa. Dowody były tak dobitne, że nikt nie miał wątpliwości. Musieli jednak ułożyć plan, który w pierwszej części zakładał, że urzędnik uda się do Samotni z dowodami, aby odciągnąć wampiry, i żeby w tym momencie grupa na czele z północną wojowniczką i kocim złodziejem mogła uderzyć bezpośrednio na Beinarda. Planów było wiele, ale ten wydawał się najsensowniejszy, gdyż duża reakcja militarna, mogłaby się spotkać z ucieczką skorumpowanego przywódcy. Następnego dnia zwarci i przygotowani, aby zakończyć tę straszliwą przygodę, wyjechali do fortu, ale Sha'anks, oraz Micareth byli zakuci w kajdany, tak jak zakładała część planu. Droga do Greymoor była nienaturalnie trudna. Warunki pogodowe, ani jakkolwiek cała podróż nie sprzyjała załodze, chcącej obalić fałszywego sojusznika. Ale pomimo wszelkich trudów, udało im się w końcu dostrzec w ciemności zarysowujące się granice kamiennego fortu, a gdy byli już pod murami było średnio po północy.
- Czego!? - odburknął strażnik na bramie, wytężając wzrok w kierunku przybyszy.
- Przywozimy wieści z Blackreach, mamy ważne informację dla kapitana, jesteśmy z oddziału porucznika Grimesa Angry! - odkrzyknął Gutrim i po chwili jego eskorta została wpuszczona.
- Dobra to moi ludzie się tutaj rozgoszczą, a ja z więźniami pójdę uzupełnić raport. -odpowiedział pijacki wojak i nieoglądający się za siebie poszedł od razu w stronę starej, rozsypującej się wieży, chciał najwyraźniej mieć już wszystko za sobą.
Wchodząc do środka cała trójka poczuła dotykający chłód i powiew śmierci. Nie wiedzieli czy to ich podświadomość sprawiała, że wszystko co widzieli porównywali do wampirzego lorda, czy po prostu naprawdę kapitan nie krył swoich korzeni. Gdy otworzyli drzwi, zauważyli zajadającego się Beinarda ludzkim mięsem, który był cały oblany we krwi. Widok poraził wszystkich, tylko nie Micareth, która od początku nie lubiła tego, jak to ona określała, skurwysyna. On również był w szoku jak zobaczył dwójkę ocalałych po Blackreach, ale nie zdążył nawet odejść od stołu gdy poczuł jak cienkie ostrze przebija jego krtań, a on sam miał w ustach nie tylko już posmak krwi, nieszczęśnika leżącego na stole, ale też swojej. Upadł na ziemię, blady, próbujący wykrztusić ostatnie słowa groźby, ale nie potrafił przez sączącą się krew z jego gardła. Wiedzieli że to koniec, pomimo że szybki, w końcu nastąpił. Teraz trzeba było jednak działać, gdyż nie liczni tylko wiedzieli o przeszłości nieboszczyka, a sprawcy zamieszania mogli zostać w parę minut złapani i oddani w ręce kata. Ale i tu znowu poszczęściło się bohaterom, gdyż kiedy Sha'anks i Micareth uciekli, a Gutrim został oddany w ręce sądu wojskowego, parę dni później jarl Samotni zajął się tą sprawą osobiście i rzeczywiście udowodniono niewinność grupy zwiadowczej Blackreach, oraz chorobę kapitana. Alkoholowemu miłośnikowi udało się awansować na porucznika, gdyż Angra nie pojawił się już w szeregach Ebonheartu, a Bodil został prywatnym doradcą do spraw wampirów na dworze króla. Natomiast co się stało z Sha'anksem i Micareth? Oficjalnie zostali ułaskawieni. Cóż o nordyckiej wojowniczce już nigdy nie usłyszano, a Sha'anks podobno otworzył nowy interes w Elsweyer ze swoimi słodkimi, słodkimi bułkami.
Micareth i Sha'anks uciekali wraz ze swoim nowym towarzyszem na barkach przy akompaniamencie odgłosów walki Grimesa i Adelaisy. Kiedy opuszczali wielką jaskinię, nordka jeszcze na chwilę obejrzała się za siebie, aby sprawdzić, czy porucznik jeszcze żyje.W tym nieszczęsnym momencie Angra akurat został zraniony mieczem i upadł. Wojowniczka zamarła, ale khajiit szybko wybudził ją z tego amoku, wiedział że jeżeli nie uciekną, poświęcenie norda pójdzie na marne. Obraz upadającego dowódcy przez długi czas będzie ją dręczył, gdyż jako jedyny dał jej w życiu szansę. Nie mieli, ani chwili do stracenia, gdyż w każdym momencie bestie mogły ich dorwać. Biegli przez ciemne, ciągnące się korytarze, oświetlane gdzie nie gdzie przez fluorescencyjne grzyby. W trakcie ich ucieczki, tunele zaczęła pokrywać magiczna mgła, która wkrótce zalała wszystko co widzieli. Byli zdezorientowani, ponieważ była gęsta niczym świeże mleko mamuta, wydojonego przez samego giganta.
- Sha'anks! - krzyknęła wojowniczka, nie widząc już nawet poświaty po swoim kompanie. - kurwa odezwij się!
- Micareth, Sha'anks nic nie widzi i zgubił urzędnika, co się dzieje? -zapytał zdziwiony khajiit, napuszony i gotowy do walki, z naprężonym ogonem.
- Na Shora, mam już szczerze dosyć tego miejsca! - mruknęła sama do siebie i wyciągnęła swoją broń, powoli rozglądając się po przestrzeni, która teraz bardziej przypominała drogę na Gardło Świata, niż szlak prowadzący do Blackreach.
Nagle rozległy się trzy głębokie, kobiece śmiechy, które nie wróżyły nic dobrego. Nie mogli jednak sprawdzić skąd pochodziły te odgłosy, gdyż nie widzieli nawet własnych postur. Jednak w oddali zaczęły im się zarysowywać trzy postacie, przypominające olbrzymie kruki, ale postury człekokształtnej.
-Trzy naprzeciw trzem, zło przeciwko złu, siostry w pełnej krasie, pokazują się naprzeciw piekielnej rasie, tak to my uwodzicielki dusz i szwaczki burz - śpiewały naraz diabelskie istoty, tańcząc w duszących oparach.
- Kim wy kurwa jesteście? - cicho zapytała Micareth, jak gdyby wolała uniknąć odpowiedzi, szukając wrogów mieczem w mgławicy - Sha'anks nie zbliżaj się do tych postaci!
- My walczyć nie chcemy, krwi wylewać nie chcemy, jedynie wasze dusze pożreć pragniemy - po pieczarze ponownie rozległ się szeroki chichot zmor.
- Sha'anks się boi, to zła magia, to czarna magia, ona jest zła, zabiła Veranque, nie zbliżajcie się brzydkie stwory - odparł khajiit i zaczął wymachiwać pazurami w pustą przestrzeń.
- Zobaczymy jak silne umysły macie, i czy się z nami uporacie. - odrzekły zjawy i ruszyły w stronę dawnych więźniów. - Drapieżniki nie pomogły, ani wampiry czas na inny rodzaj mogiły.
- Spróbujcie się zbliżyć, a nogi wam ... - Micareth oniemiała z wrażenia, gdy przed nią, w szeregu stanęli wszyscy których zabiła w swoim życiu, a podziemia zamieniły się w lochy, w których miała przyjemność przebywać jeszcze parę dni temu. Zdziwienie, nie znikało z twarzy wojowniczki, wręcz przeciwnie, stale wzrastało. Nikt nie ruszył się z miejsca, wszyscy tylko patrzyli na nią wzrokiem błagalnym o litość, wzbudzając u niej rozpacz, której nigdy nawet nie czuła.
- Czas przyszedł na niesfornego zwierza, któremu jest już blisko do cmentarza. - siostry wykonały piruet i szybko otoczyły khajiita rzucając w niego zaklęcia.
- Zostawcie biednego Sha'anksa w spokoju, on pragnie... - łotrzyk szybko przetarł oczy i ujrzał harem pięknych kocic, a obleśna jaskinia zmieniła się na miejsce przypominające Elsweyr. - on pragnie kochać i żyć.
Oboje ogarnięci magią iluzji nie byli wstanie nawet myśleć racjonalnie, a co dopiero wytoczyć bitwę przeklętym siostrom. Te straszliwe poczwary, czerpały moc z zagubionych dusz śmiertelników, najpierw posługując się złudzeniami, aby wymęczyć przeciwników, a potem wysysając ich siły życiowe. Został tylko urzędnik, którego tylko musiały zabrać z powrotem do celi, gdyż nie stanowił żadnego zagrożenia. I tak dwójka towarzyszy pogrążona we własnych koszmarach i fantazjach odpływała z realnego świata. Khajiit zabawiający się z kobietami swojej rasy, a nordka walcząca z demonami własnej przeszłości. Był jednak sposób na wyrwanie się z uroku, wystarczyło użyć potęgi podświadomości, czyli po prostu uzmysłowić sobie, że to wszystko jest tworem wyobraźni. Micareth, dzięki swojej szorstkiej naturze szybko się opamiętała, i stłamsiła wszystkie emocje w sobie doprowadzając do wybudzenia się jakby ze snu. Zauważyła że za wszystkim stoją wiedźmokruki i przygotowują się do jakiegoś rytuału w skupieniu, przez co nie spostrzegły, że wojowniczka się ocknęła. Khajiit zniknął jej z oczu, więc tym razem musiała sobie poradzić całkowicie sama. Zaczekała aż wiedźmy zaczną przepowiadać inkantację i ruszyła w ich stronę. Przebiła jedną z czarownic na wylot przez co zaklęcie się wyłamało, i poraziło wszystkich w pobliżu. Micareth straciła przytomność.
- Pobudka! - lekkim szturchnięciem khajiit wybudził swoją towarzyszkę z ponownego snu. - Ona długo już śpi, a mamy misję do dokończenia.
- Co się stało? Gdzie są wiedźmy? - zapytała nordka, nerwowo szukając wzrokiem odpowiedzi. - I gdzie my jesteśmy?
- Złych kobiet nie ma już, ciała ulotniły się wraz z gęstym powietrzem, a my jesteśmy już u skraju naszej wędrówki wraz z naszym nowym człowieczkiem. - odparł khajiit pokazując na urzędnika, a potem na ścianę, na której odbijał się blask porannego słońca.
- Wynośmy się stąd i nigdy już nie wracajmy.
- Jak sobie życzysz, ale Micareth już na zawsze pozostanie przyjaciółką Sha'anksa za uratowanie życia.
- Ratowałam samą siebie, a jeżeli wspomnisz komuś o tej sytuacji inaczej futrzaku to... - odburknęła i zacisnęła wargi, ale blask słońca, który opromieniał ich twarze, uciszył ją. W końcu stanęli na powierzchni, poczuli ostry chłód, można powiedzieć że za którym tęsknili. Świeże powietrze wypełniło ich płuca po duszących oparach wdychanych w jaskini, dzięki czemu odetchnęli z ulgą. Krajobraz zimowej tajgi, sprawiał że poczuli się jakby przyjechali do domu, po długiej, ciężkiej podróży, która miała miejsce. Czas jednak naglił, a oni pamiętali wciąż, że światu grozi niebezpieczeństwo. Ruszyli w stronę znajomego, strażniczego obozu, by zameldować o tym co się stało. Niech powierzchnia dowie się o źle czyhającym pod ziemią.
Gdyby nie odgłosy dzikich bestii odbijające się dużym echem po jaskiniach, drużyna porucznika, już dawno padłaby z wyczerpania. Zmęczeni po dużej bitwie, którą stoczyli parę chwil wcześniej, musieli teraz uciekać przed kolejnym zagrożeniem. Co chwilę ich ciągły bieg zamieniał się w szybki marsz, żeby chociaż przez parę sekund zregenerował siły, których i tak już u nich brakowało. Otaczająca ich ciemność, również nie pomagała, jedynie blade blaski grzybów, pozwalały im uniknąć stratowania siebie nawzajem. W głębi duszy każdy już wiedział że wyprawa jest przesądzona, co było wiadomym od początku, ale każdy miał iskierkę nadziei na powrót, która po bitwie już dawno wygasła. Veranque, nie chciała rzucać zaklęcia światła, z dwóch powodów, po pierwsze chciała odzyskać siły, aby móc przy pierwszym lepszym przystanku jakkolwiek opatrzyć i uleczyć towarzyszy, a po drugie światło mogłoby zwabić wiele podziemnych nieprzyjaciół. Ostatecznie, ryki w pewnym momencie zaczęły słabnąć, a odgłosy tupotów wielkich likantropów, były jedynie już nikłym dźwiękiem przypominającym wydobywanie rudy srebra, przez argoniańskich niewolników. Ta chwila spokoju dała towarzyszą czas na krótki odpoczynek. Grimes pogrążony nadal w żałobie przemieszanej ze złością i zdziwieniem wynikającym z jego odkrycia, co się stało z Miltenem, stał w ciemnościach i nie odzywał się, próbując zebrać myśli i wymyślić jakąś ucieczkę. Między elfką, a nordką wywiązała się krótka sprzeczka, głównie wywołana przez zmęczenie. Po chwili jednak wszystkich z obecnego stanu wybudził khajiit. Ryknął tak, że pewnie nawet w stolicy Dominium go usłyszeli.
- Co się stało!? - krzyknął Grimes oburzony, wiedział że taki krzyk może zwabić bestie. - Chcesz żeby nasz spokój przerodził się w ostatni spoczynek?!
- Sha'anks prawie przypalił sobie ogon! Pan Marszałek musi zrozumieć, że my mamy wrażliwą skórą na ogień z powietrza. - odpowiedział khajiit, trzymając i chuchając w swój pasiasty ogon.
- Na Shora, ten znowu robi cyrk, a zaraz nam się do dupy dobiorą... - burknęła Micareth i odwróciła się.
- Chwila, co dokładnie Ciebie zraniło? - zapytała Vera z iskierką nadziei w oczach.
- Sha'anks powiedział już, gorące powietrze, ogniste powietrze, często przy wulkanach takie są. - odparł khajiit.
- No jasne! Jeżeli dobrze się nie mylę, musiała być to para odchodząca od dwemerskich maszyn, jeżeli dobrze poszukamy to... O znalazłam stara mosiężna dwemerska rura odprowadzająca parę z maszyn, jeżeli pójdziemy tym tropem, może znajdziemy jakieś pomieszczenie, w którym będę mogła was opatrzyć. - zregenerowana Veranque z nowym optymizmem, zaczęła zachęcać kompanów do dalszej podróży wgłąb ziemi.
Niestety ziemia, którą chcieli dalej eksplorować nie była dosyć przyjazna. W trakcie rozmowy słyszeli co chwile po mruki bestii, ale ignorowali je gdyż zdarzały się rzadko i daleko. Teraz natomiast, długi i donośny krzyk khajiita zwabił drapieżniki do celu. Czas mogli liczyć już jedynie w sekundach, gdyż drapieżniki zirytowane, szukaniem zwierzyny, pragnęły tylko zamoczyć długie kły w ich bladych od stresu skórach. Zaczęli oczywiście uciekać, z każdym ich krokiem bestie były o dwa bliżej, aż wreszcie ujrzeli wielkie, podwójnie drzwi, wykonane z dwemerskiego metalu, przypominające w tym momencie bardziej bramę do Sovngardu. Rzucili się w stronę drzwi, lecz niestety nie chciały drgnąć, a monstra już zarysowywały się w ciemnościach. Bez chwili namysłu porucznik uderzył swoim toporem w rurę, tworząc jedynie rysę, gdyż dwemerska stal, pomimo wieku nadal była lepsza od zwykłej stali. Ale zauważył, że pojawiło się oprócz rysy, małe pęknięcie przez co kazał reszcie walić w rurę, była ona bowiem ich ostatnią nadzieją. Może pomysł i głupi, ale zadziałał, a gdy coś jest głupie a działa, to nie jest głupie, o czym przekonali się towarzysze broni. Po kilkunastu uderzeniach, rura sama zaczęła pękać, aż w końcu rozleciała się uwalniając duże ilości pary, gorącej niczym słoneczne lato w Elsweyr. Dla bohaterów to również była walka z czasem, bo oni również się poparzyli, ale nie tak bardzo jak krwiożercze bestie, i dzięki silnemu zaparciu popchnęli drzwi przed siebie, i z taką samą siłą je zamknęli. Z za drzwi słyszalne były już tylko ryki bólu z powodu oparzeń, i oddalające się kroki bestii. Członkowie wyprawy ochłonęli, ale nie na długo, gdyż odkryli że są w pomieszczeniu, które można nazwać biurem należącym do jakiejś potwornej istoty. Pomimo bogato zdobionych ścian, i wyposażenia dwemerskiego, które nawet w najskromniejszej komnacie przypomina umeblowanie godne samych królów, byli otoczeni przez rozkładające się i rozczłonkowane ciała falmerów. Pomimo tego drużyna zaczęła przeszukiwać to pomieszczenie i ku zdziwieniu wszystkich, Angra znalazł stary dziennik w języku powszechnym.
- Może nie powinnyśmy tego otwierać, Sha'anks nie jest przekonany co do tego pomieszczenia, a szczególnie książki pokrytej skórami. - odparł zaniepokojony khajiit, rozglądając się po komnacie i szukając innego przejścia.
- Jak myślicie, czy to może być klucz do naszej zagadki? - zapytała się Vera, opatrując siebie i przygotowując składniki do mikstur leczniczych, które miały wzmocnić towarzyszy i wstrzymać krwotoki z ich ran, nie zważając już na kota.
- Nie dowiemy się, jak nawet go nie otworzymy - burknęła Micareth, spoglądając spod nosa na porucznika, z ciągłą niewdzięcznością za użycie zbyt pochopnego planu ocalenia.
- No dobra czas zobaczyć co kryje się w sercu Skyrim. - odpowiedział wszystkim porucznik, zabierając się za lekturę nowej książki, to co odkrył, było kluczowe, ale i też mocno go zmartwiło.
W dzienniku opisany był proces, o którym nigdy nie słyszał. Okazało się że przeklęty sojusz wampirów, wiedźm oraz likantropów, jest tak naprawdę sojuszem trzech upadły deadrycznych książąt: Malacatha, ojca przeklętych, patrona wiedźm, Molag Bala, boga dominacji, ojca wampirów, oraz Hircyna księcia polowań, stworzyciela wilkołaków. Cała trójka pragnęła stworzyć upadłą trójcę jako odpowiednik trójcy z Morrowindu. Na ich czele miał stać sam władca wampirów jako odpowiednik Viveka. Burze w Skyrim, to tak naprawdę ogromne przekazy energii z otchłani od książąt dla spaczonej trójcy. Ale nie to było najgorsze. Upadli pragnęli utworzyć własny czysty naród wybrany, a falmerowie do tego nadawali się najlepiej, tak jak niegdyś dunmerowie, a raczej chimerowie. Po analizie dziennika, rozciągała się wymowna cisza, jednak po dłuższej chwili towarzysze rozpoczęli przygotowania do dalszej eksploracji Blackreach, ale wciąż byli pogrążeni w głębokim strachu przed nadchodzącymi przeciwnościami.
Grimes nie spodziewał się że odgłos tych kroków mógł tak naprawdę zwiastować jego śmierć. Stanął przed nim Argonianin w sile wieku, dobrze zbudowany i naznaczony rozmaitymi tatuażami wojennymi. Miał na sobie wiele ran, a on sam cały czas błądził wzrokiem szukając, bądź uciekając przed czymś.
- Kim jesteś?! - zawołał porucznik, trzymając dłoń na rękojeści przez wieloletnią przezorność.
- Cóż Panie, jestem Draah i zostałem uwięziony tutaj oczywiście przez przypadek i mogę udowodnić swoją niewinność. - odpowiedział mu jaszczurowaty więzień.
- Ciekawe..., walczyłem już z waszymi oddziałami, ramię w ramię w tej wojnie na tyle dużo razy, żeby wiedzieć ile warte są wasze obietnice, następny! - odparł Grimes, nie zważając już na więźnia.
- Ale Pan poczeka, mam coś co Pana zainteresuje! - ostatnim krzyknięciem, zainteresował porucznika i zwabił go z powrotem przed swoje obślizgłe oblicze.
- Nie mam tego oczywiście przy sobie natomiast wiem gdzie to jest, mam na myśli dziennik jednej z wiedźmich sióstr, który podobno opisuje anomalie, które mają miejsce w Skyrim, a skoro je opisuje to może odpowiada na wasze pytania... - odparł jaszczur.
Zmęczony wojną, ciągłymi potyczkami i ekspedycjami Grimes bez wahania i chwili namysłu rozkazał uwolnić Draaha, ponieważ niczego więcej nie pragnął jak szybko się uporać z tą sprawą. Strażnicy najpierw kazali odsunąć się reszcie do ściany, potem przystąpili do otwarcia klatki i uwolnienia Argonianina. Ku ich zdziwieniu sam wydostał się z kajdan, dzięki zręcznym umiejętnością, jakie jego rasa posiadała i rzucił się od razu na porucznika. Strażnicy nawet nie byli wstanie go powalić gdyż był zbyt zwinny i im umknął. Po krótkiej szarpaninie, Grimes powalił przeciwnika na ziemię i przekonał się, że tak naprawdę Draah był krwiopijcom, dlatego też zdołał, szybko prześlizgnąć się między strażnikami, i nie potrzebował broni aby zaatakować porucznika. Angra kazał go zakuć i wywlec na powierzchnię, nie chciał bowiem mieć świadków, jego ewentualnej tortury, gdyż zawsze później były z tym problemy w aktach. Grimes miał nadzieję wydobyć z niego jak najwięcej informacji, a może nawet zawiązać z nim krótką współpracę. Gdy wszyscy już wyszli na powierzchnię, Angra kazał żołnierzom przykuć wampira do ściany i poszedł przygotować się na przesłuchanie. Zima tego roku była straszliwa, to też oprócz narzędzi do torturowania zabrał ze sobą futro, wiedział że jeżeli Draah zamarznie to nie będzie miał z niego żadnego pożytku. Po dłuższej chwili wrócił na plac i podszedł do Argonianina, przedtem rozkazał strażnikom opuścić wartę, gdyż chciał z nim pogadać sam na sam.
- Za pierwszym razem miałeś sporo szczęścia, ale następnym wbije Ci miecz prosto w krtań! - rzekł ponuro Angra.
- Wybacz mi Panie, ale nie byłem wstanie się powstrzymać. To zew krwi, to łaknienie jest silniejsze ode mnie, próbowałem walczyć ale ostatecznie żądza twojej smakowitej i słodkiej krwi mój drogi Panie wygrała i musiałem się na Pana rzucić... - odparł jeszcze pogrążony w amoku jaszczur.
- Mówisz mi po to żebym się położył na stół i jeszcze talerze przygotował dla Ciebie? - odpowiedział z nutką ironii porucznik.
- Nieee, widzisz niczego Panie nie rozumiesz. Pragnę być wolny, ale nie od kajdan, lecz od tej choroby, kiedy uciekałem, to znaczy wędrowałem, pewnej nocy spałem pod gołym niebem i obudziłem się z dwoma śladami ukłucia wielkości szpilki w szyi. Wiedziałem co mnie czeka więc oddałem się straży, ale gdy Ciebie ujrzałem, poczułem że może będzie jakaś szansa na moje uratowanie. - odrzekł z nadzieją Draah.
- No dobra, ale jaką mogę mieć pewność że teraz się nie uwolnisz i nie wypijesz mi mojej krwi jak pójdę spać? - zapytał z ciekawością Grimes i dodał - I jakim cudem uwolniłeś się sam z kajdan?
- Pewności nie możesz mieć, natomiast czuje że z tych kajdan się nie uwolnię, czy to srebro? Ah tak to srebro, na nasze szczęście neutralizuje moje krwiożercze zmysłu przez co jestem w stanie myśleć normalnie. W lochach rzuciłem się na Ciebie mój Panie, gdyż poczułem świeżą krew od dawna, Ci zepsuci i zdemoralizowani bandyci w żadnym stopniu nie dorównywaliby Panu w smaku - odpowiedział już spokojniej Draah.
- Cóż, uznam to za komplement, no ale do rzeczy skąd wiesz czego szukam, oraz co chcesz w zamian za odnalezienie tego dziennika?
- Mój drogi Panie, ja pragnę tylko wolności od tej choroby przede wszystkim, a uwolnić się od tego mogę jedynie w czasie pańskiej podróży. Trochę Pana okłamałem, nie istnieje żaden dziennik, ale mogę być nawigatorem w Czarnej Przystani, gdyż byłem tam nie raz, na wezwanie moich mrocznych lordów i doskonale znam ścieżki, którymi powinniśmy się poruszać, oraz te które lepiej byłoby omijać szerokim łukiem. A jeżeli chodzi o twoją misję, to wyczułem twój związek z moją chorobą, więc połączyłem fakty.
- No dobra, najwyraźniej i tak nie mam nic do stracenia, gdy tylko zacznie świtać wyruszamy w podróż, mam nadzieję że podczas niej więcej się od Ciebie dowiem, a tymczasem masz futro żebyś nie zmarzł. - odpowiedział mu Grimes i podał futro.
- Dziękuję Panie, obiecuję że nie pożałujesz naszej współpracy - odparł Draah, wziął futro i uśmiechnął się krzywym, ale szczerym uśmiechem.
Stary porucznik udał się na spoczynek, był zmęczony całym tym dniem i miał tylko nadzieję, że nowy sojusznik, nie wbije mu noża w plecy.
Ciąg dalszy nastąpi...