Rododendron_as

Rododendron_as ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

01.07.2020 23:40
Rododendron_as
odpowiedz
Rododendron_as
2

Angra zaś widział jak podkomendni przemykają bokiem, nie niepokojeni, a schodząca na dalszy plan część niego była zadowolona.

*

Od tego miejsca znali już drogę. Przynajmniej Sha’anks znał, bo z orientacją w terenie u Micareth bywało różnie. Wzięła więc na swoje barki — dosłownie — noszenie chuderlawego urzędnika i pozwoliła khajiitowi prowadzić.

Ta strona Blackreach była spokojna, jakby uśpiona. Echo odbywającej się za nimi walki słabło z każdym krokiem, narastało jednak napięcie. Tutaj nawet dwemrskie maszyny cichły, a para przestawała buchać z ciągnących się po ścianach rur. Może po to, by uśpić czujność wszelkich śmiałków? Tak przecież było z nimi, wydawało im się, że w czwórkę zdołają powstrzymać cokolwiek, co było w głębi i oto jak skończyli.

Droga była ta sama, te same zakręty, te same grzyby, te same kamienie, ten sam zapach — jednak drużyna tak bardzo się zmieniła. Nie tylko w liczbach. Oboje czuli, że, nawet jeśli uda się im wyjść na wolność, już nigdy nie będą tacy sami. Chyba właśnie ze względu na te posępne przemyślenia nie odzywali się do siebie przez większość drogi, aż jedno z nich nie przerwało ciszy:

— Sha’anks się obawia, że tędy nie wrócimy. — khajiit wskazał miejsce, gdzie godziny — a może dni? — wcześniej, były odkrywane mechanizmem schody. Właśnie, były, bo wyglądało na to, że powróciły do pierwotnego stanu.

Micareth poprawiła chwyt na urzędniku, lekko go podrzucając.

— Nie ma po tej stronie drugiej dźwigni? — W tym samym momencie spojrzała na ułamany kikut wystający ze ściany. — Och. Ktoś chyba nie chce, żebyśmy opuścili to miejsce — dokończyła, rozglądając się wokół, dokładnie analizując każdy cień i kąt, zza którego coś mogło na nich wyskoczyć.

— Tu jesteście!

Micareth natychmiast zrzuciła elfa z ramion, nie dbając o jego samopoczucie i sięgnęła rapiera, a Sha’anks przygotował pazury.

— Wybaczcie, jeszcze do końca nie wiem, jak dokładnie działa mój nowy stan. — Głos był znajomy, ale dochodził jakby jednocześnie z oddali i bliska, aż się Sha’anksowi futro najeżyło.

Przed nimi zmaterializowała… Nie, to nie do końca trafne określenie. Pojawiła się Vera. Jej na wpół przeźroczyste ciało otaczała nietypowa niebieska poświata, jakby była…

— Sha’anks przecież mówił, że mroczna magia ma swoją cenę.

Vera westchnęła.

— To prawda, oto moja kara. Zostałam związana mocą z tym miejscem i prawdopodobnie nigdy go już nie opuszczę.

— Vera, tak mi przykro… — Dla Micareth to było nie do pomyślenia. Nie trafić do zaświatów Shora, to byłaby chyba dla niej najgorsza męka. Gdy była dzieckiem, marzyła o biesiadzie w Sovngardzie i chociaż już dawno przestała wierzyć we własną możliwość dostąpienia tego zaszczytu, tak w ogóle nigdzie nie iść po śmierci i błąkać się gdzieś w podziemiach?

— Nie czas na współczucie, muszę was stąd wydostać. Zabierajcie go i podążajcie za mną. Czuję granice mojego więzienia, więc wiem, jak można stąd wyjść.

— Dobra, Sha’anks, twoja kolej. Ja mam broń, Vera prowadzi, to ty go niesiesz — stwierdziła nordka.

Khajiit bez słowa sprzeciwu ukucnął obok leżącego.

— Sha’anks myśli, że pan urzędnik udaje, że śpi — Potwierdzając swoje słowa, dźgnął go zakończonym pazurem palcem w żebro, na co delikwent natychmiast się poderwał.

— No już, już, zabieraj te łapy pchlarzu! — odskoczył od wyliniałego khajiita.

— Ej tylko nie pchlarzu! Tak się składa, że uratowaliśmy ci życie, także trochę szacunku — Micareth od razu wcięła się w rozmowę, broniąc towarzysza. — Albo idziesz grzecznie z nami i szukamy stąd wyjścia, albo wracasz do pijawek. Twój wybór.

Porwany przez chwilę jeszcze siedział wpatrzony w przedziwne trio, na dłużej zawieszając wzrok na duchu. Niewiele wyciągnął z podsłuchiwania ich wcześniejszej rozmowy, ale tego, że elfka nie żyła, nie trudno było się domyślić. Westchnął z rezygnacją i wreszcie wstał o własnych siłach.

— Pójdę z wami, już lepsze to, niż gnicie tam. Imię me Bodil, jestem urzędnikiem Paktu.

Micareth wcięła się jednak w jego wypowiedź:

— Dobra, nic nas to nie obchodzi. Idziesz środkiem, żebym cię widziała. Tylko spróbuj jakiejś sztuczki z przeobrażaniem się w wampira albo inne monstrum i moje ostrze wyląduje na twoim karku.

Bodil posłusznie stanął między Sha’anksem a Micareth.

— Tędy.

Vera zaczęła ich prowadzić z powrotem korytarzem. Gdzieś w połowie musieli przecisnąć się między dwiema rurami, na co faktycznie Micareth z Sha’anksem nigdy by nie wpadli. Khajiit musiał rozbroić kilka pułapek, a Micareth rozprawić z kupą żelastwa, która na nich wyskoczyła, ale już w krótce dotarli do oddzielonej kratą windy, takiej samej, z której korzystali już wcześniej.

— Prowadzi na zewnątrz — Vera rozwiała wszelkie wątpliwości.

Sha’anks doskoczył do zamka, który po kilku chwilach ustąpił ze zgrzytem, tworząc przejście do platformy.

— Dziękujemy ci za wszystko. Gdyby nie ty, już dawno leżelibyśmy gdzieś tam martwi, albo błąkali się po tej jaskini bez końca.

— Sha’anks nie zapomni o swojej przyjaciółce, o nie. Sha’anks upewni się, że na górze też nie zapomną. — Khajiit wypiął dumnie pierś.

Chuderlak również poczuł się zobowiązany do powiedzenia czegoś.
— Pakt usłyszy o pani zasługach.

Vera uśmiechnęła się lekko i podziękowała.

Gdy już weszli do windy i mieli ciągnąć za dźwignię, Micareth zwróciła się do nekromantki ten ostatni raz i rzekła cicho:

— Mam nadzieję, że Shor ci przebaczy i opuścisz kiedyś to miejsce.

Po tych słowach platforma wystrzeliła w górę, ku Skyrim, ku wolności.

24.06.2020 23:43
Rododendron_as
odpowiedz
Rododendron_as
2

Chociaż wielu nazywało go bezdusznikiem i skurczybykiem, porucznik nie potrafił zdobyć się na dobicie chłopaka. Chłopaka, który miał przed sobą barwną przyszłość, czy to wypełnioną kolorami farb malarskich, czy wojennych. Micareth jednak go nie znała, więc bez chwili zastanowienia chwyciła za topór Angry.

— Dawajże to, nie ma czasu na twoje rozczulanie! — mruknęła, ciągnąc broń w swoją stronę, aż w końcu zrezygnowany Grimes ją puścił.

Nie patrzył. Odwrócił się, gdy unosiła broń, usłyszał tylko świst powietrza i chrzęst odłączanej od ciała głowy. Był na tyle mądry, że odsunął się wcześniej i żadne pozostałości jego byłego towarzysza nie wylądowały na nim.

— Sha’anks nie chce przeszkadzać, ale chyba musimy uciekać!

Właśnie w tym momencie porucznik poczuł, jakby wyszedł zza mgły, a jego zmysły natychmiast zaczęły się wyostrzać, umysł pracować na najwyższych obrotach.

Micareth oddała mu broń i całą czwórką pobiegli korytarzem w głąb Blackreach.

Świecące grzyby oświetlały im drogę, gdy brnęli przez zalane wodą ścieżki. Niemal czuli wyimaginowane oddechy na karku prawie tak dobrze, jak nieodłączny zapach stęchlizny, jednak wielkie kałuże i śliskie kamienie nie pomagały, szczególnie gdy przeciwnik doskonale znał teren i był do niego przystosowany.

A już wyjątkowo pomocną nie była wielka, kuta dwemrska krata, która wyrosła jakby znikąd.

— Cholera! Widzicie gdzieś dźwignię? — Angra sam zaczął rozglądać się po korytarzu, rozpoczynając desperackie poszukiwania wśród całej drużyny.

— Tutaj! — odkrzyknęła Vera, za którą podążała łuna jej magicznego światełka. W odpowiedzi otrzymała kolejny ryk goniących ich potworów, które zdawały się zbliżać w nieubłaganym tempie.

— No dalej, dalej! — przeklinała cholerną dźwignię, która musiała się zaciąć, co w połączeniu z jej osłabionym po czarze organizmem nie wróżyło niczego dobrego. Po chwili szarpaniny, gdzie Grimes już chciał do niej doskoczyć, Verze wreszcie udało się przechylić drążek do końca, uruchamiając mechanizm i brama wystrzeliła w górę, otwierając przejście.

Cała czwórka Jak najszybciej zebrała się do wyjścia, jednak wydawało się, że nie mieli już jak nadrobić straconego czasu, ogromne bezkształtne cielska były już widoczne po drugiej stronie korytarza i co rusz ziemia trzęsła się od ich ciężkich łap i obijających się o ściany cielsk.

— Biegnijcie, Sha’anks ma plan!

Nikt nie zdołał powstrzymać khajiita, gdy ten wskoczył z powrotem do pomieszczenia z dźwignią i pociągnął za nią. Monstra już po niego sięgały, a krata opadała, gdy z gracją wylądował na lewym boku i wykorzystując mokre kamienie oraz swój pęd, prześliznął się pod zamykającą bramą tuż przed jej zatrzaśnięciem. Ułamek sekundy później, od tej samej bariery odbił się gigantyczny stwór, na podobieństwo tych, z którymi wcześniej stoczyli walkę.

— Jesteś zdrowo walnięty, wiesz? — wygarnęła mu Micareth.

— Sha’anks dziękuje. — Ukłonił się khajiit, prawdopodobnie z sarkastycznym uśmiechem, ale ciężko było cokolwiek wyczytać z tej jego kociej gęby.

— Zamknijcie się lepiej i patrzcie — burknął Grimes, łapiąc khajiita za ramię i obracając tak, że spoglądał teraz na to, co oddzielała wcześniej brama.

— Na Ósemkę… — zszokowana Micareth niemal upuściła swój rapier.

Jaskinia, która się przed nimi rozpościerała, była ogromna. Oczywiście, Grimes wiedział, że Blackreach to nie byle nora, ale na to… Na to żadne opowieści nie mogły go przygotować. Z miejsca, w którym stali, nie dało się nawet zobaczyć przeciwległego końca groty. Ruiny i skalne masywy tworzyły niezliczone korytarze, coś jak labirynt, tylko że bardziej zabójczy i w środku raczej nie czekała żadna nagroda, a po drugiej stronie nie było wyjścia.

Za to jak najbardziej widoczne były liczne dziury w ścianach i mnóstwo zakamarków, w których mogły się czaić istoty o wiele gorsze od tych sprzed kilku minut, które swoją drogą musiały skierować się właśnie do innego wyjścia, bo ich ryki z każdą sekundą cichły.
To jednak wciąż było nic. Woda, która zbierała się w licznych wyżłobieniach, w połączeniu z delikatnym niebieskim światłem grzybów, wydawała się fioletowa, zabarwiona czerwienią krwi dawała takie złudzenie. Zapach mokrego kamienia i grzybów tu mieszał się z czymś innym, czymś zdecydowanie mroczniejszym.

— Sha’anks myślał, że to elfka śmierdzi śmiercią, ale te wampirzyska jadą gorzej.

Zewsząd dochodziły do nich syki i powarkiwania podobnych do Miltena, przerobionych na bezmózgie maszynki do zabijania, wampirze sługusy.

Nie musieli niczego analizować. Gdzieś tutaj musiał ukrywać się wampir, może kilka, o wyższej randze, a nowym celem drużyny było pozbycie się ich. Cokolwiek tu robiły te przeklęte pomioty, porucznik postanowił, że położy temu kres.

— I co teraz robimy? — zapytała niepewnie Micareth.

W Grimesie aż zawrzała jego nordycka krew, gdy unosił lekko topór w przygotowaniu, i tak już pewnie całe plugastwo wiedziało o ich przybyciu.

— Idziemy przed siebie — odparł z determinacją, kierując się ku samemu piekłu.

17.06.2020 02:26
Rododendron_as
odpowiedz
Rododendron_as
2

— Przepraszam, przepraszam — ciche mruknięcia co chwilę trafiały do uszu Grimesa, ale nie mógł zidentyfikować, skąd dokładnie.

— Dziękuję, czy mógłby mnie pan przepuścić?

Więźniowie przesuwali się ospale i z pobłażaniem patrzyli na kogoś z tyłu, aż w końcu jeden z nich, mając zapewne dosyć milusińskiego, wypchnął go z całej siły przed szereg, tak mocno, że wylądował praktycznie tuż przed kratą. Z łoskotem uderzył kolanami o ziemię.

— O jejku, jejku, nic mi nie jest! — Niziutki elf o rudawych włosach do ramion i skośnych, zielonych niczym korony potężnych drzew Valenwood oczach, podniósł się i otrzepał obszarpane spodnie.

Angra nie mógł powstrzymać krótkiego prychnięcia.

— Nie marnuj mojego czasu, elfie. Są jacyś inni chętni?

Mały był jednak zdeterminowany.

— Panie żołnierzu…

— Poruczniku — Grimes natychmiast mu przerwał.

— Panie poruczniku, zapewniam pana, że jakakolwiek nie jest to misja, nadam się panu porucznikowi idealnie! — wydusił z błaganiem, mocno odchylając głowę, żeby spojrzeć mu w ogóle w oczy.

Angra zbył go i odwrócił się w stronę stojącego na schodach strażnika:

— Co on tu tak właściwie robi?

— A za co może siedzieć karzełek? Przyłapaliśmy go pod naszymi murami na zajadaniu się w najlepsze Imperialnym.

No tak, cholerny Zielony Pakt tych zdrewniałych dzikusów.

— Zabiłem go w obronie własnej, panie poruczniku! — wtrącił Bosmer. — zaatakował mnie i nie mogłem pozwolić, żeby ukradł moje skarby.

— Jakie znowu skarby? — Grimes ponownie zignorował Bosmera, kierując pytanie do celnika.

— Bo ja wiem, co on tam trzyma w tym swoim wozie? Jakieś dziwne mikstury i cała kupa rozpadającego się szmelcu. No i mnóstwo, mnóstwo map, Akatosh wie czego. To świr, poruczniku Angra, proszę go nawet nie brać pod uwagę.

Bosmer odchrząknął.

—Naukowiec i uczony, panie strażniku, a ten szmelc, to ważne artefakty, dzieła najwybitniejszych wynalazców w historii, samych Dwemerów!

Dopiero wtedy Grimes postanowił zwrócić uwagę na postać przed nim. Zbliżył pochodnię do krat i przyjrzał się więźniowi, mierząc wzrokiem… w sumie od dołu do dołu, bo w przypadku jego wzrostu, żadnej góry nie było.

— I co, znasz się na tych ich przeklętych maszynach? — Chociaż Bosmer wydawał się totalnym idiotą i ciepłą kluchą, niewykluczone, że jego wiedza mogła się im przydać tam na dole, a Grimes nie mógł przepuścić takiej okazji, która wydawała się zesłana przez samą Ósemkę.

— Ja, panie poruczniku? Jak nikt inny! Większość z nich zebrałem własnymi rękami, panie poruczniku! Ruiny to mój drugi dom. — uśmiechnął się, jakby samo wspomnienie upadłych miast i zabójczych maszyn dawało mu wiele radości. Ósemko, ten gościu był naprawdę obłąkany!

— I jak cię zwą?

— Gelrron, panie poruczniku! — Bosmer wyszczerzył się, gdy Grimes wyciągnął rękę z kluczem w stronę zamka od kraty.

— A więc Gelrron, to twój szczęśliwy dzień! — wydusił z ironicznym entuzjazmem, otwierając celę i wypuszczając go z zatęchłej nory przepełnionej innymi oczekującymi na wyrok. Rozumiał ich głupie miny i wybałuszone oczy, sam do końca nie rozumiał, co strzeliło mu do głowy — Tylko ogranicz używania „panie poruczniku”, bo wsadzę ci knebel.

— Tak jest, panie poruczniku! — wyskoczył szybko z celi i zadowolony z siebie, zaczął otrzepywać kurz z ubrania.

„To będzie cholernie długa misja”, pomyślał Angra, przewracając oczami.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl