FOMO to nic nowego, kto ma ojca, który wkurzał matkę przerzucaniem kanałów w środku fabuły, ten wie. ;-)
Payne: Chciałbym zobaczyć gdzie u Tolkiena jest napisane, że Galadriela nigdy nie pojechała do Númenoru - tego po prostu nie ma.
To, czy była, czy nie była w Númenorze, to jest najmniejszy problem, bo sam serial pokazuje dobitnie, że gdyby jej tam nie było, stałoby się to samo. Tak się kończy rozwiązywanie wszystkiego przy pomocy "deus ex machina" - finalnie Numenorejczycy wsadzają na statki tysiąc koni i jadą do śródziemnego Wietnamu, pomimo sprzeciwu społeczeństwa, bo im listki zaczęły spadać z drzewa. Od samego początku nie było żadnego napięcia, bo wszyscy wiedzieli jak to się skończy, z samą królową "Kulka pokazuje przyszłość, dlatego jestem przeciw, a kiedy to się sprawdza, to jestem za" na czele.
Zarówno J.D. Payne, jak i Patrick McKay zgodzili się z jednym z zarzutów fanów, który dotyczył wolno rozkręcającą się akcji. Przyznali, że niektórym odcinkom z pierwszego sezonu brakuje odpowiedniego tempa. Są jednak przekonani, że z czasem sposób prowadzenia zaowocuje i fani będą mogli odkryć rzeczy, które były możliwe właśnie przez taką, a nie inną narrację.
Obydwojgu należy się jakaś anty-nagroda za to, że usiłując przyspieszyć akcję, sprawili że stała się ona niemiłosiernie nudna i nielogiczna. Bierzesz źródło i próbujesz upchnąć wydarzenia z kilku tysięcy lat w "miesiąc" (bo takie mniej więcej wrażenie czasowe można odnieść).
Naprawdę nie mam problemu z krasnoludzicą (jedna z lepiej zagranych ról w tym serialu), czy z osławionymi "kotletami". Niech sobie takie klisze baldursgejtowe będą, ale tam naprawdę jest sporo problemów wynikających z tego, że autorom się coś pozajączkowało ze skalami czasu.
Z jednej strony mamy Galadrielę, która zachowuje się, jakby jeszcze nie przeszła przez dojrzewanie. W skali naszego świata byłby to ktoś, kto był obecny przy wyganianiu Adama z raju, i nie chodzi tylko o ilość lat, ale same wydarzenia. Silmarile, których tak bardzo chcą unikać autorzy, ponoć zostały stworzone pod wrażeniem piękna jej włosów, w których można było dostrzec błysk Telperionu i Laurelinu. Czyli nie jest to taka prosta Grażyna, która biega wydzierając się na niesfornych ludzi. Jeśli elfy nie są takie, to właśnie dlatego, że skala ich życia skłania je do innego myślenia. Stąd też sam pomysł, że Gil-Galad machnąłby ręką na poszukiwania Saurona, bo mu się elfy zmęczyły jedną dłuższą wycieczką, jest bez sensu (chwilę potem laska płynie przez ocean, ale to już pomińmy, bo Grażyna tak po prostu ma).
Z drugiej strony mamy ludzi, którzy o Sauronie mówią, jakby to był znajomy dresiarz z sąsiedniej wioski, a nie ktoś, kto się ukrył (zaznaczmy, że w ukrywaniu był dobry) na mniej więcej 40 ludzkich pokoleń. To tak, jakby ktoś się ukrył w czasach Chrystusa i teraz idziemy do Pcimia i pytamy Sebixów i Karyn, co o nim sądzą. Ale tu idziemy nawet dalej, bo taka Branwyna sobie może nawet o Morgocie wyrazić zdanie, bo przecież zna. To już jest jakby pytać o antagonistów w sumeryjskim panteonie. I tu jest pies pogrzebany, przez to elfy stają się "ludźmi z dziwnymi uszami" a nie przez tę czy inną perukę.
To jest mój największy problem z tą produkcją, która "może zawierać śladowe ilości Tolkiena", nie wykorzystuje szansy, żeby pokazać tę różnicę perspektyw. Wszyscy myślą jak ludzie i działają jak ludzie, w dodatku w XXI wieku.
Jedno czego nie rozumiem - jeśli naprawdę było im wszystko jedno w kwestii źródła, to po co wydawać 250 milionów? Nie łatwiej było olać Tolkien Estate, nie przejmować się prawami i mieć większą swobodę do nawiązywania? Kara zasądzona przez sąd pewnie wyszłaby podobnie. A w międzyczasie można było zatrudnić do pisania kogoś, kto w ogóle ma blade pojęcie o Tolkienie (to nie jest tak, że to jakiś wymarły gatunek).