Gdy Sha’anks i Micareth wchodzili do fortu, widzieli mieszane emocje na twarzach wojskowych. Niektórzy wyrażali ciekawość, inni smutek, jeszcze inni pogardę. Zewsząd dochodziły szepty i pomruki, a przechodząca przez plac drużyna była całkowitym centrum uwagi. To niekoniecznie podobało się Micareth, która zwykle wolała być pozostawiona w spokoju. Niestety i tym razem spokój był ostatnim, czego mogła chcieć od życia, będąc eskortowaną z Sha’anksem do kapitana.
Sha’anks od początku był zirytowany i niezadowolony, co okazywał w sposób wyjątkowo milczący, co było do niego niepodobne. Nie mógł przetrawić przeszukania i zarekwirowania dobytku podczas wchodzenia do fortu. Stracił przy tym pamiątkę z podróży. Micareth cieszyła się, że przynajmniej Bodila zostawili w spokoju. Zdążyli przekazać mu kartkę od Angry jeszcze zanim zostali rozdzieleni.
Wchodząc do gabinetu kapitana sierść Sha’anks lekko się nastroszyła. Jego oczy były wpatrzone w dwa kryształy leżące na biurku. Poruszał nerwowo ogonem najprawdopodobniej nie zdając sobie sprawy z tego co robi. Micareth namyślała się czy jakoś go uspokoić, ale obawiała się zwrócenia nadmiernej uwagi. W tej chwili kapitan był i tak zajęty zapisywaniem czegoś na kartkach.
- Spocznijcie. Gdzie porucznik Grimes? - To nagłe pytanie sprawiło, że przez chwilę w pomieszczeniu panowała głucha cisza. Wzrok kapitana świdrował to Micareth, to Sha’anksa.
- Zaginął w akcji. - Micareth postanowiła nie dać szansy przeprowadzić dialog przez khajiita w obawie, że pogrąży ich mówiąc coś nieodpowiedniego. - Ostatni raz, gdy go widzieliśmy, zabezpieczał nasze tyły, abyśmy mogli wrócić i zdać raport.
- A ta druga kobieta, która z wami była?
- Najprawdopodobniej martwa. Z tego samego powodu.
Kapitan przez chwilę obserwował drużynę najwyraźniej trawiąc informację. Po chwili domagał się raportu, który Micareth musiała sama zdać. Co chwilę Sha’anks był dopytywany, czy raport czegoś nie pomija. Ku uldze wojowniczki khajiit odpowiadał bardzo zwięźle, nie wdając się w niepotrzebny dialog. Z jej obserwacji wszystko co mówili było zapisywane przez porucznika, siedzącego obok kapitana. Notował nawet, kiedy miała problemy z odtworzeniem chronologii zdarzeń i musiała zrobić chwilę przerwy na namyślenie się.
- Doskonale. Zatem te dwa kryształy, które przynieśliście, pochodzą z lochów i są powiązane z tą armią wampirów? - Dopytywał kapitan, jakby nie dawał wiary w to o czym opowiedzieli.
- Jeden kryształ. - Odezwał się nagle khajiit nie dając Micareth się odezwał. - Sha’anks przyniósł tylko jeden kryształ dla pana kapitana. Drugi należy do niego.
Śmiech kapitana poniósł się po gabinecie. Był tak nagły i głośny, że przesłuchiwani popatrzyli po sobie nie rozumiejąc co było takiego śmiesznego. Najwyraźniej te same wątpliwości mieli strażnicy w środku, którzy także dosyć nerwowo rozglądali się po sobie. Gdy kapitan się uspokoił, wyraz jego twarzy zmienił się nagle w kamienny.
- Aresztować ich. - Rozkazał.
- CO?! - Krzyknęła Micareth, ale zanim zdążyła zareagować, dwójka strażników przytrzymała ją za ramiona. - ZA CO?!
- Za próbę okradzenia zwierzchnika fortu, podejrzenie morderstwa porucznika Angresa Grimesa i składanie fałszywego raportu. - Powiedział bez chwili zastanowienia.
- Sha’anks mówił prawdę! Micareth mówiła prawdę! - Krzyknął khajiit.
- To niedorzeczne! Ryzykowaliśmy życiem, żeby złożyć ten pieprzony raport! - Krzyczała wojowniczki.
- Wyprowadzić ich. Poruczniku Krosie, dopilnuj wszystkiego. - Rozkazał kapitan.
Gdy drużyna była wyciągana siłą z gabinetu, w okolicy dało słyszeć się niecenzuralne słownictwo Micareth adresowane w stronę kapitana. Chwilę potem prowadzeni przez fort oskarżeni milczeli, w ustach czując gorzki smak zdrady. Ich drogę zaszła znajoma postać. Gutrim w towarzystwie urzędnika i kilku innych wojskowych zatrzymali się tuż przed nimi. Jego twarz była zwrócona do porucznika Krosa.
- Porucznik Grimes najwyraźniej nie myli się co do ludzi. - Powiedział.
- Czy kiedykolwiek się pomylił? Miał dużo szczęścia, że nie musiał tyle lat pomagać kapitanowi. A teraz jeszcze to… - Porucznik Kros popatrzył na Micareth i Sha’anksa, po czym znów zwrócił swój wzrok na Gutrima. - Jakieś propozycje?
- Brama południowa. Ich sprzęt już czeka.
- Chwila, co? - Micareth starała się zrozumieć czego właśnie jest świadkiem. W głowie przypominała sobie budowę fortu. Była niemal pewna, że wchodzili przez bramę południową.
- Porucznik Grimes wszystko wytłumaczył. - Powiedział Gutrim unosząc kartkę, którą Angra dawał drużynie. - Opowieść Bodila potwierdza wiele rzeczy i rzuca dodatkowy światło na całą sprawę. To była tylko kwestia czasu aż… Powiedzmy, że wasza przygoda obudziła niektórych z letargu. Na waszym miejscu udałbym się jak najdalej stąd i nigdy nie wracał. - Dokończył zdanie po czym skinął na swoich ludzi i poszedł w stronę gabinetu kapitana.
Porucznik Kros odwrócił się na chwilę, uśmiechnął i skinął na swoich ludzi. Micareth poczuła rozluźnienie na ramionach, co utwierdzało ją tylko w przekonaniu, że teraz jest to wszystko robione jedynie na pokaz.
Zgodnie z obietnicą ich rzeczy zostały zwrócone przy bramie. Nikt nie wypowiadał nawet słowa. Porucznik jedynie obserwował wszystko z daleka, dając wszystkim do zrozumienia, że nic nie umknie jego uwadze. Wychodząc z fortu Micareth widziała determinację w oczach wielu żołnierzy. Wiedziała, że co to może oznaczać. Miała jedynie nadzieję, że nie będą obarczeni żadną winą za tutejsze wydarzenia.
Sha’anks i Micareth pośpiesznie oddalali się od fortu, obawiając się pogoni. Dobrze wiedzieli, że kapitan może wysłać za nimi swych podwładnych, gdy zorientuje się, że areszt nie doszedł do skutku. Gdy znaleźli się już parę minut drogi od fortu, ich uwagę przykuł odgłos rogu nadchodzący od strony koszar. Pierwszym odruchem było przyspieszenie kroku, ale po chwili Micareth zatrzymała się mając wątpliwości.
- Sha’anks! Czekaj, to chyba nie po nas. - Zawołała.
Khajiit odwrócił się, a na jego pysku malowała się ulga połączona z ciekawością. Podszedł kilka kroków bliżej i nastawił uszu. Wkrótce róg ponownie zagrzmiał.
- Sha’anks nie słyszał jeszcze takiego rogu. Micareth wie co to znaczy? - Zapytał.
- Brzmi jak róg wojenny. - Odpowiedziała w zamyśleniu. - Są atakowani. Lub… - Przerwała na chwilę. Khajiit wyraźnie jej się przyglądał oczekując odpowiedzi. - Lub atakują. Sha’anks, oni robią tam zamach stanu! Ludzie Angry musieli ruszyć na kapitana. - Zawołała z euforią zaskakując samą siebie. - Ale bym gnojowi sama natłukła za to wysłanie nas na śmierć, a potem aresztowanie…
- Sha’anks zostawił coś w forcie. Chętnie dotrzyma towarzystwa Micareth, jeżeli akurat wybiera się w tamtą stronę.
- Kryształ?
- Teraz już dwa. - Powiedział szczerząc kły w szerokim uśmiechu.
Z Sha'anksem na przodzie Micareth nerwowo się rozglądała spodziewając się ataku w każdym momencie. Jej zmysł nie zawiódł i wkrótce zauważyła puszczoną za nimi pogoń. W duszy miała tylko nadzieję, że zdążą zgubić pościg i nie będzie kolejną ofiarą dla ocalenia skóry khajiita i przewieszonego przez jego ramię nieprzytomnego nieznajomego.
Uwagę wojowniczki zwrócił nagły, nieokreślony odgłos z przodu. Szybko zorientowała się, że jest to jej towarzysz, który chciał zwrócić na siebie uwagę. Doszła do tego, że musiało być to odchrząknięcie.
- Sha’anks słyszy nadciągających z przodu. Podąża za nim. - Powiedział.
Zanim Micareth zdążyła zrozumieć gdzie miałaby podążać w tak prostym korytarzu, khajiit skręcił w zupełnie dla niej niewidoczny zaułek. Gdyby nie pochodnia, nie byłaby w stanie powiedzieć, gdzie zniknął.
Przed ich oczyma ukazały się rzędy złotych prętów, które razem tworzyły furtkę. Sha’anks pociągnął za bramę, która nie czyniła żadnego oporu i puścił towarzyszkę przodem. Gdy Micareth znalazła się w środku, wbiegł i zamknął ją za sobą. Bez najmniejszej chwili zawahania uderzył w dźwignię na środku sali. Dwemerski mechanizm zaczął zgrzytać, a platforma na której stali zaczęła się podnosić.
- Bystrość Sha’anksa po raz kolejny ratuje mu skórę. - Rzekł z dumą.
- Litości… - Jęknęła Micareth skupiając całą swoją wolę, aby nie wybuchnąć. Wystarczyło jej, że została skazana na towarzystwo khajiita. Mimo to cieszyła się, że jej towarzysz znalazł mechanizm, który prowadził z dala od pijaw. Jeżeli idzie w górę, to musi prowadzić na powierzchnię, pomyślała.
- Łapy Sha’anksa wciąż się trzęsą z podniecenia. - Khajiit wyrwał Micareth z zadumy. Miejsce ulgi zajęły gniew i panika, gdy zrozumiała o czym mówił.
- Ty idioto! To nie twoje łapy, tylko całe to pomieszczenie się trzęsie! - Wrzasnęła Micareth, starając się utrzymać równowagę.
Mechanizm nagle zatrzymał się z głośnym zgrzytem nie osiągając jeszcze celu. Wstrząsy nasilały się raz za razem. Micareth pośpiesznie sprawdziła ściany, ale szybko przekonała się, że są zbyt gładkie na wspinaczkę. Powinnam zginąć w walce, a nie w dwemerskim burdelu, gdzie wiedźmy się pieprzą z wampirami, pomyślała.
Kolejny silny wstrząs spowodował, że platforma na której stali przechyliła się na tyle, że wszyscy zaczęli powoli zjeżdżać do krawędzi. Nagle wojowniczka zauważyła mały prześwit w ścianie w kierunku której się osuwali. Nie zastanawiając się wiele wykorzystała kąt platformy do nabrania rozpędu po czym uderzyła barkiem o ścianę. Głuchy trzask i fala bólu spowodowały, że szybko pożałowała decyzji. Jednocześnie poczuła falę ulgi i przerażenia, gdy ściana ustąpiła, a Micareth zaczęła spadać w nieznane.
Uderzenie o ziemię upewniło ją, że nie spadła z dużej wysokości. Zdążyła się zorientować, że jest przygnieciona przez kawałki zniszczonego muru. Ponadto była spowita przez całkowitą, dezorientującą ciemność . Szybko pożałowała, że zgubiła pochodnię w trakcie uderzenia. Dodatkowo złamana ręka nie ułatwiała odkopywania się spod gruzu, a powoli zaczynała mieć problemy z oddychaniem. Ostry zgrzyt mechanizmu dwemerskiego dał jej do zrozumienia, że wiele nie brakowało, a nie przeżyliby tego.
- Sha’anks! - Krzyk wyrwał się Micareth, gdy przypomniała sobie, że jej towarzysz został z tyłu. Jeżeli nie zdążył, to oznaczałoby dla niej zgubę, zwłaszcza że nie jest w stanie sama wydostać spod rumowiska. Wizja śmierci na nowo ukazała się przed jej oczyma.
- Micareth nie krzyczy tak. Sha’anksowi uszy zwiędną. Ciężko rozpalić pochodnię w ciemności, a co dopiero przy takim akompaniamencie. - Odpowiedział sarkastycznie khajiit, po chwili roświetlajac pomieszczenie - Sha’anks widzi, że Micareth wzięła na siebie nie lada ciężar. Pozwoli sobie pomóc. - Zaczął zdejmować kawałki ściany z wojowniczki. Po chwili Micareth była w stanie wyjść o własnych siłach. Czuła jednocześnie wdzięczność za pomoc, jak i była wściekła za jego uwagi. Postanowiła przemilczeć.
Khajiit podniósł z ziemi nieprzytomnego urzędnika i przerzucił go przez ramię, w drugiej ręce wciąż trzymając pochodnie. Spojrzał na wyrwę, położył delikatnie uszy, a następnie przeniół wzrok na Micareth wyczekująco. To sprawiło, że poczuła się dziwnie. On zdawał się na mnie, pomyślała, po czym rozejrzała się. Wszystko dookoła wyglądało na typowe dwemerskie korytarze. To sugerowało, że dalej są gdzieś w Blackreach, nie wiadomo jak daleko od powierzchni. Korytarz na prawo był zawalony odcinając im ewentualną drogę ucieczki. Wszystko na jedną kartę, pomyślała, po czym spojrzała w przeciwnym kierunku i z ulgą stwierdziła, że przejście nie jest zablokowane.
- Nie dam rady nieść pochodni ze złamaną ręką. - Stwierdziła na głos mając nadzieję, że khajiit złapie aluzję.
- Tak, tak. Sha’anks znów ratuje damę w opałach. - Ponownie zareagował sarkastycznie, na co Micareth aż się zjeżył włos. Byle stąd wyjść i mieć w końcu od niego spokój, pomyślała.
Po chwili biegu przez korytarz wyczuli zmianę w powietrzu. Było ono zdecydowanie świeższe i dało się czuć lekki mróz typowy dla Skyrim. Przyspieszyli bieg wiedząc, że wyjście musi być dokładnie przed nimi. Micareth już w swoim umyśle widziała te krajobrazy, witała się z nimi jeszcze zanim była w stanie zobaczyć je na własne oczy. Sha’anks wydawał się też dostać więcej motywacji, mimo że dyszał coraz ciężej. Wkrótce tunel zaczął być miejscami oblodzony. Z dwemerskiej rury skapywały krople, a woda zbierająca się w korytarzach szybko zamarzała. Drużyna miała problem z utrzymaniem stabilności na lodzie, dlatego przeszła do wolnego tempa, mając nadzieję, że przeciwnicy mają jeszcze długą drogę za nimi, o ile dalej ich ścigają.
Dalsza wędrówka zakończyła się na drzwiach. Potężne, metalowe, dwemerskie, w całości zamarznięte. Miejscami lód był bardzo gruby, niechybnie zbierając się w tym miejscu przez lata. Micareth razem z Sha’anksem starali się znaleźć jakiś słaby punkt, cokolwiek co mogłoby pozwolić im przejść. Takie oblodzenie mogło tylko wskazywać na to, że za drzwiami musi być upragniona wolność. Niestety lód zdawał się być przeszkodą nie do zniszczenia.
- Sha’anks się spodziewa, że Micareth nie chce poświęcić drugiego ramienia? - Oczy khajiita mówiły, że nie spodziewa się żadnej miłej odpowiedzi, ale też nie sprawiał wrażenia przekonanego własnym pomysłem.
Błądził wzrokiem po drzwiach, gdy nagle zatrzymał się na rurze, która biegła przy ścianie tuż obok drzwi. Zanim Micareth zdążyła cokolwiek odpowiedzieć na jego pomysł, podszedł do niej i wręczył jej nieprzytomnego człowieka. Nie czekał nawet na protesty, odwrócił się i skoczył ku rurze. Przednimi łapami złapał się przewodu, a tylnymi zaparł się od ściany. Micareth usłyszała odgłos przypominający smażenie mięsa. Wkrótce poczuła zapach spalenizny. Khajiit wydawał z siebie stęknięcia bólu, ale dalej nie przestawał próbować zmienić położenie rury.
Micareth położyła urzędnika na ziemi i skoczyła pomóc khajiitowi. Mając na uwadze, że jedną ręką nie da rady przyjąć podobnej pozycji co jej towarzysz, starała się wykorzystać metalową rękawicę i osłabić trochę metal. Po kilku uderzeniach zauważyła, że pojawiają się widoczne wgniecenia. Żałowała, że nie ma z nimi Grimesa, którego ciężki topór poradziłby sobie z drzwiami oraz rurą bez żadnego problemu.
Nagle w wyniku kolejnego uderzenia pięścią para buchnęła prosto w twarz Micareth. Wojowniczka złapała się w miejsce poparzenia krzycząc z bólu. Jej prawe oko sprawiało znacznie większe cierpienie niż złamane ramię. Przyłożyła szybko twarz do lodu, co pozwoliło jej go nieco uśmierzyć. Nie czas na to, pomyślała i doskoczyła do khajiita, który zdołał delikatnie odgiąć rurę na tyle, że między nią a ścianą mogła się pomieścić jedna osoba. Przeszła na drugą stronę, zaparła się o ścianę i pomogła przekierować strumień pary prosto na lód, który zaczął szybko topnieć, po kilku chwilach ukazując dwemerskie drzwi. Nie czekając wiele, Micareth podbiegła do urzędnika, żeby przerzucić go przez ramię, podczas gdy Sha’anks rozbroił zamek i pierwszy wbiegł przez drzwi.
- O nie… - Micareth usłyszała stłumiony głos Sha’anksa i spodziewała się najgorszego. Wbiegła za drzwi i zobaczyła khajiita na tle Skyrim, nad którym rozciągała się Morowa Burza.
Przez labirynt korytarzy niosło się echo szybkich kroków oraz ciężkich oddechów. Drużyna osiągając swój limit, starała się znaleźć jak najdalej od miejsca w którym jeszcze chwilę temu stoczyli walkę o życie. Posiłki mogły im deptać po piętach, ale Angra dobrze wiedział, że nie mogą ignorować zmęczenia w nieskończoność. Tym bardziej, że nie miał pojęcia czy ścigają ich kolejne wampiry, czy jeszcze inne stworzenie. Dopóki niczego nie będzie pewien, potrzebuje planu na kupienie sobie czasu.
Szybki gest zasugerował zatrzymanie się, co pozostała część drużyny mogłaby przywitać w podzięce, gdyby nie cień śmierci depczący im po piętach. Nord bezgłośnie wskazał na ranę ręki po czym otarł ją o ścianę zostawiając krwawy ślad. Micareth zareagowała od razu i powtórzyła czynność znacząc dalsze miejsce. Sha'anks nie musiał się wiele starać - krew spływająca po nogawkach zostawiała wyraźne ślady na podłodze.
Grimes usatysfakcjonowany prowizoryczną zmyłką skręcił w inny korytarz, prowadzący w przeciwnym kierunku w stosunku do tego który oznaczyli. Oddalając się o dobre kilka minut drogi, zatrzymał się i oparł swój ciężki topór o ścianę.
- Jeżeli podejmą fałszywy trop, kupi nam to trochę czasu. Gorzej, jeżeli rozdzielą się lub podejmą ten właściwy.
- To... - Micareth urwała starając się złapać oddech. - To może nie być problemem. Zatarłam ślady. Przynajmniej te na początku.
Grimes zawsze miał nieodgadniony wyraz twarzy. Tak i teraz trzeba było wróżbity, aby zrozumieć co oznacza grymas, którym ją obdarzył. Wojowniczka mogła mieć tylko nadzieję, że oznacza to zadowolenie, jednak Nord nie powiedział nic, co mogłoby ją potwierdzić. Jedynie przeciągłe, pozbawione emocji spojrzenie.
- Sha'anks wygląda jak zabawka Very. Założy się, że w całym Blackreach go czuć. - W rzeczy samej khajiit był w fatalnym stanie. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak po świeżej kąpieli w bagnie, ale światło pochodni ujawniało szkarłat krwi, która posklejała futro. Zapach unoszący się w powietrzu szybko przypominał, że gdzieś tam muszą być rany z których wciąż sączy się krew. Ten obraz nędzy sugerował, że trzeba się nim zająć w pierwszej kolejności, jeżeli drużyna ma mieć jakiekolwiek szanse na wyjście z tego miejsca.
Angra rozglądał się po drużynie próbując ocenić jej stan. Jego wzrok spoczął na Micareth, której postawa sugerowała ciągłą gotowość. W milczeniu nerwowo obserwowała ciemność, jakby łudziła się, że wypatrzy coś szybciej niż zdąży się to zbliżyć. Dziki blask oczu zdradzał wiele emocji. Strach. Satysfakcja. Wściekłość. Angra zastanawiał się czy nie wykończy się w ten sposób szybciej niż zrobi to przeciwnik.
Nagle kątem oka zauważył delikatny błysk nad Micareth. Zanim domyślił się co to jest, ciało zareagowało automatycznie. Topór chwycony w jednej chwili spod ściany przeciął powietrze z dzikim świstem. W momencie w którym wojowniczka zrobiła unik spodziewając się ataku, ciało przeciwnika uderzyło o podłogę. Skowyt poniósł się echem przez korytarze. Wilcza postać wierzgała się wściekle ogarnięta bólem, a drugi cios toporem pozbawił ją reszty życia.
- Wilkołak? Co on tu u licha... - Próbował dokończyć pytanie, ale urwał w momencie w którym blada postać pojawiła się tuż przed nim i próbowała ciąć sztyletem. Element zaskoczenia dał przeciwnikowi przewagę, którą Angra nie miał możliwości nadrobić. Próba uniku oraz błysk światła wywołanego przez magię Very spowodował, że ostrze ledwo smagnęło ciało tworząc niewielkie rozcięcie. W duszy miał nadzieję, że ostrze nie było zatrute.
Przeciwnik zniknął tak szybko, jak się pojawił, ale jego pierwszy niezbyt udany atak dał drużynie chwilę na oprzytomnienie i zebranie się przy sobie. Na miejsce dobiegł kolejny wilkołak i zaczął okrążać drużynę. Angra miał nadzieję, że wampir skupi się na wilkołaku, jak to zwykle się dzieje. Natomiast nie przypuszczał, że gdy bestia rzuci się do ataku, z drugiej strony jednocześnie nadejdzie atak wampira. Razem krążyli i atakowali tylko po to, aby za chwilę znów odskoczyć. Wampir czasami znikał w cieniu.
- Współpracują?! - Krzyknęła wyraźnie zaskoczona Vera, która podobnie jak Grimes nie była w stanie zrozumieć co tu się do końca dzieje.
Kolejne nagłe natarcie nie dało czasu na jakąkolwiek konwersację. Ku zaskoczeniu wszystkich, a zwłaszcza nieszczęśnika przypuszczającego atak na Sha’anksa, khajiit złapał go za przegub w momencie ataku i przytrzymał w miejscu. Nordycki topór pozbawił złapanego wampira zmartwień, gdy głowa gruchnęłą o ziemię. Wilkołak z całą wściekłością rzucił się do ataku z drugiej strony, ale jego bezmyślność wpakowało go prosto w lodową pułapkę Veranque. Micareth nie dała mu czasu na reakcję, szybkim ruchem otworzyła tętnice szyjne z których buchnęła krew. Chwilę potem leżał bez życia u stóp kobiet.
Drużyna trwała w gotowości między trzema trupami czekając na kolejny atak. Grimes spodziewał się wszystkiego po tej drużynie, ale nie takiej współpracy. “Po raz kolejny widmo śmierci zacieśnia więzi.” - Pomyślał delikatnie opuszczając topór.
- Od kiedy pijawy bratają się z wilkołakami? - Nagle zapytała Micareth lekko drżącym głosem patrząc na podłogę. Angra nie miał wątpliwości, że wszyscy są tak samo zaskoczeni jak on. Trzy ciała nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Cieszył się jedynie, że nie rozpoznał kolejnego wampira.
- Czy to miał na myśli Milten mówiąc o posiłkach? - Głośno zaczął myśleć Angra, który nie miał już wątpliwości, że wszyscy są tak samo zaskoczeni jak on. To była współpraca dwóch naturalnych wrogów.
- Musi być ich tu więcej. - Veranque wypowiedziała na głos obawy, które każdy podzielał. - Nie mamy szans przeżyć i wyjść stąd. Na pewno obstawią wyjścia.
- O nie, nie, nie… NIE! Sha’anksowi się to nie podoba! Najpierw Vera bawi się ciemnymi mocami, a teraz atakuje nas zgraja przeklętych? I wilki jeszcze pomagają?! Za dużo śmierci w powietrzu! Cela była Sha’anksowi milsza... - Khajiit lekko się najeżył, co w przypadku posklejanej od krwi sierści wyglądało bardzo żałośnie. - Pan marszałek uzna to za koniec misji, prawda? To wszystko wina wampirów. I wilkołaków też. Sha’anks chętnie opuści ten grobowiec. Za dużo śmierci w powietrzu!
- Może i jest w tym coś więcej i ta współpraca wilkołaków z wampirami ma jakieś powiązanie z zaginięciami. Zwłaszcza, że był tu Milten... - Angra urwał wspominając chłopaka. Nikt nie wiedział dlaczego nie wrócił z ostatniej misji. Spodziewał się czegoś bardziej przyziemnego jak rozszarpanie przez niedźwiedzie. A nie dołączenia do kultu krwiopijców. Teraz przynajmniej cztery osoby wiedzą. - To niestety nie wszystko. - Dodał po chwili, a głośne stęknięcie khajiita oznajmiło wszystkim, że nie jest usatysfakcjonowany tą odpowiedzią. - Musimy jeszcze wyjść stąd cało, a Vera ma rację obawiając się obstawy na wyjściach. Cholerne pijawy nie odpuszczą. Chwila odpoczynku i ruszamy dalej. Może znajdziemy jakieś wyjście, którego nie znają.
Leros szybko pożałował tego, że wyszedł przed szereg, gdy śmiech przetoczył się przez pomieszczenie. Nawet dało się słyszeć parsknięcie strażnika z góry, który musiał domyślić się co innych tak bawi. Jednak przybyszowi najwyraźniej nie było do śmiechu. Nie, on był wyraźnie rozdrażniony. Młody dunmer nie był w stanie określić czy to co właśnie zrobił mogło spowodować taką reakcję, czy może chodziło o rozbawienie innych więźniów.
A może chodziło o mój wygląd? - Pomyślał Leros. - Może i jestem trochę młody, nie jestem jakoś zbyt dobrze zbudowany, ale przecież zwinność także ma jakieś znaczenie. Każdy kto szuka rekrutów w takim miejscu na pewno bierze pod uwagę każdego chętnego.
- Masz poczucie humoru, gnojku. Lepiej znikaj mi z oczu. - Potężny głos poniósł się echem po pomieszczeniu. Nutę rozdrażnienia dało się wyczuć w każdej wypowiedzianej sylabie, a całość rozbrzmiała niczym ryk trolla, mimo że przybyły nord nie podniósł nawet głosu.
Nastała niezręczna cisza w trakcie której atmosfera zaczęła się gwałtownie zmieniać. Skazańcom przestało być do śmiechu. Mimo niewygodnych pozycji nikt ze zgromadzonych nie odważył się nawet ruszyć butem w obawie, że przerwana cisza nie przyniesie nic dobrego. Jedynie płomień pochodni, niewzruszony sytuacją, potrafił wydać z siebie lekki trzask, spotęgowany przez niezręczną ciszę. Krótka chwila przeciągała się w nieskończoność, a wielu z obecnych powoli przypominało sobie, że trzeba czasem oddychać. Zmiana atmosfery udzieliła się każdemu, a najbardziej Lerosowi, który wciąż stał z przodu zszokowany tym jak wiele groźby i gniewu dało się wyczuć w głosie przybysza.
- N-nie. - Drżący głos wyrwał się z ust Lerosa jeszcze zanim zorientował się, że porusza ustami. Natychmiast pożałował tego, że się odezwał, gdy nord z powrotem zwrócił swoją uwagę na młodzieńca.
- Nie? - W głosie pobrzmiewała niebezpieczna nuta zwiastująca możliwy wybuch złości. - Na cóż mi możesz się zdać, skoro najwyraźniej nawet nie potrafisz wykonać rozkazu? - Zapytał przybysz, chociaż brzmiało to bardziej jak oskarżenie, a nie pytanie.
- Nie wiem kim jesteś, ale jeżeli masz łeb na karku, zostaw go na szafot. - Chrapliwy głos potoczył się z drugiego końca pomieszczenia, gdzie płomień pochodni odbijał się od pary gadzich oczu. Oczywiście, Heem-Jei nie mógł odpuścić. Nie po tym co usłyszał od strażnika kilka godzin przed zamknięciem Lerosa w celi. - No chyba, że chcesz najbliższą noc spędzić ze sztyletem w plecach.
Nord zwrócił swoją uwagę na argonianina będącego za jego plecami. Leros czuł, że właśnie stracił swoją szansę. Prawda wyjdzie na jaw. Nawet nie będzie miał szans przedstawić siebie w innym świetle.
- Wyjaśnij. - W głosie mężczyzny było słychać rozkaz.
- To dezerter, tchórz i degenerat. Został wysłany ze swoją grupą na zbadanie jakichś ruin. Ponoć podczas swojej warty wyrżnął całą drużynę, spalił ich ciała, zostawił w tym przez bogów zapomnianym miejscu i uciekał w kierunku Pogranicza. Szybko go dorwali, przyprowadzili i przepytali. Nawet nie zaprzeczył, że wybił swoich. - Argonianin ostatnie słowa wypowiedział z wyraźną odrazą, a swoją opowieść zakończył siarczystym splunięciem pod nogi, co najwyraźniej spotkało się z aprobatą pozostałych więźniów. - Przynajmniej ciała zostały odzyskane i pochowane jak należy.
Wszystko stracone, pomyślał Leros, a nogi zaczęły powoli uginać się pod własnym ciężarem. Te wszystkie fakty stawiały go w bardzo złym świetle i wątpił, że nawet bogowie byliby skorzy przyjrzeć się sprawie. Przecież nie mógł zaprzeczyć - to byłoby kłamstwo.
Niespodziewanie przybysz odwrócił się do chłopaka, a w oczach dało się wyczytać delikatną ciekawość, mimo że surowe rysy twarzy nie zmieniły się ani o ułamek cala.
- Czy to prawda? - Zapytał.
- Ja... - Leros przez chwile miał problem ze znalezieniem słów. Tyle miał do powiedzenia. Jednocześnie mogło do to uratować lub pogrążyć. Musi jednak postawić wszystko na jedną kartę. - Nie. Przynajmniej nie jest to pełna prawda. Mogę potwierdzić, że mieliśmy zbadać ruiny, których fragment znaleziono ukryty w wyschniętej studni. Ktoś kiedyś przypadkiem znalazł wodę i najwyraźniej nie wiedział do czego się wkopał. My też nie wiedzieliśmy do czego schodzimy.
Pierwszy raz odkąd Leros został wrzucony do celi, zobaczył zainteresowanie na twarzach wielu z więźniów. Przyglądali mu się jakby badając czy opowiadanie potwierdzi to co mówił Heem-Jei. Do tej pory nie dawali mu okazji do spowiedzi uznając każde jego słowo za możliwie jak najbardziej kłamliwe.
- Z jakiegoś powodu kapitan uznał, że spanie w ruinach jest bezpieczniejsze niż na świeżym powietrzu. Chociaż mi się to nie podobało, reszta drużyny uznała, że dobrze jest mieć "dach" nad głową. Umocniliśmy linę i wszyscy posnęli zostawiając mnie samego na warcie. Po jakimś czasie zaczęło mi się wydawać, że słyszę rozmowy, mimo że wszyscy spali. Nie było to z góry i nie było z przodu. Za nami i po naszych bokach były tylko ściany. Po którymś okrążeniu oparłem się o jedną ze ścian i przypadkiem natrafiłem na źródło głosów. Tuż za ścianą rozmawiały trzy osoby. Przytykając ucho zrozumiałem o czym rozmawiają. To było planowanie. Chcieli nas zabić i wcielić do armii nieumarłych. Szybko zrozumiałem, że to muszą być nekromanci i być może wpadliśmy w ich pułapkę.
W miarę jak jego opowieść zmierzała do kulminacyjnego punktu, wielu z obecnych starało się jak najciszej podejść do krat. Ciekawość brała nad nimi górę.
- Wiedziałem, że nie mogę zostawić tak drużyny. Szybko jednak zorientowałem się, że gdybym ich ostrzegł, panika dałaby przeciwnikowi dość czasu na zabicie wszystkich zanim ktokolwiek uzbrojony zdołałby się zbliżyć. Nawet jeżeli udałoby nam się szybko zorganizować do ataku, na pewno kilka osób rzuciłoby się na linę próbując się wydostać. Lina by nie wytrzymała, a my bylibyśmy martwi albo z powodu nekromancji, albo przez brak możliwości wyjścia z tego zapomnianego miejsca. Musiałem działać szybko i stanowczo. Ja... - Głos ugrzązł na chwilę w gardle Lerosa, ale ze wzroku norda dało się wczytać, że czeka na dokończenie historii. - Ja nie mogę zaprzeczyć. Zabiłem ich w śnie. Zrobiłem to szybko, skutecznie i od razu podpaliłem ciała. Nie mieliśmy szans. Jeżeli bym uciekł sam, moich kolegów czekałby gorszy los od śmierci. Skończyć jako nieumarły? Nie, nie mogłem na to pozwolić.
Nastała długa cisza w której przybysz obserwował młodego dunmera oceniając najwyraźniej na ile mówił prawdę. Widać, że trawił tę informację bardzo powoli. Atmosfera stała się jeszcze bardziej niezręczna, a wszyscy zdawali się obserwować norda i czekać na jego reakcję.
- Jak cię zwą? - Niespodziewanie zapytał.
- Leros z domu Tirodil.
- Lerosie, masz więcej szczęścia niż rozumu. Zwykły ogień nie spali kości. W związku z tym i tak dostarczyłeś nekromantom ciał. - Te słowa potwierdziły tylko coś, czego chłopak nauczył się po fakcie. Nagana w głosie przybysza odjęła Lerosowi resztę nadziei. Niespodziewanie nord kontynuował. - Jednak z dwojga złego coś dobrego wynikło. Dusze nie zostały złapane do kamieni, a smród palonych ciał musiał odstraszyć nekromantów, skoro ciała zostały wydobyte w całości. Ktokolwiek dowodził w twojej grupie popełnił błąd zostawiając tylko jedną osobę na warcie. Chociaż może właśnie dzięki temu chociaż jedna osoba żyje.
Te słowa omal nie spowodowały, że Leros zaczął płakać. Odkąd zrobił co zrobił nie mógł przekonać sam siebie, że mimo wszystko była to dobra decyzja. Ciężar jego historii dodatkowo potęgował się przez złe traktowanie ze strony współwięźniów.
Nieoczekiwanie słowa norda wpłynęły wyraźnie na resztę skazańców. Szepty jakie dało się słyszeć były dosyć intensywne, a młody dunmer rozglądając się po pomieszczeniu zauważył, że w oczach wielu obecnych było widać pewnego rodzaju współczucie. Wcześniej była tylko pogarda. Nie potrafił uwierzyć w to jak słowa jednej osoby mogą wpłynąć na tyle rzeczy.
- Drużyna zapowiada się ciekawie. - Stwierdził przybysz. - Mamy już dunmera, który prędzej wszystkich zabije niż odda przeciwnikowi, a do tego nie potrafi wykonywać prostych rozkazów. Czy któraś łajza ma jeszcze jakąś historię do podzielenia się? - Ledwo wymówił ostatnie słowo, kolejne kroki poniosły się echem po pomieszczeniu.