Gra nawet ciekawa - właściwie nie wiadomo o co chodzi w fabule, ale wciąż wciąga i pasuje do świata gry - do pustych, zimnych lokalizacji. I jak raz "znajdźki" mają sens i uzupełniają fabułę.
Grafika na odpowiednim sprzęcie jest dobra (chociaż nie tak rewelacyjna, jak wskazywałyby wymagania sprzętowe) i po raz pierwszy widać dobre zastosowanie ray tracking.
Ale wszystko psuje idiotyczny system checkpointów. Jakiś ciężki idiota projektował ten system. Rozumiem, że gra może być wyzwaniem, a walka z bossami trudna, długa i często wymagająca wielu podejść. Ale jeżeli do każdego podejścia, po każdym zgonie muszę biec przez kilka minut, żeby zacząć kolejne podejście, to przyjemność z gry spada drastycznie. A im dale, im trudniejsi bossowie, tym więcej podejść i bezsensownego biegania po korytarzach od checkpointa do bossa. W efekcie więcej spędzasz na bieganiu po korytarzach, niż na walce.
Gdyby nie ten debilny system checkpointów, to gra byłaby super - tak na 8/10.
Boshe... ludzie (znaczy autorzy tekstu)!!! Za to, co wy tu wyczyniacie ze statystyką i ekonomią w dawnych czasach musielibyście je zabrać przed ołtarz.
No masarka... Jedyne, co z tego rzeczywiście wynika to fakt, że kiedyś gry faktycznie były droższe w relacji do zarobków. Ale dalej to już jest słabo.
Wyliczenia w oparciu o samą średnią krajową są prawie totalnie bez sensu. Tzn. coś nam to mówi, ale właściwie to do niczego nie da się tego przyłożyć, bo tak działa ta średnia. Zamiast tego dużo lepiej posługiwać się dominantą, czyli najczęściej pojawiającą się wartością. Już samo to mogłoby istotnie zmienić liczbę gier na miesiąc z pensji w sposób istotny.
Poza tym autorzy ignorują zjawisko zmiany wartości pieniądza w czasie i inflację. Bo wzrost wynagrodzeń wcale nie podąża równo za inflacją. Gry mimo tego, że są dla nas ważne, to nie są taką kotwicą, żeby do nich robić wyliczenia zmiany wartości naszych wynagrodzeń w czasie. Po to też robi się koszyk produktów do wyliczenia inflacji. Wypadałoby też zwrócić uwagę na to ile kasy zostaje nam w kieszeni po opłaceniu wydatków koniecznych - mieszkanie, media, konieczne jedzenie itp., czyli dochód rozporządzalny. Ten też się zmienia i jeżeli nie ma ciężkiego kryzysu to raczej rośnie.
Uwzględnianie wszystkich zmiennych byłoby na pewno bardzo ciekawe, ale też trudne. Dlatego można się posłużyć parytetem siły nabywczej. Jest to przy okazji dobre narzędzie do porównania wartości gier w różnych państwach.
To nie jest żadna czarna magia, ani wiedza tajemna. Jak już ktoś się zabiera za artykuł na trzy strony, to mógłby poświęcić pół godziny na dokształcenie się z podstaw metodologii takich wyliczeń.
Albo nie, może też pisać o 3,98 kończyny. To tak jak powiedzieć na grillu, że jak mój pies ma patyk, a ja mam wołowinę, to średnio mamy po szaszłyku.