Więźniowie byli oczywiście nieuzbrojeni, w dodatku skuci a z racji mizernych przydziałów żywnościowych, żaden z nich nie był w pełni sił. Nikt nie traktowałby takiego przeciwnika poważnie. Mimo wszystko Grimes nie mógł pozbyć się wojskowych przyzwyczajeń – gdy nadchodziło zagrożenie, należało być gotowym na wszystko. Dla obserwatora wydawać by się mogło, że stoi cały czas swobodnie, leniwie przyglądając się ponuremu otoczeniu spod przymrużonych powiek. Było to jednak jedynie złudzenie. Teraz jego umysł był skupiony a ciało gotowe do skoku niczym ebonowa strzała w naciągniętej cięciwie. Niektórzy mogliby nazwać takie zachowanie nadmierną ostrożnością, lecz w tym przypadku wielce by się zdziwili. Więzień, który wystąpił poczekał na zezwolenie od strażnika, który poluzował mu łańcuch na tyle by ten mógł stanąć twarzą w twarz z porucznikiem. Wraz z nim do nozdrzy porucznika doszedł także jego niemiłosiernie obrzydliwy zapach świadczący o tym, że stan sanitarny więzienia pozostawiał wiele do życzenia. Ale cóż, musiał to jakoś wytrzymać…
- Czego oczekujesz od nas, gnijących żywcem w lochu, do którego sam nas wtrąciłeś? – Czysta niepohamowana wrogość wymalowana na jego twarzy nie sugerowała dobrowolnego wypełnienia jakichkolwiek poleceń. Skoro podszedł jako pierwszy musiał być to swoisty przywódca tutejszej hałastry. Porucznik lekko uśmiechnął się. Będzie idealny do przeprowadzenia akcji.
- Ty jak i twoi kompani zaciągnęliście potężny dług swym karygodnym postępowaniem. W większości przypadków dług ten możecie spłacić jedynie ceną swojego własnego życia. Dziś daję wam jednak inną możliwość. Możecie odpokutować swe przewinienia poprzez pokorną pracę na rzecz naszej małej społeczności. Czy jesteście gotowi odłożyć na bok wasze występki i zyskać nowe życie jako słudzy miasta Greymoor?
Więzień w błyskawicznej odpowiedzi zebrał ślinę i z całych sił splunął porucznikowi prosto w twarz.
I właśnie w tym momencie wojskowa rutyna zadziałała na korzyść Grimesa. Spodziewając się podobnej reakcji zręcznie minął strugę plwociny (dosyć celnie wymierzonej, należało by zauważyć) która zamiast w niego, trafiła w stojącego za nim strażnika.
- Myślicie, że chcemy waszej łaski ?! – grzmiał więzień a łańcuchy oplatające mu kostki napięły się pod siłą potężnego szarpnięcia– Że jesteśmy coś winni tej kupie gruzu którą dumnie nazywacie miastem? Podejdź jeszcze trochę a wyrównam dług mój i wszystkich wsadzonych do tego pierdla! Nie zapomnieliśmy kto nas wszystkich upokorzył, kto złapał nas i zamknął tutaj żebyśmy sczeźli poruczniku Grimes!!
Więźniowi zawtórował chór złożony z reszty stojących za nim zbirów. Wszyscy jak jeden mąż chcieli zdjąć łańcuchy i wypełnić swoje największe marzenie jakim było ukatrupienie tego przez którego muszą codziennie budzić się w tym okropnym miejscu. Opluty strażnik wyrżnął opancerzoną pięścią w brzuch krzykacza, lecz ten nie zamierzał przestać. Jednym kopnięciem udało mu się powalić strażnika. Drugim pozbawił go kilku przednich zębów. Chaos ogarnął wszystkich, więźniowie walczyli próbując zerwać łańcuchy a w bocznym korytarzu już słychać było odgłosy nadchodzącego wsparcia pozostałych strażników. Dobrze, pomyślał Grimes przyglądając się całej scenie. Teraz mógł rozpocząć swoje obserwacje. Cofnął się by przypadkiem nie pobrudzić sobie już i tak w całości zaśmierdzianej zbroi, lecz tak aby nadal mieć dobrą wizję na toczący się spektakl. Strażnik chwycił w jedną dłoń krótki miecz, drugą trzymając przy ustach, próbując zatrzymać krwawienie z popękanych niczym wiśnie warg. Już po chwili do walk dołączyło trzech innych więziennych strażników, biegnących ze stróżówki. Razem próbowali zapanować nad powstaniem więźniów, którzy w dzikim szale atakowali własnymi łańcuchami i kubłami na ekskrementy. Wszytko do czasu, gdy z korytarza wyłoniła się jeszcze jedna postać.
- Co tu się wyprawia do jasnej cholery! – Do pomieszczenia wszedł mężczyzna wielki niczym stuletni dąb, przy którym nawet Guntrim wydawałby się jedynie małym chuderlawym chłopcem. Grimes znał dobrze więziennego nadzorcę, lecz nigdy wcześniej nie miał okazji oglądać go w pracy.
Więźniowie w jednej chwili znieruchomieli niczym posągi, nie zważając nawet na spadające na nich ciosy tępych mieczy strażników. Wszyscy wpatrzeni byli ze strachem w pas nadzorcy. A wisiał przy nim bardzo dobrze im znany dwemerki korbacz. Nadzorca nawet nie musiał go wyciągać. Wytarte od wielokrotnego użytku piękne krasnoludzkie zdobienia błyszczały w świetle pochodni a każda iskierka przypominała zbirom o męce jaką potrafi zrzucić na skazańca zezłoszczony nadzorca.
- Będziecie już grzeczni czy mam kilku oćwiczyć dla przykładu?
Chór, który wcześniej rzucał wyzwania wszystkim osiłkom tego świata teraz pokornie zaklinał się na wszystkich znanych im bogów, iż będą posłuszni. Nawet ci którzy oswobodzili się ze słabszych łańcuchów starali się zacisnąć je z powrotem na własnych kończynach, aby przez przypadku nie narazić się na dalszą niełaskę. Porucznik nie miał już złudzeń kto trzyma prawdziwą niepodzielną władzę w tym przybytku.
Nadzorca stanął przy poruczniku.
- Ja pójdę odprowadzić naszego gościa, a jak wrócę widzę was wszystkich w celach. – Po czym zwrócił się do współpracowników - Chłopcy, wracać na stanowiska, nie będzie już więcej problemów, prawda? Ostatnie słowa złowrogo rzucił znów w stronę więźniów, którzy bez najmniejszego opóźnienia starali się spełnić polecenie.
Tymczasem porucznik wraz z nadzorcą skierowali się ku schodom prowadzącym do wyjścia, w stronę choć trochę bardziej cywilizowanego świata.
- Grimes, stary włóczęgo. Czy ja ci wchodzę do pracy i urządzam tam burdel? Co to miała być za akcja?
- Nachel, przyjacielu. Ciebie też dobrze widzieć – Grimes uśmiechnął się promiennie do towarzysza – przyszedłem jedynie wypełnić rozkazy, nie chciałem sprawiać ci nadmiernych problemów.
- Ha, za każdym razem, gdy się pojawisz ja mam potem albo kłopoty albo kolejnego do pilnowania. Nie wiem kto dał ci rozkazy, ale czy zdajesz sobie sprawę, że teraz będę musiał powiesić co najmniej trzech z tych na dole dla przykładu? Ty wiesz, ile z tym jest roboty papierkowej człowieku?
- Sam też nie pchałbym się w to bagno, lecz rozkazy przyszły z góry. Od kapitana Beinarda
- Ohoho, jak oni coś wymyślą to już lepiej do mnie trafić niż w ich objęcia. W szczególności, że wiem jak bardzo kocha cię masz drogi kapitan. Co ci zlecili?
- Blackreach.
- Ehh słyszałem co nieco o sprawie. Cóż w takim razie miło mi było cię znać, przyjacielu.
- Nie spisuj mnie tak szybko na starty, wielkoludzie. Właśnie planuję, jak ujść z tego żywcem. Tak w zasadzie miałbym jeszcze do ciebie prośbę. Dałbyś mi jednego z tych na dole? Potrzebuję pomocy przy tym śledztwie i muszę kogoś wybrać. Przydały by się też akta wytypowanych skazańców. W miarę możliwości jeszcze przed wykonaniem wyroku. Byłoby szkoda gdybyś posłał na szafot wybranego przeze mnie człowieka.
- Z racji na znajomość mogę użyczyć ci jednego z nich pod warunkiem, że już go nie oddasz. Więzienie i bez tego jest już przepełnione, wyroków coraz mniej… Ale czy jesteś pewny, że chcesz kogoś z nich? Według mnie to zły pomysł. Widziałeś jak sam twój widok na nich zadziałał. Nie chcę, żebyś skończył z sztyletem w plecach.
- Miło, że się o mnie martwisz, ale pozwól mi się tym zająć, w końcu złe pomysły to moja dewiza. Osoby mam już wybrane mam nadzieję ze po opisie będziesz wiedział o kogo mi chodzi.
- Nie to, że się martwię o ciebie tylko sam tego burdlu na kółkach długo bym nie popchał – Nachel zaśmiał się basowo – Jasne, opisuj kogo potrzebujesz. Wydam ci akta na górze w moim gabinecie. Wpadnij jeszcze przed wyprawą to zjesz coś ciepłego. Rachela będzie gotować wolno gotowany gulasz króliczy. Dostarczy ci wszystkiego co potrzeba przed podróżą.
Porucznik Grimes przeglądał akta w swoim biurze. Nie zawierały one zbyt szczegółowych informacji. Ot Imię skazańca, narodowość, powód zesłania i coś co można by nazwać historią przestępstw. Jeżeli więźnia z jakiś powodów przekazywano do innych placówek, jego akta jechały razem z nim. Porucznik rozparł się na tyle wygodnie na ile pozwalało jego skromne drewniane krzesło i wyłożył nogi na blat drewnianego stołu. Leżały przed nim akta dwóch wybranych osób i jak dotąd nie potrafił zdecydować kogo wziąć na wyprawę. O tym które karty wylądowały dziś w jego skromnym biurze, na przedmieściach Greymoor, bynajmniej nie zadecydował przypadek. Zostali wyselekcjonowani już podczas awantury w więzieniu. Po rozpoczęciu rozruchów bacznie obserwował reakcje wszystkich w pomieszczeniu. Wiedział, że jego przemowa rozwścieczy wszystkich tych, którzy nie nadawali się do współpracy. Dzięki temu postępowaniu zamiast przesłuchiwać wszystkich mógł skupić się na małej wyróżniającej się grupce, która nie zareagowała na zaczepkę i nie podejmowała żadnych działa. W ogólnym chaosie nawet nie zdali sobie sprawy, że są pod baczną obserwacją. I tak oto początkowo było ich czterech, lecz dwie kandydatury odrzucił jeszcze w biurze. Pierwszy – Egis Istornak został wykluczony, gdyż został skazany za gwałty i rabunki na trakcie. Żadna z tych umiejętności nie byłaby raczej przydatna. Kolejnym była Svana. Pozornie nie była zainteresowana rozróbą, ignorowała wszystko i ciągle nawiązywała z nim kontakt wzrokowy. Już myślał, że został rozgryziony i właśnie znalazł inteligentną towarzyszkę, lecz, jak powiedział mu Nachel, od kilku lat była lekko mówiąc szalona. Może to mieć jakiś związek z tym, że skazano ją po znalezienie w jej domu ukrytego pokoju z ciałami ofiar i ołtarzem wzniesionym prawdopodobnie jak jednej z Daedr. W tym przypadku uznałbym doniesienia z a jak najbardziej prawdziwe.
Pozostałymi do rozpatrzenia kandydatami był Akka-Joryh – argorianin oskarżony o szpiegostwo. Są na no niezbite dowody, co dobrze o nim świadczy w kontekście wyprawy. Szpiedzy są dobrze wyszkoleni i w związku z posiadanymi przez nich informacjami i umiejętnościami zwykle się ich nie zabija a próbuje przekabacić na przeciwną stronę. Z przechwyconych dokumentów wywnioskować można było, że pracował dla co najmniej czterech osobnych pracodawców i miał powiązania z gildią złodziei. Mógłby się przydać. Drugim kandydatem jest jeden z więźniów osadzonych w osobnej celi który, według zapewnień Nachela nawet nie wchodził w grę, gdyż miał tutaj tylko przesiadkę do innego przybytku więziennego. A była to osoba bardzo interesująca. Nadia Yorvet – bretonka, była adeptka magii zapisana w gildii magów. Pierwszy raz poszukiwana po wystąpieniu z akademii skąd wyniosła drogocenne pisma, notabene nie znalezione do dziś. Sądząc po ilości krain w których była poszukiwana z pewnością posiada wiele umiejętności przydatnych podczas walki o życie, gdzie każdy napotkany osobnik jest wrogiem. Nie wspominając o samej magii. Jej talent w tym zakresie ciężko określić. Teoretycznie ma być odeskortowana do progów akademii i tam osądzona za swe liczne przewinienia przeciwko tejże instytucji. Do akt dołączono stosowne pismo okraszone niepodrabialną pieczęcią.
W tym momencie do pomieszczenia szybkim krokiem wszedł sierżant Gutrim. Już od wejścia widać było, że słyszał o incydencie w więzieniu. Bardzo dobrze, pomyślał Grimes. Akurat możesz mi się przydać.
- Poruczniku, za pozwoleniem. Czy nie mówiłem ci, że z wizyty w więzieniu nic dobrego nie wyjdzie?
- Ja uważam ją za bardzo owocną. Mam nawet kandydatów, którzy mogą spełniać kryteria.
- Nie puszczę cię z żadnym z tych kryminalistów, kimkolwiek by nie byli. Sam pomysł, żeby porucznik kogoś z nich wybierał jest bezsensowny i nie może go porucznik podjąć.
- Masz świętą rację, sierżancie – Grimes uśmiechnął się, bo już wiedział, jak rozsądzić kto ma mu towarzyszyć – Dlatego ja nie podejmę tej decyzji.
- Co? Jak to? – Zdziwienie sierżanta było wypisane na jego twarzy – Czy w takim razie porucznik weźmie jednego z nas? Najlepiej mnie! Już nawet jestem….
-Spokojnie sierżancie, nie zagalopujcie za daleko w swoich przemyśleniach – Grimes zatrzymał jego słowotok, gdyż szedł w całkowicie błędnym kierunku – Ja nie podejmę tej decyzji, gdyż ty podejmiesz ją za mnie
Jeśli poprzednia mina wyrażała zdziwienie to aktualnie całym ciałem sygnalizował, że nie ma pojęcia o co mi chodzi.
- Pójdziesz do osób z listy. Nie będziesz miał dużo roboty, gdyż jest ich tylko dwóch. Przesłuchasz ich i sam wybierzesz kto się bardziej nadaje. Sam stwierdzisz komu będziesz mógł powierzyć moje życie na tej wyprawie. Co ty na to?
- Poruczniku! To zdecydowanie za duża odpowiedzialność!
- Sierżancie, ujmę to inaczej. To rozkaz. A teraz leć, bo nie masz za dużo czasu. Idź i przekaż im, że z rozkazu zarządcy więziennego Nachela jutro zawisną za powstanie w więzieniu. No już, nie rób takiej zdziwionej miny, sam trochę pomyśl a na pewno znajdziesz odpowiedzi.
Na szczęście nie musiał mu nic więcej tłumaczyć, Guntrim sam szybko zrozumiał o co chodziło porucznikowi i po zasalutowaniu wyszedł wypełnić służbowe polecenie. Więc nie pozostało mi nic innego jak odwiedzić Nachela i jego żonę. Jej kuchni nie sposób odmówić.
Sierżant od razu po wyjściu od porucznika zdał sobie sprawę jak ten chce przeżyć z jednym ze skazańców. Sztuczka polegała na odpowiednim przyciśnięciu więźnia i uświadomieniu mu, że ta misja to nie łatwe zbawienie. To tylko wymiana szybkiej i pewnej śmierci na szafocie na śmierć z opóźnieniem, bo misja jest niebezpieczna a szanse na powodzenie są niewielkie. Porucznik jest nastawiony na to samo ryzyko co sprawiało wrażenie, że tak jak i jeden ze skazańców został przeznaczony na stratę (co wcale nie było wykluczone biorąc pod uwagę, że rozkaz pochodził od kapitana…). Miało to wytworzyć coś w rodzaju braterskiej więzi pomiędzy skazanym a porucznikiem podczas misji.
Po przesłuchaniu nie mógł powierzyć życia porucznika Grimesa w ręce szpiega. Skoro został złapany to jego umiejętności nie mogły być aż takie imponujące. Miał nadzieję, że kandydaturę bretonki też odrzuci z podobną lekkością.
Bretonka siedziała sama, skuta w pomieszczeniu nie rozumiejąc co się z nią stanie. Guntrim wszedł na salę. Bretonka miała smukłą sylwetkę, charakterystyczną dla ludzi z rozcieńczoną krwią elfów. Brudne, szare włosy i rozbiegane po całej sali niebieskie oczy. Nawet nie zdawała sobie sprawy ze zaraz ma rozegrać się gra w której stawką będzie jej życie.
- Zacznę krótko. Mam dla ciebie dwa pisma. Pierwszym jest skazanie na śmierć za podburzanie do buntu w więzieniu.
- Nie możecie mnie skazać, nie brałam udziału w żadnym buncie. Cały czas byłam zamknięta w osobnej celi. Poza tym mam być odeskortowana do siedziby gildii. Nie pozwolą, żeby ktokolwiek poza nimi osądził o moim losie. – W tym momencie biła od niej pewność siebie która powoli przełamywała pierwszą falę strachu. Była pewna swoich racji i swej tymczasowej nietykalności. Potrafiła skupić się w stresowych momentach. Niestety świadczyło to na jej plus.
- Dwukrotne kłamstwo. Za kolejne będę zmuszony cię ukarać. Po pierwsze, możemy cię skazać. Oto dokument podpisany przez kapitana Beinarda potwierdzający, że jutro zawiśniesz jako przykład dla innych więźniów by na przyszłość wiedzieli co się dzieje z buntownikami. Po drugie oto pismo prosto z gildii magów potwierdzające zgodność wyroków. Stwierdzili, że skoro kara za czyny jest adekwatna, miejsce jej przeprowadzenia jest nieważne. – Ta informacja była najzwyczajniej zmyślona. Miał jednak autentyczne pismo gildii, z akt które nakazywało transport dziewczyny do gildii. Oryginalna pieczęć oraz magiczna aura zwoju wywarły odpowiednie wrażenie na skazanej. Jej pewność została złamana, widać to było w jej oczach. Ogniki wcześniej płonące pewnością teraz przygasły. Mimo wszystko nie zaczęła błagać o łaskę tylko czekała na dalsze informacje. Przeczuwała, że to nie wszystko, że chodzi o coś więcej. Znów na swoją korzyść.
- Co więc ze mną będzie?
- Jutro z rana zawiśniesz, albo… Jest pewna alternatywa. Możesz odpracować swoje zbrodnie a zapewnimy ci wolność.
- Jak? Gildia jednoznacznie wydała mnie na śmierć. Nie możecie mi nic dać
- Wręcz przeciwnie. Jeśli zechcesz współpracować jutro oficjalnie umrzesz. Na papierze oczywiście.
Jasne ogniki nadziei na nowo zapłonęły w jej oczach.
- W zamian będziesz musiała wziąć udział w misja razem z porucznikiem Grimesem lecz szanse waszego powodzenia nie są zbyt wysokie. Możesz mieć tylko nikłą szansę.
- Przyjmę ją – Odpowiedziała bez namysłu – Z moimi umiejętnościami na pewno się przydam, wszystko o mnie wiecie, czytaliście akta. Na pewno…
- Jeszcze jedno – przerwał jej sierżant. Spojrzał na nią bezlitosnym wzrokiem –Zostałaś skazana za kradzież ksiąg, grabieże antycznych świątyń i szmuglerstwo artefaktów między krainami. Dla mnie zawsze będziesz przestępcą i nikim więcej. Zapamiętaj sobie, jeśli wam się nie powiedzie, zginiesz. Jeśli ty wrócisz a porucznik przepadnie, zginiesz. Jeśli spróbujesz uciec, damy znać gildii magów a oni znów cię wytropią. Zrób choć jeden nierozważny ruch a zatęsknisz za szybą śmiercią jaką mógł dać ci szafot. Pamiętaj, że ja będę czekał
W tym momencie przeraził ją całkowicie, lecz pomimo strachu czuła też ulgę. Jednak nie zginie. Jeszcze nie dziś
- Zrobię wszystko co w mojej mocy. Pomogę gdziekolwiek będę potrzebna.
Sierżant zrobił swoje, kazał straży ją wyprowadzić i na pożegnanie rzucił
- Jutro zginiesz, Nadio Yorvet. Powodzenia.
Już pod koniec dnia Guntrim wrócił z odpowiedzią.
- A więc bretonka
- Nadal twierdzę, że to zły pomysł – Sierżant nadal ewidentnie nie był przekonany
- Wiem. Ale takie wychodzą mi najlepiej – Porucznik uśmiechnął się.