Proteo77

Proteo77 ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

01.07.2020 22:23
odpowiedz
Proteo77
2

Sha'anks ruszył przodem. Ucieczka przez ciasne korytarze z urzędnikiem na plecach, nawet tak lekkim, zdecydowanie nie należała do przyjemności, do tego złodziejska torba przewieszona przez jego ramię, obciążona dwoma kryształami i prastarą księgą nie ułatwiała sprawy, odbierając mu kocią grację i sprawiając, że w biegu zaczął bardziej przypominać niezgrabnego porucznika. Albo żółwia. Śmieszne stworzenia. Widział je kiedyś na plaży, daleko stąd, daleko od Skyrim i Blackreach. Bardzo żałował, że nie ma go teraz na tej plaży.
- Sha'anks! - zdyszany głos Micareth rozwiał jego wspomnienia - pamiętasz drogę?
- Sha'anks pamięta, bardzo dobrze pamięta! - odkrzyknął, nawet się nie odwracając.
Nie byłoby łatwo odwrócić się w pełnym biegu z takim bagażem. Nie zazdrościł jednak wojowniczce - to jej przyjdzie walczyć z pokrakami, jeśli któraś zdoła ich dogonić. Chociaż khajit miał nadzieję, że żadna jednak nie zdoła. Może i nie miał pamięci do szczegółów, chyba, że były małe, świecące i cenne, przez co mijane korytarze wyglądały niemal dokładnie tak samo i niewiele mu mówiły - dlatego właśnie nie kierował się pamięcią, a węchem. Wciąż czuł zapach śmierci, jaki zostawiła za sobą nekromantka, gdy szli tędy poprzednio. Nie lubił tego zapachu, o nie, żałował jednak, że elfki nie ma razem nimi. Może i parała się śmiercią, ale nie zasłużyła sobie na nią.
Mimo wszystko nie chciał do niej dołączyć, spróbował więc jeszcze choć trochę przyspieszyć, i wbiegł w kolejny korytarz.
Micareth nie miała problemu, by dotrzymać kroku khajitowi, co chwilę oglądała się jednak przez ramię. Nie za przeciwnikami, choć z radością posiekałaby jedną czy dwie pokraki swym rapierem. A raczej z wściekłością. Mimo tego, że od powodzenia ich ucieczki zależało nie tylko jej życie, ale i prawdopodobnie los Skyrim, jeśli nie całego świata, każdą cząstką siebie wolałaby walczyć teraz ramię w ramię z porucznikiem Grimesem. Kobieta, która stanęła im na drodze, wydawała się być niezwykle groźna - o takim przeciwniku marzyła odkąd nauczyła się trzymać ostrze w dłoni. A teraz ten jednooki żołdak może sprzątnąć jej sprzed nosa całą chwałę. Albo skonać, zostawiony samemu sobie. Już nie wiedziała, która z tych ewentualności bolała ją bardziej. Wiedziała jednak, że długo nie wybaczy sobie momentu, w którym po cichu, niczym szczury, przekradli się za ich plecami.
Nagle Sha'anks zwolnił, a ona, zatopiona we własnych ponurych rozmyślaniach, omal go nie staranowała.
- Co jest?! - warknęła gniewnie.
- Pułapki. Sha'anks radzi, abyśmy biegli odrobinę uważniej. Sha'anks kilka z nich poprzednio rozbroił, ale jest tu ich niestety więcej niż kilka.
"Cholerne pułapki" - zaklęła w myślach - "cholerne Blackreach". Posłuchała jednak rady khajita, uważnie śledząc jego ruchy i starając się je naśladować.
Pokonanie tej części, jak na gust ich obojga, zabrało im zdecydowanie zbyt wiele czasu - nim skończyli, zza pleców dobiegły ich pierwsze wycia pogoni. Micareth starała się nie myśleć, co to oznaczało dla porucznika.
- Uff, no to po kłopocie - złodziejaszek odetchnął gdy tylko pewniej stanął na własnych łapach - teraz jeszcze tylko spiralne schody, ze dwie zagrzybione jaskinie i jesteśmy w domu!
Dawno już w głosie Sha'anksa nie było słychać tak wielkiej radości.
Przedwczesnej.
Spiralne schody, uruchamiane u góry specjalnym, dwemerskim mechanizmem, w międzyczasie zdążyły zniknąć.
- Nje nje nje, Sha'anks się tak nie bawi, to nieuczciwe!
Micareth może i zaśmiałaby się słysząc te słowa z ust rabusia, ale poczucie humoru było jej raczej obce, zaklęła więc tylko siarczyście.
Głosy pogoni były już coraz bliżej, na szczęście klasyczne, upiorne wycia co chwilę przerywane były wrzaskami pełnymi bólu - widocznie przemienionym pokonywanie dwemerskich pułapek nie szło tak sprawnie jak im. Mieli więc jeszcze moment lub dwa na to, aby zdecydować, co dalej.
- Przecież musi tu być taki sam mechanizm jak na górze, wystarczy go znaleźć - stwierdziła rzeczowo, siląc się na spokój, po czym wraz z Sha'anksem rozpoczęła poszukiwania.
Parę o wiele za długich chwil gorączkowego obmacywania ścian później oboje musieli przyznać, że dwemerski mechanizm wcale nie musi znajdować się na dole. W międzyczasie pierwsze stwory wypełzły zza zakrętu korytarza. Micareth rozniosła je raz dwa, ale wiedzieli, że zaraz pojawią się kolejne.
- No to jesteśmy w dupie - skwitowała wojowniczka.
Khajit otrząsnął się już jednak z przykrego zaskoczenia i miał inne zdanie w tej sprawie.
- Sha'anks wie, że to niekoniecznie w dobrą stronę, ale tam w rogu jest szczelina - trafił na nią kiedy szukał przełącznika; ukryta za porostami, niemal umknęła jego uwadze - i może to nie wyjście z Blackreach, ale na pewno jedyne wyjście z tej sytuacji.
Micareth, słysząc kolejne upiory, nie mogła się z nim nie zgodzić.
- Łap tego łachmyte - wskazała na chuderlawego urzędnika, spokojnie, wciąż bez przytomności leżącego na posadzce - ja będę nas ubezpieczać.
Z obnażonym rapierem w ręku jakoś w końcu udało jej się wcisnąć za khajitem w szczelinę. Na szczęście tylko początek był tak wąski - później zrobiło się na tyle szeroko, że potężna nordka wreszcie przestała się martwić, iż utknie między skałami. Za to ścigające ich bestie okazały się chyba zbyt duże - nikt ich nie ścigał, więc po kilkuset pokonanych w opalizującej, z lekka tylko rozświetlanej fluorescencyjnymi porostami ciemności weszli do rozległej, niezwykle długiej jaskini. Niezwykle pięknej jaskini.
- Szfy szfu - khajit próbował zagwizdać, ale jego koci pysk zdecydowanie nie był do tego stworzony - Sha'anks powiedziałby, że ładnie, gdyby nie miał już dosyć tych podziemi.
Niemal cała jaskinia udekorowana była błyszczącymi od wilgoci, rozświetlonymi widmowym blaskiem stalaktytami i stalagmitami. Na ich szczęście po jej lewej stronie była droga, szeroka może na trzy wozy. Na ich nieszczęście jej lewy brzeg na całej długości kończyła przepaść. Jakby tego było mało, jaskinia opadała po lekkim skosie w dół.
Micareth już otwierała usta do kolejnego przekleństwa, przeżuła je jednak i połknęła. Dodała tylko, wzruszając ramionami:
- Jak mówiłeś, nie mamy innego wyjścia. W drogę.
Oboje liczyli na to, że podziemny gościniec jeśli nie na zewnątrz, to doprowadzi ich chociaż w jakieś bezpieczne miejsce, gdzie będą mogli odpocząć i spokojnie pomyśleć co dalej.
Ich nadzieje rozwiały się jednak już po paru krokach.
Z przeciwległego końca, tam, dokąd zmierzali, zaczęły wyłaniać się przemienione monstra. Dwie maszkary, cztery, tuzin. Każde z nich było kiedyś człowiekiem lub elfem, falmerem czy argonianinem. Teraz wszystkie były tylko "piechotą" wampirzego lorda. Spotworniałą, groteskową i.. żądną ich krwi.
Khajit położył nieprzytomnego urzędnika, obejrzał się przez ramię, na szczelinę, z której przyszli, później w prawo, na gęsty las stalagmitów, i w lewo, na przepaść. Gdy upewnił się, że tym razem nie ma żadnego wyjścia z pułapki, zrezygnowany przyjął bojową postawę. Micareth tylko splunęła i ponownie wyciągnęła swój rapier.
- Plan jest taki.. - norska wojowniczka nie zdążyła dokończyć; gdyby nie błyskawiczny unik, kula energii ciśnięta z ciżby nadbiegających wrogów spaliłaby ją na popiół. Zdołała wstać w samą porę, by odbić pazury czegoś, co kiedyś było pewnie mieszkańcem Greymoor, po czym szybkim cięciem rozpłatała temu czemuś pysk.
- Nie daj mu zginąć - rzuciła tylko do khajita, wskazując głową na urzędnika, i skoczyła na przeciwników.
Jeśli bestie dopadną cherlawego norda, cała ich walka, cała wyprawa mogłaby pójść na marne - porucznik Grimes pewnie już nie żył, więc potrzebowali wiarygodnego świadka; stara księga i dwa kryształy to mogłoby być za mało, aby ocalić ich parszywe skóry przed stryczkiem. Zakładając, że w ogóle wyjdą cali z tego starcia. A na razie, mimo błyskawicznych cięć i pchnięć Micareth, mimo całego kunsztu, jaki w nie wkładała, mimo zajadłych, pełnych kociej furii ataków Sha'anksa, niewiele mogło na to wskazywać. Początkowo zyskali trochę przestrzeni, a maszkary, zaskoczone ich walecznością, dały się rozproszyć i padały jak zżęte kłosy. Jednak na ich miejsce ciągle napływały nowe, a do tego wciąż musieli uważać na atakującego z dystansu maszkarona-czarownika, zaczęli więc oddawać teren.
Gdy zepchnięto ich z powrotem na miejsce, w którym rozpoczęli starcie, Sha'anks i Micareth godzili się już powoli ze śmiercią. Po wyrżnięciu kolejnej fali, szykując się na przyjęcie następnej, spojrzeli tylko na siebie i skinęli sobie głowami - nawet khajit nie miał już w tej chwili nic do powiedzenia.
Rozpędzone, tratujące się w biegu monstra już wznosiły swe liczne odnóża, by zgnieść broniących się skazańców, gdy nagle co najmniej kilkanaście z nich w mgnieniu oka dosłownie zamarzło, każde w innej pozie, a ostre sople, które utworzyły się za ich plecami, powodowane impetem pomknęły dalej, kładąc pokotem następnych przeciwników.
Pomiędzy zdumionych, wciąż jednak żywych Micareth i Sha'anksa wszedł drobny, niepozorny urzędnik. Wokół jego dłoni wirowały kryształki lodu.
- Może i nie mam pojęcia, co ja tu, do cholery, robię, ale na pewno nie mam zamiaru tu zginąć, gdziekolwiek to "tu" się znajduje - Bodil spojrzał na nich - i wydaje mi się, że wy również. Więc moi drodzy wybawcy, proszę za mną. Biegiem.
I ruszając z miejsca, machnięciem ręki zamroził i rozbił na kawałki kolejną kulę energii lecącą w ich stronę, po czym wystrzelił w kierunku jej nadawcy własny pocisk. Maszkaron-czarownik nie miał już więcej okazji ich niepokoić, utrudniał mu to sopel tkwiący w zdeformowanej czaszce.
Nie było czasu na dywagacje. Khajit chwycił tylko swoją torbę i wraz z wojowniczką pobiegł za urzędnikiem. A raczej magiem, i to całkiem potężnym.
Kolejne upiory kończyły albo jako lodowe posągi, albo z dziurami w korpusach, a ich szeregi wreszcie zaczęły się przerzedzać. Sha'anksowi i Micareth pozostawało tylko trzymać się maga i likwidować te nieliczne stwory, które uniknęły jego zaklęć. I kiedy zaczynało się wydawać, że wyjdą z tego starcia zwycięsko, zatrzęsła się ziemia. Raz, drugi, trzeci. Zza zakrętu wyszedł olbrzym. A raczej coś, co kiedyś było olbrzymem, a teraz, przemienione jak reszta stworów, przypominało najgorszy koszmar, jaki tylko może się przyśnić. Nawet chuderlawy, młodociany arcymag stanął jak wryty.
- Przyznam, że tego wcale nie chciałem się spodziewać - odezwał się niepokojąco zmęczonym głosem.
- Sha'anks widzi, że to, co biegnie w naszą stronę, nie wygląda najlepiej - odezwał się khajit - ale Sha'anks w ciebie wierzy.
- Inaczej wszyscy zaraz zginiemy - dodała Micareth. I ona, dumna, pełna wzgardy wojowniczka, wiedziała, że jeżeli urzędnik-mag czegoś nie wymyśli, to ani pazury Sha'anksa, ani jej rapier nic tu nie wskórają.
Bodil myślał tylko chwilę.
- Spójrzcie na jego ślepia. On ledwo widzi.
Faktycznie, oczy giganta niemal na całej powierzchni pokrywała krwawa narośl.
- Zawsze to jakiś atut - dodał chudzielec i nagle na drodze pomiędzy nimi a olbrzymem zakłębiło się od tumanów lodowego pyłu, z których wyrosły posągi. Łudząco podobne do nich samych. Gigant zamachnął się wielką niczym pień drzewa, choć niewątpliwie odlaną z żelaza maczugą na pierwsze z nich.
- A teraz boczkiem, moi drodzy, boczkiem.
Skoczyli biegiem wzdłuż przepaści. Dopiero gdy wyminęli olbrzyma, ten zdał sobie sprawę z oszustwa. Zaryczał ogłuszająco i ruszył w ślad za nimi. Wtedy jednak mag wyciągnął ostatniego królika z kapelusza.
Odwrócił się w stronę adwersarza i wyczarował pod jego nogami lodowisko. Olbrzym poślizgnął się, runął z hukiem i... zjechał po lodzie w przepaść. Po liczbie uderzeń serca, w ciągu których wciąż mogli słyszeć jego ryk, stwierdzili z zadowoleniem, że przepaść musiała być wystarczająco głęboka nawet dla takiego kolosa.
- Nigdy nie lubiłam łyżew - stwierdziła Micareth, odwracając wzrok od krawędzi i oglądając się na maga - a z ciebie to taki urzędnik, jak ze mnie księżniczka.
- Każdy ma swoje tajemnice - uśmiechnął się Bodil.
Właściwie to naprawdę był urzędnikiem, a dokładniej kancelistą i skrybą. Praca niezwykle nudna, polegająca na zapisywaniu i przepisywaniu kolejnych dekretów i obwieszczeń czy notowaniu przebiegu ciągnących się w nieskończoność obrad. Nudna, ale idealna dla początkującego altmerskiego szpiega.
Bodil naprawdę był i nordem. Drobny i wątły, nie nadawał się na wojownika, za to wcześnie odkrył w sobie magiczny talent. I wcześnie nauczył się go ukrywać - na północy magów nie darzono sympatią, nawet wśród swoich. Później wszystko potoczyło się klasyczną dla takich historii ścieżką; pogardzający nim ojciec wysłał chłopaka do jedynej działającej w Samotni Akademii, by ten nauczył się pisać i choć tym na cokolwiek się przydał. W Samotni spotykały go jednak tylko kolejne szykany, przez które zaczynał coraz bardziej nienawidzić swojej tępej, stawiającej na brutalną siłę ojczyzny. Tam też wypatrzyli go agenci Dominium. Gdy po ukończeniu nauki napisał do ojca list z obwieszczeniem, że wyrusza w dwuletnią podróż, pod pozorem "odnalezienia w sobie prawdziwego mężczyzny", w rzeczywistości pod okiem specjalnych nauczycieli szkolił swe nieprzeciętne magiczne zdolności, dotąd rozwijane jedynie po kryjomu, i przygotowywał się do roli szpiega.
Po jego powrocie do Greymoor, co już samo w sobie wysoce go rozczarowało, (no bo, na bogów, Greymoor?) sprawy przybrały jednak zupełnie niespodziewany obrót. Nie minęło pół roku, jak zupełnie bez związku z jego jawnymi i niejawnymi obowiązkami porwała go morowa burza. Z niewoli nie zdołał wiele zapamiętać - ciąg koszmarów i cierpienia, z którego na dobre obudził się dopiero teraz. I tu, w tym "teraz", w obliczu zagrożenia inwazją wampirów, konflikt między Paktem a Dominium tracił swe znaczenie.
Teraz trzeba było się stąd wydostać i ostrzec przed nią świat, w czym cała trójka zgadzała się bez słów. Na szczęście nie spotkali już na swej drodze zbyt wielu przeciwników, a ona sama wkrótce zaczęła się wznosić i doprowadziła ich do wyjścia na zewnątrz - wąskie, ukryte między skałami przejście otwierało się na niewielką dolinkę, Zbliżał się świt.
Bodil spróbował uśmiechnąć się na ten widok, ale wyczerpany walką zwyczajnie zemdlał.
Micareth i khajit spojrzeli po sobie. Kobieta wciąż trzymała rapier w garści. Sha'anks już otwierał usta, ale wojowniczka go uprzedziła.
- Spokojnie, nie zabiję go. W końcu uratował nam życie. A poza tym, kimkolwiek on jest - strząsnęła krople czarnej juchy z klingi i schowała rapier do pochwy - wróg mojego wroga i tak dalej.
- Sha'anksowi nie o to chodziło, ale Sha'anks sie zgadza
- A o co ci chodziło? - warknęła.
- Sha'anks już po prostu nie ma ochoty go nieść..
Micareth spiorunowała go wzrokiem.
- Ale Sha'anks może się jeszcze chwilę poświęcić, dla naszego wspólnego dobra - dokończył, po czym podniósł maga i zarzucił go sobie na grzbiet.
Wstawał świt, dając im nadzieję, że po drodze do Greymoor nie napotkają już żadnych przeszkód.

24.06.2020 23:22
odpowiedz
Proteo77
2

Skołtuniona, oprószona pyłem i poplamiona czarną juchą sierść na grzbiecie Sha'anksa wyraźnie się zjeżyła. Khajit przygarbił się, gotów do podjęcia natychmiastowej reakcji na rozwój wydarzeń. A odgłosy dobiegające z korytarza jasno i donośnie zapowiadały, że może się on okazać zdecydowanie niepomyślny dla ich małej drużyny.
- Sha'anks nie chce przerywać panu komendantowi, ale Sha'anks radziłby uciekać. Najlepiej na powierzchnię, z powrotem po naszych śladach. Sha'anks będzie tak uczynny i poprowadzi! - w głosie złodziejaszka słychać było ogromne zdenerwowanie, strach, nadzieję - Poza tym, pan komendant się nie gniewa, ale ten tutaj i tak już nie żyje.
Faktycznie, nieprzypominające już ludzkich oczy Miltena patrzyły ślepo na Grimesa. Chłopak skonał.
"Najpewniej po raz drugi" - pomyślał Angra i delikatnie wypuścił jego głowę z objęć. Dobry był z niego dzieciak, nieważne jak skończył. Nie było jednak czasu na rozpamiętywanie. Ponaglany nerwowymi warknięciami Micareth, a także świdrującym spojrzeniem Sha'anksa, porucznik wstał z kolan, kwitując to syknięciem z bólu, jakim odezwały się dopiero co odniesione przez niego rany, i wydał krótki rozkaz:
- Prowadź, Sha'anks.
Trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy - nie mieli żadnych szans przedrzeć się dalej. Tu potrzeba było całej armii. Beinard mógł sobie gadać zdrów, oni zrobili co mogli.
Na twarzach trójki skazańców pojawił się wyraz ulgi, oczy Very zabłysły nadzieją, nawet rysy Micareth na moment złagodniały, a Sha'anks... Sha'anks biegł już w stronę wyjścia, krzycząc raz po raz:
- Za mną, za mną!
Co prawda nie trzeba im było tego powtarzać, ale wszyscy i tak docenili nadgorliwość khajita i rzucili się w ślad za nim do ucieczki. W mgnieniu oka pokonali komnatę, w której rozegrała się walka, lecz gdy wpadli już do prowadzącego ku wyjściu korytarza, usłyszeli dobiegające z jego głębi wycia, wrzaski, tupot i wszystko to, czego akurat za nic nie chcieli usłyszeć.
Na moment stanęli jak wryci, niepewni, co robić dalej. Pierwszy do nowej sytuacji dostosował się oczywiście khajit - jego pragnienie świeżego powietrza w nowo zaistniałych okolicznościach rozwiało się jak dym z kadzidełka.
- Sha'anks jednak zmienia zdanie, to zły korytarz, zły, zły!
Po czym bez oglądania się na resztę wystrzelił w kierunku kolejnego. Lecz i tam sytuacja się powtórzyła, podobnie w następnym, i w następnym.
- No bez jaj - zaklął Angra, gdy musieli odbić od jednego z ostatnich korytarzy. Tymczasem z pierwszego zaczęły wybiegać już pojedyncze maszkary.
Nie mieli sił na kolejną walkę.
- Drużyna, za mną! - porucznik zdążył trochę odetchnąć po śmierci Miltena i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce.
Mianowicie wbiegł w najwęższy korytarz, jeden z ostatnich, którego nie zdążyli sprawdzić. W razie gdyby i on okazał się złym wyborem, w takim miejscu łatwiej będzie im się bronić. Albo godnie umrzeć.
Korytarz szybko zaczął zwężać się jeszcze bardziej, aż w końcu stracił wszelkie prawa do swojej nazwy i zamienił się w tunel. Całe szczęście, że oświetlały go chociaż opalizujące, śliskie porosty, które całymi koloniami porastały jego ściany.
Choć poobijani i ranni, biegli ile sił, poganiani złowrogim, mrożącym krew w żyłach wyciem. Angra dał się wyprzedzić swoim towarzyszom - od kiedy zaczął tak o nich myśleć? - i ubezpieczał tyły. Przynajmniej samemu sobie chciał wmówić, że taki był oficjalny powód tej decyzji. Nieoficjalny, a równie istotny był fakt, że wśród licznych zadrapań i skaleczeń trafiła mu się jedna nieco głębsza i nieco paskudniejsza rana.
Z każdym kolejnym przebiegniętym metrem podwójne, zadane pazurami rozcięcie na jego udzie wypluwało z siebie coraz więcej krwi. "Świetnie, naprawdę świetnie" pomyślał Grimes. Zaciskał jednak zęby i kontynuował ucieczkę, starając się nie odstawać od reszty.
Jedynie Vera zauważyła kłopoty porucznika, co chwilę oglądając się przez ramię i żałując w duchu, że nie starczyłoby im czasu, aby zatrzymać się i wyleczyć rany tego paskudnego, ale na swój sposób uczciwego i.. troskliwego Norda. Dobrze zapamiętała, jak swym jednym okiem wpatrywał się w twarz tego wampira. Mimo że ten dopiero co chciał pozbawić ich wszystkich krwi i zasilić nią swój glif, on patrzył na niego bez nienawiści. Za to z żalem i smutkiem. "To dobry człowiek" pomyślała elfka, kolejny raz oglądając się przez ramię. Nie przerywała jednak biegu.
Gdy porucznik zaczął rozważać w duchu, po raz pierwszy od bez mała kilku dekad, wszczęcie błagalnych modłów do jakiegokolwiek bądź boga, na jego szczęście tunel skończył się i najpierw khajit, a później Micareth i Vera stanęli. Za to na nieszczęście ich wszystkich skończył się ślepym zaułkiem. To znaczy sam tunel biegł dalej, tyle że pionowo w dół, w sposób, którego raczej nie zaprojektowali dwemerscy architekci - pod jedną ze ścian ziała dziura, co najwyżej dwumetrowej szerokości.
Cała czwórka nachyliła się nad nią.
- Coś.. tam.. się świeci - wysapała Micareth; nawet ona z trudem łapała oddech - w dole..
Sha'anks pociągnął płaskim nosem.
- Woda, brr, wstrętna woda. Sha'anks nie znosi wody! Nie ma nic gorszego od..
- Skaczemy - Angra nawet nie musiał kombinować, nie mieli innego wyjścia. Mogli albo zginąć w walce, albo spróbować nie utopić się w jakimś podziemnym bajorze. Albo rozbić się o podwodne skały.
Norskiej wojowniczce nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szybko zrzuciła z siebie kolczugę i kubrak, żeby nie pójść przez nie na dno, nabrała powietrze, nadymając swą potężną klatkę piersiową, zacisnęła palcami skrzydełka nie raz złamanego nosa i skoczyła nogami w dół.
- To teraz ja - nekromantka spróbowała się uśmiechnąć, ale nie bardzo jej to wyszło - może zanim wszyscy skoczymy, warto by..
- Rozwalić ten tunel w cholerę - dokończył za nią Grimes - dasz radę to zrobić tak, aby nie zasypało i nas?
Elfka skinęła głową, wyjęła zza pasa swój woreczek i wysypała na rękę garść żółtych kamyczków. Po krótkim namyśle dosypała całą resztę. Rzuciła je w głąb tunelu, po czym nad jej dłonią uformowała się malutka kula energii, którą puściła w przestrzeń - gdy kula zawisła nad ziarenkami, Vera powiedziała:
- Mamy 30 sekund, zanim kula opadnie i..
- I wysadzi ten tunel w deadry - znów wszedł jej w słowo Angra, i dodał, widząc w zasięgu jedynego oka pierwszych przeciwników - a teraz skacz, dziewczyno, skacz!
Gdy elfka zrzucała płaszcz i znikała w dziurze, porucznik i dziwnie milczący przez cały ten czas khajit szybko rozprawili się z kilkoma najbardziej gorliwymi potworami, które zdołały wyprzedzić resztę pościgu.
- No, pora i na nas, kolego.
- Pan naczelnik się nie gniewa, ale Sha'anks nie lubi wody.
- Nie gniewam się - rzucił Angra, po czym chwycił khajita i skoczył wraz z nim.
Wrzask Sha'anksa zagłuszył odgłos eksplozji, lecz po chwili wszystkie dźwięki stłumiła woda.
Porucznik otworzył swe jedyne oko. Przez moment majaczyły przed nim postaci ze snu, paskudnego zresztą, później kolejną chwilę musiał poświęcić na zogniskowanie spojrzenia tak, by obraz przestał mu się rozjeżdżać. Gdy i to się udało, drugie tyle zabrało mu poskładanie wszystkiego w całość i uświadomienie sobie, co on tu, do licha, robi.
"Tu", czyli na skalistej wyspie pośrodku głębinowego jeziora, porośniętej fluorescencyjnymi grzybami, z których kilka unosiło się w powietrzu. A to wszystko w zasięgu jego wciąż mętnawego wzroku. Mógłby pomyśleć, że to już, po wszystkim, że umarł i znajduje się po drugiej stronie, ale doskonale wiedział, gdzie znajdował się naprawdę.
Przeklęte Blackreach.
Dlatego gdy krajobraz jak ze snu wariata przesłonił koci pysk khajita, Grimes szczerze ucieszył się w duchu. Choć, oczywiście, nie dał tego po sobie poznać.
- Sha'anks, co tu się, do jasnych kości mojej matuli stało, melduj!
- Sha'anks nie chce się przechwalać, bo to drobiazg, drobiażdżek wręcz, Sha'anksowi nie trzeba za to dziękować, ale..
Tym razem to nie porucznik, ale Micareth, zirytowana, przerwała słowotok khajita.
- Kocur pana uratował, poruczniku. Gdy tylko wynurzyliście się z wody, pan porucznik oberwał kamieniem, mnóstwo ich było po eksplozji. Sha'anks doholował was nieprzytomnych do brzegu.
- Jak to? Przecież ty nie znosisz wody! - zdumiał się Grimes.
- Sha'anks nie znosi wody, ale to nie znaczy, że nie umie pływać. Po prostu Sha'anks spędził kiedyś zbyt dużo czasu na pewnym brudnym, cuchnącym statku, zakuty w łańcuchy. Zupełnie za nic! - dodał szybko. - No i ten statek omal nie poszedł wraz z Sha'anksem na dno.
- A co z moimi ranami? - Angra poruszył nogą, pomacał się po głowie; nie czuł żadnego bólu.
- A to już robota naszej śmierciorodki, w końcu potrafi przywoływać martwych do życia - zakpiła Micareth, a porucznik zdębiał. Na szczęście szybko przypomniał sobie, że elfka znała się także na uzdrawianiu. Skinął głową i jej, i khajitowi, po czym z trudem, bo z trudem, ale powiedział:
- Dziękuję.
Wciąż przemoczona, nekromantka uśmiechnęła się szeroko na te słowa, a khajit, połechtany, znów się rozgadał, Angra już go jednak nie słuchał. Kątem oka dostrzegł bowiem elementy wystroju wyspy, które z początku umknęły jego uwadze.
Co najmniej dwa tuziny kamiennych posągów, nieregularnie rozrzuconych po skałach.
- A cóż to jest?
- A skąd mamy wiedzieć? Nie zatrudniłeś archeologów, tylko zabójców - odburknęła Micareth - te posągi to i tak nie wszystko.
Wojowniczka wskazała miejsce rzut kamieniem od nich - przy brzegu, zastygły w wyjątkowo kontemplacyjnej pozie, siedział dwemerski automaton. I to nie jakiś zwykły kusznik, o nie.
Centurion.
- On.. Czy on.. Nie działa? - z ulgą domyślił się Grimes, wolał jednak dopytać.
Kobieta skinęła głową, po czym dodała:
- I całe szczęście. Marne mielibyśmy szanse bez większości naszego ekwipunku.
Faktycznie, przed skokiem do wody pozbyli się swoich pancerzy, dodatkowo porucznik stracił w jeziorze swój topór - teraz został mu tylko przypasany do bioder krótki miecz.
- Najważniejsze, że żyjemy - wtrąciła Vera; na jej optymizm zawsze można było liczyć - Teraz tylko musimy się stąd wydostać.
Angra przez chwilę zastanawiał się, czy przypadkiem ten optymizm nie ociera się o czarny humor, przynajmniej w jego uszach.
Wyspa znajdowała się pośrodku dość dużej kawerny. Niestety, zamkniętej z każdej ze stron.
Czasem jednak szczęście uśmiecha się do żywych nawet w największym nieszczęściu.
Posągi, jeden po drugim, zaczęły jarzyć się niebieskim blaskiem.
- Sha'anks nie chce nikomu źle wróżyć, a już szczególnie sobie, ale czy to dobrze, że one się tak świecą?
Posągi odpowiedziały za pozostałą trójkę.
Jeden po drugim zaczęły kruszeć, aż z pęknięć wystrzeliły potężne, uzbrojone w pazury i porośnięte sierścią łapy. Zaraz za nimi wychynęły podłużne pyski pełne ostrych kłów. Wilkołaki.
Grimes przeklął. Przeklął tak siarczyście, że nikt nigdy tego przekleństwa nie zacytuje, nawet jeśli ktokolwiek miałby okazję te wydarzenia kiedykolwiek spisać. Chwilę później wyciągnął swój krótki miecz i już spokojnym, pewnym głosem powiedział:
- No, drużyna, wiecie co robić. Posiekać mi te włochate pisklęta zanim wyjdą z jajek. I nie dać się zabić.
Sam, dla przykładu, z wrzaskiem na ustach rzucił się na najbliższego przeciwnika. Większość z nich nie wydobyła się jeszcze ze skorup, więc mieli chwilę, by podbiec do kilku posągów i szybkimi, celnymi ciosami pozbawić maszkary życia. Chwila jednak nie trwała długo.
Co najmniej tuzin bestii zdążyło w międzyczasie uwolnić się ze swych kokonów, pędząc w stronę porucznika i jego bandy skazańców. Jeden spłonął, rażony wiązką energii, która wystrzeliła z rąk Very, drugi padł bez życia, gdy ciśnięty przez Sha'anksa nóż trafił go w pysk. Dwie kolejne bestie związały się w tańcu z mieczem Grimesa i rapierem Micareth, pazury krzesały iskry o stal. Zanim jednak zdążyli sobie z nimi poradzić, dołączył następny. I następny.
Khajit z sykiem rzucił się w wir walki, z kocim wdziękiem unikając pazurzastych łap i obślinionych kłów, samemu zadając wilkołakom głębokie rany. Przeciwnicy w końcu zaczynali padać od potężnych ciosów porucznika, przemyślnych cięć i pchnięć Micareth, ofensywnych zaklęć Very.
Elfka widziała jednak ze swojej pozycji kolejne wykluwające się stwory. Nie była pesymistką, ale z tak dużym stadem nie mieli szans. Nie byłaby też jednak sobą, gdyby nie postanowiła zagrać ostatniej, najmocniejszej karty, licząc na łut szczęścia.
Rzuciła zaklęcie przyzywania umarłych. A nuż ktoś odpowie?
Ale gdy trzy nadbiegające bestie minęły skupisko walczących i skierowały się prosto na nią, gdy po usmażeniu jednej z nich zabrakło jej sił na pozostałą dwójkę, zamknęła oczy i stwierdziła, że jednak szkoda będzie tak młodo umierać. Dobrze, że nie tylko ona tak pomyślała.
Poczuła podmuch na skórze i kiedy była już niemal pewna, że to koniec, cios spadł z zupełnie nieoczekiwanej strony. I nie był wymierzony w nią. Gdy otworzyła oczy, ujrzała dwemerskiego centuriona, który potężnym uderzeniem stalowej kuli, kończącej jedną z jego rąk, dosłownie zmiażdżył korpus wilkołaka, i wkroczywszy przed nią, niewzruszony przyjął na siebie impet skoku drugiej bestii, która chwilę później podzieliła los towarzysza.
Automaton nie zatrzymał się jednak - ruszył długimi, niezgrabnymi susami w stronę walczących.
W tym samym czasie Grimes Angra w dobiegających zza mgły bitewnego szału przebłyskach świadomości również zaczynał godzić się ze śmiercią. Dlatego pomoc, która przyszła w najmniej spodziewanej formie, do momentu zakończenia walki przyjmował bez mrugnięcia okiem. Na pytania przyjdzie czas później.
Jeśli przeżyją
Kilka bolesnych, splamionych krwią i przepełnionych wyciem chwil później było już po wszystkim.
Grimes spojrzał na rannych, słaniających się na nogach towarzyszy. Żywych, co do jednego. A nawet o jednego więcej. O dziwo, nim jeszcze sam zdążył zdecydować, czy ich mechaniczny wybawca nie przeistoczy się zaraz w maszynę ich zagłady, centurion odezwał się pierwszy.
I uczynił to głosem podstarzałego naukowca akademii.
- A niech mnie deadry! Jak ja dawno nie walczyłem! Jak ja dawno.. nie żyłem.. Komu zawdzięczam tę przyjemność?
Onieśmielona, ale i dumna elfka dygnęła lekko i uniosła dłoń. W końcu dokonała nie byle czego, ale...
- Ale jak? - spytała - przecież jesteś maszyną.
- Z wierzchu, tak. Ale oprócz tej niesamowitej, dwemerskiej technologii automaton zasilają także bretońskie serce i mózg. Moje serce i mózg.
- Zaraz zaraz, po kolei - Grimes włączył się do rozmowy - po pierwsze, przyjaciel czy wróg?
- Eee, zależy kto pyta, ale.. - centurion zawiesił głos i powiódł po nich blaszanym spojrzeniem - nie wyglądacie mi na wampiry. Ani na ich sługi. Więc wrogowie na pewno nie.
- To dobrze, znakomicie wręcz. Ale teraz, pozwól, proszę, że opatrzymy swoje rany, zanim wykrwawimy się na śmierć.
* * *

- Czyli mam rozumieć, że - zaczął porucznik po tym, gdy Veranque nabrała dość sił, by choć zaleczyć ich najpoważniejsze rany - jesteś bretońskim uczonym, który ponad dwieście lat temu wpadł na trop pewnej zagrażającej całemu światu tajemnicy, spisku wampirów i wiedźm, i aby mu zapobiec, udał się do Skyrim, porzucił po drodze swe wątłe, starcze ciało, nie wiadomo jakim cudem wkomponował najważniejsze, przynajmniej ze swojego punktu widzenia, organy w tę prastarą kupę złomu, ruszył samotnie do Blackreach i..
- Umarł na serce - przypomniał mu Centurion-uczony.
- I umarł na serce, które w dodatku przez dwieście lat nie zgniło, bo pływało w wymyślonej przez ciebie substancji... No dobra, przekonałeś mnie. Nie takie rzeczy w życiu widziałem.
Drużyna pokiwała w zgodzie głowami, a khajit nie byłby sobą, gdyby nie spróbował dodać czegoś od siebie:
- Prawda, prawda, Sha'anks raz nawet widział, jak pewna kobieta..
- Sha'anks - porucznik nabrał już wprawy w stawianiu tamy dla tego potoku słów - nie teraz. Teraz kolega centurion opowie nam o tym spisku krwiopijców.
Po to tu przyszli, po wiedzę. I chyba wreszcie znaleźli to, czego szukali.
- Rzecz ma się w tym, że wampiry i wiedźmy przybyły do Blackreach długo po tym, jak zniknęli stąd ostatni dwemerzy. Zwabiło je eterium.
- Na co im ono? - spytał Grimes; tylko on i Vera wiedzieli, czym było, a i oni mieli co najwyżej mgliste pojęcie o tym krysztale.
- Oczywiście dla potęgi. I władzy. Odpowiednio użyte mogło uczynić ich silniejszymi, niewrażliwymi na światło słoneczne i ogień. Ba, niepokonanymi wręcz. Potrzebowali do tego tylko jednej rzeczy, czy raczej miejsca, które, po setkach latach poszukiwań, znaleźli tu, w Blackreach.
- Co to za miejsce?
- Kuźnia eterium.
Grimes zaniemówił. Nekromantka zachłysnęła się i długo nie mogła złapać oddechu. Micareth, zaniepokojona, mierzyła ich czujnym spojrzeniem. Tylko Sha'anks już dawno stracił zainteresowanie opowieścią - po tym, jak udzielił pomocy elfce, klepiąc ją kilka razy w plecy, wrócił do zajadania się surową, fluorescencyjną rybą, której ze łba pełnego ostrych jak igły zębisk zwisała latarenka.
- Że..ekhm.. - Angra odkszalnął - To miejsce to nie legenda?
- Niestety nie. Jak mówiłem, długo trwały ich poszukiwania. Jeszcze dłużej uczyli się obsługi kuźni. Kiedy moje serce zatrzymało się te dwieście lat temu wciąż nie potrafili z niej korzystać. Gdy już się tego nauczą, a uda im się to prędzej czy później, nic ich nie powstrzyma. Będą potężniejsi niż ktokolwiek w Nirnie, będą mogli zamieniać zwykłych ludzi w potwory, przekształcać ich w wilkołaki ot tak, zakuwając w posągi i rozpętując.. - w miarę mówienia głos uczonego cichł.
Grimes dokończył za niego:
- Morowe burze. Porwani mieszkańcy i cholerne morowe burze.
- Widzę, że już was to spotkało. Podczas gdy ja byłem martwy, oni już..
- Oni już to rozgryźli - żart porucznika nie był niestety ani zamierzony, ani śmieszny.
- No to nie mamy czasu do stracenia! Sami nie zniszczymy kuźni, ale to, co wiemy, przyda się wszystkim królestwom na powierzchni. Poza tym po drodze możemy choć trochę napsuć im krwi – akurat uczony pewnie uśmiechnąłby się ze swojego żartu, gdyby jego twarz nie była wykonana z metalu.
- Co masz na myśli?
- Kuźnię miały zasilać trzy filary. I tak się składa, że wiem, gdzie jest jeden z nich. Mało tego, wiem, jak go zniszczyć.
- No to.. W drogę, drużyna! - głos porucznika z powrotem nabrał stalowej, nieznoszącej sprzeciwu barwy, zaraz jednak osłabł - tylko którędy? Jesteśmy otoczeni przez wodę.
- I skały - dodała Micareth.
- Przez wodę właśnie. I pod skałami. Powiedzcie mi, jak długo potraficie wstrzymywać oddech? - nim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, centurion dodał - a tak przy okazji, mam na imię Alek!
I ruszył dziarskim, niezgrabnym krokiem w stronę przeciwległego brzegu, depcąc truchła wilkołaków i dudniąc metalowymi kończynami o skały.
Drużyna, chcąc nie chcąc, poszła za nim.

17.06.2020 21:50
odpowiedz
Proteo77
2

Towarzyszyły im ostre syknięcia i pogardliwe wyzwiska, które nawet nie próbowały maskować bijącej zza nich groźby. Można wręcz było odnieść wrażenie, że przeciskająca się z głębi celi postać wywoływała większe poruszenie niż apel porucznika.
Grimes Angra pomyślał, że komuś tu chyba nie udało się zaskarbić sobie sympatii współwięźniów, i kiedy tylko adresat tych wszystkich dowodów uznania wyłonił się z mroku, wiedział już dlaczego.
Pierwszy chętny był Bretonem, tu, w celi, w Greymoor, gdzie nawet swoich wita się z nożem ukrytym w rękawie. Ten tutaj żył jeszcze tylko dlatego, że potężni, uzbrojeni po zęby strażnicy nie spuszczali oczu z celi. Chociaż nie zdziwiłby się wcale, gdyby przypadkiem przymknęli oko na dłuższą chwilę. Akurat wystarczającą, aby ktoś, zupełnie bez niczyjej pomocy, powiesił się z tęsknoty za wolnością...
Angra lekko się skrzywił na tę myśl - nikt nie lubił magów, jeszcze mniejszą sympatią darzono wstrętnych, lichwiarskich kupców, którzy wydusiliby ostatni grosz z uczciwych północnych handlarzy, ale jeśli idzie o niego, to wyznawał zasadę równości pomiędzy ludźmi. Po równo nikogo nie lubił. No, może za wyjątkiem chłopaków ze swojej drużyny, a i to kiedy miał dobry humor. Czyli rzadko. Teraz nie miał go wcale, więc mało go obchodziło, czy więzień był Bretonem, Nordem, skołtunionym Khajitckim sierściuchem, lordem wampirów czy strachem na wróble. Interesowało go tylko to, czy ten ktoś na coś mu się przyda.
Kiedy osadzony stanął w świetle pochodni, zatoczył się lekko i mrużąc oczy od ich blasku, wycharczał przez ewidentnie zdarte gardło:
- To ja poproszę jeden bilecik na zewnątrz, kolego.
Grimes zmierzył więźnia wzrokiem i rozczarowany przyznał w duchu, że pierwszy śmiałek może i był Bretonem, ale za to faktycznie wyglądał jak strach na wróble. Niemal żebracze, znoszone łachy niestarannie przykrywały jego ewidentnie wychudzoną sylwetkę, do tego cuchnęło od niego gorzałką i wilgocią. Facet nie miał pewnie 30 lat, a wyglądał, jakby obszedł wszystkie krainy Nirnu co najmniej tuzin razy. Nie zmieniając przy tym ubrania.
Nie musiał pytać, ale z żołnierskiego obowiązku zwrócił się do stojącego obok strażnika z sakramentalnym:
- A ten to, na włochate jaja Molag Bala, kto?
- Włóczęga i zwykły złodziej, poruczniku. Zgarnęliśmy go wczoraj wieczorem w najpodlejszej karczmie. Parę dni temu pół miasta widziała go, jak obrabował kram ze starzyzną Asbjorga, ale drań zniknął w tłumie, gdy próbowano go złapać. No i wyobraźcie sobie, poruczniku, że ten imbecyl wrócił wczoraj do Greymoor i schlał się do nieprzytomności. Gdy jeden z życzliwych go rozpoznał, odprowadziliśmy durnia do celi.
- Jaasne - Grimes podłubał kciukiem w szczelinie między zębami, po czym splunął resztką mięsa, z którą walczył od śniadania. Breton nawet nie był magiem, tylko zwykłym włóczęgą, ale musiał dociągnąć tę farsę do końca - to co sobą proponujesz w zamian za ten bilecik, kolego?
- Wszystko czego potrzebujesz, by przeżyć. Wszystko, czego..
Krzyki i obelgi ze strony współwięźniów przez cały ten czas nie milkły nawet na moment i wystarczyło poczekać, aż wzbiorą ponad miarę i z ich wzburzonej rzeki wynurzy się konkret w postaci dwumetrowego draba, który stanął właśnie za Bretonem i chwytając go za kark wielkim łapskiem, pchnął biedakiem o kraty, krzycząc coś o psach i ich niekoniecznie uczciwych matkach. Włóczęga z impetem wyrżnął w żelazo i padł na kolana. Drab złapał ręką za skołtunione włosy i szarpnął jego głową do tyłu, po czym uderzył nią o kraty jeszcze raz. Strażnicy nie spieszyli się z interwencją, a cała szacowna załoga celi rozkrzyczała się od żywiołowego dopingu. Grimes może i nie lubił Bretonów, tak jak zresztą i wszystkich innych, ale zdecydowanie nie zamierzał pozwolić na to, aby znęcano się nad słabszym na jego oczach. Już składał się do wydania strażnikom odpowiedniego rozkazu, gdy katowany więzień na moment spojrzał w jego oczy, uśmiechnął się szeroko i szybkim ruchem języka zlizał odrobinę ze spływającej na jego usta krwi. Rozkaz zamarł na wargach porucznika, i nim zdążył w pełni uświadomić sobie, czego za chwilę będzie świadkiem, układ sił się zmienił. Od początku był zupełnie inny.
Breton złapał swojego kata za nadgarstek i gdy ten kolejny raz szarpnął nim do góry, chcąc nadać uderzeniu odpowiedniej mocy, błyskawicznym ruchem wstał z kolan i obrócił się w jego stronę.
- Pozdrów przodków - wycharczał, po czym potężnym ciosem wbił mu dłoń w szyję. Krew oprycha chlusnęła jak z wiadra wprost na złodzieja. Ten przez chwilę stał z drgającym trupem niczym z partnerem do tańca, by po chwili pchnąć go jakby nigdy nic na kamienną, zalaną czerwoną juchą posadzkę.
Strażnicy, współwięźniowie, ba, nawet sam Grimes, wszyscy stanęli jak wryci.
Pierwsi otrząsnęli się kamraci dwumetrowego draba, z wrzaskiem rzucając się na włóczęgę. Siedmiuu zbirów, których nikt nie chciałby spotkać w ciemnej uliczce, mało tego, nawet w szerokiej i zalanej blaskiem słońca sprawa miałaby się tak samo, zasypało Bretona gradem pięści i kopniaków. Tyle tylko, że ich ciosy trafiały powietrze. Złodziej bez trudu, niemal od niechcenia unikał dosłownie każdego ataku w tak ciasnym pomieszczeniu, że przypominało to teatralną choreografię. Tylko akurat ta choreografia, raz za razem, oprych po oprychu, punktowana była wrzaskami bólu i fontannami krwi rozbryzgującymi się po całej celi.
Bandyci za późno zdali sobie sprawę, kto tu jest zwierzyną, a kto prawdziwym drapieżnikiem. Dwóch ostatnich próbowało uciec, dokądkolwiek, ale nie zdążyli się nawet do końca odwrócić. Wkrótce było już po wszystkim.
Nastrój w lochu zmienił się bezpowrotnie. Więźniowie, którzy nie włączyli się do bójki, sprawiali wrażenie, jakby chcieli przebić ścianę, krzycząc ze strachu i błagając o litość. Strażnicy stali z obnażoną bronią w drżących rękach, zbyt wstrząśnięci, by zdecydować się na jakiekolwiek działanie. Sam Angra trzymał w dłoni krótki miecz, żałując, że nie zabrał ze sobą bojowego topora. I co najmniej tuzina ze swych najlepszych ludzi.
Breton zaś skończył wysysać krew z ciała ostatniej ofiary, rzucił truchło na pozostałe trupy i spojrzał na porucznika niemal kpiąco.
- To jak, kolego, z tym bilecikiem?
Nim Grimes zdążył odpowiedzieć, jeden ze strażników wyrwał się z letargu i zaczął się wydzierać:
- Pomocy!! Pomocy!! Alarm!! Musimy biec po pomoc!!
- Stój! - mówiło się, że rozkazy Grimesa Angry mogą zatrzymać w biegu nawet lawinę, a co dopiero przerażonego żołdaka. Następnie zwrócił się do strażnika obok, tego, który jeszcze parę chwil temu nazywał Bretona durniem i imbecylem, i teraz widać było po nim jak na dłoni, że chłopak żałuje, iż tego ranka nie odgryzł sobie języka.
- Daj mi klucze.
- C-CO?
- Klucze.
Gdy odebrał je z rozdygotanych rąk klawisza ponownie spojrzał na włóczęgę i powiedział:
- Jesteś wampirem.
- Nie do końca - odparł nie-do-końca wampir - ale niewiele się od nich różnię.
- Powiedziałbym, kolego, że nie zdążysz sforsować tych krat, zanim zbiegłaby się tu połowa żołnierzy z Greymoor, ale to mój rozkaz nie zdążyłby nawet wybiec po tych schodach na górę, a ty już dobierałbyś nam się do gardeł, więc ....Może mi powiesz, co ty tu do cholery robisz?
- Powiedziałbym, kolego, że szukałem ciepłego lokum i odrobiny towarzystwa, ale po co kłamać. Przyszedłem tu, czy może dałem się zaprowadzić przez uczynnych kelnerów, aby się najeść. Przyda mi się trochę silnej krwi przed naszą wyprawą, prawda? No i gdzieś my obaj musieliśmy się spotkać.
- Naszą wyprawą? My? - Grimes parsknął, ale tak po prawdzie to nie było mu do śmiechu. Rzadko bo rzadko, ale nienawidził tych momentów, kiedy zdarzało mu się być zbitym z tropu. Wciąż walczył z myślami, próbując zdecydować, co wyjdzie mu na dobre, albo choćby mniej na złe - próba walki z tym "kolegą", czy może...
Po chwili w zardzewiałym zamku zgrzytnęły klucze, a cela stanęła otworem.
- Pewnie już to wiesz, choć ja z kolei pojęcia nie mam skąd, ale nazywam się Grimes Angra - porucznik wyciągnął przez próg gotową do uścisku rękę - a Ty, jak cię zwą?
Breton odsłonił w uśmiechu swoje długie kły i własną zakrwawioną dłonią uścisnął jego prawicę.
- Mów mi Wrzos.
- Wspaniale! Witam w drużynie! - Grimes Angra odpowiedział najbardziej łajdackim ze swych uśmiechów. No bo co innego mu pozostało?
W końcu kto jak kto, ale on słynął ze złych pomysłów.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl