Pamiętam jak jeszcze za małego smerfa spedzałem nawet 7 godzin dziennie przeglądając grając i oglądając YT. Szukałem pustych przyjemności, aż po czasie moje życie wydawało mi się nudne, bezcelowe i beznadziejne, łapałem sie różnych rzeczy w tym ćwiczeń i PH, żeby sie jakoś "dowartościować" i mieć "chwilkę relaksu" bo nienawidzilem siebie i innych. Po czasie było jeszcze gorzej, wszedłęm w uzależnienia. Wtedy zaatakowała mnie choroba, stres i ból związany z nią. Chciałem to zakonćzyć, ale dalej tu jestem, a czemu? Czegoś mi brakowało i żyłem w kłamstwie, nie byłem szczery sam ze sobą, aż przestałem czuć sens swojego życia. Uwierzcie mi nienawiść i złość nie prowadzi do niczego dobrego, byłem nią zaślepiony. Potem stany depresyjne, stany lękowe, przesiedziałem ogromną część swojego życia w szpitalach. Lekarze dalej nie wiedzą co mi jest. Bóg mnie uratował i moją ciocię też, miała nieuleczalnego raka z przerzutami na bardzo ważne organy, lekarze mówili, że umrze. Nie traciłem nadziei, cierpliwie i wytrwale prosiłem o jej zdrowie. Pewnego dnia, siedząc w pokoju błagałem Boga, oto żeby wyzdrowiała, pod nosem powiedziałem "właśnie, ciekawe jak się teraz czuje ciocia". Odpowiedział mi, właśnie w tym momencie, Babcia wyszła ze swojego pokoju i głośno powiedziała na cały dom, że rak cioci znika, ciocia zdrowieje, a lekarze mówią że to cud. Ciocia żyje i ja też, nie chce więcej sam się zniewalać i okłamywać. Od momentu kiedy Go pokochałem, w moim życiu dzieje się tyle cudów i niesamowitych rzeczy, że ja się poprostu nie nudzę! Opisanie tego wszystkiego zajęłoby mi co najmniej kilka godzin. Każdy dzień jest jak przygoda, którą z Nim spędzam i w końcu widzę, że nie ma przypadków i wszystko ma cel. Ćwiczę dalej, ale dla zdrowia, nie żeby się "dowartościować". Moje ciało dalej jest chore ale nigdy nie czerpałem takiej radości z życia. Jestem wolny od uzależnień, od nienawiści. Bóg mnie uratował.