Marmolada

Marmolada ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

08.07.2020 23:24
odpowiedz
Marmolada
2

Fort Greymoor wyglądał tak jak go zostawili. Może był trochę bardziej pusty i cichy ze względu na późną porę, ale nadal kręciło się w nim paru strażników, którzy choć senni, dbali o jego bezpieczeństwo choćby poprzez stanie na murze i lustrowanie otoczenia uważnym spojrzeniem od czasu do czasu. I jak się okazywało to “od czasu to czasu” wystarczało, by Micareth, Sha’anks i Bodil zostali zauważeni. Zbytnio się tym wykryciem nie przejmowali. Zresztą dlaczego by mieli, skoro prawdę mówiąc nawet się nie kryli? Jedyne oznaki nerwowości okazywał młody urzędnik, któremu w głowie wciąż dźwięczały słowa Grimesa o zbijaniu figur na szachownicy i trochę się obawiał jak to wyjdzie w praktyce.

– Jesteśmy oddziałem Grimesa Angry, wracamy z Blackreach – zameldowała Micareth nim strażnik, który pilnował bramy zdążył się odezwać. Teraz mierzył ją, Sha’anksa i Bodila uważnym spojrzeniem. Przy tym ostatnim zatrzymał się nieco dłużej. Chłopak pobladł nieco.

– A gdzie porucznik?

– Pan admirał zginął w podziemiach – wytłumaczył krótko Sha’anks. – Oj, biedaczek, Sha’anks nie myślał, że wrócą bez niego. Kazał się im stawić przed porucznikiem Gutrimem w razie jego śmierci. Sha’anks i jego przyjaciele byliby wdzięczni, gdyby ich nowy przyjaciel ich przepuścił.

Strażnik jeszcze chwilę przyglądał im się nieufnie, po czym skinął niemrawo głową, otwierając bramę.

– Chodźcie – rzucił. – Zaprowadzę was do sierżanta.

– Sha’anks i jego przyjaciele są bardzo wdzięczni. – Wyszczerzył kły w uśmiechu, wślizgując się do fortu. Strażnik nie zwrócił na to większej uwagi, prowadząc ich po prostu do kwatery w której sierżant Gutrim spał, wyglądało na to, że jego prywatnej, bowiem zajmował jedyne łóżko w małym pokoiku. Chrapał równie głośno jak niedźwiedź jaskiniowy, ale szybko się okazało, że nietrudno było go z tego snu wyrwać. Wystarczył zaledwie głos strażnika, który go przyprowadził, by mężczyzna otworzył oczy i podniósł się. Patrzył jeszcze niezupełnie trzeźwo, ale gdy tylko rozpoznał w przybyłych dwójkę byłych więźniów i zaginionego Bodila opuściły go resztki senności i patrzył już zupełnie jasno.

– Wróciliście – zauważył, odsyłając gestem ręki strażnika. – Gdzie porucznik Angra i ta trzecia?

– Porucznik kazał przekazać ten list – rzekła Micareth, podając Gutrimowi złożoną na trzy razy kartkę, którą wyciągnęła z torby. – Tobie, sierżancie. I oddziałowemu magowi. Vera zginęła w Blackreach.

– Sha’anks i jego przyjaciele znaleźli też tego biedaka. – Khajiit wskazał szybkim ruchem na Gutrima. – Pan admirał chciał, żeby go przyprowadzić.

– A co z Grimesem?

– Sha’anks radzi przeczytać list.

Rozłożył kartkę. Zaczął czytać, wolno przesuwając wzrokiem po tekście. Co chwila marszczył brwi, kiedy indziej otwierając szerzej oczy. W końcu skończył czytać i złożył z powrotem kartkę. Skierował spojrzenie na Bodila, który dotychczas stał w milczeniu za plecami Khajiita.

– O co chodziło z tą sprawą z Beinardem, co? – zapytał, ściszając głos. – Nie. Chwila. Zaraz nam opowiesz, nie będziemy później tracić czasu na opowiadanie wszystkiego magowi jeszcze raz. Idziemy. – Wyszedł z izby i poprowadził ich oświetlonym pochodniami korytarzem do prowadzących w dół schodów. Krótkim spojrzeniem przez ramię upewnił się, że za nim podążają i zszedł na dół, kierując się do pomieszczenia nieco większego niż jego mała izdebka. Na pierwszy rzut oka widać było, że to pomieszczenie, w którym urzędował mag – oprócz ogromu składników znajdujących się w rozmaitych naczyniach na półkach można było zauważyć nie tylko stanowisko do łączenia ich w mikstury, ale także prosty stół do zaklinania czy wiele zakurzonych ksiąg. Sha’anksa zadrapało w nosie gdy poczuł drażniący zapach niektórych składników alchemicznych i pyłu.

– Wstawaj! – zawołał Gutrim od progu. Szybkim krokiem podszedł do leżącego w łóżku maga z zamiarem potrząśnięcia jego ramieniem, ale ten już otworzył oczy, rozglądając się nieprzytomnie. Sierżant wyglądał jakby zaraz miał nie wytrzymać i wręcz wyrwać mężczyznę z łóżka, lecz ten ku własnemu szczęściu dosyć szybko się z niego wygramolił o własnych siłach.

– Co się stało? – zapytał, kierując nieprzytomne spojrzenie najpierw na sierżanta, a następnie na Micareth, Sha’anksa i Bodila. Zmrużył oczy.

– To ci więźniowie, których Grimes wziął ze sobą do Blackreach. I ten urzędnik, co zaginął jakiś czas temu. Mają list od pana porucznika, masz, czytaj. – Podał (a wręcz wcisnął) mu do rąk kartkę od porucznika. Mag szybko prześledził tekst wzrokiem, z każdym słowem przytomniejąc coraz bardziej. W końcu na jego twarzy pojawił się nieokreślony grymas. Złożył kartkę i schował ją do kieszeni szaty.

– Beinard nigdy nie był moim ulubieńcem – przyznał – ale nie przeszło mi przez myśl, że mógł mieć z tym coś wspólnego.

– Skurczybyk dobrze się krył – podsumowała Micareth.

– Prawda – westchnął Gutrim. – Bodil, co w końcu z tą sprawą, którą zajmowaliście się z Beinardem?

– Chodziło o tego dzieciaka, którego podobno zabił któryś z żołnierzy. Beinard mówił, że znaleziono jakieś dowody w sprawie i mam się stawić do jakiejś rudery. No to poszedłem i... Nie pamiętam co się stało. Wszedłem tam, a potem się obudziłem w jakimś ciemnym miejscu. Dostałem w głowę i znowu przebudziłem się jak ten mnie niósł. – Wskazał palcem na Sha'anksa, który teraz przyglądał się składnikom na półkach, co rusz podnosząc miseczki i wąchając ich zawartość.

– Co robisz, Sha'anks? – spytała Micareth, marszcząc brwi. – Mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie.

– Już, już... – mruknął. – Sha'anks tylko dziwi się dlaczego zamknięto go za posłodzenie bułki, podczas gdy ten tu – wycelował pazurem w maga, odłożywszy trzymane przez siebie naczynie na miejsce – ma tu cały zapas księżycowego cukru. Niesprawiedliwe, naprawdę niesprawiedliwe.

– Sha'anks...

– Tak, tak, Sha'anks już milknie. Czy jego przyjaciele już mają jakiś plan odnośnie kapitana?

– Nie, jeszcze nie mają – odpowiedział mu sierżant Gutrim. – Nie możemy działać zbyt pochopnie. Na razie proponuję przespać się z tym do jutra. Spotkamy się i razem pomyślimy jak to rozegrać.

– A co z Sha'anksa wolnością? Obiecano mu, że będzie mógł odejść w spokoju, jeśli tylko wróci z Blackreach i wrócił. Wypełnił ostatni rozkaz od pana porucznika, teraz chciałby odejść i móc cieszyć się życiem.

– Będziesz się cieszył życiem, spokojnie. Nie wsadzimy cię przecież do lochu po tym wszystkim.

Khajiit uśmiechnął się z satysfakcją, odchodząc od półek, by wyciągnąć z torby księgę z przepowiednią i jeden z kryształów i podać je sierżantowi.

– Co to?

– Księga z przepowiednią i kryształ. Dowody z Blackreach.

Gutrim pokiwał głową.

Chwilę jeszcze zostali u maga, by opowiedzieć o tym, co widzieli nieco więcej niż Grimes Angra zdołał opowiedzieć w swoim liście. Później zaś rozeszli się. Gutrim zajął się Bodilem zaraz po tym jak przydzielił łóżka Micareth i Sha'anksowi w pomieszczeniu, w którym spali żołnierze oddziału dawniej dowodzonego przez Grimesa.

– Naprawdę chcesz odejść Sha'anks? – zapytała Micareth szeptem, nie chcąc obudzić śpiących. – Nie zostajesz, żeby pomóc?

– Nie. Sha'anks wypełnił zobowiązanie i jest teraz wolny. Ale rozumie pytanie swojej przyjaciółki i sam jej życzy szczęścia. I ma nadzieję, że jeszcze kiedyś spotka Micareth – dodał po chwili.

– Na pewno na siebie wpadniemy – stwierdziła na poły z grzeczności, na poły dlatego, że w istocie polubiła Khajiita, choć nawet teraz preferował ucieczkę. A ona wolała zostać. I zrobić coś, co może nie tyle pomoże jej wpisać się na karty historii, ale przynajmniej będzie miało sens.

01.07.2020 21:53
odpowiedz
Marmolada
2

Sha’anks prowadził. Urzędnik nie ciążył mu zbytnio, więc nie miał problemu z tym, by utrzymać szybkie, acz rozsądne tempo. Micareth była tuż za nim, zapobiegawczo zaciskając dłoń na rękojeści rapieru. Adelaisa mówiła, że dalej czeka jeszcze więcej okropieństw – wojowniczka musiała być przygotowana. Na razie jednak nie byli przez nic niepokojeni, co zasiało w niej pewne ziarno niepewności. W końcu kobieta mogła ich okłamać, próbować zniechęcić do dalszej drogi. A zresztą, kto ją tam wiedział? Liczyło się tylko to, żeby jakoś wyjść z tego szamba. A potem wrócić do Greymoor.

Sha’anks zwolnił nagle, ku zdziwieniu wojowniczki. Zaczął stawiać kroki ostrożniej, jakby lżej, uważniej się rozglądać. I ona starała się ruszać wolniej, by nie narobić za dużo hałasu.

– Co się dzieje, Sha’anks? – zapytała po chwili. – Rusz się, porucznik nie zatrzyma tamtej na długo.

– Tak, tak, Sha’anks się rusza. – Pokiwał gorliwie głową, przyspieszając. Jednak nie na długo, bowiem po chwili znów zwolnił do poprzedniego tempa, ku niezadowoleniu Micareth. Nie miała pojęcia, co się z nim zaczęło dziać, ale zdecydowanie nie podobał się jej ten brak zdecydowania.

– Sha’anks... – ponagliła.

– Niech się Micareth nie denerwuje, coś tutaj się Sha’anksowi po prostu nie podoba tylko nie wie dokładnie co. Lepiej niech Sha’anks i Micareth zwolnią troszkę zamiast wpakować się w jakąś pułapkę.

– Zamiast w pułapkę zaraz wpakujemy się w wampiry, jeśli nie przyspieszymy. Nie możemy teraz dać się zabić. Nie po to Vera i Grimes tam zostali. – Przyspieszyła, wymijając Khajiita, by objąć prowadzenie. Sha’anks zmarszczył nos, wymruczał kilka słów o ostrożności, ale ruszył za wojowniczką, poprawiając spoczywającego na ramieniu urzędnika, podrzucając nim niczym workiem kartofli. Rozumiał, że Micareth była zdenerwowana i że wolała sukcesywnie przeć naprzód, ale chęci wpakowania się w pułapkę pojąć nie mógł, a do tego jego zdaniem kobieta dążyła.

Im dłużej jednak szli, tym bardziej wojowniczka była przekonania, że ostrożność Khajiita była zwyczajnie niepotrzebna, bowiem nie natknęli się na nic niebezpiecznego. Szli do przodu bez przeszkód, a jedyne niebezpieczeństwo czyhało za nimi i mogło się pojawić w każdej chwili. Więc nie zwalniali.

– Stój! – wykrzyknął nagle Khajiit.

Micareth zastygła, rzucając mu szybkie, pełnie niezrozumienia spojrzenie. Khajiit sięgnął do niej ręką, ciągnąc ją trochę w tył. Wskazał opazurzonym paluchem na płytę wystającą z podłoża.

– Pułapka. Sha’anks mówił, że się w jakąś wpakują, jeśli Micareth dalej będzie tak gnała bez ostrożności. Sha’anks weźmie prowadzenie, a Micareth niech idzie z tyłu zanim wejdzie w coś znowu. O tak będzie najlepiej.

Przechyliła głowę, nieprzekonana. W końcu jednak puściła kocura przodem. Wystającą płytę ominęli bokiem i ruszyli dalej, bardziej tym razem uważając, nawet jeśli trochę tracili na szybkości. Sha’anks jednak zdawał się pamiętać o tym, że Micareth chciała wydostać się jak najszybciej – nie zwalniał tak bardzo jak wcześniej, utrzymując tempo, które było w stanie pozwolić jemu na dojrzenie ewentualnego niebezpieczeństwa i jednocześnie zadowolić wojowniczkę.

Korytarz, dotychczas w miarę szeroki, zaczął się trochę zwężać. Sha’anks przyspieszył nieco, parę jeszcze raz podrzucił na ramieniu nieprzytomny bagaż. Z ust mężczyzny wyrwało się jakby burknięcie, co pozwoliło Khajiitowi i Micareth myśleć, że nieszczęśnik zaraz się obudzi. Sha’anks zdjął go z ramienia i położył na ziemi. Przyjrzeli mu się, lecz nic nie zapowiadało tego, że urzędnik obudzi się z letargu. Przy oddechu jego pierść ledwo się unosiła, gdy Micareth przyłożyła palce do tętnicy na szyi, prawie nie była w stanie wyczuć tętna.

– Bierz go, Sha’anks, idziemy dalej – postanowiła, prostując się. Khajiit szybko zarzucił sobie mężczyznę na ramię i powiódł wzrokiem dookoła, jednocześnie pociągając nosem.

– Sha’anks obawia się, że czuje coś dziwnego, niedobrego. Naprawdę niedobrego. I nie chce tchórzyć, ale może by zostawić naszego półżywego przyjaciela? Zatrzyma naszych nieprzyjaciół i w końcu pokaże, że jest do czegoś przydatny.

– Co ty pleciesz, Sha’anks? – Zmarszczyła brwi gniewnie. – Prowadź lepiej dalej, a głupie pomysły zachowaj dla siebie.

– Sha’anks tylko chce zwiększyć szanse przeżycia jego i jego przyjaciółki, żeby mogli wrócić do fortu i donieść o czym trzeba.

Micareth już miała odpowiedzieć, gdy usłyszała kolejne burknięcie. Spojrzała odruchowo na nieprzytomnego urzędnika, nadal bezwładnie zwisającego z ramienia Sha’anksa. Szybkim ruchem powstrzymała Khajiita przed kolejnym położeniem nieszczęśnika na ziemi. Coś jej mówiło, że to nie ich nieprzytomny balast burczał, a coś całkowicie innego. Podzieliła się tymi wątpliwościami z swoim kocim towarzyszem.

– Przyjaciółka może mieć rację – przyznał, kiwając powoli głową. Ruszyli jednak dalej, a im dłużej szli, tym częściej i wyraźniej słyszeli te dziwne odgłosy. Kobieta wyciągnęła ostrze, rozglądając się dookoła uważnie, jednak zdawało się, że w mroku nic na nich nie czyhało. A przynajmniej nie teraz. Khajiit, choć wytężał nie tylko wzrok, ale i słuch oraz węch, również zdawał się nie zauważać niczyjej obecności. Dookoła panowałby niemal całkowity spokój, gdyby tylko burknięcia zniknęły. One nie znikały jednak, a po pokonaniu kolejnego dłuższego odcinka do akompaniamentu dołączył bezładny tupot. Odgłosy sprawiły, że Sha’anksowi sierść na karku stanęła dęba. Nie zwiastowało to niczego dobrego dla bohaterów, zdecydowanie.

Kroki Khajiita znów stały się znacznie ostrożniejsze, ale tym razem Micareth nie miała nic przeciwko temu. Sama napięła się jak struna, rozglądając się dookoła i, choć starała się nad tym zapanować, denerwowała się coraz bardziej. Jak się okazało, słusznie, bowiem to, co ujrzeli w większej grocie, do której właśnie weszli przerosło ich oczekiwania.

Stwór, przed którym stanęli, był wielki jak młode mamuta i nie przypominał im niczego, co mieli okazję w życiu poznać. Był po prostu dużą, groteskową masą o pokracznych odnóżach i paskudnym pysku. Zauważył ich praktycznie od razu. I ruszył. Kolebał się na boki, a z gęby oprócz strug śliny wydobywało się wściekłe burczenie. Micareth w pierwszej chwili stanęła jak wryta, reflektując się dopiero po chwili i ściskając mocniej rękojeść rapieru. Uniosła ostrze, lecz Sha’anks szarpnął nią mocno, ciągnąc za sobą.

– Głupia! – krzyknął. – Uciekać, uciekać!

Urzędnik omal nie spadł z ramienia Khajiita, gdy ten wystrzelił do przodu. Micareth pognała za nim tak szybko jak tylko mogła. Tuż za sobą słyszała paskudne burkot istoty. Przyspieszyła, choć już ledwo łapała dech. Odwróciła się krótko i przypłaciła potknięciem. Niemalże wpadła pod łapy potwora. Wydała krótki, pełen strachu okrzyk.

– Nie, nie, nie! – Usłyszała z oddali krzyk Khajiita. Próbował odwrócić uwagę istoty, rzucając w nią kamieniem. Skutecznie. Micareth wykorzystała okazję, podniosła się szybko, wymacała rapier i pognała tam, gdzie wcześniej podążała za Sha’anksem. Płuca ją paliły, ale wiedziała, że nie może się teraz poddać. Śmierć w paszczy tego... Nie. Musiała się skupić, nie myśleć.

Próbowała przyspieszyć, omal się znów przy tym nie przewracając. Kątem oka wyłapała Sha’anska w ostatniej chwili umykającego przed ciosem paskudy. Urzędnik znów omal nie spadł z ramienia, lecz Khajiit trzymał mocno, gnając teraz w tą samą stronę, co Micareth. Do wyjścia dotarli jednocześnie. Niemal przewrócili się, wpadając na siebie. Pognali w głąb tunelu sekundę przed tym jak cielsko istoty uderzyło w ściany w nieudanej próbie podążenia za nimi.

– Szybko, Sha’anks! – krzyknęła Micareth, mobilizując resztę swoich sił. Potwór za nimi uderzył w kamień jeszcze kilka razy, w końcu zasypując wejście. Część sufitu spadła.

– Powietrze! – zawołał Khajiit, przyspieszając. – Wyjście tuż-tuż!

Wypadli z jaskini niczym dwie strzały wystrzelone z łuku. Zatrzymali się, a Sha’anks położył nieprzytomnego, sponiewieranego urzędnika na pokrytej śniegiem trawie. Nie dbał o to, że może się wyziębić, i tak pewnie nie przeżyje. Oparł dłonie o uda, pochylając się do przodu. Łapczywie brał wdechy, chcąc ugasić ogień, który powstał w jego płucach. Micareth nie miała się lepiej. Opierała się o sosnę, zmordowana, nie mając siły, by podnieść wzrok choćby na Sha’anska. Drżała, a po ręce spływała jej struga krwi. Nawet nie miała pojęcia gdzie się zraniła. To nie było zresztą ważne. Oboje byli cali w ranach, poobdzierani i brudni. Diabelsko zmęczeni. Dawało się to we znaki szczególnie teraz, kiedy adrenalina opadła.

– Sha’anks... – próbował wydusić Khajit. – Sha’anks...

Micareth uciszyła go podniesiem dłoni. Nie miała ochoty rozmawiać z towarzyszem, nawet jeśli przez wspólną przygodę zaczęła go darzyć wątpliwym szacunkiem. Chciała odpocząć. Choć przez chwilę. By być w stanie wrócić do Greymoor.

– To nie to wyjście, którym Sha’anks i jego przyjaciele tu weszli, prawda? – zapytał po chwili kocur, odzyskawszy oddech. Micareth pokręciła jedynie głową. Wciąż oddychała ciężko i nie mogła opanować drżenia ciała. Chciała sięgnąć do swojej torby, ale zrozumiała, że musiała ją zgubić. A co z torbą Sha’anksa? Z księgą i kryształami?

– Sha’anks, masz torbę, prawda?

– Tak, tak... Sha’anks nie zgubił jak jego przyjaciółka. Ale zapasów nie ma, więc się nie podzieli.

– Pieprzyć zapasy. – Machnęła ręką. – Byleśmy mieli księgę i kamienie. Dasz radę z urzędasem?

– Nie sam, potrzebuje pomocy. Sha’anksa za bardzo zmęczyło uciekanie przed wielką pokraką.

Słabo pokiwała głową. Podeszła do urzędnika i pomogła Khajiitowi go dźwignąć. Im szybciej znajdą się w Greymoor, tym lepiej.

24.06.2020 23:15
odpowiedz
Marmolada
2

Jedynym słusznym rozwiązaniem wydawała się ucieczka. Więc uciekali. Pędzili przed siebie tak szybko, jak pozwalały im na to rany, ból, zmęczenie ogarniające członki. I ostre palenie w płucach, utrudniające oddychanie. Łomot jednak zdawał się ich nie opuszczać, wciąż za nimi podążając, zabierając im nadzieję na to, że ujdą żywi. I gdy już myśleli, że to koniec, Sha’anks wyrwał się na przód i, kierowany kocim instynktem, poprowadził drużynę w labirynt wąskich korytarzy, co rusz skręcających i rozwidlających się na wiele stron. Rumor przerodził się w głuchy szum, a w końcu zanikł zupełnie, pozwalając zmordowanej brygadzie poczuć się stosunkowo bezpiecznie.

Grimes Angra odetchnął z ulgą, opadając na ziemię tuż obok Micareth. Uszli z życiem. Przynajmniej na razie. Wiedział, że nie mogą pozwolić sobie na zbyt długi odpoczynek. Powinni ruszyć dalej tak szybko, jak to tylko możliwe. Prędko zregenerować siły, a potem wejść głębiej w Blackreach i dowiedzieć się, co było przyczyną całego tego szamba. Grimes już miał parę podejrzeń, jednak postanowił się nimi nie dzielić, bojąc się wyciągnąć zbyt pochopne wnioski na podstawie tego, co widział.

Widmo twarzy Miltena wciąż go nie opuszczało.

– Sha’anksowi nie podoba się tutaj – mruknął Khajiit, gdy był już w stanie złapać oddech. Na kocim pysku Angra był w stanie dostrzec niepewność, której ten zresztą wcale nie krył. Cały wydawał się spięty, jeżąc futro na karku i z poddenerwowaniem bijąc na boki ogonem. – Trzeba ruszać, iść dalej.

– Zgadzam się z nim – powiedziała Vera, przerywając na chwilę grzebanie w torbie, by skinąć głową w stronę sierściucha. Sięgnęła po butelkę, podobną do tej, z której piła zaraz po rzuceniu zaklęcia, które uratowało im życie. Wyciągnęła korek i pociągnęła łyk. Micareth mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, Angra zaś posłał jej tylko krótkie spojrzenie, szybko tracąc zainteresowanie.

Veranque odłożyła naczynie do torby, przechodząc bliżej porucznika. Jej uzdrowicielske umiejętności w końcu miały znaleźć praktyczne zastosowanie.

W końcu wyruszyli. Szli w milczeniu, nadal nie pozwalając sobie na rozluźnienie, starając się trzymać wciąż lewej ściany, by nie zbłądzić. O ile już tego nie zrobili, bowiem uciekając przed podejrzanym hukiem mało zwracali uwagę na to, gdzie właściwie skręcają, by w razie potrzeby móc wrócić tą drogą. Nieroztropne. A labirynt zdawał się nie mieć końca i być coraz bardziej poskręcanym.

Micareth irytacja ogarniała coraz mocniej, gdy tylko zaczęła zdawać sobie sprawę z tego, że śmierć głodowa stawała się coraz bardziej prawdopodobną opcją. Co prawda wciąż mieli zapasy, ale ile czasu mieli tu spędzić? Prowiantu nie wystarczy na zawsze. A szczeźnięcie w plątaninie jaskiń było iście niewojownicze. I choć wiedziała, że dla tych z powierzchni i tak już stała się martwa, a to jak umrze w istocie nie miało większego znaczenia, i tak wolałaby polec w boju.

Ogon Sha’anksa drgnął gwałownie. Ostro wciągnął powietrze nosem, marszcząc go na swój koci sposób. Micareth przyjrzała mu się badawczo. Wyczuł jakieś niebezpieczeństwo? Nie miała pojęcia, a i sam kocur chyba nie uważał, że dobrym będzie podzielić się swoimi przeczuciami. Wojowniczka sięgnęła dłonią po rękojeść rapieru, zaciskając na niej palce. Czuła się pewniej, wiedząc, że ma ostrze pod ręką. Rzuciła szybko okiem na Veranque, której chyba udzielił się jej niepokój. Rozglądała się dookoła jeszcze uważniej, jakby chcąc być w każdej chwili gotową do walki.

– Nie, pułkowniku! – odezwał się nagle Sha’anks stając w miejscu. – W tamtym korytarzu będziemy się prosić sami o kłopoty! Sha’anks nie ma zamiaru pozwolić, żebyśmy tam poszli! Lepiej zawrócić, o tak, jak najszybciej...

Angra obrzucił go uważnym spojrzeniem.

– Nie zawrócimy – zdecydował. – Pójdziesz, Sha’anks, przodem i sprawdzisz co tam jest. Włóczymy się tu stanowczo zbyt długo, lepiej stawmy czoła temu, co ma nas spotkać.

Khajiit kilkakrotnie otworzył i zamknął usta, walcząc ze sobą, lecz ostatecznie ugiął się pod twardym spojrzeniem porucznika i niechętnie ruszył w mrok.

Kocur z miną zbitego psa. Znów bił ogonem na boki.

– I co? – rzucił Grimes.

– Sha’anks widział dużą jamę, jasną – zameldował. – Jest w niej dużo grzybów, trochę budynków kransnoludów i śmierdzi śmiercią. – Zmarszczył nos z niezadowoleniem. – Sha’anks widział dziwnych, pokracznych ludzi. Albo elfów. Sha’anks nie widział wyraźnie, bo patrzył z daleka.

– Falmerowie – wtrąciła Veranque. – Jeśli będziemy cicho, może uda nam się przejść obok nich bez większych przeszkód.

– Widziałeś coś oprócz tego? – zapytał Grimes.

– Nie, nie. Sha’anks nie widział.

– W takim razie chodźmy. Zobaczmy co ma do zaoferowania ta twoja jama. Prowadź, Sha’anks.

I poprowadził. Wąski korytarz zdawał się zwężać jeszcze bardziej, a jego sufit opadł, zmuszając do lekkiego pochylenia się. Jeśli, nie dajcie bogowie, dopadnie ich tu któryś z wypaczeńców, ciężko będzie im walczyć. Angra zacisnął szczękę, mając nadzieję na szybkie wyjście z tunelu. Po chwili rzeczywiście wyszli. Przecisnęli się kolejno przez nazbyt wąskie przejście, a Khajiit szybkim krokiem poprowadził ich w stronę wielkiego głazu. Schronieni za nim wychylili się lekko, by móc się rozejrzeć.

Grota, w której się znajdowali w istocie była wielka. Tak wielka, że mieściła cały dwemerski budynek oraz dwie czy trzy falmerskie osady, które z góry dostrzegli bez większego problemu.

– Musimy jakoś ich ominąć – mruknęła Micareth, mrużąc oczy, by móc lepiej przyjrzeć się wędrującym w dole istotom.

– To raczej nie powinno być trudne. – Grimes rzucił Sha’anksowi wymowne spojrzenie, po którym Khajiit wymamrotał jedynie kilka słów pod nosem i ruszył szukać bezpiecznej trasy. – Gorzej, gdy znowu trafimy na wampira. – Skrzywił się w duszy, gdy znów przypomniał sobie tego biedaka, Miltena. Wolałby nie trafić po raz kolejny na któregoś ze swoich chłopców, przemienionego w krwiopijcę.

Obserwowali jak Sha’anks ostrożnie schodzi w dół zbocza, co rusz przystając by nasłuchiwać. By się rozejrzeć. By nie dać się zabić zbłąkanej paskudzie. Obszedł bokiem jakiś ciemny kształt, wcześniej na chwilkę się przyń zatrzymując i zszedł jeszcze parę kroków w dół, by rozejrzeć się dookoła. Odwrócił się i począł wspinać z powrotem. Szybko znalazł się znów u boku reszty swej kompanii.

– Trup – rzekł, wskazując na ciemny kształt, który wcześniej omijał łukiem. – Sha’anks go mijał tam, tam. Na dole. Na początku myślał, że to kolejny przeklęty wampir, ale kiedy trącił ostrzem zobaczył, że nie. Że nie wampir, ale i tak ktoś podobny do tego pierwszego, który chciał nas zabić, o tam. – Wskazał palcem w stronę szczeliny, z której wyszli. – Ma taką samą zbroję jak na górze, na powierzchni, Sha’anks pamięta je bardzo dobrze, oj tak, tak... I może przysiąc, że są takie same, samiuteńkie!

Z ust Grimesa wyrwało się ciche westchnienie, lecz w żaden inny sposób nie pokazał, że żałuje swego żołnierza. Było przynajmniej tyle dobrego, że nie został zakażony wampiryzmem i nie chciał rozerwać go na strzępy. Zarządził dalszą drogę, pozwalając Khajiitowi znów objąć prowadzenie. Przy trupie zatrzymali się na chwilkę. Porucznik z żalem spojrzał na wykrzywione w strachu i przedśmiertnej agonii rysy postawnego mężczyzny, który – przecież pamiętał doskonale! – był jednym z odważniejszych chłopaków i niemal zawsze wygrywał, siłując się z innymi na rękę. Teraz mógł mieć tylko nadzieję, że żołnierz odnajdzie spokój w Sovngardzie.

– Słyszycie? – zapytał nagle Sha’anks, strzygąc po swojemu uszami i rozglądając się gwałtownie dookoła.

– Co? – Micareth również zaczęła obserwować baczniej otoczenie i wytężać słuch, lecz nic nie zwróciło jej uwagi. Mimo tego, dłoń instynktownie powędrowała do rapiera.

Jednak usłyszeli. Usłyszała cała czwórka. Powrócił ten niebezpieczny, narastający huk. Kierowani instynktem, skryli się za pobliskim głazem akurat w chwili, gdy szczelina, z której wyszli eksplodowała chmarą szaro-czarnych istot i pognała ponad nimi w głąb groty, szczęśliwie ich omijając. Veranque przywarła mocniej do powierzchni ściany, jakby chciała się w nią wtopić, modląc się w duchu, by istoty nie spojrzały w ich stronę.

Modlitwy podziałały.

Chmara zajęła się pobliską falmerską osadą, gdy jeden z jej mieszkańców posłał w jej stronę strzałę. Kompania Grimesa Angry obserwowała w milczeniu jak stworzenia otaczają prymitywne, chitynowe namioty z każdej strony, kłębiąc się i wirując wokół wydających chrapliwe, gardłowe wrzaski wypaczonych elfów. A później przeleciała przez dolinę, niknąc gdzieś w mroku, gdzie nie sięgało grzybowe światło. Grimes zaklął w duchu, jednocześnie jednak dziękując losowi. Spojrzał przelotnie na swoich kompanów. Lekko zdenerwowani, ale gotowi do dalszej drogi, podsumował w myślach.

– Poruczniku – zwróciła jego uwagę Vera, gdy podjęli dalszą wędrówkę – myślisz, że znów wrócą nas szukać?

– Mam nadzieję, że nie – odmruknął jej, skręcając w stronę zdemolowanej falmerskiej osady, bowiem coś mu mówiło, że powinni się tam rozejrzeć.

– Nie, nie nie! – zaprotestował znów Sha’anks. – Sha’anks nie ma zamiaru tam iść! Porucznik ma bardzo złe pomysły!

– Podobno. – Angra uśmiechnął się półgębkiem.

Khajiit zamilczał, widząc, że nie zmusi Grimesa do zmiany zdania, jednak uporczywie trzymał się z tyłu, wciąż kręcąc się nerwowo. W końcu Micareth warknęła doń parę nieprzyjemnych słów, gdy omal na nią nie wpadł. Podziałało, choć nadal lustrował otoczenie nieufnym wzrokiem.

Grimes chwycił za topór, chodząc między zmasakrowanymi falmerami. Wszystkie leżały martwe w krwawej brei. Wampiry – o ile, rzecz jasna, były to one – całkowicie rozniosły dawne elfy. Tylko jeden z nich zachował się przy życiu, oddychając ledwie i jęcząc w swoim dziwnym, nieludzkim języku. Micareth dobiła go celnym ciosem.

– Dziwne – rzekła Veranque, również oglądając ciała. – Powinny zabić je wszystkie. A nie dość, że zostawiły tamtego, to jeszcze nie wypiły krwi.

– Nikt nie mówił, że to na pewno te pijawki – odpowiedziała jej Micareth – a nie jakiś inny szajs. Skąd możesz wiedzieć co pełza po Blackreach? – Szybkim krokiem podeszła w stronę jednego z chitynowych namiotów, pozwalając zaskoczeniu wstąpić na twarz. – Mam tu coś. Jakby kobieta.

Grimes podszedł do niej. Wojowniczka trąciła butem bezokie, kobiece truchło. Zaklął pod nosem. Micareth zaś pochyliła się nad biedną nieboszczką, nacinając jej nadgarstek. Krew nawet nie splamiła ostrza.

– A z tej tu jakby wypiły – rzuciła, oglądając się na Verę. – Masz na to jakieś wytłumaczenie, elfko?

– Nie smakowała im – palnął Sha’anks, w końcu zdecydowawszy się podejść bliżej. – Może te falmery są jak ta niesłodka-słodka bułka, którą Sha’anksowi dali. Doskonale...

– Już, już, nie nakręcaj się – Grimes przerwał wywód zanim ten zdążył się zacząć, unosząc dłoń. – Jedno jest pewne – falmerów z jakiegoś powodu nie ruszają. Nie wiemy z jakiego i najpewniej się nie dowiemy. Na bogów, nie wiemy czy to nawet były wampiry, więc chodźmy dalej.

– Falmerowie byli przez lata skazani na jedzenie toksycznych grzybów – podsunęła Veranque – więc równie dobrze mogą w swojej krwi mieć coś, co źle działa na wampiry.

– Daj mi znać, jeśli dowiesz się w jaki sposób może nam to pomóc – wymruczał sceptycznie porucznik.

Vera jednak wiedziała swoje i została nieco w tyle, by do pustej butelki po eliksirze nabrać nieco falmerskiej krwi. Jeśli jej hipoteza była prawdziwa, posoka mogła im naprawdę pomóc w krytycznym momencie.

17.06.2020 22:14
odpowiedz
Marmolada
2

Stojący przed nim Nord zdawał się być bardziej górą mięśni i blizn, niżeli człowiekiem, ale to dobrze. Przyda mu się w Blackreach prawdziwy wojownik u boku. Tym bardziej, że więzień zdawał się być zaprawiony w boju, a przy tym nieustraszony. Jedyne, czego mógł się obawiać z jego strony to tego, że przebije mu ostrzem serce, gdy będzie spał, bowiem facjatę zdawał się mieć niebezpiecznie fałszywą, a to, że część jej skąpana była w nieprzegonionym całkiem przez pochodnię cieniu jedynie potęgowało owy efekt.

– Doskonale. – Pokiwał głową z, mimo wszystko, zadowoleniem, nie spuszczając wzroku z olbrzyma. – Jak cię zwą?

– Skodall.

Z boku usłyszał chrząknięcie strażnika, chcącego zwrócić jego uwagę. Po pytającym spojrzeniu Grimesa zerknął znacząco na olbrzyma, przygryzając lekko wargę, jakby z zakłopotaniem.

– Panie poruczniku – zaczął mrukliwie, przenosząc wzrok między Nordem a Angrą – wątpię, czy będzie z niego jakikolwiek pożytek. Jest ślepy.

– Ślepy – powtórzył sucho, wzdychając w duchu ze zmęczeniem. Wiedział doskonale, że z ślepego pożytku nie będzie, chyba że jego jedynym celem byłoby danie się zabić. Blackreach było pełnie niebezpieczeństw, nie mógł w nim niańczyć niewidomego wojownika, nieważne jak silny by był. Poczuł nutę goryczy na myśl, że będzie zmuszony odmówić siłaczowi.

– Zostajesz tutaj – oświadczył krótko, już więcej nie poświęcając mu swojej uwagi. Kątem oka jedynie zarejestrował jak ostrożnie cofa się o parę kroków, omal nie wpadając na stojącego w pobliżu Khajiita. Grimes lustrował niechętne twarze więźniów spokojnym okiem, czekając aż któryś z nich skusi się na przystanie na jego uprzejmą propozycję, lecz żaden się nie kwapił. Niestety.

– Czy naprawdę żaden z was nie chce odkupić win? – zapytał. Gromada poruszyła się, odwracając od niego wzrok. Strażnik oparł się leniwie o ścianę, przyglądając się zarówno porucznikowi jak i skrytym w cieniu szubrawcom z niekrytym zaciekawieniem. Niby sądząc, że coś interesującego może z tego wyniknąć.

– Ja chcę! – Angra usłyszał spokojny, acz pełen przekonania kobiecy głos. Obrócił głowę, by móc spojrzeć na jego właścicielkę swoim okiem. Dunmerka. Po chwili porucznik doszedł do wniosku, że zupełnie nijaka. Absolutnie niewpadająca w oko. Tak po prostu zwyczajna. Ni chuda, ni umięśniona, szaroskóra i ciemnowłosa. W zasadzie nie wyglądała nawet jakby zrobiła coś złego. A przecież za coś musiała tu trafić. Tylko za co? Była złodziejką? Morderczynią? Dezerterką? Nie. Nie dezerterką. Coś Angrze mówiło, że to nie to.

– Za co siedziała? – rzucił w stronę strażnika.

– Przemyt, jeśli dobrze kojarzę – odpowiedział leniwie. – Skooma, księżycowy cukier...

– Mniejsze i większe kradzieże – wcięła się nieproszona. Któryś z zajmujących kąt oprychów zaśmiał się chrapliwie, przeciągle. Jakby nieludzko.

– Jest się czym chwalić – parsknął, a Grimes w końcu rozpoznał charakterystyczny, argoniański akcent. – Wyśpiewasz wszystkie grzeszki i na pewno od ręki cię uwolni.

Dunmerka nie zwróciła na niego większej uwagi, patrząc wyczekująco na porucznika. Przemytniczka i złodziejka. Kto wie, co jeszcze? Będzie musiał przejrzeć jej kartotekę, bo coś mu mówiło, że panienka nie wyśpiewała wszystkiego.

– Jak na ciebie wołają?

– Zgadnij. – Czerwone oczy rozbłysły w rozbawieniu. Zatem dowcipnisia.

– Vaynonah – odrzekł zamiast niej strażnik. Porucznik pokiwał głową. Zobaczy co jeszcze elfka ma na sumieniu, oj tak. Na razie jednak raz jeszcze zlustrował ją wzrokiem, zastanawiając się, czy przyda mu się do czegoś w Blackreach. Przeczuwał, że tak. Mogła przecież pełnić rolę zwiadowcy, znajdować bezpieczniejsze szlaki w ich drodze do źródła powszechnego bałaganu. Jako złodziejka, przemytniczka, kimkolwiek jeszcze była, na pewno potrafiła stopić się z cieniem. A to mogło być dla niego pożądane. Mimo wszystko, odczuwał pewien niepokój, gdy się jej przyglądał. Dunmerka przyjęła luźną postawię, lecz Grimesa nie opuszczało wrażenie, że pozostawała spięta. Jak dzikie zwierzę, które niby to wypoczywało, ale w każdej chwili było gotowe rzucić się do gardła innej istocie. Postanowił jednak, że weźmie ją ze sobą, choć gdzieś z tyłu głowy męczyła go myśl, że tym ryzykuje. Że kobieta wykorzysta pierwszą lepszą okazję i zwieje, pozostawiając jego zwłoki jako pamiątkę po swojej osobie. Istniała jednak szansa, że Vaynonah się przyda. Poza tym, czy wyprawa do Blackreach nie była sama w sobie ryzykiem?

– Chłopcze – zwrócił się do strażnika – oczekuję, że Vaynonah będzie gotowa do wyruszenia w drogę za dwa dni. Rankiem. Zajmiesz się tym. A wam – powiódł wzrokiem po twarzach więźniów – radzę jeszcze raz przemyśleć moją ofertę.

Wyszedł, zostawiając za sobą zaduch lochu. Odprowadził go niebezpieczny błysk w oczach Vaynonah, jej chytry uśmiech i posłuszne kiwnięcie głową strażnika. Gdy szedł przejrzeć kartotekę, nie mogło go opuścić wrażenie, że jednak nie podjął zbyt dobrej decyzji, lecz trzymał się myśli, że przecież i tak w Blackreach czeka go śmierć i liczyło się jedynie to, by nie trwonić bezmyślnie istnień żołnierzy. A dobrzy to byli chłopcy i naprawdę mogli się przysłużyć Paktowi Ebonheart.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl