Nymph

Nymph ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

03.08.2016 19:56
👍
2
odpowiedz
1 odpowiedź
Nymph
1

Recenzja do H1Z1: King Of The Kill Cz.1

Dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie grał w strzelanki, a bronią posługiwał się jedynie w „Kurce Wodnej” w swym wyobrażeniu już jakieś sto lat temu i „Max Payne’ie” przed kilkunastoma laty, gra H1Z1: King Of The Kill dostarczyła mi mnóstwa różnych emocji i to nie tylko tych związanych z samym strzelaniem.
Samej fabuły w grze jest niewiele, około stu graczy loguje się do trybu Battle Royale i wszyscy lądują w pudełku przeznaczenia. Dla ludzi o wrażliwym słuchu dobra rada – warto wyciszyć głos w tym momencie, ponieważ zbieranina stu ludzi z różnych krajów (w dużej zależności od serwera), gdzie każdy chce się popisać swoim głosem, krzykiem, śpiewaniem lub po prostu trollowaniem jest wprost nie do zniesienia dla uszu. Oprócz tego ludzie skaczą, turlają się, biją, biegają z podniesionymi rękami lub przyklaskują innym wesoło za najlepsze wygłupy. Niejednokrotnie ponad połowa graczy robi to samo, czyli biegają w wężyku z podniesionymi rękami, wszyscy jeden za drugim turlają się wokół placu lub kucają i wstają na zmianę – to jest naprawdę niesamowity widok. Czas spędzany w pudełku jest to czas na przebranie się (a jakże!) oraz oczekiwanie na komplet graczy, aby ruszyć do krwawej walki przeciwko sobie. Na początku gracz ma na sobie mocno pobrudzoną i podartą koszulkę, spodnie, bandanę i okulary, ale jednak najgorsze co mnie spotkało w tym momencie trybu, to najokropniejsze na świecie sandałko – klapersy mlaszczące przy każdym kroku. Zostały wprowadzone niedawno zamiast zwykłych butów. Być może zapewniają cichsze poruszanie się i same „Kuboty” pewnie by się ich nie powstydziły, ale mlaszczenie zamiast tupania wcale nie sprawia, że czuję się bezpieczniej a wręcz mnie to odrzuca. Na początku wolałam je po prostu zrzucić ze stóp i biegać boso, ale z każdym kolejnym battle royalem człowiek się przyzwyczaja, a jeśli znajdzie już we właściwej grze buty – zwykłe lub conversy, zaczyna nawet tęsknić za tym przeobrzydliwym mlaskaniem. Gracze posiadający ciuchy, a właściwie skiny na ubrania w swoim osobistym ekwipunku mogą się poprzebierać. Często w battle royalach, w których się gra w teamach 2 lub 5-cio osobowych jedna osoba robi wszystkim ten sam skin. Wtedy należy uważać na ciuszkowych złodziejaszków podczas przekazywania sobie ciuchów, bo w innym wypadku możemy wylądować na arenie w samych majtkach lub staniku, w zależności od płci naszej postaci. Może to być nawet zabawne i godne spojrzeń, lecz miejsce na pierwszy loot zostanie mocno ograniczone, bo przecież można w spodniach lub koszulce trzymać drobne naboje czy bandaże, lecz w momencie odnalezienia plecaka na arenie problem się rozwiązuje. Same skiny można zdobyć ze skrzynek. O ile skrzynki możemy dostać podczas rozgrywek za darmo lub kupić za grosze na rynku steam, to klucze jednak w moim przekonaniu są ciut za drogie.
I stało się, czas minął, komplet graczy się przelogowuje na właściwą arenę. Mapa jest ogromna, składa się z dużych kwadratów, na mapie każdy jest oznaczony liczbą i cyfrą. Wygląda to podobnie jak w grze statki; z jednej strony są liczby od 1 do 10, a prostopadle z drugiej od A do J. Każdy z graczy jest wysoko na niebie niczym tuż po wypchnięciu z odrzutowca – wypchnięciu, bo przecież któż by chciał samowolnie zeskoczyć ze spadochronem licząc na szczęście bądź łagodną śmierć. Z boku ekranu cały czas widnieje nasza pozycja na mapie, na przykład E4. Wspominam moje pierwsze chwile w grze z łezką w oku. Po wylądowaniu skryłam się szybko w wysokich krzakach. Na szczęście z moim towarzyszem rozmawialiśmy na komunikatorze głosowym. Zewsząd słychać było strzały, czasem odgłos jadącego samochodu, a ja spanikowana bez broni bałam się wychylić nos poza dzikie jeżyny, przez które tak naprawdę nic nie widziałam.
– Gdzie jesteś?! – pytał.
- E4 – odparłam.
- Ale gdzie?!
- Nie wiem. Boję się ruszyć, bo mnie ktoś zobaczy!
- Idę po ciebie!
Po długim czasie w końcu mnie odnalazł. Poczułam się ciut bezpieczniej, ale wciąż byłam bezbronna. Rzucił mi kask i jakiś mały pistolet. Do obrony i co najwyżej zastraszenia, bo przecież zanim mnie odnalazł, inni gracze już pewnie zgarnęli ze cztery AR-ki i AK-acza. Chodź – krzyknął i pobiegliśmy do pobliskiego domku. Oczywiście domek był zlootowany, wyszłam za jego próg i wtedy to usłyszałam. Odgłos wypuszczanego śmiertelnie trującego gazu. Poczułam się tak jakby to była najprawdziwsza prawda. Ten dźwięk naprawdę pobudził moją i tak już wybujałą wyobraźnię. Idzie gaz, a my nie jesteśmy bezpieczni. Co rusz pojawiał się napis, że ktoś udusił się w gazie. Biegłam za moim towarzyszem zastanawiając się jak to wygląda. Sama nie wiem co było gorsze – spotkanie innych graczy czy ucieczka przed gazem. Po prostu walka o przetrwanie. Chowaliśmy się na skraju gazu w budynkach lub campingach i czekaliśmy. Ja z cały czas wycelowanym shot-gunem w drzwi na wypadek, gdyby ktoś chciał nas zabić. Dzięki temu często lądowaliśmy w pierwszej dziesiątce, ale trzeba przyznać, że sami odcinaliśmy się od dynamiki tej gry. Wyskakiwaliśmy na wroga wtedy, kiedy już naprawdę musieliśmy, a każdy trafiony strzał wprawiał mnie w wyśmienity nastrój, bo przecież trafić w cel tak odległy, na dodatek poruszający się było dla mnie nie lada wyzwaniem. Nie mówiąc już o tym, że kogoś zabiłam, wtedy świetny nastrój utrzymywał mi się nawet do końca dnia. Długo przyszło mi oswajać się z tą grą, a sama gra ma wymagania duże, więc z okazji lagów taki ostrożny tryb gry nam odpowiadał. Jestem bardzo roztargnioną osobą i przez moją początkową bojaźliwość battle royale mogły się źle skończyć. Pamiętam, kiedy stałam w domku i nagle się odwracam – a tam w drzwiach ktoś stoi! Wypuściłam kulkę. Trafiłam w nogę. I całe szczęście, bo od razu usłyszałam krzyk mojego towarzysza na Team Speaku. Był równie przestraszony tym że go postrzeliłam, jak ja. Jednak już po chwili się śmiał, że jeśli tak celuję we wrogów, to się nie dziwi że nikogo nie mogę zabić. Bardzo śmieszne. Wrogiem takiego trybu przetrwania jaki sobie narzuciliśmy były bomby. Zrzucane prosto z nieba, a raczej z samolotów, najczęściej towarzyszące zrzutom. Od samych zrzutów staraliśmy się trzymać z daleka, bo wszyscy się na nie rzucali. Można w nich znaleźć snajperkę. I złożyć wroga jednym strzałem. Mimo tego bomby i tak nas dosięgały czy pod gołym niebem czy w wyszukanej kryjówce. Często zostawało nam po kilka punktów życia. Gdzie byśmy nie byli. Przynajmniej raz na rozgrywkę spadały na nas bomby. Czy to ja je przyciągam? Czy to gra się mści?
Czas mijał, a lagi zaczęły znikać. Gra zaczęła się poprawiać mimo ciągłych bugów. Bugi, które są denerwujące, ale i śmieszne. Z ciszą na ustach wpatrujemy się w lecący pod niebem samochód lub sami czasem dryfujemy. Niejednokrotnie nic się nie da zrobić i trzeba się wylogować z gry. System strzelania jest dla mnie bardzo trudny, nie mam pojęcia jak ktoś kogo ledwo widzę może władować we mnie pół magazynka bez jednego chybienia. I tak zrobiłam duże postępy. Oswoiłam się z grą, zaczęłam trafiać a poźniej zabijać. I wtedy przestalo nam to wystarczac. Chcieliśmy czegoś więcej. Teraz wpadamy na mapę i zgodnie krzyczymy, że gramy agresywnie i idziemy w bój walk, gdzie z każdej strony obrzucają nas amunicją i granatami. Czysty fun!
Co do skinów – na początku ubieraliśmy się na wojskowo lub na ciemne kolory, żeby jak najmniej nas było widać. Ale z biegiem czasu widziałam ludzi, którzy świetnie strzelają. Te osoby nie ukrywają się pod maskującymi ciuchami. Ich stroje krzyczą – „tu jestem i tak mnie nie zabijesz.” Wtedy i sama zapragnęłam wyróżnić się z tłumu. Wyróżnić i zabijać, pokazać się, krzyknąć „I’m fabulous b*tch!” Tak, to daje wiele radości. Pomimo wiec kosztownych kluczy, już odkładam zaskórniaki na kolejne. Mapa po setnym battle royalu może się znudzić, dlatego twórcy gry pracują nad nową, lepszą, miejmy nadzieję, że bez bugów. Patrząc jednak na obecne niedociągnięcia, nie wydaje się to możliwe. Mimo, że teraz dźwięk czy grafika, mapa już mnie nie ruszają, dziękuję tej grze za dostarczenie tylu bodźców i uczuć, wczucia się w rolę na początku mojej przygody z H1Z1: King Of The Kill. I mimo, że teraz wchodzę na serwer, przebieram się w wyzywające ciuszki i biegnę z uśmiechem na ustach i karabinem w ręce, pamiętam dokładnie każde uczucie, każdą myśl i każdą śmieszną historię jaka mi się przydarzyła w tej grze. Patrząc w realnym świecie na campingi czy pick-upy i myśląc o H1Z1 utwierdzam się tylko w przekonaniu, jak bardzo ta gra zawładnęła moim umysłem. Mocne 4/6 w mojej skromnej, subiektywnej ocenie.

03.08.2016 19:55
👍
2
odpowiedz
2 odpowiedzi
Nymph
1

Recenzja do H1Z1: King Of The Kill Cz.1

Dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie grał w strzelanki, a bronią posługiwał się jedynie w „Kurce Wodnej” w swym wyobrażeniu już jakieś sto lat temu i „Max Payne’ie” przed kilkunastoma laty, gra H1Z1: King Of The Kill dostarczyła mi mnóstwa różnych emocji i to nie tylko tych związanych z samym strzelaniem.
Samej fabuły w grze jest niewiele, około stu graczy loguje się do trybu Battle Royale i wszyscy lądują w pudełku przeznaczenia. Dla ludzi o wrażliwym słuchu dobra rada – warto wyciszyć głos w tym momencie, ponieważ zbieranina stu ludzi z różnych krajów (w dużej zależności od serwera), gdzie każdy chce się popisać swoim głosem, krzykiem, śpiewaniem lub po prostu trollowaniem jest wprost nie do zniesienia dla uszu. Oprócz tego ludzie skaczą, turlają się, biją, biegają z podniesionymi rękami lub przyklaskują innym wesoło za najlepsze wygłupy. Niejednokrotnie ponad połowa graczy robi to samo, czyli biegają w wężyku z podniesionymi rękami, wszyscy jeden za drugim turlają się wokół placu lub kucają i wstają na zmianę – to jest naprawdę niesamowity widok. Czas spędzany w pudełku jest to czas na przebranie się (a jakże!) oraz oczekiwanie na komplet graczy, aby ruszyć do krwawej walki przeciwko sobie. Na początku gracz ma na sobie mocno pobrudzoną i podartą koszulkę, spodnie, bandanę i okulary, ale jednak najgorsze co mnie spotkało w tym momencie trybu, to najokropniejsze na świecie sandałko – klapersy mlaszczące przy każdym kroku. Zostały wprowadzone niedawno zamiast zwykłych butów. Być może zapewniają cichsze poruszanie się i same „Kuboty” pewnie by się ich nie powstydziły, ale mlaszczenie zamiast tupania wcale nie sprawia, że czuję się bezpieczniej a wręcz mnie to odrzuca. Na początku wolałam je po prostu zrzucić ze stóp i biegać boso, ale z każdym kolejnym battle royalem człowiek się przyzwyczaja, a jeśli znajdzie już we właściwej grze buty – zwykłe lub conversy, zaczyna nawet tęsknić za tym przeobrzydliwym mlaskaniem. Gracze posiadający ciuchy, a właściwie skiny na ubrania w swoim osobistym ekwipunku mogą się poprzebierać. Często w battle royalach, w których się gra w teamach 2 lub 5-cio osobowych jedna osoba robi wszystkim ten sam skin. Wtedy należy uważać na ciuszkowych złodziejaszków podczas przekazywania sobie ciuchów, bo w innym wypadku możemy wylądować na arenie w samych majtkach lub staniku, w zależności od płci naszej postaci. Może to być nawet zabawne i godne spojrzeń, lecz miejsce na pierwszy loot zostanie mocno ograniczone, bo przecież można w spodniach lub koszulce trzymać drobne naboje czy bandaże, lecz w momencie odnalezienia plecaka na arenie problem się rozwiązuje. Same skiny można zdobyć ze skrzynek. O ile skrzynki możemy dostać podczas rozgrywek za darmo lub kupić za grosze na rynku steam, to klucze jednak w moim przekonaniu są ciut za drogie.
I stało się, czas minął, komplet graczy się przelogowuje na właściwą arenę. Mapa jest ogromna, składa się z dużych kwadratów, na mapie każdy jest oznaczony liczbą i cyfrą. Wygląda to podobnie jak w grze statki; z jednej strony są liczby od 1 do 10, a prostopadle z drugiej od A do J. Każdy z graczy jest wysoko na niebie niczym tuż po wypchnięciu z odrzutowca – wypchnięciu, bo przecież któż by chciał samowolnie zeskoczyć ze spadochronem licząc na szczęście bądź łagodną śmierć. Z boku ekranu cały czas widnieje nasza pozycja na mapie, na przykład E4. Wspominam moje pierwsze chwile w grze z łezką w oku. Po wylądowaniu skryłam się szybko w wysokich krzakach. Na szczęście z moim towarzyszem rozmawialiśmy na komunikatorze głosowym. Zewsząd słychać było strzały, czasem odgłos jadącego samochodu, a ja spanikowana bez broni bałam się wychylić nos poza dzikie jeżyny, przez które tak naprawdę nic nie widziałam.
– Gdzie jesteś?! – pytał.
- E4 – odparłam.
- Ale gdzie?!
- Nie wiem. Boję się ruszyć, bo mnie ktoś zobaczy!
- Idę po ciebie!
Po długim czasie w końcu mnie odnalazł. Poczułam się ciut bezpieczniej, ale wciąż byłam bezbronna. Rzucił mi kask i jakiś mały pistolet. Do obrony i co najwyżej zastraszenia, bo przecież zanim mnie odnalazł, inni gracze już pewnie zgarnęli ze cztery AR-ki i AK-acza. Chodź – krzyknął i pobiegliśmy do pobliskiego domku. Oczywiście domek był zlootowany, wyszłam za jego próg i wtedy to usłyszałam. Odgłos wypuszczanego śmiertelnie trującego gazu. Poczułam się tak jakby to była najprawdziwsza prawda. Ten dźwięk naprawdę pobudził moją i tak już wybujałą wyobraźnię. Idzie gaz, a my nie jesteśmy bezpieczni. Co rusz pojawiał się napis, że ktoś udusił się w gazie. Biegłam za moim towarzyszem zastanawiając się jak to wygląda. Sama nie wiem co było gorsze – spotkanie innych graczy czy ucieczka przed gazem. Po prostu walka o przetrwanie. Chowaliśmy się na skraju gazu w budynkach lub campingach i czekaliśmy. Ja z cały czas wycelowanym shot-gunem w drzwi na wypadek, gdyby ktoś chciał nas zabić. Dzięki temu często lądowaliśmy w pierwszej dziesiątce, ale trzeba przyznać, że sami odcinaliśmy się od dynamiki tej gry. Wyskakiwaliśmy na wroga wtedy, kiedy już naprawdę musieliśmy, a każdy trafiony strzał wprawiał mnie w wyśmienity nastrój, bo przecież trafić w cel tak odległy, na dodatek poruszający się było dla mnie nie lada wyzwaniem. Nie mówiąc już o tym, że kogoś zabiłam, wtedy świetny nastrój utrzymywał mi się nawet do końca dnia. Długo przyszło mi oswajać się z tą grą, a sama gra ma wymagania duże, więc z okazji lagów taki ostrożny tryb gry nam odpowiadał. Jestem bardzo roztargnioną osobą i przez moją początkową bojaźliwość battle royale mogły się źle skończyć. Pamiętam, kiedy stałam w domku i nagle się odwracam – a tam w drzwiach ktoś stoi! Wypuściłam kulkę. Trafiłam w nogę. I całe szczęście, bo od razu usłyszałam krzyk mojego towarzysza na Team Speaku. Był równie przestraszony tym że go postrzeliłam, jak ja. Jednak już po chwili się śmiał, że jeśli tak celuję we wrogów, to się nie dziwi że nikogo nie mogę zabić. Bardzo śmieszne. Wrogiem takiego trybu przetrwania jaki sobie narzuciliśmy były bomby. Zrzucane prosto z nieba, a raczej z samolotów, najczęściej towarzyszące zrzutom. Od samych zrzutów staraliśmy się trzymać z daleka, bo wszyscy się na nie rzucali. Można w nich znaleźć snajperkę. I złożyć wroga jednym strzałem. Mimo tego bomby i tak nas dosięgały czy pod gołym niebem czy w wyszukanej kryjówce. Często zostawało nam po kilka punktów życia. Gdzie byśmy nie byli. Przynajmniej raz na rozgrywkę spadały na nas bomby. Czy to ja je przyciągam? Czy to gra się mści?
Czas mijał, a lagi zaczęły znikać. Gra zaczęła się poprawiać mimo ciągłych bugów. Bugi, które są denerwujące, ale i śmieszne. Z ciszą na ustach wpatrujemy się w lecący pod niebem samochód lub sami czasem dryfujemy. Niejednokrotnie nic się nie da zrobić i trzeba się wylogować z gry. System strzelania jest dla mnie bardzo trudny, nie mam pojęcia jak ktoś kogo ledwo widzę może władować we mnie pół magazynka bez jednego chybienia. I tak zrobiłam duże postępy. Oswoiłam się z grą, zaczęłam trafiać a poźniej zabijać. I wtedy przestalo nam to wystarczac. Chcieliśmy czegoś więcej. Teraz wpadamy na mapę i zgodnie krzyczymy, że gramy agresywnie i idziemy w bój walk, gdzie z każdej strony obrzucają nas amunicją i granatami. Czysty fun!
Co do skinów – na początku ubieraliśmy się na wojskowo lub na ciemne kolory, żeby jak najmniej nas było widać. Ale z biegiem czasu widziałam ludzi, którzy świetnie strzelają. Te osoby nie ukrywają się pod maskującymi ciuchami. Ich stroje krzyczą – „tu jestem i tak mnie nie zabijesz.” Wtedy i sama zapragnęłam wyróżnić się z tłumu. Wyróżnić i zabijać, pokazać się, krzyknąć „I’m fabulous b*tch!” Tak, to daje wiele radości. Pomimo wiec kosztownych kluczy, już odkładam zaskórniaki na kolejne. Mapa po setnym battle royalu może się znudzić, dlatego twórcy gry pracują nad nową, lepszą, miejmy nadzieję, że bez bugów. Patrząc jednak na obecne niedociągnięcia, nie wydaje się to możliwe. Mimo, że teraz dźwięk czy grafika, mapa już mnie nie ruszają, dziękuję tej grze za dostarczenie tylu bodźców i uczuć, wczucia się w rolę na początku mojej przygody z H1Z1: King Of The Kill. I mimo, że teraz wchodzę na serwer, przebieram się w wyzywające ciuszki i biegnę z uśmiechem na ustach i karabinem w ręce, pamiętam dokładnie każde uczucie, każdą myśl i każdą śmieszną historię jaka mi się przydarzyła w tej grze. Patrząc w realnym świecie na campingi czy pick-upy i myśląc o H1Z1 utwierdzam się tylko w przekonaniu, jak bardzo ta gra zawładnęła moim umysłem. Mocne 4/6 w mojej skromnej, subiektywnej ocenie.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl