Ach, doszukałem się po czasie literówek, których nie mam jak teraz poprawić za co przepraszam. *Kontrastować, nie kontaktować
* Łga jak najęta
*Podczas gdy sam JESTEŚ prostakiem
Wraz z coraz głosniejszymi, regularnymi krokami do uszu Grimesa dotarł dźwięk obdrapywanej pazurami kamiennej ściany. W końcu zza zasłony cienia wyłoniło się, mógłby przysiądz porucznik, dziecko. Zdumiony podszedł do krat, chcąc natychmiast wyjaśnić sprawę.
– Straż! – Zawołał, pozostawiając głuche echo na korytarzu z którego już po chwili odbijał się hałas żelastwa. Zbroje strażników zagłuszały nawet ich własne kroki. Istotka za kratami spojrzała podejrzliwie na porucznika, trzepiąc lewym uszkiem.
– Proszę pana, strażnicy pozwolili mi rysować pazurami po cegłach. – Wytłumaczyła krótko, krzyżując łapy w geście niezadowolenia.
– Nie o to chodzi. – Odparł, zwracając się w stronę korytarza, gdy straż czekała już u progu wejścia. Stanęli na baczność, gotowi na przyczynę wezwania, cokolwiek by ją nie stanowiło. – Może ktoś mi wytłumaczyć co ta kocia dziewczynka robi w zimnym lochu? – Zapytał oburzony, wskazując na zdezorientowną khajiite. Nie cechował się przesadnym współczuciem, czy zmartwieniem, ale poczucie empatii nie pozwoliło Grimesowi na bezczynność. W końcu nie w taki sposób każe się nieletnie istoty.
– Jakie znowuż dziecko, poruczniku? – Odpowiedział pytaniem na pytanie jeden z dwóch przybyłych mężczyzn.
Angra poczuł jakby robiono z niego idiotę, a za tym wyjątkowo nie przepadał. Upewniwszy się w swoim przekonaniu, spojrzał raz jeszcze na więźnia. Dziewczyna miała około 1,6 metra i bardzo drobne ciało, które przez za dużą, więzienną odzież sprawiało wrażenie dziecięcej sylwetki. Śnieżne futerko z szarymi łatami kontaktowało ze rdzawym kolorem niedługich, stykających się ledwo z ramionami włosów. Delikatny pyszczek i duże, szmaragdowe ślepia tylko wzmacniały u Grimesa przekonanie o wątpliwej pełnoletności więźnia.
– Ta smarkula niedawna przekroczyła próg bycia dzieckiem. I chwała, bo nie była do upilnowania, a od mieszkańców bez przerwy przypływały coraz to poważniejsze skargi. Ostatnim wybrykiem zagrzała sobie tu miejsce. Proszę nie zaprzątać sobie nią głowy, ta parszywa złodziejka, a od niedawna również morderczyni, zostanie stracona. – Wyjaśnił strażnik, naciskając z satysfakcją na ostatnie dwa słowa.
– Nie jestem złodziejką. – Wymamrotała ze spuszczonym pyszczkiem, wywołując krótki śmiech u stojących w oddali żołnierzy. – Jestem wysoce wyspecjalizowanym magiem bez magii, sprawiam, że rzeczy znikają w niewyjaśnionych okolicznościach. – Powiedziała żartobliwie. – Poza tym nigdy nie zabieram czegoś niezbędnego dla innych. Jeden owoc nie sprawi, że kupiec, który ma ich tonę nagle zbankrutuje, a mi może pozwolić przetrwać. Tak samo bogacze, których nie zaboli nieco lżejszy portfel...
Dziewczyna zdecydowanie nie miała pojęcia o szacunku do czyjeś własności, a swoje postępowania moralizowała w absurdalny dla Angra sposób. Ten nachylił się nad nią, wbijając wzrok na jej świecące się w półmroku oczy.
– Jak zwie się nasz wysoce wyspecjalizowany mag bez magii?
– Inez, najzdolniejszy przemytnik w całym Greymoor! – Wykrzyczała entuzjastycznie, podskakując raz w konsekwencji czego kurz z ziemi uniósł się ponad jej kolana, sprawiając wrażenie efektów specjalnych do jej krótkiego przedstawienia.
– Panie poruczniku – przerwał strażnik – niech pan nie myśli poważnie o tej smarkuli. Skoro chce pan którąś tych szumowin, proszę szukać wśród bardziej kompetentnych więźniów. Poza tym łga jak jak z najęta. Myślisz, że mamy w arsenale tony broni i utrata jednej nas nie zaboli? – Skierował swoje pytanie do kociej dziewczyny.
– Nie, to nie miało nic wspólnego z ilością waszego żelastwa. Zabierając sobie miecz miałam w myśli to jak bardzo bezużyteczna jest w rękach prawdziwie niekompetentnych ludzi... – Stwierdziła, wzruszając obojętnie drobnymi ramionami.
– Osz ty, mała... – Zirytowany wojskowy zasięgnął po miecz. Chwyciwszy zaledwie rękojeść, został uspokojony gestem ręki przez swojego kolegę.
Grimes zdawał sobie sprawę z absurdu jakim jest poświęcanie czasu dla Inez. W głowie jednak wciąż wybrzmiewały słowa kapitana Beinarda o tym, że może wziąć do drużyny kogo tylko chce. Nie potrafił siebie oszukiwać, czuł w dziewczynie niemały potencjał.
– Spocznijcie. – Stanowczo ostudził zapał żołnierzy. – Inez, udowodnij mi, że jesteś na tyle kompetentna, by dołączyć do tak niebezpiecznej ekspedycji. To nie są żarty, biorę ludzi z najniższych warstw, szumowiny skazane na zdychanie za kratami, bo szkoda mi moich ludzi. Nie potrzebny mi byle kieszonkowiec.
Słowa porucznika mocno zraniły czuły punkt Inez. Wysokie mniemanie dziewczyny nie było - jak sama też uważała - bezpodstawne. Zacisnęła nerwowo łapki, które od samego początku drżały. Świeżbiły, na wolności kradzież była czymś tak naturalnym, że byle spacer nie mógł obejść się bez kilku drobniaków w kieszeni. Robiła to nawet nieświadomie, a gdy dochodziło do poważniejszych, zaplanowanych akcji, Inez była niezastąpiona.
– Wiesz co, poruczniku. – Zaczęła, wymawiając drwiącym tonem stanowisko Grimesa. – Nie chcę dołączyć do tej waszej zasranej drużyny. Mam dość takich ważniaków, nawet ta przepaska nie zaślepia cię tak jak twoje ego. Śmiesz kazać mi udowadniać moją kompetencję podczas gdy sam nie jesteś prostakiem. Zamiast dowodu dam ci radę. Konfrontując się ze złodziejem nie patrz mu w oczy, niezależnie jak piękne są. Patrz na ręce. – Powiedziała, podrzucając portfel porucznika Angra. Podała mu go gdy ten z niedowierzaniem sprawdzał swoje kieszenie. Z grymasem na twarzy odebrał swoją własność, wzdychając zamyślony. – I na ogon. Ogonem też potrafię kraść. – Dodała zadowolona, unosząc kącik ust do góry.
– Więc może tak zdolny mag bez magii poduczy naszych ludzi i pomoże w wyprawie? – Zapytał po krótkiej ciszy, samemu przed sobą przyznając, że dał się zrobił jak dziecko, którym to niedawno niesłusznie określił Inez.
– Hm... – Udając zastanawianie się, dziewczyna przytrzymała Grimesa w niepewności. – Tylko jeśli twoi strażnicy mnie przeproszą. – Postawiła warunek, niewinnie mrużąc oczy i zataczając butem małe kółko na ziemi. Porucznik posłał spojrzenie w stronę mężczyzn, sugerując tym co mają robić.
– Ale... ale my nie...
– To rozkaz. – Przerwał im Grimes jeszcze zanim zdążyli zaprotestować.
– Przepraszamy, Inez... – Wykrztusili niechętnie podczas gdy porucznik zasięgnął po klucz, a po chwili kraty otworzyły się z piskiem.
Wesoło podskakując, Inez wyskoczyła z celi, triumfalnie posyłając uśmiech do każdej obecnej w pomieszczeniu osoby. Zdecydowany wyraz twarzy strażników nie różnił się bardzo od zdezorientowanych w sytuacji więźniów.
– Dziękujemy panowie, bywajcie. – Zakończył Grimes, stawiając stopę na pierwszym stopniu schodów. – Inez, idziemy. – Odrzekł, a nowa towarzyszka posłusznie dotrzymała mu kroku.
– Chwila! Nie będę tego taszczyć ze sobą! – Krzyknęła, cofając się o kilka kroków. Nagle z jej rękawów powysypały się kolejno zagubiony as z tali kart strażników, klucze do celi któregoś z oprychów do straty którego nigdy się nie przyznali, kilka złotych monet oraz sztylet, dzięki któremu mogła zwiać w dowolnej chwili. – Narazie chłopaki! – Pożegnała się, zostawiając nie tylko bałagan, ale też blade twarze obecnych w pomieszczeniu, zastygnięte w niedowierzaniu i zawstydzeniu.