Proponuję szukanie wcześniej zakopanych skarbów na plaży. A potem drinki. A potem skakakanie przez ognisko na tej samej plaży. A potem jeszcze więcej drinków. A potem leżenie plackiem na (cóż za niespodzianka) plaży (przy okazji można poszukać reszty zakopanych uprzednio skarbów...). No i drinki.
Anton to były porucznik specnazu. Po upadku ZSRR odszedł z „specjalnoje naznaczenije” (lub tego w co się przekształcił) i został prywatnym bodyguardem pewnej niemoralnie bogatej, podstarzałej wdowie po rosyjskim dygnitarzu. Niestety podczas jednej z podróży (konkretnie na Banoi) wdowa zmarła na atak serca (voodoo?), zostawiając Antona bez pracy i pieniędzy. Ówczesny manager hotelu zaproponował mu wtenczas pracę kucharza.
Jinny piękną lubię, ona to bez voodoo
potrafi w głowie Kubie zawrócić bez trudu.
I choć papuga Wanga wtrąca swe trzy grosze,
To ja dzisiaj do tanga i tak Jinny poproszę.
Śpieszę z pomocą Kuba:
Po pierwsze: Celebryci. Skoro Ballard jest menago hotelu na pewno pamięta większość sławnych gości, którzy go ostatnio odwiedzali, a przy okazji jakieś ciekawe historie. Kto wie, czy nie zwymiotowała na niego Paris Hilton czy coś...
Po drugie: Ballard. Skoro już jesteśmy przy historiach to nie każdy zapewne wie, że 1 września 1985 Robert Ballard odkrył wrak transatlantyku RMS Titanic. Możesz spytać czy to rodzina...
Po trzecie: Jedzenie. Kenneth jest tam dłużej od ciebie i na pewno bardziej zna się na miejscowej szamie. A jaka może być lepsza okazja do dyskusji o jedzeniu niż kolacja?
Po czwarte: Kultura. Mieszkańcy są ponoć bardzo dumni ze swojego dziedzictwa kulturowego. Mama na myśli szczególnie mity i legendy. Może Ballard akurat tym się interesuje?
Po piąte: Sport. Pogooglowałem i dowiedziałem się że Banoi to raj dla sportowców. Można poruszyć tematy wspinaczki, wędkarstwa, żeglarstwa i kajakarstwa. Chociaż po dzisiejszej notce widzę, że wolisz rajdy terenowe...
Jak już pisałem proponuję móżdżek wołowy smażony na winie. Aby go przygotować należy podsmażyć móżdżek na oleju, później dorzucić kilka jajek i doprawić do smaku tym, co ci się akurat "nawinie". Oczywiście móżdżek nie musi być wołowy. W sumie to nawet nie musi być móżdżek. W ogóle wrzuć tam co ci się nawinie...
Usmaż wołowe móżdżki. Proste w wykonaniu, a i składniki zapewne bez problemu znajdziesz na jakimś miejscowym straganie (co prawda ma to pewnie jakiś związek z voodoo, ale cóż...).
A "Żurawina" to pewnie ksywa kolesia, którego kucharz zakumplował ze swoim tasakiem "Mary"...