MrsPropaganda

MrsPropaganda ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

16.07.2020 17:59
MrsPropaganda
odpowiedz
1 odpowiedź
MrsPropaganda
2

Witam! Gdzie i kiedy możemy spodziewać się wyników całego konkursu? Wiem, że nie było doprecyzowane, po którym weekendzie, ale nadzieja każe liczyć, że chodziło o zeszły weekend ;)

06.07.2020 12:02
MrsPropaganda
odpowiedz
MrsPropaganda
2

-Jedno z nas powinno zostać z Bodilem, a drugie skontaktować się z tym całym Gutrimem.

-Sha'anks się zgłasza na ochotnika, że pójdzie, porozmawia z przyjacielem porucznika.

-Nie, lepiej by było, gdybym ja poszła. Jak zobaczą ciebie... wiesz, jak ludzie reagują na khajiitów.

Sha'anks prychnął, całkiem ludzko, pod nosem.

-Ale Sha'anks może się przekraść. Sha'anks pójdzie ciszej, i szybciej, niż Micareth.

Wojowniczka nie odpowiedziała, a i kocur zamilkł. Oboje mieli rację. Ciężko było wymyślić plan, gdy wszystkie osoby od wymyślania planów odeszły. Urzędnik chrząknął, okrywając się mocniej płaszczem. Nie wiedział, czy dreszcze powodowane były nocnym chłodem czy... tak czy owak, mieli mało czasu.

-A może nie róbmy podchodów? - zaproponował cicho. Jego wybawcy jedynie spojrzeli na niego, zaskoczeni, więc równie nieśmiało kontynuował. - Zamiast wymyślać plan, skradać się, wejdźmy tam główną bramą.

-Jak ty to sobie wyobrażasz? - Micaerth zapytała za nich oboje.

Wzruszył ramionami.

-Pracuję tam. Znam sporą część strażników, oni znają mnie. Jak wejdę do fortu to nie będzie takie dziwne.

-Pomijając fakt, że zaginąłeś.

-Ale się odnalazłem. Przecież mogłem zapić w knajpie... zgubić się... dla strażnika przy bramie to może być wystarczająca wymówka.

-Sha'anks ma złe przeczucia.

-A Micareth się zgadza – wojownika uśmiechnęła się krzywo do khajiita. - Masz łeb na karku, Bodil. Dobra, idź pierwszy. Ty będziesz gadał, my pilnujemy tyłów.

*

Nie wiedziała, czy Bodil miał tak gadane, że mógł załatwić wszystko, czy strażnicy naprawdę byli głupi, ale... przepuścili ich. Po prostu. Szturchnęła Sha'anksa i wyszczerzyła do niego zęby spod kaptura.

-Udało się.

-Jeszcze nie – kocur wyszeptał. Ruchem łba wskazał zaułek, ciemny i pusty. - Sha'anks widział, jak jeden ze strażników tam poszedł. Sha'anks jest pewien, że to jakaś droga na skróty, do złego generała.

-Kapitana – poprawiła go.

-Tym gorzej – mruknął.

-Bodil, zagęszczamy ruchy – Micareth postanowiła zawierzyć khajiitowi. - Chyba nas wykryli.

Urzędnik skinął głową i przyspieszył kroku. Już wcześniej ustalili, że poprowadzi ich prosto do koszar, do Gutrima. Na ich szczęście, sierżant był tam, gdzie chcieli. Na nieszczęście, ciszę przerwały wykrzykiwane w oddali rozkazy.

-Bodil, a skąd ty się...- Gutrim chciał pytać, ale urzędnik nie dopuścił go do słowa.

-Później! Łap wszystkich zaufanych chłopaków porucznika, jakiegoś maga i działajcie! - wcisnął mu w dłonie księgę z przepowiednią, kryształy oraz kartkę od Grimesa. - Kapitan współpracuje z wampirami. To on stoi za zniknięciami. Na razie musisz nas ukryć, bo jak nas dopadnie, to będzie krucho.

Gutim nie był może wielkim myślicielem. Nie był też łatwowierny, zawsze się dwa razy zastanowił, zanim komuś zaufał. Ale list od porucznika oraz postawy stojących przed nim osób kazały mu się nie zastanawiać. Chłopaki zareagowali od razu na jego wołanie. Zanim ludzie kapitana wpadli do baraków, po Micareth, Sha'anksie i Bodilu nie było śladu, a strażnicy wydawali się być bardzo zdziwieni nagłym poruszeniem.

*

Jak się niebawem okazało, dla Bodila było za późno. Zanim klątwa wampiryzmu dotknęła go na dobre, zdążył jednak złożyć obszerne zeznania. Nie obeszło się bez rozlewu krwi. Kapitan Beinard nie zamierzał poddawać się bez walki. Osobą, która go powaliła, był Gutrim we własnej osobie. Oberwał przy tym mocno, ale blizny po tym wydarzeniu nosił z dumą. Został też awansowany za 'uratowanie urzędnika państwowego i rozwiązanie zagadki'. Był festyn, dużo jedzenia, podniosłe przemowy i obfita nagroda. Gutrim zadbał również o to, żeby gdzieś w tym wszystkim ułaskawić Micareth i Sha'anksa. Przeszło to bez echa, jak ich cały udział w tej sprawie. Tym lepiej dla nich.

*

-To gdzie się udasz, khajiicie? - Micareth poprawiła rapier przy boku, rzucając spojrzenie wzdłuż drogi. Sha'anks mlasnął w odpowiedzi – gdy opuszczali fort zaopatrzył się w pokaźny zapas słodkich bułek. Został z nich tylko lukier na kocim pysku.

-Sha'anks chyba wróci do domu, do mamuni i tatunia. Dawno ich nie widział, prawie zginął po drodze. Nie taki żywot się Sha'anksowi marzy.

Micareth pokiwała głową. Droga khajiita wiodła do domu. Jej... nadal była zagadką, którą miała odkryć.

*

Okłamał ich, to prawda. Jednakże, to było drobne kłamstwo i w dobrej sprawie. Po tym co się stało, zasługiwała na spokój, jak on. Z lekkim rozbawieniem obserwował ją, gdy przeglądała się w spokojnej wodzie jeziora. Co i rusz nachylała się, rozszerzając palcami powieki, z uporem wpatrując się we własne oczy.

-Nie uciekniesz od tego – rzucił cicho. Westchnęła, rozeźlona. Wyprostowała się, zapatrzyła w dal. Widział, jak zaciska pięści. - Wiesz, co powiedział by Sha'anks. „Przyjaciółka i tak babrała się w śmierci, to przecież nie ma większej różnicy. Sha'anks wie, Sha'anks czuje” - niezbyt dobrze, jednak dość przekonująco przedrzeźniał głos khajiita. Pomogło, parsknęła śmiechem.

-O, tak. I na pewno uznałby, że na to zasłużyłam.

Wzruszył ramionami,

-Pewnie tak.

-Jesteś pewien, że są bezpieczni? Micareth i Sha'anks?

Tym razem on się zaśmiał.

-Tak długo, jak nie wpakują się w kłopoty. A wiesz, że to dla nich chleb powszedni.

Vera nie odpowiedziała. Podeszła tylko do niego, poprawiając torbę na ramieniu. Czerwone oczy jaśniały w ciemności. Była już pełnoprawnym wampirem. On zresztą też. W jej zdeterminowanym spojrzeniu widział ich następny krok. Złapał broń, przytroczył ją do pasa. Fort Greymoor był czysty, ale poza nim były jeszcze inne rachunki do wyrównania.

30.06.2020 18:23
MrsPropaganda
odpowiedz
MrsPropaganda
2

Angra zaś widział jak podkomendni przemykają bokiem, nieniepokojeni, a schodząca na dalszy plan część niego była zadowolona.

Zadowolenia tego nie podzielała Micareth. Nie szła tak szybko jak Sha'anks, ociągała się, patrzyła za ramię.

-Sha'anks radzi się pospieszyć – sapnął khajiit. - Sha'anks rozumie, że Micareth może być teraz dręczona bezmiernym smutkiem po utracie przyjaciół, bo Sha'anks smutek ten też czuje, ale Sha'anks wie, że smutkowi pogrążyć się teraz dać nie można, trzeba iść na przód i wydostać się stąd czym prę...

-O, zamknij się! - Micareth naskoczyła na niego. - Nic tylko jojdasz! Pieprzony tchórz! Tylko byś uciekał!

-Prawda, Sha'anks chętnie stąd ucieknie. - Khajiit zgodził się ze spokojem, w ogóle nie wzruszony wybuchem towarzyszki. - Żal mu Very i porucznika, ale Sha'anks wie, że może ocalić nie tylko swoją skórę, ale i Micareth i tego tutaj – lekko podrzucił nieprzytomnego mężczyznę. - A jeśli na czas dotrze do twierdzy, i wszystko przekaże, co tu widział, to i innych uratuje.

Wojowniczka mierzyła go wzrokiem. Z jednej strony miał racje. Z drugiej, nie mogła pogodzić się z tym, że tak po prostu stąd ucieknie. Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie przez ramię, w głąb Blackreach. Sali, gdzie zostawili Grimesa nie było już widać, umilkło nawet echo walki, które jeszcze niedawno stamtąd dobiegało. Khajiit odetchnął głośno, przerywając jej zamyślenie. Poprawił nieprzytomnego na ramieniu, sprawdził czy wszystkie sakiewki są mocno przytwierdzone.

-Sha'anks idzie. Micareth zrobi, co uważa – kot ruszył, nie czekając na nią.

Po chwili zniknął za załomem korytarza. Nie słyszała go, nie wiedziała, jak daleko odszedł. Pozwoliła sobie na wybuch. Z wściekłością kopnęła żwir, wysyczała wiązankę przekleństw. Nigdy nie była typem, który filozofuje i poświęca dużo czasu przemyśleniom. Po prostu działała. Teraz jednak nie potrafiła znaleźć rozwiązania sytuacji. Chciała działać, ale nie wiedziała, co ma zrobić.

Czas w jaskiniach rządził się swoimi prawami i nie wiedziała, ile czasu zmarnowała na rozmyślania. Ale świadomość, że to był czas zmarnowany, pchnęła ją do jedynej rzeczy, jakiej ufała – do działania. Nie patrząc za siebie, ruszyła w kierunku, gdzie poszedł Sha'anks.

Początkowo zobaczyła ślady krwi, jedno truchło dziwnego bezkształtnego stwora. Przyspieszyła. Kolejne ciała, urwana sakiewka, jedna z tych, jakie nosił Sha'anks. Bezwiednie podniosła ją, zajrzała do środka. To, co się w niej znajdowało było kiedyś kruchymi ciastkami, teraz zostały z nich okruchy. Micareth mimowolnie związała materiał i schowała go do kieszeni. Ruszyła truchtem. Jej kroki zagłuszały inne dźwięki, więc walkę usłyszała praktycznie wtedy, gdy na nią wpadła.

Wampirzy pomiot – nie wiedziała jak – dogonił khajiita. Sha'anks siedział okrakiem na urzędniku i usilnie próbował go bronić. Syczał i prychał, siekając pazurami. Broń gdzieś stracił. Micareth nie zmierzała dłużej się temu przyglądać. Dobyła rapiera i skoczyła ku najbliższemu przeciwnikowi. Znowu walka z rojem...

„To nie pojedynek, ani arena. Nie popisuj się, tylko rąb jak rozjuszony byk. Takimi smyrnięciami nic nie wskórasz” słowa porucznika zadźwięczały jej w głowie. Uśmiechnęła się pod nosem.

Skok, cięcie. Obrót, cios na odlew. Dwa kroki, pchnięcie. Nie było w tym żadnej finezji, żadnej sztuki. Żadnego popisu. Każdy cios mocny i szybki, żeby po jednym, zadać kolejny. Zamiast ciąć najsłabsze punkty, siekała gdzie popadnie, żeby osłabić albo powalić jak największą ilość przeciwników. Zmęczenie ustępowało determinacji. Mięśnie paliły z wysiłku, płuca ledwo pompowały powietrze, serce łomotało niczym oszalałe. Ale, cios za ciosem, przeciwników było coraz mniej.

-Micareth, już... - usłyszała jęk zza pleców. Otrząsnęła się. Zostało tylko kilku wrogów, rannych, ale nie zdolnych do walki. Szybko dobiła ich, nie chciała posiłków. Dopiero teraz ruszyła w kierunku Sha'anksa. Khajiit przedstawiał sobą naprawdę żałosny widok. Sierść i ubranie uwalane posoką, postrzępione i posklejane. Najgorzej jednak prezentował się jego łeb – jedno ucho było poszarpane i wisiało smętnie. Oko poniżej miał zamknięte, skóra wokół poznaczona była licznymi cięciami. Ręka wisiała bezładnie wzdłuż tułowia. Obrażenia musiały mu sprawiać ból, bo skomlał okropnie. Micareth wzdrygnęła się na ten dźwięk. Nie był to ani koci pomruk, jaki czasem wydawał, ani całkowicie ludzkie odgłosy, które potrafił z siebie wydobyć. Ten dźwięk, ani zwierzęcy, ani ludzki, przeraził ją.

-Pójdziemy dalej? - to było jedyne, co przyszło jej do głowy, gdy kucnęła obok niego. Z trudem kiwnął głową.

-Sha'anks... p-pójdzie, ale... Sha'anks nie zabierze... nowego przyjaciela...

-Nie martw się, ja go wezmę – powiedziała. Pomogła khajiitowi wstać. Chwiał się, ale ogon – o dziwo cały i sprawny – pomógł mu złapać równowagę. Zarzuciła sobie nieprzytomnego urzędnika na ramię. W wolnej dłoni trzymała broń.

Szli w milczeniu przerywanym tylko skomleniem Sha'anksa. Micareth zaczynała myśleć, że będzie musiała go tu zostawić. Zastanawiała się, jak to rozegrać. Khajiit jednak przyspieszył i kuśtykając ruszył żwawo, wyprzedzając ją.

-Ej, gdzie tak lecisz? - zapytała go.

-Micareth nie czuje? - wysapał, prąc na przód.

Zrozumiała, że czułe zmysły khajiita wyczuły coś, czego ona nie mogła jeszcze spostrzec. Zastanawiała się, co to może być tym razem, jednak odpowiedź przyszła wraz ze światłem słońca i powiewem świeżego powietrza.

Sha'anks wyczuł wyjście.

22.06.2020 15:05
MrsPropaganda
odpowiedz
MrsPropaganda
2

Z pobliskiego korytarza doleciał narastający huk.

Angra nie zamierzał zwlekać. Choć przepełniał go żal, Miltenowi już nikt nie mógł pomóc. Ale on sam mógł jeszcze się stąd wydostać i rozwiązać tę sprawę. Decyzję podjął w ułamku sekundy. Zerwał się na nogi, ujął pewniej broń.

-Chodźcie, drużyno – rzucił krótko. - Prowadź, Sha'anks!

Khajiit ruszył bez chwili zwłoki, reszta pobiegła za nim. Gdy opuszczali pomieszczenie, Grimes rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię. Do sali wpadły właśnie bezkształtne, ciemne istoty. Mieli nam nimi kilka chwil przewagi, ale czy to wystarczy?

Ciemny korytarz wypełniały głuche dźwięki ich kroków oraz świszczące oddechy. Khajiit wyforsował się do przodu, na ułamki sekund zwalniając przy rozwidleniach, aby podjąć decyzję, gdzie biec dalej. Zaczynało im brakować tchu. Szaleńczy bieg przerwał Sha'anks, który zatrzymał się jak wryty na środku korytarza. Kilka metrów przed nim znajdował się zakręt, ale kot stał w rozkroku, balansując w dziwacznej pozycji. Obrócił do tyłu łeb i zamachał rękami wokół siebie:

-Boczkiem, boczkiem! - wołał, gdy reszta zbliżyła się do niego. Pierwsza przebiegła Vera, omijając khajiita po lewej. Micareth przeskoczyła zaraz za nią, a Grimesowi została prawa strona. Mijając Sha'anksa dostrzegł, że kot wyraźnie 'chroni' jeden z kafelków w podłodze. - Szybciej, szybciej, za zakręt! - pogonił go. Angra dobiegł do końca korytarza, zakręcił i dopadł do towarzyszek, które zwolniły bieg, łapiąc oddech. Vera spojrzała na niego, i widząc, ostatni ze zwiadowców do nich nie dołączył, zapytała:

-A Sha'anks?

-Sha'anks już idzie, już prawie, już, już, jeszcze troszeczkę... - doleciały do nich słowa zza załomu, ale ich koniec został zagłuszony przez warkoty i ujadania pościgu. Echo spotęgowało dźwięki, tworząc ogłuszającą kakofonię z której przebiło się tylko jedno słowo: „Już!”.

W następnej chwili rozpętało się piekło. Ściana na wprost korytarza, gdzie został Sha'anks, buchnęła żywym ogniem. Jego strumień, potężny i ryczący, zagłuszył i przesłonił wszystko. Grimes odruchowo cofnął się jak najdalej od płomienia, tak samo jego towarzyszki. Z głębi korytarza dobiegły ich przeraźliwe, pełne bólu wrzaski. Wszystko, co zostało w przejściu właśnie smażyło się na popiół.

-Poświęcił się, skubany – mruknęła Micareth.

-Nje, nje, nje! - Doleciało zza niknących płomieni. - Sha'anks to by się za mamunię poświęcił, albo za tatunia, ale za was, to nie. Sha'anks tylko nie chciał, żeby nas te maszkarony goniły, to je wziął był i usmażył! - Ogień zgasł w końcu, ukazując malutką wnękę tuż obok widocznych teraz dysz. Stał w niej, wciśnięty w ścianę i skulony do granic możliwości khajiit, osmalony, ale cały i żywy.

*

Dalsza wędrówka była zadziwiająco spokojna, jeśli nie liczyć coraz większej ilości pułapek. Korytarz stawał się bardziej mroczny. Fluorescencyjne grzyby na ścianach zniknęły, pogrążając przejście w ciemnościach. Grimes w duchu dziękował Verze, która zdecydowała się wspomóc ich magicznym światłem i rozcierał guza, którego nabił sobie o niski strop.

-Chyba źle idziemy... - wysapała Micareth po kolejnej szczelinie, przez którą musieli się przeciskać.

-Dobrze idziemy, dobrze – zapewnił ją khajiit. - Sha'anks czuje dobre powietrze, wy też zaraz poczujecie.

-Uśmieję się, jeśli zaprowadzi nas do wyjścia – wyszeptała sama do siebie.

Jednak przewodnik nie zaprowadził ich do wyjścia. Gdy w końcu korytarz się rozszerzył, znaleźli się w niewielkiej jaskini, ciemnej, ale zadziwiająco suchej. Większą jej część zajmowały kamienne wrota, wyszczerbione u góry. Stamtąd właśnie dolatywało rześkie powietrze, które teraz poczuli. U stóp drzwi leżało kilka szkieletów w zmurszałych resztkach szat. Na skale wyrzeźbione zostały liczne symbole i płaskorzeźby.

-Ślepy zaułek – Micareth była wyraźnie niezadowolona.

-Chyba, że otworzymy drzwi – Verę, wręcz przeciwnie, wydawała się ekscytować ta sytuacja. Przesunęła magiczne światło nad wrota i z uwagą zaczęła przyglądać się wyrysowanym na nich znakom. - To chyba jakieś proroctwo... nie, przepraszam, bardziej historia... wskazówki... ach, dlaczego to jest tak pozacierane!

-Umiesz to rozczytać? - Grimes zapytał cicho, nie chcąc jej rozpraszać.

-Tak, większość. Choć te symbole nie są oczywiste... dajcie mi chwilę!

Chwila zmieniła się w dobrą godzinę, albo i dłużej. Angra cieszył się, że przynajmniej nie ma tu wilgoci. Było dość chłodno, ale gdy zasiedli blisko siebie i owinęli się płaszczami, szło wytrzymać. Tylko Vera nadal krążyła przed drzwiami, mamrocząc coś pod nosem, zadając w przestrzeń pytania, na które sama sobie odpowiadała.

-Mam to! - zawołała w końcu. Angra jako pierwszy podszedł do niej.

-Otworzysz je?

-Tak. Teoretycznie należało by użyć klucza, którego nie mamy... więc budowniczowie tej komnaty zostawili drugi sposób, magiczny. Tylko będę potrzebowała od pana, poruczniku, pewną rzecz...

-Taaak? -Angra przeciągnął samogłoskę, marszcząc brwi. Miał dziwne wrażenie, że już raz dziś słyszał to samo. Vera szybko zorientowała się w jego postawie, uśmiechnęła się przepraszająco.

-Tak, chodzi o odrobinę krwi... ale wystarczy kropla! - zapewniła. -Kropla nordyckiej krwi.

Grimes westchnął ciężko. Nie podobało mu się to, ale zawracać teraz? Jedyna droga wiodła w przód.

-Dobra, działaj – wyciągnął dłoń do elfki. Vera ukuła jego palec końcem noża i ostrożnie zebrała krew. Angra odsunął się, robiąc jej miejsce. Tym razem czekanie było krótkie – chwila przygotowań, machnięcie dłońmi i kamienne wrota zaczęły się przesuwać. Owionęło ich świeże, prawie morskie powietrze, a zza drzwi powoli wyłonił się niezwykły, błękitny blask...

-Eterium... - westchnęła Vera. Ona jedyna była w stanie wydobyć z siebie głos. Pozostali zamarli, patrząc w zachwycie i zdziwieniu na rozciągający się przed nimi widok.

Stali u wejścia do rozległej jaskini, naturalnej, ale nieznacznie zmienionej przez działalności istot rozumnych. Na końcu pomieszczenia jaśniał masywny, prostokątny kształt tablicy z eterium z wyrytymi na niej runami. Tuż przed nią, na wpół jasna, na wpół ciemna sylwetka czegoś, co mogło być sarkofagiem – konstrukcja częściowo kamienna, zdobiona eterium. W okół, po całym pomieszczeniu, różnego rodzaju urny, skrzynie oraz więcej sarkofagów, praktycznie ukrytych w cieniach pod ścianami. A pomiędzy tym wszystkim złote monety, błyszczące w świetle eterium klejnoty, pierścienie, diademy, naszyjniki...

Sha'anks otrząsnął się jako pierwszy. Chociaż ciężko mówić, że się otrząsnął – na widok tego całego bogactwa aż nim telepało. Wysadził sus do przodu, ale Angra był wystarczająco szybki. Rzucił się na niego, uczepił jego pasa i powalił na ziemię.

-Dlaczego? - pisnął khajiit z wyrzutem.

-Zostaw, głupcze, pozabijasz nas!

-Ale, ale... eterium, ale skarby!

-Ale, ale! - przedrzeźnił go porucznik, wstając i ciągnąć za sobą khajiita. Nie puszczał go z objęć, mocno trzymał w pasie, nie pozwalał się mu wyrwać. - A sarkofagi widzisz? A tablicę widzisz?

-Obawiasz się draugrów? - zrozumiała Micareth.

-Gorzej. Widziałem takie miejsce raz, jako młody rekrut. Opuszczone, dawno zrabowane, ale będące dowodem na to, że legendy są prawdziwe.

-Które legendy? - Vera podeszła do nich, z nabożnym zachwytem oglądając sale.

-O Smoczych Kapłanach, o miejscach gdzie zapisano słowa w języku smoków...

Nawet Sha'anks przestał się wyrywać. Zawisł bezładnie w ramionach Angry i patrzył na bogactwa z mieszaniną pożądania i strachu.

-Lepiej stąd zmykać? - upewniła się Micareth.

-Zdecydowanie. Niczego nie dotykajcie, omijajcie sarkofagi i szukajcie wyjścia. - Rozkazał.

Znaleźli je po długich, pełnych napięcia poszukiwaniach. Micareth i Vera, mądre dziewczyny, pomyślał Angra, były czujne i ostrożne. Sha'anksowi, mimo zapewnień, nie dowierzał i trzymał go tak mocno, jakby obłapiał najpiękniejszą dziewoję. Trochę żal było opuszczać to miejsce, jednak Grimes wiedział, że nie mieli sił i czasu na kolejną walkę. Poza tym... nie mógł pozbyć się myśli, że grobowiec ten powinien pozostać na zawsze tajemnicą.

-Lepiej nie opowiadajmy nikomu o tym, co tu znaleźliśmy – rzucił kolejny rozkaz, gdy przeciskali się przez wąską szczelinę. Micareth zgodziła się bez gadania, Vera westchnęła ciężko, ale pokiwała głową. Sha'anks zgodził się, wylewnie, nieustannym potokiem szeptanych cicho słów. Uspokojony Grimes nie zauważył więc, jak khajiit, uśmiechnięty, chowa coś błyszczącego do kieszeni.

16.06.2020 13:29
MrsPropaganda
odpowiedz
MrsPropaganda
2

Po długiej chwili milczenia, Grimes usłyszał pierwsze kroki.

W krąg światła rzucanego przez pochodnię wszedł mężczyzna. Otwierał usta, żeby coś powiedzieć, jednak słowa uwięzły mu w gardle, gdy bez żadnego ostrzeżenia padł na twarz u stóp porucznika. Na jego plecach, bezszelestnie, z ciemności, pojawił się zdyszany khajiit.

-Nje, nje, nje! - wyseplenił głośno. - Sha'anks się zgłasza, Sha'anks a nie inni!

- Tfy fierfiufu parfywy! - rozległo się spod khajiita. Koci łeb z zaskoczeniem pochylił się, zaraz za nim zgięła się połowa ciała. Długie, zakończone pędzelkami uszy nastawiły się ku przodowi.

- A co on tam kwęka? - Sha'anks rzucił kierunku leżącego mężczyzny.

- Ja fi dam fękanie! - facet próbował się podnieść, jednak kot był zbyt ciężki.

- Niech sobie kwęka - skwitował khajiit, ponownie zwracając spojrzenie na Angrę. - Sha'anks przeprasza pana generała, ten tutaj się chyba w głowę uderzył. Pomieszały mu się zmysły, jak nic. Na pewno, na pewno. Ale Sha'anks jest zdrowy na ciele i umyśle i nic mu nie brakuje i chętnie pójdzie z panem pułkownikiem. Zresztą, że Sha'anks się tu dostał to straszliwa pomyłka była, Sha'anks wszystko opowie i wyjaśni...

Nieskończony, zdawało się, potok słów wypadał z pyska khajiita. Kot w końcu zlazł z powalonego więźnia i podszedł do Angry. Porucznik mógł go teraz dokładniej obejrzeć i zaklął w duchu na żałosny widok, jaki prezentował sobą Sha'anks. Jego sierść, wyraźnie napuszona, zdawała się za długa i za ciemna. Wielgachne, zielone oczy, którymi praktycznie w ogóle nie mrugał oraz zadziwiająco wąska kufa upodabniały go do sowy. Poruszał się na samych palcach, utrzymując balans dzięki długiemu ogonowi.

Gadał, nie zważając na to, że Angra kilka razy nabrał powietrza i chciał mu przerwać. Wydawał się też w ogóle nie zauważać więźnia za jego plecami, który podniósł się i zbliżał do niego z żądzą mordu w oczach. Twarz mężczyzny zalana była krwią, podwinięte w grymasie wściekłości wargi ukazywały świeżo powstałe braki w uzębieniu. Facet uniósł rękę, zamachnął się.

Angra zareagował od razu. Zacisnął dłoń mocniej na pochodni. Cofnął ramię, chcąc nadać mu rozpęd. Plan był prosty. Wystarczyło trzasnąć więźnia w twarz zanim ten uderzy khajiita albo samego Angrę.

Jednak porucznik nigdy nie dowiedział się, kogo chciał zaatakować wściekły mężczyzna. Stojący między nimi khajiit obrócił się w miejscu. Z gardła wydobył iście koci syk, pazurzasta łapa śmignęła ku napastnikowi. Ten zacharczał i cofnął się o krok. Sha'anks wrócił na swoje miejsce przed Angrą, który w porę wyhamował swój cios. Z jednej łapy khajiita obficie spływała krew, którą zaczął strząsać. Za jego plecami, więzień osuwał się na ziemię, dłonie zaciskał na gardle. Spomiędzy palców obficie spływała krew a warkot powoli przeradzał się w gulgot.

- No przecież Sha'anks mówi, że to straszliwa pomyłka jest, że Sha'anks został do więzienia wsadzony. To wszystko przez te nie-słodkie bułki. Bo one miały być słodkie, ale nie były, więc Sha'anks musiał dosypać trochę księżycowego cukru i... - słowa płynęły swoim własnym potokiem a Angra przenosił wzrok z dziwacznego khajiita na martwego więźnia, leżącego w kałuży krwi. Z odrętwienia wyrwał do Sha'anks, który przysunął się bliżej i próbował wytrzeć krew o jego kubrak.

- Zabieraj łapy! - Angra warknął, cofając się o krok.

- Sha'anks przeprasza, przeprasza - khajiit skłonił się dwa razy, jedno zgięcie karku na każde słowo przeprosin. Rozejrzał się, zobaczył martwego człowieka i kucnął aby wytrzeć łapę o jego spodnie. - To pan komandor weźmie Sha'anksa ze sobą, prawda?

- Jestem porucznikiem, to po pierwsze - Grimes rzucił mrukliwie.

- Sha'anks przeprasza, Sha'anks nie rozróżnia. - Khajiit wstał i znowu podszedł do porucznika.

- Już dobrze, przestań. Dlaczego zgłaszasz się na ochotnika? - właśnie, dlaczego? zastanawiał się Angra. Ten tutaj był pewnie złodziejem, jak nic trafił za kratki albo za kradzież albo za stosowanie skoomy albo spożywanie skoomy. Mogła to być też kradzież pod wpływem skoomy. Tak czy owak stał przed nim chyba ćpun złodziejaszek. A jednak diablo szybko i mocny.

- Sha'anks nie chce być w więzieniu. No i Sha'anks chciałby, żeby ludzie sie na niego lepiej patrzyli. A pan pułko... hm... porucznik mówi, że Sha'anks jak pomoże to nie będzie uznawany za winnego. Może Sha'anks nie będzie już więcej wtrącany do więzienia?

- Co potrafisz?

- Sha'anks się dobrze skrada, szybko biega no i ma dobry słuch.

- A walczyć umiesz?

- Sha'anks nie jest wojownikiem, ale skóry tanio nie sprzeda. Kha! - zaśmiał się ze swojego własnego żartu.

Angra milczał, mierząc khajiita uważnym spojrzeniem. Kot wytrzymał jego wzrok, patrzył mu prosto w oczy, ani razu nie mrugając. Porucznik skinął tylko głową.

- Więc chodź. - Obym tego nie pożałował, pomyślał patrząc na ucieszoną twarz khajiita.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl