Poranek w Skyrim był tego dnia chłodny. Podnosząca się z ros mgiełka otulała okoliczne krzaki i toporne skałki wokół omszałych murów Greymoor. Znudzony żołnierz patrolujący okolicę z wieży dostrzegł w mlecznej otoce idące głównym traktem jedna za drugą dwie postacie. Nie przejął się tym jakoś bardzo, codziennie przechodziło tędy mnóstwo karawan i podróżnych, jednak po chwili zrozumiał iż parka zmierza prosto w stronę fortu. Ociężale i przewracając oczami odłożył flakon z piwem, odepchnął śpiącego mu na ramieniu kompana, po czym spojrzał na zbliżających się obcych.
* * *
Micareth powoli zaczynała żałować swojej podjętej na szybko decyzji. Zdążyła się już odzwyczaić od więzów, i choć te były luźne to wciąż nie była przekonana co do geniuszu swojego planu. Życie natomiast nauczyło ją tego, iż jeśli wpadasz na głupi pomysł, to jako pierwszy nadstaw za to karku…w sumie to nie tylko ona kierowała się takimi zasadami. Prawda Grimes?-pomyślała.
Idący za nią Bodil chyba zdążył już odzyskać nieco sił, coraz częściej trącał ją teatralnie rękojeścią rapiera w plecy, aby nadać sytuacji realizmu.
- Uspokój się chujku bo ci zaraz odwinę i cały misterny plan szlag trafi. - syknęła do młodziana.
Urzędas zmieszał się i spuścił wzrok na własne buty.
- Hej! Wy tam! Coście za jedni i po co tu leziecie co?! – ich uszu dobiegł charakterystycznej, tępej barwy przepity głos.
- To ja! Bodil!-wychrypiał młody - Prowadzę więźnia!
Cisza, która zapadła po tych słowach przerywana była tylko czasem odgłosami kulającej się po ziemi butelki, po czym brama fortu powoli otworzyła się. Micareth ruszyła przed siebie puszczając kompanowi spojrzenie nie znoszące sprzeciwu, i po chwili znajdowali się już w forcie w towarzystwie strażnika.
- No proszę! Kto by się spodziewał! Coś ty w ogóle robił za bramą dzieciaku? I…Czy to nie ta suka co ją Angra zwerbował?
Bodil nie silił się na wymuszone teatry, znał tego strażnika i wiedział iż inteligencją to facet nie grzeszy, wystarczy mu wcisnąć jakiś tani kit.
- Później ci opowiem Falken yyy…muszę odespać, zabierz ją do reszty ja… idę spisać raport i…kimać, tak, kimnę się póki jest na to czas.- chłopak nie za bardzo czuł się w roli demagoga, ale i strażnik widząc jego opuchniętą od sińców twarz, oraz atletyczną budowę nordki uśmiechnął się tylko głupio chwytając twardo kobietę i prowadząc w stronę skrzydła więziennego.
Młody urzędnik spojrzał na wymiętą kartkę od porucznika Angry, którą przekazała mu Micareth – No dobra panie sierżancie, pobudka.- szepnął do siebie idąc w kierunku koszar oddziału Gutrima.
* * *
Khajit chwilę obserwował jak jego przyjaciele przedostają się do Greymoor aż zamknęła się za nimi brama wejściowa, następnie ruszył przylegając do ziemi w kierunku jednego z mocno nadgryzionych zębem czasu murów. Bezszelestnie uniknął uwagi czujki zajętej reperowaniem strzał i skierował wzrok na drzwi, które zamykały się za żołdakiem i Micareth.
* * *
- Pamiętacie mnie gnoje? – Micareth sama ściągnęła sobie sznur z rąk i odprowadziła wzrokiem pijanego strażnika.
Przed nią stało lekką ręką pięciu chłopów na szkwał i chuderlawy typ w długim do kostek habicie. Spojrzała na oprycha, któremu niedawno nieomal wypruła trzewia na wierzch, ten kiwnął pokornie głową i spojrzał na nią pytająco.
- Mam dla was propozycję nie do odrzucenia, a pewnie nawet wam się spodoba. – powiedziała i uśmiechnęła się w momencie, w którym zza jej pleców wybrzmiał metaliczny szczęk.
- To znaczy? – spytał ją chudy - jakaś nowa altruistyczna misja dla tego jednookiego żołnierzyka, z której wróci tylko jedna osoba? I to do celi?
- Tylko nie żołnierzyka! Uważa co mówi, a najlepiej to niech przestanie kłapać i się słucha Micareth! – za nordką pojawiła się para kocich oczu, do akompaniamentu przeciągłego skrzypnięcia zakraconych drzwi celi.
- Zrobicie to, w czym jesteście najlepsi chłopcy, nabroicie, pohałasujecie, a my postaramy się żebyście po pierwsze nie zarobili za to po łbach, a po drugie nie zawiśli za cokolwiek narobiliście wcześniej. Zgoda? – Micareth spojrzała na nich zachowując kamienną twarz i wyciągając zza kurty kilka żelaznych majchrów.
* * *
- A to zapluty, zaślizgaczony, paskudny trollojebca! – Gutrim nie mógł uwierzyć w to co czyta – Pieprzony zdrajca!
- Sierżancie, proszę posłuchać…Sierżancie! – Bodil próbował zapanować nad potężnym wojownikiem.
- Co?! A…Już już! Zaraz budzę chłopaków i zrobimy temu ważniakowi z dupy morową burzę! Rodin! Gorm! Ste… - Głośne plaśnięcie przerwało słowotok zdumionego żołnierza.
- Prze…przepraszam sierżancie, nie działajmy pochopnie… - słowa więzły mu w gardle, a ręka czerwieniała od uderzenia – Mamy plan, niech obudzi pan resztę oddziału i spróbuje powstrzymać resztę żołnierzy przed krwawą interwencją, ja szybko pójdę jeszcze po pana Trygva, przydadzą nam się jego zaklęcia w razie co.
- Jasne młody – Gutrim lekko ochłonął - widzę że masz to obcykane, w takim razie nie pozostaje mi nic jak wykonywać rozkazy! Gdzie pozostali?
- …uwalniają więźniów.
-Co kurwa?!
* * *
Wstał dzisiaj nieco wcześniej. Nalał sobie poranny kieliszek najprzedniejszego wina argonian, jakie mu dostarczali nielegalni kupcy z okolicy w zamian za upoważnienia, podobno dobrze robi na krew. Co jak co ale dbanie o własne plecy szło kapitanowi Beinardowi bardzo, ale to bardzo dobrze, a jeśli te śmieszne przepowiednie zdechlaków się sprawdzą to będzie miał nawet od tego ludzi. Póki co raczył się profitami, jakie zapewniała mu współpraca z krwiopijcami.
Uśmiechnął się do siebie otwierając szkatułę pełną złotych septimów i gładząc wypukłą powierzchnię kilku z monet. Spojrzał przez okno swojej komnaty kapitańskiej na wschodzące nad skyrim słońce, i na tworzącą się na widnokręgu chmurę magicznej burzy. Wsłuchał się w odgłos walki, który niczym poranny kogut rozdzierał sielankę dzisiejszego poranka…
- ZARAZ JAKA WALKA?!
I rzeczywiście, w dole, na placu głównym żołnierze z porannych patroli przepychali się z uzbrojonymi obdartusami z celi, raz po raz jeden z nich wyrzucał z rąk niebieskawe smugi magii, która zmrażała ludzi Beinarda rzucając ich bezwładnie na ziemię. Widział też odzianą w skórznię kobietę, obezwładniającą strażników jeden po drugim niczym dzikie zwierzę w towarzystwie jakiegoś…dzikiego zwierza. Wydali mu się znajomi…
Zadudniło. Na schodach Słychać było tąpnięcia okutych butów.
- Beinard otwieraj! – Wybrzmiał tubalnie głos sierżanta Gutrima – albo ty otworzysz sam, albo Trygv wypali te wrota razem z tobą!
Kapitan nie był w stanie powiedzieć nic, stał jak wryty i nieświadomie oblewał sobie ogolony na gładko podbródek winem. Podczas gdy drzwi runęły pod naporem magii ognia na ziemię jak długie.
- Kapitanie Beinard, zostaje pan aresztowany za zbrodnię przeciw swoim ludziom, i przeciw Skyrim. – spokojny głos nordyckiego maga dotarł do uszu oszołomionego zdrajcy.
* * *
Przed bramą wejściową fortu Greymoor stały cztery sylwetki, jedna znich, o gruszkowatym kształcie ściskała drugą, futrzastą w swych silnych łapskach.
-W sumie to się wam nie dziwię, że nie zostajecie na dłużej, sam bym nie chciał. – powiedział Gutrim ze smutną miną.
- Puść Sha’nksa generale! Puść! – prychał Khajit wyswobadzając się z uścisku i drapiąc niegroźnie skórę mężczyzny.
-Kapitanie. – poprawiła przyjaciela Micareth – No niestety, nie jestem sentymentalna, i nie lubię żreć papki duży, poza tym wasze piwo smakuje jak deszczówka, zlana z koryta dla świń do misy z mamucim serem. – Nordka miała dziś ewidentnie dobry humor.
-Sha’nks też nie! Poza tym Micareth obiecała Sha’nksowi dużą kolejkę miodu! A Sha’nks lubi dostawać alkohol za darmo.
-Jasne, jasne! – zaśmiał się serdecznie żołnierz - macie tu na drogę co nieco, w zamian za wasze…usługi…Zaraz, gdzie ja to dałem, no niemożliwe!
- Chodzi o to? – Kobieta wyciągnęła zdumionemu Khajitowi z łapy pękaty worek pełen złota.
- No… to po niespodziance. – odparł Kapitan. – No cóż, szerokości! Zajdźcie kiedyś a ugoszczę was tym, co znalazłem w barku u tego wampirzego trutnia, o ile coś zostanie.
-Żegnaj Gutrimie, miejmy nadzieję że Bodil dotrze z informacją o krwiopijcach na czas do Białej Grani. Tymczasem będziemy się trzymali zdala od jaskiń Blackreach... i w ogóle jaskiń.
-Tak tak! Żadnych ciemnych padołów dla Sha’nksa! Nigdy więcej!
* * *
- No proszę, kogo tu przywiało? – Grimes Angra od jakiegoś już czasu nie czuł wampirycznego głodu, lecz wciąż nie znał sposobu na odczynienie klątwy.
W lesie, nieopodal miejsca, w którym ostatnio widział się z Micareth i Khajitem leżał związany grubym sznurem mężczyzna, pełzający w sobie tylko znanym kierunku i jęczący coś pod nosem.
- Oj kapitanie, mój kapitanie… Nie sądziłem, że to kiedykolwiek powiem, ale strasznie się cieszę, że się widzimy. – powiedział porucznik i upuścił żeleziec topora na ziemię ruszając w kierunku Beinarda.
Radzę wpierw przekopiować do worda albo co, gdyż strasznie mi się wszystko zlepia w komentarzu pomimo edycji.
Burą mieszankę słomy z sienników i wilgotnego klepiska rozbijały bose stopy skazańców wolno człapiących do krat przed którymi szczerzył się złośliwie jednooki.
-No już, nie mamy całej nocy. Tonsson!-Angra twardo krzyknął do milczącego strażnika i wskazał na pochodnie-Poświeć mi no na te paskudne ryje.
Ustawieni jeden obok drugiego więźniowie stanęli oczy w oko z porucznikiem wyczekując na to co powie.
Grimes zmierzył każdego wzrokiem od stóp do głów. Większość kojarzył z raportów i codziennych spisów stanu karceryjnego. Ze zbieraniny pomniejszych przestępców zgodnie z jego przewidywaniami wystąpiło dwóch takich, którzy z pewnością nie mogli liczyć na łagodny wyrok, do tego jeszcze jeden, chyba nowy.
Porucznik popatrzył na pierwszego z nich, był to zwalisty, cesarski dezerter o szerokiej gębie pokrytej śladami pazurów. Jego zimne oczy nieprzyjemnie świdrowały źrenice Angry, a spękane usta promieniały w krzywym uśmiechu odsłaniając rząd zębów ponacinanych tak, by przypominały kły.
-Taurino Ciężka Ręka-powiedział bardziej do siebie niż do zebranych porucznik. Znał jego historię, facet niegdyś ruszył wraz ze swoim oddziałem by tępić jaskiniowych bandziorów. Ponoć jednym zamachem potrafił naraz pozbawić życia trzech doświadczonych wojaków. Nikt nie wiedział co dokładnie stało się z jego umysłem, wiadomo jedynie że z jednej z jaskiń wyszedł sam, odmieniony.
Wraz z jego człowieczeństwem ze szlaków Hjalmaarchu poczęli znikać handlarze, podróżnicy a nawet całe grupy dobrych żołnierzy... Ciężka Ręka dostał się do Greymoor tydzień temu, gdy mieszkańcy mniejszego falkredzkiego gospodarstwa zostali zarżnięci przy kolacji, a Taurina przywieziono lepkiego od juchy w klatce dla dzikich zwierząt.
Grimes westchnął, może i nie był najrozsądniejszym dowódcą w skyrim, ale też i na tyle głupim żeby dać temu szaleńcowi broń do ręki. Kolejnym z ochotników był wątłej postury breton o pociągłej twarzy, ubrany wciąż w teraz już nieco zdezelowany, szlachecki kaftan i z miałkim zarostem przypominającym bardziej rozsypany na stole koper niż brodę. Simient Denaud-wyjątkowej klasy miernota, najniższych lotów kanalia. Gnojek zakradł się w nocy do nieodległej miejscowości, zaszlachtował we śnie wioskowego cieślę i zbeszcześcił jego córkę. Mówi jakoby to nie on, i jak zwykle prawo się myli, jednak nader pobłażliwi żołnierze, którzy go z dziewczyny ściągali twierdzą co innego.
-Oj nie Denaud- zadudnił śmiejąc się Angra. - jedyne czego będę żałował wychodząc z tego śmietniska to tego, że już mogę nie zobaczyć twojej posiniaczonej japy wypchanej jajcami właściciela!
Breton spojrzał się na niego błagalnym wzrokiem. Usta drżały mu w wyrazie niewypowiedzianych próśb i obietnic poprawy, lecz po chwili spuścił oczy pod surowym wzrokiem porucznika i odsunął się w kąt celi, odprowadzany spojrzeniami współwięźniów z tyłu celi.
Ostatni z ochotników nie był jednookiemu znany, musiało go przywiać jakoś niedawno. Światło pochodni Tanssona padało na jego zielonkawą skórę ukazując spiczaste uszy i łapska szerokości całych bochnów chleba w bicepsach. Orcza masa mięśni obfita w szramy i bruzdy po chyba każdym rodzaju broni znanej porucznikowi spoglądała na niego z otwartymi szeroko, przekrwionymi oczyma.
-A cóż to za piękna panna zawitała w nasze gościnne progi?
Angra starał się wciąż podtrzymywać autorytet jaki dawało mu stanowisko, choć i tak wiedział że żadna z tych zdemoralizowanych pokrak nie pogardziła by jego widokiem na swoim miejscu. A najlepiej to na pieńku katowskim.
Ork odwzajemniając entuzjazm żołnierza odparł tubalnie-A nie wiem bracie, ale podobno ją wołają porucznikiem, i zaloty wielu już odrzuciła!
W celi wygrzmiał cichy rechot bandy opryszków, a Taurino wyszczerzył swoje zębiska jeszcze bardziej tym razem spoglądając na współwięźnia.
-Dobra dobra zielonku, stoisz tu bo nie chciałbyś podczas najbliższego strojenia choinki zawisnąć w pierwszym rzędzie. Tonssen, kto to?
-To ten z incydentu przy bramie wczoraj poruczniku.
-Ten co się wszarżował we wrota i opluł kapitana?
Zielony zrobił niewinną minę i rozłożył łapska na boki-byłem pijany, skąd miałem wiedzieć komu charam na godność?
Ork wystawił rękę za kratę w pojednawczym geście i zbliżył się do twarzy porucznika odtrącając na bok cyrodilskiego rzeźnika i zniżając ton głosu- Skoro przychodzisz do celi po wojowników, to jak mniemam skończymy na brudnej robocie, możesz na mnie liczyć-dodał i puścił mu oko. Strażnik zamachnął się pochodnią by zdzielić butnego więźnia po dłoni lecz Angra zatrzymał go łapiąc za przegub.
-Już mi się podobasz duży-dodał podając osadzonemu wolną dłoń.
Ciąg geometryczny jest nieetyczny...I nastąpi…