MysteriousMrX

MysteriousMrX ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

12.07.2020 12:28
odpowiedz
MysteriousMrX
2

Witam serdecznie, kiedy odbędzie się wybór społeczności? Wciąż nie powstał post w tej sprawie na fanpage'u The Elder Scrolls Online.

05.07.2020 19:03
odpowiedz
MysteriousMrX
2

Ostatni prezent od porucznika

Ostatnie promienie słońca powoli znikały za horyzontem, a niebo okryło się purpurą, gdy w końcu Micareth wraz z Sha’anksem dotarli do ponurego jak zawsze Greymoor. Nie chcieli wracać tu, prosto w trzewia węża, który już raz darował im wolność. Nie teraz, kiedy tej wolności zasmakowali. Trzymał ich jednak w poczuciu obowiązku szacunek i lojalność wobec porucznika. Szacunek i lojalność – dwie abstrakcyjne koncepcje, których cenę z pewnością przyjdzie im zapłacić. Dokładnie omówili plan. Wiedzieli, że muszą się mieć na baczności – jeśli porucznik nie pomylił się w swojej dedukcji, kapitan Beinard będzie chciał się ich pozbyć. A kto wie ilu żołnierzy Greymoor zostało już zarażonych wampiryzmem? Dotarli do wschodniej bramy. Na ich widok przysypiający na stojąco strażnicy poderwali się ze swoich miejsc.
– Kto idzie? – zapytał donośnie pierwszy z nich.
– Musimy pilnie porozmawiać z kapitanem! – oznajmiła Micareth. – Mamy informacje z Blackreach.
– Wracacie z… Blackreach? – z niekłamanym podziwem spytał drugi z żołnierzy. – Eric? Otwieraj bramę. Tych dwoje natychmiast musi stawić się przed kapitanem!
Otworzono bramę i w eskorcie strażników poprowadzono ich przez pusty dziedziniec do fortu, prosto do biura mieszczącego się w północnej baszcie.
– Wejść! – mruknął kapitan i Micareth wraz z Sha’anksem zostali niemalże wepchnięci do środka. Drzwi za nimi zatrzasnęły się z hukiem. Kapitan otaksował ich spojrzeniem.
– Wyglądacie jak siedem nieszczęść – oznajmił po chwili ciszy. – Gdzie porucznik Grimes?
– W…. Sovngardzie – powiedziała Micareth najbardziej łamiącym się, przygnębionym głosem, na jaki było ją stać. – Poległ z toporem w dłoni... jak prawdziwy wojownik. – dodała po chwili. Po policzku popłynęła pojedyncza łza. Nigdy nie była dobrą aktorką, ale musiała przyznać, że wyszło nieźle.
– Hmmmm. Tak, doprawdy przykre – niezbyt przekonywująco przyznał kapitan. Wyraźnie nie spodziewał się, że wrócą w jednym kawałku. – A można zapytać co właściwie go zabiło?
– Pana szanownego chorążego Grimesa powalili Falmerowie – tym razem pałeczkę przejął Sha’anks. – Całe zastępy. Dziesiątki, nie, setki! Nie mieliśmy szans. Musieliśmy uciekać – Khajiit pozwolił sobie popuścić wodzy fantazji.
Kapitan wyraźnie odetchnął z ulgą.
– Falmerowie – powtórzył pod nosem i zaśmiał się lekko. – A to pech.
– Panie kapitanie kochany – kontynuował Khajiit. – Przyszliśmy po nasze ułaskawienia. Gdyby był Pan tak miły…
– Ha! Ułaskawienia? – przerwał mu Beinard. – A to dobre! Już ja was ułaskawię! – krzyknął wyraźnie kontent z własnego żartu. – Straż! Zabrać ich. Jutro rano przeprowadzimy egzekucję!
Do biura wpadli żołnierze i natychmiast pojmali wyraźnie zbitych z tropu gości.
– E… egzekucję? – spytała blada Micareth.
– Nie tak się umawialiśmy kapitanie – wtórował jej Khajiit, prychając na dwójkę strażników i jeżąc futro na karku.
– Zabrać ich sprzed moich oczu – warknął jeszcze Beinard. Poprowadzono ich do znajomego lochu.
Nazajutrz związanych więźniów wyprowadzono na dziedziniec. Na środku placu stał naprędce zbity podest, a na nim blok egzekucyjny. Po obu zaś stronach, w dwóch równych szeregach ustawieni byli żołnierze. Wojowniczkę i łotrzyka pognano w stronę kata, który w milczeniu ostrzył topór. Zabrzmiał róg i na znajdujący się za podestem mur w akompaniamencie bębnów wyszedł kapitan Beinard we własnej osobie odziany w defiladowy strój oficerski wraz z hełmem przyozdobionym kolorowymi piórami. Triumfalnie powiódł wzrokiem po swoich podwładnych.
– Żołnierze! – zaczął wyniośle. – Niech ta egzekucja będzie dla was przestrogą. Każdy, kto opuści swój posterunek, kto dopuści się dezercji i zdrady – wyliczał z uniesioną ręką. – Skończy tak jak… – Urwał nagle i pobladł, jakby zobaczył ducha. – tak jak… ta dwójka…– dokończył z wyraźnym trudem. Jeden ze zgromadzonych na placu żołnierzy wyszedł przed szereg. Wkroczył na podest i zdjął hełm. Po zgromadzonych na placu żołnierzach przebiegł szmer poruszenia. Na podeście stał Bodil.

Dziesięć godzin wcześniej…

Bodil westchnął lekko. Zaproponowany przez Micareth i Sha’anksa plan nie podobał mu się ani na jotę. Tym niemniej był to porucznikowi winny. Wszak gdyby nie on, tkwił by pewnie ciągle w Blackreach. Usiadł oparty plecami o pokryty mchem głaz nieopodal północnej bramy. Według słów Grimesa, Gutrim będzie przechodził właśnie tędy. Skąd porucznik miałby to wiedzieć? Nie wiadomo. Pozostawało czekać.
Istotnie. Nieco po północy tajemnicza sylwetka wyróżniająca się posturą nadeszła od strony bramy. Bodil nie chciał ryzykować wpadnięcia na obcego żołnierza. Czekał, obserwując jak olbrzymi żołnierz podchodzi, ściąga nogawice i… nie wytrzymał. Wyszedł zza kamienia.
– Cholera! – wrzasnął przestraszony olbrzym, stracił równowagę i przewrócił się o opuszczone spodnie. – Bodil? Wysikać się nie dasz człowiekowi?
– Gutrim! – wrzasnął skryba nie mniej przerażony. – Mam dla ciebie wiadomość od porucznika Grimesa – dodał, wyciągając rękę z wiadomością, jednocześnie odwracając wzrok, zawstydzony.
Olbrzym spoważniał w jednej chwili. Zaciągnął spodnie z powrotem i przeczytał szybko wiadomość. Następnie zmierzył skrybę wzrokiem i jakby dla pewności raz jeszcze przeczytał notatkę.
– Idziesz ze mną! – oznajmił sierżant tonem nie znoszącym sprzeciwu. Chwycił skrybę za rękaw, na wypadek gdyby próbował uciec. Nic takiego się jednak nie stało. Ruszyli w stronę fortu.

Chwila obecna

Bodil stał na podeście i powiódł wzrokiem po zebranych na placu żołnierzach. Czuł na skórze palące słońce i głód. Ten przejmujący głód. Wiedział, że punkt bez powrotu jest coraz bliżej. Musiał wytrzymać.
– Wiecie gdzie byłem przez ostatnie dwie doby? – zaczął donośnie, a echo niosło jego głos po placu. Żołnierze obserwowali go uważnie w ciszy. To dodawało mu otuchy. – Byłem w Blackreach, więziony przez wampiry! – przerwał na moment, czekając aż tłum żołnierzy, po którym przemknął pomruk poruszenia, ponownie zamilknie. – A wiecie z czyjego rozkazu się tam znalazłem? – zrobił dla efektu krótką pauzę. Nikt nie odważył się zgadywać. – Tak. Macie świętą rację. Z rozkazu kapitana Beinarda.
– Zabrać go! – przerwał mu kapitan, dając znak żołnierzom. Kilku wyszło w jego stronę, ale drogę zagrodził im Gutrim wraz ze swoimi ludźmi. Atmosfera zgęstniała, ale na razie nie doszło do rękoczynów. Obie grupy żołnierzy mierzyły się wzrokiem.
– Dajcie mu dokończyć! – wydarł się ktoś z tłumu. Szmer, który rozszedł się jak fala po żołnierzach oznaczał aprobatę dla tego postulatu.
– Dzięki znanemu wam wszystkim porucznikowi Grimesowi – kontynuował dalej Bodil – udało zebrać się dowody na to, że wampiry szykują się do czegoś wielkiego – dokończył i wysypał zawartość skórzanej torby. Na drewniane deski podestu wypadła książka z przepowiednią i dwa kryształy. – Czytaj! – polecił jednemu z magów paktu, który stał najbliżej podestu.
Wybrany czarodziej posłusznie przeczytał słowa przepowiedni. Tłumaczenie szło mu nieco topornie, ale ostatecznie udało się uchwycić sensowną całość, która pokrywała się ze słowami skryby.
– A to? Poznajecie? – spytał Bodil unosząc nad głowę różowy połyskujący kryształ, który zdobyli z komnaty rytualnej.
– Tak! – wzburzył się ktoś z tłumu. Takie same znajduje się w fortowej kaplicy.
– To kryształ służący do wywoływania Morowych Burz – wyjaśnił Bodil, wywołując kolejne pomruki wśród zgromadzonego audytorium.
– Dość tego! – krzyknął wściekle kapitan Beinard wiedząc, że został zdemaskowany. – Brać ich! – wrzasnął.
Rozpętało się piekło. Oczy części wojowników zaszły czerwienią. Przemienieni, rzucili się na byłych żołnierzy, rozszarpując ich gardła. Rozpętała się regularna bitwa. Żołnierze Gutrima byli przygotowani i nie ustępowali pola, dodając otuchy zaskoczonym towarzyszom z innym oddziałów. Bodil czuł, że nadchodzi przemiana. Łaknął krwi. Powiódł oczami po polu bitwy i rzucił się do walki.

***

Kapitan Beinard pośpiesznie przemierzał korytarz fortu. To nie tak miało być. Cholerny Grimes Angra. Za wcześnie. Było zdecydowanie za wcześnie. Wiedział, że jego wampirzy wojownicy są w mniejszości. Potrzebował czasu. Jednej Morowej Burzy. Wszedł do kaplicy i podszedł do ołtarza. Ku jego przerażeniu na piedestale brakowało jednego kryształu.
– Tego szukasz? – spytał Angra, podrzucając błyskotkę w dłoni.
– Grimes! Oddaj kryształ. Wiesz, że to nieuniknione! Możemy być po jednej stronie – mącił kapitan, wyciągając rękę.
– Nie wydaje mi się – westchnął Grimes i cisnął kamieniem o podłogę, roztrzaskując go na małe kawałeczki.
– Nieeee! – wrzasnął wściekle Beinard. Jego głos zmienił się a twarz wykrzywił grymas. Z pleców wyrosły dwa pokraczne skrzydła a palce zmieniły się w ostre szpony. Kapitan przybrał postać wampirzego lorda.
– Do twarzy panu, panie kapitanie! – zaśmiał się Grimes, wyszarpnął toporzysko i starł się z niedawnym przełożonym, mieląc ostrzem we wściekłej furii.

***

Na górze bitwa miała się ku końcowi. Pierwsze natarcie wampirów spowodowało popłoch w szeregach żołnierzy paktu, ale z każdą minutą ludzie odzyskiwali inicjatywę. Micareth uwolniła się z więzów i rzuciła w wir bitwy. Zdobycznym rapierem dźgała i cieła. Atakowała i odskakiwała. Z prawdziwą elegancją lawirowała między przeciwnikami w swoistym tańcu śmierci, a nieruchome ciała wampirów piętrzyły się wokół niej. Poczuła jak z pola bitwy odciąga ją silna owłosiona ręka Khajiita.
– Zostaw mnie! – protestowała, cały czas wymachując ostrzem.
– Sha’anks i zdziczała Micereth muszą zająć się cuchnącym kapitanem – przekonywał. Niechętnie przyznała mu rację. Ruszyli w stronę fortu, przemknęli korytarzem i wbiegli do kapliczki. Na środku pomieszczenia stał porucznik Grimes, a pod jego butem bezwładne ciało wampirzego lorda pokrytego w czarnej smolistej posoce.
– Ostatni prezent od porucznika – rzucił z uśmiechem Angra, puścił do nich oko i rozpłynął się w powietrzu.

***

Co było dalej? Pokonanie kapitana Beinarda przypisano Micareth i Sha’anksowi. Obwołano ich bohaterami Skyrim i odprawiono z ułaskawieniem i tyloma sztabkami złota z prywatnego sejfu Beinarda, ile zdołali unieść. Oboje zasmakowali w życiu poszukiwaczy przygód. Bodil niestety nie przetrwał bitwy o Greymoor. Sierżant Gutrim został awansowany do rangi porucznika, zajmując zaszczytne miejsce zwolnione przez Grimesa. A Angra? Od czasu do czasu przychodziły plotki to z Morrowind, to z Elsweyr lub Summerset o potężnym wojowniku z północy, który tępił z zajadłością wampirze klany.

01.07.2020 19:42
odpowiedz
MysteriousMrX
2

– Szybciej, szybciej! – ponaglała Micareth, idąc na przedzie z dopalającą się pochodnią, którą pochwyciła z jednej ze ścian. Khajiit dysząc ciężko, próbował dotrzymać jej tempa, ale z przewieszonym przez plecy urzędnikiem przychodziło mu to z wielkim trudem. Mimo, że wojowniczka znała drogę, serce waliło jak szalone, a ciało, zmęczone nieustanną walką, było stale napięte. Gotowe do szybkiego odskoku i kontrataku, gdyby któreś z bestii wypadło nagle zza zakrętu. Była już zmęczona. Tak cholernie zmęczona. Lecz gdy uchodziły z niej chęci do życia, gdy tylko kończyny wiotczały, chcąc się poddać, wtedy do głowy wpadał obraz porucznika, zaciekle rzucającego się na wampirzycę Adelaisę. Wredny sukinsyn. Nie lubiła go od pierwszej do ostatniej chwili, ale zasłużył na jej szacunek. Gdy uchodziły z niej chęci do życia i była gotowa położyć się w tym opuszczonym przez bogów i ludzi tunelu by zgnić w jego ciemnościach, przed oczami stawał obraz Veranque, poświęcającej się, by kupić im czas na ucieczkę. Wojowniczka nigdy nie uwierzyłaby, że zdoła polubić nekromantkę. Tfu. Już na samą myśl o magii śmierci robiło się jej niedobrze. A jednak bez Altmerki, bez jej poświęcenia, leżeliby teraz martwi. Albo gorzej – biegaliby jako bezrozumne bestie, kąsając bogom ducha winnych chłopów na każde skinienie wampirzego pana. Micareth nie mogła pozwolić by to poświęcenie poszło na marne.
Z zamyślenia wyrwał ją głos towarzysza:
– Sha’anks czarno to widzi! I nie z powodu ciemności.
W poprzek korytarza ciągnęła się szeroka na kilkanaście stóp wyrwa. Wojowniczka była pewna, że przybyli właśnie tą drogą. Co mogło spowodować tak duże pęknięcie w litej skale? Oparła dłoń o ścianę. Śliska od grzyba i wilgoci skała nie dawała palcom żadnego oparcia. Nie było mowy o wspinaczce.
– Cholera – rzuciła pod nosem. Gdzieś w oddali usłyszeli znajome dudnienie dziesiątek par stóp o kamienne podłoże. Ich śladem ruszył pościg.
Micareth, głupia babo, myśl! – ponaglała w myślach sama siebie. To porucznik Grimes był od planów. Ona była od walki. Od wściekłego siekania rapierem. Hałas narastał. Z frustracją cisnęła pochodnię w dół. Wraz z kotem obserwowali jak płomień spada, stając się coraz mniejszy, aż wreszcie znika całkowicie, wśród głośnego plusku wody. Plan zrodził się niemalże natychmiast. Plan niebezpieczny i ryzykowny, czyli taki jaki Micareth lubiła najbardziej. Na jej ustach wykwitł zawadiacki uśmiech.
– Sha’anksowi nie podoba się wyraz twarzy przyjaciółki – odezwał się Khajiit. – Sha’anks tylko przypomina, że jego futro bardzo długo schnie.
Na dalsze rozważanie nie było już czasu. Bestie były coraz bliżej. Jedyna droga prowadziła w dół. Wojowniczka pociągnęła kota i cała trójka runęła w czeluść. Micareth leciała z zamkniętymi oczami. Zdążyła raz jeszcze przywołać obraz dowódcy oraz poległej towarzyszki. Potem uderzyła o taflę wody. Z tej wysokości upadek przypominał zderzenie z kamienną ścianą. Poczuła jak jej twarz zanurza się pod wodę. Wściekle mieląc rękami, desperacko walczyła o to by zaczerpnął haustu powietrza. Udało się na chwilę przed tym jak silny nurt znów wciągnął ją pod powierzchnię, miotając jej ciałem to w prawo, to w lewo. Gdyby tylko zdołała złapać się jednego ze stalaktytów zwisających z sufitu... Ale prędkość była zbyt duża. Poczuła głuche uderzenie. Resztką świadomości zacisnęła na czymś kurczowo palce. Potem ogarnęła ją gęsta i nieprzenikniona ciemność.

***

Kiedy ponownie otworzyła oczy, oślepiło ją silne światło.
– Czy… czy to już Sovngard? – spytała. Skronie pulsowały tępym bólem, a w głowie wirowało. W gardle obok wody czuła metaliczny posmak krwi. Mimo szczerych chęci, nie była w stanie zebrać myśli.
– Shhhh – syknął znajomy koci głos. – Nie ruszaj się.
Chwilę zajęło jej skonstatowanie, że ów głos należał do Sha’anksa. Zastosowała się do polecenia, próbując zorientować się w sytuacji. Rozejrzała się po pomieszczeniu, jak najwolniej obracając głowę. Tajemnicze metalowe rury, syk pary, tarcie metalu o metal i to dziwne światło, które cały czas ją raziło. Powoli składała elementy układanki w jedną całość – znajdowali się w kolejnych dwemerowych ruinach. Obróciła się nieco i wtedy zrozumiała niepokój towarzysza. Zaledwie kilka stóp dalej, po drugiej stronie wąskiego pomieszczenia w spokoju pracowały dwa krasnoludzkie pająki. Co gorsza krzątały się przy nieaktywnym krasnoludzkim centurionie. Micareth zdarzało się już w przeszłości mieć styczność z automatonami. W swoim dawnym życiu podróżniczki raz czy dwa zapuściła się w głąb ruin. Nigdy nie widziała jednak czegoś tak ogromnego. Ciężko było oszacować całkowitą wielkość mechanizmu, ale miał przynajmniej dziesięć stóp wysokości. Co więcej, jedyna droga ucieczki z pomieszczenia biegła wzdłuż korytarza.
– Jak Sha’anks da znak to chodu! – mruknął kot ledwie słyszalnym szeptem.
– Co?
– Chodu! – wrzasnął Khajiit nie kłopocząc się dalszymi wyjaśnieniami. Poderwali się z ziemi i, zataczając lekko, przebiegli pomiędzy pająkami. Micareth nie odważyła się nawet spojrzeć przez ramię, ale dźwięk olbrzymich mechanicznych odnóży uderzających o kamienną posadzkę był aż wystarczającą odpowiedzią na to co chciałą zobaczyć, spoglądając za siebie. A właściwie czego nie chciała widzieć.
– Uważaj! – krzyknął kot. Odruchowo odskoczyła. W ostatniej chwili. Tuż przed jej twarzą śmignął pocisk. Na końcu korytarza, tuż przed wielkimi metalowymi drzwiami stał kolejny automaton. Ten dla odmiany miotał długimi na cztery stopy oszczepami. Ręka odruchowo powędrowałą w kierunku rapiera.
– Cholera! – krzyknęła, a serce stanęło na chwilę. Rapier zniknął. Musiała zgubić go w strumieniu. Była bezbronna. Za późno jednak na odwrót. Czuła jak adrenalina wypełnia jej żyły, zmysły się wyostrzają, a czas zwalnia. W głowie właśnie zrodził się kolejny szalony pomysł.
– Biegnij Sha’anks, biegnij – ponagliła towarzysza. Biedak ledwo nadążał z wciąż nieprzytomnym Bodilem na plecach. – Ja się zajmę automatonami.
Khajiit nie zamierzał wdawać się w polemikę. Przemknął przy ścianie, starając się uniknąć uwagi krasnoludzkich machin. Tymczasem Micareth oceniła dystans dzielący ją od kolosa, zbliżającego się w towarzystwie pająków. Jej plan miał cholernie wąski margines błędu. Jeden nierozważny ruch i będzie po niej. Skupiła całą swoją uwagę na automatonie - baliście. Napięła swoje ciało i… odskok. W samą porę. Kolejny pocisk minął ją o centymetry, roztrzaskując stojącego za nią pająka. Kolejny unik i następny automaton przestał być problemem. Tymczasem potężne mechaniczne ramiona kolosa wyprowadziły cios. Micareth zręcznie przeturlała się w bok. Mechanizm był ogromny, lecz wolny. Tańczyła, lawirując pomiędzy pociskami miotanymi przez balistę i wściekłymi uderzeniami Centuriona. Z każdym rozważnie stawianym krokiem zbliżała się do wyjścia. Doskonale wiedziała, że olbrzym nie przeciśnie się przez drzwi. Gdyby tylko udało jej się pozbyć balisty… Strzał – odskok. Była coraz bliżej celu. Atak – unik. Skoczyła na kopułę balisty, odbiła się od śliskiego metalu. Za nią rozległ się trzask. Tak! Miotający automaton legł pod naporem ciosu kolosa. Niewiele się zastanawiając przebiegła przez drzwi, zatrzaskując je za sobą. Dysząc ciężko dopadła Khajiita. Dalszą podróż kontynuowali razem.

***

Kto wie jak długo włóczyli się po opuszczonych tunelach, nie napotkawszy żywej duszy. Micareth była głodna, spragniona i zmęczona. Czuła, jak opuszczają ją resztki sił. Nie pomagało już nawet przywoływanie obrazu poległych towarzyszy. Dalej nieprzytomnego urzędnika nieśli na zmianę, robiąc częste przerwy. Błądzili w gęstej sieci korytarzy tak długo, że kiedy napotkali kości jakiegoś nieszczęśnika, niemalże się ucieszyli. No bo przecież znaczyło to, że ktoś kiedyś dotarł tu o własnych siłach – to była ta dobra informacja, która dodawała im otuchy. Ta zła, że ów nieszczęśnik niestety o własnych siłach już nie opuścił tej jaskini i nie było wykluczone, że wkrótce podzielą jego los. Nie znalazłszy przy zwłokach żadnej wskazówki, zrezygnowani podążyli dalej.
– Shhhhhh, słyszysz to? – szepnął Khajiit po następnych kilku godzinach marszu. Nie czekając na potwierdzenie wyrwał do przodu. Micareth, która tym razem niosła urzędnika, również poczuła nagły przypływ motywacji. Resztką sił zmusiła się, żeby odkryć co tak ucieszyło kota. Sha’anksa zastała na końcu korytarza, z policzkiem przyklejonym do szczeliny w kolejnych dwemerowych drzwiach. Gestem ręki wezwał ją do siebie. Micareth przyłożyła ucho do zimnej powierzchni krasnoludzkiego metalu. Przez szparę przedzierało się świeże chłodne powietrze. Doleciały do niej także niewyraźne dźwięki rozmowy. Zdawało jej się, że słyszy język ludzi. W uniesieniu pchnęła wrota. Ani drgnęły.
– Zamknięte – lodowatym głosem oznajmił Khajiit.
– Ale przecież Sha’anks nie wie co to zamek nie do otwarcia – z uśmiechem odparłą Micareth, wykorzystując dewizę towarzysza. Tym razem sił dodawała jej myśl o ciepłej kąpieli i sytym posiłku, który, przynajmniej w jej głowie, czekał na nią po drugiej stronie.
– Sha’anks świetnie radzi sobie z zamkami, tylko że… Sha’anks niestety nie widzi tu zamka – wyjaśnił smutno Khajiit.
Rzeczywiście. Wrota były gładką jednolitą taflą metalu. Wojowniczka po raz kolejny poczuła jak uchodzi z niej cząstka życia. Tak blisko, a tak daleko. Uczucia nią targające zmieniały się jak w kalejdoskopie.
– Ale niech przyjaciółka się nie martwi. Jeśli dźwigni nie ma tutaj…
– To znaczy, że jest po drugiej stronie – dokończyła Micareth. Więcej nie potrzebowała. Zaczęła walić pięściami o drzwi, krzycząc ile sił w gardle. Miałą nadzieje, że kimkolwiek są osoby po drugiej stronie usłyszą ją i znajdą dźwignię.
– Gdzie… gdzie jestem?
Micareth i Sha’anks obrócili się jednocześnie. Ich nieprzytomny towarzysz właśnie budził się do życia.
– Ale jestem głodny… – ciągnął dalej Bodil, wysuwając kły. – Co tak pięknie pachnie?
Tego nie przewidzieli. Sparaliżowani strachem obserwowali jak młody wampir ociężale się podnosi i uważnie ogląda każdą część swojego ciała.
– Co się ze mną dzieje? – pytał sam siebie. .
– Posłuchaj – zaczęła Micareth, starając się zabrzmieć tak łagodnie jak to tylko było możliwe. – Jesteś zarażony wampiryzmem, ale możemy to odkręcić.
– Kim jesteście? I czemu tak dziwnie pachniecie?
– Możemy ci pomóc, ale musisz opanować swój głód.
– Głód? Taaaaaak. Jestem głodny! – oczy urzędnika zmieniły kolor na krwistoczerwony. W jednym susie znalazł się przy niej, ale uwolniła się z uchwytu.
– Uspokój się! Sha’anks i jego koleżanka na pewno ci pomogą! – wtrącił Khajiit.
– Pomogą? Oj tak. Pomogą, pomogą! – zaśmiał się urzędnik, powoli krocząc w ich stronę. Upiornie oblizał wargi.
Wtedy dwemerowe wrota otworzyły się, wpuszczając do tunelu idący od jaskini przeciąg. Cała trójka zamarła, oczekując na rozwój wypadków. Po drugiej stronie ukazał się rosły niebieskooki nord w skórzanym kaftanie. Spod hełmu wystawały pukle włosów koloru i struktury suchego siana. Micareth była pewna, że ta brudna i nieogolona twarz, ozdobiona drobnymi bliznami nie należy do żadnego poważnego poszukiwacza przygód. Zatknięty za pas stary topór o zardzewiałym ostrzu zdawał się tylko potwierdzać jej tezę. Na szczęście ich zarażony wampiryzmem towarzysz na chwilę zapomniał o głodzie i wpatrywał się z zaciekawieniem w nowoprzybyłego.
– Szefie. Mamy tu jakichś poszukiwaczy przygód od siedmiu boleści – krzyknął nord.
– A wyglądają jakby mieli przy sobie coś cennego? – rozległo się z korytarza.
Niebieskooki mężczyzna otaksował ich spojrzeniem.
– Nie! – zabrzmiał werdykt.
– To wiesz co z nimi zrobić!
Mężczyzna wyszarpnął toporek, ale nim zdążył wziąć zamach, Bodil doskoczył do niego i zatopił kły w jego szyi. Bandzior wierzgał chwilę nogami, wrzeszcząc, ale już po chwili jego krzyk zmienił się w niezrozumiały bulgot. Wampir nie zamierzał na tym poprzestać. Zeskoczył z martwego ciała i ruszył w głąb korytarza. Micareth z Sha’anksem przez chwilę słyszeli tylko przeraźliwe wycie szlachtowanych bandytów. Potem wszystko ucichło. Wojowniczka na wszelki wypadek podniosła topór. Nordowi na pewno się już nie przyda a jej… miała nadzieję, że też nie. Wzdrygnęła się. Broń była ciężka i niewyważona, a w ostrzu widniało kilka szczerb. Uzbrojona, ostrożnie przeszła przez próg i rozglądnęła się po jaskini. Urzędnik klęczał pomiędzy nieruchomymi ciałami z zamkniętymi oczami, pogrążony w transie. Za nim rozciągał się widok na ośnieżone szczyty Gardła Świata. Znajdowali się na powierzchni.

24.06.2020 20:08
MysteriousMrX
2

Poprawiona wersja - bardzo proszę o rozpatrzenie tej.

Rozdział 2
Z pobliskiego korytarza doleciał narastający huk. Rozpoznali rytmiczne uderzenia dziesiątek bosych stóp o kamienne podłoże. Efekt potęgowało echo, sprawiając wrażenie, jakby dźwięk dochodził ze wszystkich stron. A może to nie było tylko wrażenie?
Angra zwlekał z decyzją, patrząc w zachodzące krwią oczy Miltena. Umierający wampir próbował powiedzieć coś jeszcze, ale z jego ust wydobyło się jedynie ochrypłe jęknięcie.
– Kapitanie? – odezwał się Khajiit, nachylając się nad uchem Grimesa. – Sha’anks nie chciałby przeszkadzać w tej podniosłej chwili, ale Vera i Micareth zaczynają się już niecierpliwić. – wymamrotał, nieudolnie próbując zamaskować niepokój.
Odgłos stada krwiożerczych bestii stawał się coraz bardziej wyraźny.
Dla Angry liczył się obecnie tylko ten moment. Oto młody chłopak, za którego brał odpowiedzialność, odchodził do Sovngardu… czy gdzie tam, cholera, odchodzą Vampiry. Głowa dzieciaka opadła wreszcie, a Grimes z namaszczeniem ułożył go na zimnym podłożu. Wstał. Jego oczy zapłonęły wściekle. To spojrzenie chyba wystarczyło, aby Micareth zrezygnowała z zamiaru ponowienia pytania.
– Za mną! – rozkazał z mocą. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ruszyli przed siebie, a wąski tunel zaprowadził ich w głąb jaskini, niczym niekończący się przełyk węża prowadzi w głąb jego trzewi.
Angra sam nie wiedział ile biegli. Z każdą sekundą oddech stawał się coraz cięższy, rany odniesione w niedawnej walce coraz bardziej bolały, a pancerz ciążył niemiłosiernie. Odgłosy podążających za nimi potworów zdawały się być coraz bliżej. I już kiedy nadzieja powoli go opuszczała, korytarz urwał się, wpadając do ogromnej jaskini.
– Co do cholery! – wycedził, po czym zaklął szpetnie.
– Czy Sha’anks znów dodał za dużo księżycowego cukru do wódki? – spytał kot.
Trzeba było przyznać, że widok, który się przed nimi rozciągał wyglądał niczym zaczerpnięty z narkotycznej wizji. Ciemność wnętrza jaskini rozświetlały setki olbrzymich, świecących grzybów wespół z tajemniczymi skupiskami bladoniebieskich kryształów, sprawiając, że w środku było jasno niczym podczas pełni. W głębi jaskini, pomiędzy olbrzymimi, niebezpiecznie zwisającymi stalaktytami, majaczyły upiorne kształty dwemerskich ruin, ledwie widoczne pośród gęstej mgły rozciągającej się nad dnem jaskini.
– Biegniemy do ruin! – rozkazał Grimes, starając się nie zdradzić swoim tonem wątpliwości, jakie nim targały.
– Porucznik raczy żartować! – zaprotestowała Micareth. – To ja już wolę, żeby bestie rozerwały mnie na kawałki!
Angra w głębi serca świetnie ją rozumiał. Strzeliste wieże miasta przyprawiały go o gęsią skórkę. Falmerowie, dwemerskie machiny i wymyślne pułapki tylko czekały na jeden nieuważny krok. Sęk w tym, że to była ich jedyna szansa na ujście z życiem. Nikła szansa, ale jednak. Porucznik doskonale zdawał sobie sprawę, że kolejnej walki z bestiami nie przetrwają. Vera bladła coraz bardziej, z ran Micareth nieustannie sączyła się posoka, a Sha’anks trzymał się za bok, dysząc ciężko z bólu i wysiłku. Prawdopodobnie miał złamane żebro. Sam Nord również nie był w najlepszym stanie. Teraz, kiedy adrenalina trochę opadła, poczuł, że te wszystkie “drobne” rany w rzeczywistości były bardziej poważne, niż mu się pierwotnie wydawało. Na szczęście wojowniczka zmieniła zdanie, gdy tylko w zasięgu wzroku pojawiły się pierwsze bestie pędzące korytarzem. To na nowo dodało im sił. Cała czwórka ruszyła w stronę ruin.

***

Ruiny miasta okalał mur wysoki na kilkanaście stóp, jednakże, szczęśliwie, brama była niedomknięta. Zupełnie jakby chciała zaprosić naiwnych śmiałków wprost do swej paszczy. Nie było jednak czasu na przemyślenie decyzji. Bestie deptały im po piętach. Wbiegli do środka i kontynuowali ucieczkę wzdłuż opustoszałych ulic.
– Czekajcie! – Zatrzymała ich Vera. – Słyszycie?
Stanęli, wsłuchując się w nieprzeniknioną ciszę.
– Nie – rzucił Angra. – A co mamy…
Urwał, gdy dotarło do niego co miała na myśli Altmerka. Stado wygłodniałych istot rozpłynęło się w ciemności. Wokół nie było żywej duszy.
– Sha’anks ma złe przeczucia. – oznajmił kot. – O! Niech pan oficer patrzy jak mu się futro zjeżyło. – Khajiit wskazał na wystające spod kubraka włosy. Grimes podzielał obawy łotrzyka. W martwej ciszy miasta było coś złowrogiego.
– Poruczniku… – dobiegł go głos Micareth. Głos potulny, pozbawiony typowej dla siebie buty i arogancji. Głos, który mógł oznaczać tylko jedno. Spojrzeli w kierunku wojowniczki i zastygli w bezruchu. Zaledwie kilka kroków od nich nieruchomo stała metalowa statua. O tym, że to nie jest tylko zwykły, niezbyt estetyczny element wystroju świadczyły świecące czerwienią oczy i kłęby pary wydobywające się spod kopuły.
– Co robimy? – spytała Veranque piskliwym głosikiem, z nadzieją spoglądając na dowódcę, jakby ten mógł mieć jakiś genialny plan w zanadrzu. Szybki rzut oka pozwolił ocenić Grimesowi zdolności bojowe maszyny. Potężne metalowe szczypce wieńczyły jedno ramię, zaś olbrzymi młot drugie. Do tego nogi pozwalające na kilkumetrowe kroki i pancerz z dwemerowej stali.
– Powoli wycofujemy się do drzwi. – stłumionym głosem odparł Porucznik, ruchem głowy wskazując na znajdujący się nieopodal budynek.
Krok po kroku zaczęli skradać się w kierunku schronienia. Pech chciał, że noga nekromantki natrafiła na kawałek dwemerowej blaszki, strącając ją po schodach w dół. Grimes mógł tylko słuchać jak metalowy element z brzękiem odbija się od kolejnych stopni. Zbudzony kolos poruszył się, ze świstem wypuszczając kłąb pary, a jego lodowate mechaniczne spojrzenie lustrowało okolice w poszukiwaniu intruzów.
– Chodu! – krzyknął porucznik. Skoczyli jak oparzeni, pędząc w kierunku budynku. W samą porę. W miejscu, gdzie przed chwilą stali wylądował młot, roztrzaskując kamienny chodnik na drobne kawałki. Grimes wbiegł ostatni i zabarykadował za sobą drzwi. Byli bezpieczni. Przynajmniej na razie. Opadli zdyszani na zimną posadzkę. Wewnątrz było ciemno, ale Grimesowi było już wszystko jedno. Byleby chwilę odpocząć, złapać oddech, a potem niech już się dzieje co chce. Micareth łkała cicho. Ona najwyraźniej także miała już dosyć. Obok Khajiit przeszukiwał zawartość tobołka w poszukiwaniu manierki z alkoholem zaprawionym księżycowym cukrem. Tylko Vera rozpaliła magiczne światło i uważnie studiowała wnętrze pomieszczenia. Chwilowo Grimesa to nie obchodziło. Zabrał protestującym Khajiitowi trunek i pociągnął kilka solidnych łyków. Alkohol piekł w gardło, głowa zrobiła się cięższa. Pogrążył się w przyjemnym odrętwieniu.
– Poruczniku! – z zamyślenia wyrwał go głos Altmerki. W blasku rzucanym przez magicznego świetlika, twarz Very wyglądała na jeszcze bledszą niż zwykle. W ręku trzymała jakąś księgę, oprawioną w ciężkie metalowe okucie – To jest dziennik spisany przez Dwemerów. Pismo jest niewyraźne, ale…
– Czytaj na głos! – przerwał jej.
Posłuchała.
– Wpis pierwszy: Dzięki zasobom Aetherium i kryształom duszy, udało nam się stworzyć machinę zdolną odseparować duszę obiektu od jego ciała. To odkrycie może odwrócić bieg wojny. – czytała, robiąc częste przerwy i mrużąc oczy. – Wpis drugi: Puls i tętno spadło jednak obiekt, mimo braku duszy, nadal utrzymuje się przy życiu. Widoczne są też zmiany wizualne.
Angra próbował złożył dochodzące do niego informacje w sensowną całość.
– Wpis trzeci: Obiekt przechodzi dalszą mutację. Rozwinął także nowe zdolności oraz zaczął łaknąć krwi. – Altmerka kontynuowała – Wpis czwarty: Obiekt, nie panując nad swoim głodem, bez oporów posuwa się nawet do kanibalizmu. Ugryzieni, którzy przeżyją zdają się przechodzić podobne zmiany co obiekt. Wpis piąty...” – Vera urwała nagle. Głos uwiązł jej w gardle i tylko usta poruszały się, jakby nie był zdolne wydać z siebie dźwięku.
– Czytaj! – ponaglał Grimes. Alkohol coraz mocniej szumiał w głowie.
– “Wpis piąty: Eksperyment okazał się błędem, za który słono przyszło nam zapłacić. Bogowie, z których drwiliśmy przez całe wieki okrutnie się zemścili. Obiekty uciekły, przekazując chorobę kolejnym. Wiem jak odczynić klątwę, ale nie wiem czy zdążę. Maszyna w katakumbach...
– I co dalej?
– Nic – wymamrotała blada jak ściana Vera, pokazując na strzęp papieru, w miejscu którego niegdyś była strona.
Grimes w milczeniu trawił informacje. Nie miał wątpliwości, że dziennik mówił o wampiryzmie. Krasnoludy opracowały metodę zarażania wampiryzmem, ale ich obiekty badań uciekły. Jeśli tak rozumne istoty miały do dyspozycji całą machinerię dwemerów przez setki lat…
Rozmyślenia przerwał im cichy świst oraz kształt cienia, który nagle pojawił się na środku pomieszczenia.
– A więc, smakowite kąski, odkryliście moją małą tajemnicę. – usłyszeli w głowach, mimo, że żaden odgłos nie wydobył się z ust cienistej postaci. Angra zmrużył oczy, by lepiej przyjrzeć się nieznajomemu. Wysoki, smukły i blady jak papier Mer dumnie prezentował wysunięte wampirze kły. Długie białe włosy opadały na ramiona, zaś krwiście czerwone oczy połyskiwały groźnie w blasku świetlika nekromantki. – A szkoda, bo chętnie powitał bym was w moich szeregach.
Grimes doskonale zdawał sobie sprawę co dzieje się zawsze po takiej przemowie. Jego ręka powędrowała w kierunku trzonka topora. Chciał uprzedzić atak wampira, ale przeciwnik był szybszy. W jednej chwili zmienił się w rój nietoperzy i wyrósł za plecami Sha’anksa. Kot próbował zrobić unik, ale ruchy wampira były błyskawiczne i precyzyjne. Khajiit zawył i opadł na posadzkę. Grimes natarł we wściekłej furii, ale wróg bez trudu uchylił się przed ciosem. Nord napierał dalej, siekąc toporem we wszystkie strony, lecz ostrze zawsze natrafiało na powietrze. Czerwonooki unikał serii ciosów bez najmniejszego wysiłku, prezentując błyszczące kły w drwiącym uśmiechu. Grimes zdał sobie sprawę, że jego los został przypieczętowany. Dla Khajiita, wijącego się w kałuży własnej krwi także było zbyt późno. Mógł jednak jeszcze pozwolić na odwrót dwójce swoich podwładnych.
– Uciekajcie! – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Posłuchały. Wojowniczka i Nekromantka zniknęły w głębi pomieszczenia.
– A dokąd to, smakowite kąski? Nie sądzicie chyba, że pozwolę wam tak łatwo czmychnąć? – usłyszeli w myślach i wampir ruszył w pogoń lecz na drodze stanął mu Angra.
– Po moim trupie! – wycedził przez zęby, biorąc kolejny zamach.
– Myślę, kruszynko, że to się da zaaranżować! – zakpił wampir i w jednej chwili rozpłynął się w ciemności. Grimes napiął ciało w oczekiwaniu na atak, starając się wyczuć, z której strony nadejdzie cios. Bezskutecznie. Nieznajomy poruszał się bezszelestnie. Kiedy usłyszał świst było już za późno na reakcję. Porucznik poczuł jak ostre pazury rozrywają jego ramię, wraz z osłaniającym je pancerzem, jakby było z papieru. Nie zdążył się nawet obrócić. Powietrze przeciął następny świst i kolejny. Ostre szpony cięły zbroję bez wysiłku, pozostawiając głębokie, bolesne rany. Grimes zamknął oczy i rozluźnił ciało, godząc się ze śmiercią. Uśmiechnął się na myśl o czekającej go w Sovngardzie uczcie. Gdzieś w oddali niemalże usłyszał radosne toasty biesiadników.
– Pan major niechaj się tak nie szczerzy tylko ucieka. – wyrwał go z letargu głos towarzysza. – Sha’anks zajmie się zębatym brzydalem.
Kiedy otworzył oczy, Khajiit z wściekłą furią okładał wampira pazurami. Grimes chciał ruszyć na pomoc, ale kot tylko syknął w jego stronę. “Uciekaj” – zdawały się mówić jego oczy nim wampir wyrwał się z uścisku. Grimes nie wiedział co było dalej. Przeklinając się w duchu za porzucenie podwładnego biegł za dziewczynami. Dopadł do dwemerskiej windy w ostatniej chwili. Vera nacisnęła przycisk, koła zębate z trzaskiem zaczęły się obracać i dźwig leniwie pomknął w dół.

23.06.2020 20:07
odpowiedz
1 odpowiedź
MysteriousMrX
2

Rozdział 2
Z pobliskiego korytarza doleciał narastający huk. Rozpoznali rytmiczne uderzenia dziesiątek bosych stóp o kamienne podłoże. Efekt potęgowało echo, sprawiając wrażenie, jakby dźwięk dochodził ze wszystkich stron. A może to nie było tylko wrażenie?
Angra zwlekał z decyzją, patrząc w zachodzące krwią oczy Miltena. Umierający wampir próbował powiedzieć coś jeszcze, ale z jego ust wydobyło się jedynie ochrypłe jęknięcie.
– Kapitanie? – odezwał się Khajiit, nachylając się nad uchem Grimesa. – Sha’anks nie chciałby przeszkadzać w tej podniosłej chwili, ale Vera i Micareth zaczynają się już niecierpliwić. – wymamrotał, nieudolnie próbując zamaskować zaniepokojenie.
Odgłos dziesiątek par kroków stawał się coraz bardziej wyraźny.
Dla Angry liczył się obecnie tylko ten moment. Oto młody chłopak, za którego brał odpowiedzialność, odchodził do Sovngardu… czy gdzie tam, cholera, odchodzą Vampiry. Głowa dzieciaka opadła wreszcie, a Grimes z namaszczeniem ułożył go na zimnym podłożu. Wstał. Jego oczy zapłonęły wściekle. To spojrzenie chyba wystarczyło, aby Micareth zrezygnowała z zamiaru ponowienia pytania.
– Za mną! – rozkazał z mocą. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Ruszyli przed siebie, a wąski tunel zaprowadził ich w głąb jaskini, niczym niekończący się przełyk węża prowadzi w głąb jego trzewi.
Angra sam nie wiedział ile biegli. Z każdą sekundą oddech stawał się coraz cięższy, rany odniesione w niedawnej walce coraz bardziej bolały, a pancerz ciążył niemiłosiernie. Odgłosy podążających za nimi potworów zdawały się być coraz bliżej. I już kiedy nadzieja powoli go opuszczała korytarz urwał się, wpadając do ogromnej jaskini.
– Co do cholery! – mruknął, po czym zaklął szpetnie.
– Czy Sha’anks znów dodał za dużo księżycowego cukru do wódki? – mruknął kot.
Trzeba było przyznać, że widok, który się przed nimi rozciągał wyglądał niczym zaczerpnięty z narkotycznej wizji. Ciemność wnętrza jaskini rozświetlały setki olbrzymich świecących grzybów wespół z tajemniczymi skupiskami bladoniebieskich kryształów, sprawiając, że w środku było jasno niczym podczas pełni. W głębi jaskini, pomiędzy olbrzymimi, niebezpiecznie zwisającymi stalaktytami majaczyły upiorne kształty dwemerskich ruin, ledwie widoczne pośród gęstej mgły rozciągającej się nad dnem jaskini.
– Biegniemy do ruin! – rozkazał Grimes, starając się nie zdradzić swoim tonem wątpliwości, jakie nim targały.
– Porucznik raczy żartować! – zaprotestowała Micareth. – To ja już wolę, żeby bestie rozerwały mnie na kawałki!
Angra w głębi serca doskonale ją rozumiał. Strzeliste wieże miasta przyprawiały go o gęsią skórkę. Falmerzy, dwemerskie machiny i mnóstwo śmiercionośnych pułapek! Sęk w tym, że to była ich jedyna szansa na ujście z życiem. Nikła szansa, ale jednak. Porucznik doskonale zdawał sobie sprawę, że kolejnej walki z bestiami nie przetrwają. Vera bladła coraz bardziej, z ran Micareth nieustannie sączyła się posoka, a Sha’anks trzymał się za bok, dysząc ciężko tak z bólu jak i z wysiłku. Prawdopodobnie miał złamane żebro. Sam Nord również nie był w najlepszym stanie. Teraz, kiedy adrenalina trochę opadła, zaczynał czuć, że te wszystkie “drobne” rany w rzeczywistości były bardziej poważne, niż mu się na początku wydawało. Na szczęście wojowniczka zmieniła zdanie, gdy tylko w zasięgu wzroku pojawiły się pierwsze bestie pędzące korytarzem. To na nowo dodało im sił. Cała czwórka ruszyła w stronę ruin.

***

Ruiny miasta okalał mur wysoki na kilkanaście stóp, jednakże, szczęśliwie, brama była niedomknięta. Zupełnie jakby chciała zaprosić naiwnych śmiałków wprost do swej paszczy. Nie było jednak czasu na przemyślenie decyzji. Bestie deptały im po piętach. Wbiegli do środka i kontynuowali ucieczkę wzdłuż opustoszałych ulic.
– Czekajcie! – Zatrzymała ich Vera. – Słyszycie?
Stanęli, wsłuchując się w nieprzeniknioną ciszę.
– Nie – rzucił Angra. – A co mamy…
Urwał, gdy dotarło do niego co miała na myśli Altmerka. Stado wygłodniałych istot rozpłynęło się w ciemności. Wokół nie było żywej duszy.
– Sha’anks ma złe przeczucia. – mruknął kot. – O! Niech pan oficer patrzy jak mu się futro zjeżyło. – Khajiit wskazał na wystające spod kubraka włosy. Grimes podzielał obawy łotrzyka. W martwej ciszy miasta było coś złowrogiego.
– Poruczniku… – dobiegł go głos Micareth. Głos potulny, pozbawiony typowej dla siebie buty i arogancji. Głos, który mógł oznaczać tylko jedno. Spojrzeli w kierunku wojowniczki i zastygli w bezruchu. Zaledwie kilka kroków od nich nieruchomo stała metalowa statua. O tym, że to nie jest tylko zwykły, niezbyt estetyczny element wystroju świadczyły świecące czerwienią oczy i kłęby pary wydobywające się spod kopuły.
– Co robimy? – spytała Veranque piskliwym głosem z nadzieją patrząc na dowódcę, jakby mógł mieć jakiś niesamowity plan w zanadrzu. Szybki rzut oka pozwolił ocenić Grimesowi zdolności bojowe maszyny. Potężne metalowe szczypce wieńczyły jedno ramię, zaś olbrzymi młot drugie. Do tego nogi pozwalające na kilkumetrowe susy i pancerz z dwemerowej stali.
– Powoli wycofujemy się do drzwi. – stłumionym głosem odparł Porucznik, ruchem głowy wskazując na znajdujący się nieopodal budynek.
Krok po kroku zaczęli się się skradać w jego kierunku. Pech chciał, że noga nekromantki natrafiła na szczerbatkę, strącając ją po schodach w dół. Grimes mógł tylko słuchać jak metalowy element z brzękiem odbija się od kolejnych stopni. Zbudzony kolos poruszył się, ze świstem wypuszczając kłąb pary.
– Chodu! – krzyknął porucznik. Skoczyli jak oparzeni, pędząc w kierunku schronienia. W samą porę. W miejscu, gdzie przed chwilą stali wylądował młot, roztrzaskując kamienny chodnik na drobne kawałki. Wparowali do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Opadli zdyszani na zimną posadzkę. Wewnątrz było ciemno, ale Grimesowi było już wszystko jedno. Byleby chwilę odpocząć, złapać oddech, a potem niech już się dzieje co chce. Micareth łkała cicho. Ona najwyraźnie jtakże miała już dosyć. Obok Khajiit przeszukiwał zawartość tobołka w poszukiwaniu manierki z alkoholem zaprawionym księżycowym cukrem. Tylko Vera rozpaliła magiczne światło i uważnie studiowała wnętrze pomieszczenia. Chwilowo Grimesa to nie obchodziło. Zabrał protestującemu Khajiitowi trunek i pociągnął kilka solidnych łyków. Alkohol piekł w gardło, głowa zrobiła się cięższa. Pogrążył się w przyjemnym odrętwieniu.
– Poruczniku! – z zamyślenia wyrwał go głos Altmerki. W blasku rzucanym przez magicznego świetlika twarz Very wyglądała na jeszcze bledszą niż zwykle. W ręku trzymała jakąś księgę, oprawioną w ciężkie metalowe okucie – To jest dziennik spisany przez Dwemerów. Pismo jest niewyraźne, ale…
– Czytaj na głos! – przerwał jej.
Posłuchała.
– Wpis pierwszy: Dzięki za… za-so-bom A… Aetherium i kamieniom… raczej kryształom du-szy, u-da-ło nam się od...od-se-par-ow-ać duszę obiektu od jego… co tu jest... ciała. To od-kry-cie może zmi...zmienić lo-sy wojny. – składając sylaby niczym dziecko uczące się czytać, pokonywała kolejne linijki tekstu. – Wpis drugi. Co? Pu...Puls i tę-tno spadło jednak obiekt, mimo bra-ku duszy, nadal u...utrzymuje się przy życiu.”
Angra próbował złożył dochodzące do niego informacje w sensowną całość.
– “Wpis trzeci: Obiekt zaczyna wy...wykazywać nowe zdolności oraz, co?, ło...łaknąć krwi pobratymców.” – Altmerka zdawała się czytać coraz płynniej. – Wpis czwarty: Obiekt za...raża pobratymców poprzez kły? Nie… zaraz… poprzez ugryzienie. Wpis piąty...” – Vera urwała nagle. Głos uwiązł jej w gardle i tylko usta poruszały się, jakby nie był zdolne wydać z siebie dźwięku.
– Czytaj! – ponaglał Grimes.
– “Wpis piąty: Eksperyment okazał się błędem, za który słono przyszło nam zapłacić. Bogowie, z których drwiliśmy przez całe życie okrutnie się zemścili. Obiekty uciekły. Wiem jak odczynić klątwę, ale nie wiem czy zdążę. Katakumby...
– I co dalej?
– Nic – burknęła blada jak ściana Vera, pokazując na strzęp papieru, w miejscu którego niegdyś była strona.
Grimes w milczeniu trawił informacje. Nie miał wątpliwości, że dziennik mówił o wampiryzmie. Krasnoludy opracowały metodę zarażania wampiryzmem, ale ich obiekty, być może śnieżne elfy, uciekły. Jeśli tak rozumne istoty miały do dyspozycji całą machinerię dwemerów to być może morowe burze…
Rozmyślenia przerwał im cichy świst oraz kształt cienia, który nagle pojawił się na środku pomieszczenia.
– A więc, smakowite kąski, odkryliście moją małą tajemnicę. – usłyszeli w głowach, mimo, że żaden odgłos nie wydobył się z ust cienistej postaci. Angra zmrużył oczy, by lepiej przyjrzeć się nieznajomemu. Wysoki, szczupły i blady jak papier mężczyzna dumnie prezentował wysunięte wampirze kły. Długie białe włosy opadały na ramiona, zaś krwiście czerwone oczy połyskiwały groźnie w blasku świetlika nekromantki. – A szkoda, bo chętnie powitał bym was w moich szeregach.
Grimes doskonale zdawał sobie sprawę co dzieje się zawsze po takiej przemowie. Jego ręka powędrowała w kierunku trzonka topora. Chciał uprzedzić atak wampira, ale przeciwnik był szybszy. W jednej chwili zmienił się w rój nietoperzy i wyrósł za plecami Sha’anksa. Kot próbował zrobić unik, ale ruchy wampira były błyskawiczne i precyzyjne. Khajiit zawył i padł na twarz. Grimes natarł we wściekłej furii, ale wróg bez trudu uchylił się przed ciosem. Nord napierał dalej, siekąc toporem we wszystkie strony, lecz ostrze zawsze natrafiało na powietrze. Czerwonooki unikał serii ciosów bez najmniejszego wysiłku, prezentując błyszczące kły w drwiącym uśmiechu. Grimes zdał sobie sprawę, że jego los został przypieczętowany. Dla Khajiita, wijącego się w kałuży własnej krwi także było zbyt późno. Mógł jednak jeszcze pozwolić na odwrót dwójce swoich podwładnych.
– Uciekajcie! – rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Posłuchały. Wojowniczka i Nekromantka zniknęły w głębi pomieszczenia.
– A dokąd to smakowite kąski? Nie sądzicie chyba, że pozwolę wam tak łatwo czmychnąć? – rozległ się mentalny krzyk i wampir chciał ruszyć w pogoń, ale drogę zastąpił mu Angra.
– Po moim trupie! – wycedził przez zęby, biorąc kolejny zamach.
– Jak sobie życzysz smakowity kąsku!
Wampir zniknął w ciemności, a Grimes napiął ciało w oczekiwaniu na atak. Powietrze przeciął szybki świst i porucznik poczuł jak ostre pazury rozrywają jego ramię, wraz z osłaniającymi je pancerzem, jakby był z papieru. Kolejny świst i ukłucie w klatce piersiowej. Grimes zamknął oczy i rozluźnił ciało, godząc się ze śmiercią. Uśmiechnął się na myśl o Sovngardzie.
– Pan major niechaj szybko biegnie, a Sha’anks zajmie się zębatym brzydalem – usłyszał. Kiedy otworzył oczy, Khajiit z wściekłą furią okładał wampira pazurami. Grimes chciał ruszyć kotu na pomoc, ale ten tylko syknął w jego stronę. “Uciekaj” – zdawały się mówić jego oczy nim wampir wyrwał się z uścisku. Grimes nie wiedział co było dalej. Przeklinając się w duchu za porzucenie podwładnego biegł za dziewczynami. Dopadł do dwemerskiej windy w ostatniej chwili. Vera nacisnęła przycisk. Koła zębate z trzaskiem zaczęły się obracać i dźwig leniwie pomknął w dół.

Koniec części 2.

17.06.2020 18:36
odpowiedz
MysteriousMrX
2

Rozdział 1
Po długiej chwili milczenia, Grimes usłyszał pierwsze kroki. Po zimnej, kamiennej posadzce lochu, pobrzękując kajdanami, ponuro sunęła tajemnicza sylwetka. Gdy wreszcie pojawiła się w kręgu światła rzucanego przez pochodnie, po plecach porucznika przebiegł dreszcz. Tuż przed nim stanął potężnie zbudowany Orsimer (Kharzak gro-Bal), przewyższający go przynajmniej o głowę. A przecież on sam również nie był ułomkiem. Ork stał z dumą, której nie potrafiły stłamsić ani krępujące jego dłonie grube łańcuchy, ani zabrudzone podarte szmaty, które zostały z jego ubrania. Siwe włosy i pobrużdżona twarz świadczyły o tym, że ten osobnik czasy swojej młodości miał już dawno za sobą.
– Świetnie! Pozycja zniedołężniałego starca została już oficjalnie zajęta – rzucił z typowym dla siebie przekąsem. – Czy ktoś jeszcze chce odpokutować swoje czyny i, przy odrobinie szczęścia, zakosztować wolności?
Czekał jeszcze chwilę, ale więźniowie pozostali w swoich celach. Zrezygnowany, już chciał odwrócić się w kierunku wyjścia, gdy cień rozstąpił się wypluwając zgarbioną futrzastą postać. W jaki sposób więzień zdołał bezszelestnie zakraść się tak blisko Grimesa?
– Ta khajiit gotowa dołączyć do wyprawy! – oznajmiła postać zachrypniętym głosem.
– Doskonale! Staruszek? Odhaczony! Maskotka drużyny? Odhaczona! – wyliczał porucznik. A może ktoś z prawdziwych synów Skyrim ma odwagę ruszyć cztery litery na wycieczkę krajoznawczą po Blackreach? – syknął powoli tracąc cierpliwość. Jak na razie jego nowa drużyna zdecydowanie nie spełniała oczekiwań z jakimi tu przyszedł.
Na wspomnienie nazwy jaskini po wszystkich zgromadzonych w lochu więźniach przemknął pomruk przerażenia. Każdy szanujący się nord, nieważne czy szlachetnie urodzony, czy z motłochu, doskonale znał złą sławę Blackreach.
– Ja pójdę. – Dobiegło z najciemniejszego kąta celi. Grimes rzucił swe spojrzenie w kierunku źródła głosu, próbując przeniknąć ciemność. Tajemnicza sylwetka wyłoniła się z cienia.
– Nie ma mowy! – stanowczo oznajmił Angra, a jego ręka odruchowo powędrowała w kierunku rękojeści noża. Przed nim stał chuderlawy dunmer o połyskujących nienawiścią krwistoczerwonych oczach.
– Jestem magiem. – Wymamrotał dumnie ciemnoskóry chłopak, jakby sama ta informacja miała wpłynąć na zdanie Grimesa. Na potwierdzenie tych słów nakreślił w powietrzu znak i z jego ręki wystrzelił snop iskier.
Angra z trudem powstrzymał grymas pogardy. Wiedział, że ta grupa obdartusów i rzezimieszków to jedyne na co może liczyć. Wzruszył ramionami.
– Straż? Wyprowadzić więźniów i przygotować ich do drogi.

***

– Tutaj rozbijemy obóz. – Powiedział Angra, zrzucając z pleców tobołek. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Według przekazanej przez kapitana Beinarda mapy grota prowadząca do Blackreach znajdowała się zaledwie godzinę drogi stąd. Jak na razie podróż przebiegała podejrzanie spokojnie. Cała drużyna ściągnęła plecaki i zwaliła się na ziemię, pobrzękując kajdanami zwisającymi z nadgarstków. Porucznik postanowił pozostawić je aż do wejścia w głąb Blackreach na wypadek gdyby któryś z jego nowych kompanów postanowił uciec. Łańcuchy były wystarczająco długie by mogli swobodnie się przemieszczać, ale w przypadku ucieczki z całą pewnością ograniczyłyby możliwość walki i zaalarmowały lokalne straże. Nie ufał im. I nie zmieniło tego ani niechętnie podpisane przez kapitana ułaskawienie, do czasu ich powrotu “z tarczą”, zamknięte na cztery spusty w kapitańskim sejfie, ani obietnica wypłacenia potrójnego żołdu. Grimes rozpalił ognisko i przydzielił im racje. Siedzieli w milczeniu, niezbyt skorzy do nawiązania rozmowy. I dobrze. Im mniej relacji między nimi, tym mniejsza szansa na zawiązanie się spisku. On sam nie musiał się nic dowiadywać. Strażnicy przekazali mu wszelkie dane. Orsimer nazywał się Kharzak gro-Bal. Był weteranem wojsk przymierza Daggerfel, pojmanym po bitwie pod Chalman. W forcie Greymoor zdążył odsiedzieć ledwie kilka tygodni. Grimes był pewien, że jemu spośród wszystkich towarzyszy może ufać najbardziej. Może na jego korzyść przemawiała przebyta służba wojskowa? W każdym razie był przekonany, że jeśli użyje odpowiednich argumentów, być może uda mu się zawrzeć nić porozumienia z doświadczonym wojownikiem, przynajmniej do czasu ukończenia zadania. Poza tym mimo wieku, Kharzak wydawał się być doświadczonym i sprawnym szermierzem. Inaczej sprawa się miała z Khajiitką. Według akt nazywała się Jidarma chociaż sama siebie ochrzciłą mianem Cierń. W lochu Greymoor znalazła się po tym jak próbowała okraść strażników twierdzy. Angra podejrzewał, że to właśnie ona czmychnie przy pierwszej okazji. Najwięcej niepokoju budził w nim jednak dunmer. Strażnicy nie wiedzieli o nim nic, włącznie z tym za co właściwie odsiadywał karę. On sam przedstawił się jako Torys Haala i wykazywał zdecydowanie nadmierne, jak na gusta porucznika, zainteresowanie Blackreach.
Tymczasem słońce chyliło schowało się już za horyzontem i nad ich obozowiskiem zaległa ciemność. Grimes zdawał sobie sprawę, że nadszedł moment, którego obawiał się od początku swojej wyprawy - czas na sen. Jeśli rano się obudzi, a kompania będzie w komplecie, trzeba będzie to zaliczyć do kategorii dużych niespodzianek lub nawet małych cudów. Nie miał jednak wyboru – przed wejściem do Blackreach zdecydowanie potrzebował odpoczynku. Kołysząc się sennie na boki poczekał, aż towarzysze wygodnie ułożą się w posłaniach po czym sam zamknął oczy. Sen uderzył natychmiast.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl