Zestaw najlepszych RPG, w którym nie ma... najlepszych RPG.
Gdzie Planescape Torment? Gdzie Baldury i Dragon Age, czy nawet Gothic? Gdzie Icewind Dale i Divine Divinity?
Gra byłaby doskonała, gdyby nie jedna rzecz: brak znajdziek. Owszem, zbieramy te wszystkie znaki zapytania, ale jednak to za mało. Myślę, że nietrudno byłoby twórcom umieścić jakieś praktyczne znajdźki, które leżałyby sobie tu i ówdzie.
Niedawno ukończyłem Tomb Raidera z 2013 r., a wcześniej Dishonored, no i tam było to świetnie rozwiązane. Tutaj tego zabrakło. Wiem, wiem: Arkham Asylum wyszło wcześniej, ale to niczego nie zmienia.
No i może jeszcze miło by było, gdyby pojawiły się jakieś opcje dialogowe. Ale to szczegół.
I to właściwie jedyne wady tej gry. Reszta to po prostu cudeńko. Bawię się wyśmienicie i już wiem, że zaraz po ukończeniu odpalę kolejne części.
Bardzo polecam.
Przed chwilą ukończyłem grę. Wszystkie misje skończone w 100%.
Długo nie zapomnę tej przygody. Epicki, niemal filmowy rozmach. Wartka akcja, ładna grafika, przekonujący bohaterowie. Nieraz wykonując jakieś akrobacje, czy skoki spociły mi się dłonie :D
Krótko mówiąc: arcydzieło.
Nie wiem co się stało, ale po godzinie grania ogarnęło mnie takie rozdrażnienie, że grę odinstalowałem.
Dziwne, bo czytałem wiele pochlebnych opinii.
Nic nie wkur*wia bardziej od ludzi, którzy wcielają się w "Potwory" i zawsze muszą pokazać swoją moc. Czasami jest tak, że daję PAS mimo że przegrywam z kretesem, a oni muszą pokazać jakie to mają potwory, jakie czary albo jakie karty.
Żenujące.
I co ciekawe, to dotyczy tylko graczy z "Potworami". Jakieś skrzywienie psychologiczne?
Poza tym gierka fenomenalna.
To moje drugie spotkanie z Tomb Raiderem w życiu i pierwsze, które mnie porwało. Wcześniej grałem tylko w Anniversary i pamiętam, że mi się podobało, ale... no właśnie - ale co? Nie wiem, jakoś się oderwałem.
Natomiast wersja z roku 2013 r. całkowicie mnie pochłonęła. Jako wieloletni fan wszelkiej maści Gothików, Risenów i Skyrimów mogę śmiało polecić tą grę. Wprawdzie nie jest to klasyczny RPG, ale mamy tutaj ciekawą fabułę i bohaterkę, z którą autentycznie można się utożsamić.
Nie będę się zbytnio rozpisywał, dlatego pokrótce wymienię plusy i minusy.
+ piękne widoki i ciekawie zaprojektowany świat gry
+ udźwiękowienie, w tym doskonały polski dubbing
+ znajdźki i eksploracja, która chwilami przypomina eksplorację rodem z Gothika
+ nacisk położony bardziej na fabułę i akcję, aniżeli na elementy zręcznościowe
+ Lara Croft - Karolina Gorczyca i jej głos... można się zakochać. Bardzo dobry dubbing w grze.
+ crafting, który początkowo wydaje się chaotyczny, ale szybko okazuje się świetną opcją
+ metody walki, niby tylko łuk i broń palna, ale to wystarczy
A minusy? BRAK!
Jasne, a drewno brzozy nawiązuje do tego, że w TES VI będą tylko rasy o białej skórze. Natomiast zielony iglak mówi jasno, że świat będzie zielony, a nie szary (jak w Skyrimie).
To już moje kolejne - chyba trzecie, albo i czwarte - podejście do Obliviona.
No i muszę przyznać, że jednak jest to kawał dobrej roboty. Owszem, cały ten otwarty świat może początkowo przytłoczyć, nie za bardzo wiadomo gdzie iść, ani po co, ale w końcu gra ładnie prowadzi gracza.
A nawet jeśli sobie odpuścimy sobie łażenie po lasach, jaskiniach, czy innych moczarach, to i tak wątek główny daje dobre 40-50 godzin zabawy.
I wydaje mi się, że to jest dobra rada dla tych, których ogrom świata przytłacza: idźcie głównym wątkiem. Dzięki temu nie dość, że poznacie ciekawy świat i fabułę, to jeszcze nie raz gra was zaprowadzi do niejednej jaskini czy innego lasu.
Dużo tutaj plusów: ogrom świata, muzyka, możliwości, interakcje z przedmiotami i NPC, swoboda, czytanie książek... no naprawdę Bethesda lubi wolność i to widać i czuć.
Na minus: zawsze i wszędzie będzie to dla mnie wada > BRAK NOTATNIKA i możliwości oznaczania na mapie. Chodzi mi przykładowo o to, że często zapuszczałem się do jakiejś jaskini i gdzieś w końcowej pieczarze napotykałem zbyt silnych przeciwników. No i chciałem sobie to jakoś oznaczyć. Przydałby się notes gdzie można by zapisać: "W tej jaskini dostałem porządny łomot od magów". Szkoda, że tego nie ma, choć w wielu grach jest.
No ale całościowo gra się broni. I to bardzo twardo. Warto, jeśli ktoś lubi swobodę i ładne obrazki, krajobrazy.
No to teraz wystarczy dowiedzieć się ile osób posiada PS4, PS5, XBOX-y i komputery, które udźwigną wymagania i podzielić przez 13 milionów.
Coś czuję, że popularność Cyberpunka w takim ujęciu będzie szokująco niska. A całe zło tej gry polega na tym, że to nie jest kolejny Wiedźmin i że akcja osadzona jest w uniwersum sci-fi. A przecież każdy dobry Polak wie, że Polska to kraina fantasy :D
Grałem przez chwilę, ale szybko dostałem bęcki i dałem sobie siana. Wolę sobie poskakać w Dishonored, albo połazić po krzakach w Oblivionie.
Spoko, fajny serial, fajny Geralt - wszystko fajnie. Ale daleko nie zajedziemy jeśli będziemy się jarali zapiskami ze scenariuszy. Niedługo pojawią się newsy, że koń Geralta będzie srał twardą kupę, a nie miękką. Albo że Yennefer woli się pukać od tylca, a nie na misjonarza.
Czego to ja się nie nasłuchałem o tej grze.
Że fabuła, że grafika, że akcja.
No i niby wszystko to jest, a jednak coś mnie od tej gry odrzuca. Może ta pompatyczność, może cała ta fabularyzacja strzelaniny? Sam nie wiem.
O wiele przyjemniej grało mi się w Wolfensteina z 2009 r. Wtedy ogrywałem po 2-3 godziny dziennie. Przy New Orderze siadam sobie na godzinkę co dwa-trzy dni.
Nie zassało mnie, nie czuję większej immersji.
Oczywiście wszystko jest tutaj dopieszczone, grywalność jest świetna, wszystko leci do przodu, łojenie nazioli to czysta frajda, ale jednak mimo to... czegoś brakuje (albo czegoś jest w nadmiarze).
Co mi się podoba? Blazkowitz! W końcu zyskał jakąś duszę, jako żywo przypomina Tila Schweigera z Bękartów Wojny. Ogóle fajni bohaterowie, ciekawy system motywowania, kolekcjonowania trofeów, itp.
Jednak w kategorii strzelanek zdecydowanie przegrywa z Bioshockami czy Dead Space'ami.
To chyba moja pierwsza gra w jaką dane mi było zagrać. Miałem 22 lata. Wcześniej nie grałem w nic. I pamiętam, że bardzo miło mi się grało. Miałem wrażenie, że grafika jest przepiękna.
Z dzisiejszej perspektywy potwierdzam: to było tylko wrażenie ;)
Myślałem, że po Bioshockach i Dishonored bedzie musiało sporo czasu minąć, abym znów poczuł głęboką immersję w jakiejś grze.
A tu proszę, nawet się nie obejrzałem jak na liczniku minęło 35% gry.
Wolfenstein to bardzo przyjemna strzelanka. Początkowo może zapowiadać nudną siekaninę, ale z czasem się rozkręca i potrafi naprawdę mocno zaangażować. (Dishonored w pierwszej misji też nie zapowiadał karuzeli możliwości, które się później pojawiły).
O dziwo, całe to zbieranie "worków" ze złotem, czy figurek potrafi wciągnąć, wchodzenie do kolejnych zrujnowanych domów nie raz zaskakuje.
Niestety jako staroszkolny fan RPG zawsze będę ubolewał nad brakiem otwartego świata i opcji prowadzenia rozmów.
Niemniej Wolenstein to naprawdę kawał dobrego strzelania, w sam raz na odstresowanie się po męczącym dniu. Osobiście ogrywam 1-1,5 godziny dziennie i czuję, że to mi wystarczy. Za tydzień, góra dwa Wolfenstein będzie już miłym (naprawdę miłym) wspomnieniem.
Godzinę temu ukończyłem grę i prawie się poryczałem, że to już koniec. Potem zerkam w opcje, patrzę i widzę, że mam... Definitive Edition.
Na Młot Moradina! - wykrzyknąłem i już ogrywam dodatek The Knife of Dunwall.
Dishonored jako całość to po prostu arcydzieło. Klimat, fabuła, swoboda działania. Szczerze mówiąc jestem fanem gier RPG i jeśli chodzi o skradanki, to moja przygoda z tą odmianą rozpoczęła się zakończyła na pierwszej części Assassin's Creed (odbiłem się od tego tytułu jak od ściany). Natomiast Dishonored porwało mnie całkowicie. Czuć tutaj wyraźnie, że to robota Bethesdy. Momentami ma się wrażenie, że człowiek jest w świecie jakiegoś techno-Obliviona.
Ogólnie cud-miód-malinka, na pewno zagram jeszcze raz.
Nie wiem, jak Wam, ale dla mnie Vin Diesel i Michelle Rodriguez zdecydowanie gryzą się ze stereotypowym obrazem maniaka papierowych RPG.
Na ogół ukazuje się ich jako ciapowatych świrów i nieudaczników z długimi włosami. A tu proszę: łysy kark i twardzielka. Jak Minsc i Jaheira
A jak dla mnie Bioshock - w sensie całego tego dziwacznego świata - to gotowy materiał na film albo jakiś miniserial.
A co do gier:
- Bioshock - 10/10
- Bioshock 2 - 9/10
- Bioshock: Infinite 11/10 :D
Universum Bioshocka jest niesamowite. A Rapture... cóż, Rapture znowu mi to zrobiło. Pochłonęło bez reszty, wessało w paszczę obłędu i groteski i trzyma mocno, nie wypuszcza.
Więcej takich gier! Więcej!
Fakt, akurat tak mi się złożyło, że zacząłem od Metro 2035, ale akurat można ją czytać niezależnie od 2033 i 2034.
I już wiem, że dwie poprzednie nadrobię.
No a samą grę zacząłem od Last Light i nie skończyłem, ale już mam zainstalowane Metro 2033 Redux i może nawet dzisiaj zejdę do podziemi.
Fajna gra, przypomina mi Divine Divinity. I samo to sprawia, że dobrze się gra. Kwadratowy i toporny RPG, ale i tak mi się podoba.
Od dłuższego czasu zastanawiam się na kupnem planszowej wersji "Na skrzydłach", ale na razie sobie odpuszczę.
Graficznie to wygląda przepięknie.
Z jednej strony ta gra jest ciekawa, z drugiej nudna jak flaki z olejem. Poza tym poziom trudności jest dziwaczny. Na początku jest banalnie łatwo, nie wiadomo co robić z apteczkami i solami, więc podkręciłem poziom na TRUDNY. I wtedy przez chwilę było okay. Potem jednak okazało się, że jest za trudno, bo coraz częściej ginę (pomimo ciągłego ulepszania broni i wigorów!!!).
Więc pytam: po co te wigory i nowa broń, skoro można w ustawieniach po prostu zmienić trudność gry?
Poza tym wszystko jest git. Grafika, muzyka, klimacik, itp. Nie widzę żadnych pozytywów jeśli chodzi o Elisabeth. Właściwie to plącze mi się pod nogami i najchętniej wpakowałbym jej petardę w du*pę, żeby dała mi spokój, no ale cóż... fabuła musi się domknąć.
Jestem w 3/4 gry (rozdział 30) i właśnie dostaję bęcki od ducha Lady Comstock. I szczerze mówiąc nie pali mi się, aby kończyć tą grę.
Poza tym zauważyłem syndrom splątania: po jakimś czasie latam gdzie się da, zbieram znajdźki jakie tylko można, obracam kamerą na wszystkie strony, nawet już nie słuchać voksofonów, tylko biegam jak debil i strzelam do wszystkiego, co się rusza.
Brakuje też mapy. Jest tylko ta strzałka. Za to lokacje na plus, są ładne, kolorowe.
A mnie się wydaje, że jeśli już uczniowie mieliby zająć się "This war of mine" jako lekturą, to lepsze by były sesje gry planszowej. Szkoła mogłaby kupić kilkanaście egzemplarzy gry (koszt to ok. 3500 zł). Można by podzielić klasę na 2-3 osobowe grupki i w ten sposób spędzać nudne godziny w szkole.
Bo opcja elektroniczna jest może i bardziej atrakcyjna wizualnie i łatwiejsza w zrozumieniu zasad, ale z pewnością mniej integrująca.
Tymczasem rząd zamiast wyciągać młodzież z wirtualnej rzeczywistości, zamiast zachęcać do kontaktów bezpośrednich robi coś odwrotnego.
Jeśli chodzi o sam pomysł - brawo dla rządu!
Jeśli chodzi o wykonanie - nie do końca.
Pomocy, jestem w rozdziale 13 i nie wiem jak przejść tego dziadowskiego kraba. Używam kinezy, a on i tak się uwalnia. Niech mi ktoś pomoże, bo szlag mnie trafi. Przeszedłem obie części i nie chcę utknąć na końcówce trzeciej.
Za rozdział 5 ocena mocno idzie w dół. Po czterech fenomenalnych rozdziałach w piątym zaczyna się tępy hack'n'slash, jak w Diablo. Po prostu wiedźmin idzie i rąbie potwory, co jakiś czas zamieniają dwa zdania z jakąś postacią.
No a potem jeszcze ten śmieszny Kościej. Serio? Jedynym sposobem, aby to badziewie pokonać jest latanie wokół kolumn jak jakiś debil. I wiecie co? Odechciało mi się przez to grać. Nagle w piątym rozdziale pojawiają się jakieś mutanty, nie wiadomo skąd. Po prostu nagle są i w dodatku są mega-mocne. Jakieś ogary... skąd to cholerstwo w ogóle się wzięło? Że niby Salamandra prowadzi eksperymenty? No dobra, ale grając w rozdział 5 czułem się jakbym zaczął jakąś inną grę, jakieś Fable albo coś.
Zawiodłem się. Myślałem, że będzie konsekwencja, a tu całkowita zmiana konwencji. Szkoda.
A mnie cieszy, że fantasy i szeroko rozumiana fantastyka rozpychają się na salonach i rządzą po królewsku.
Kocham tą grę. Bardzo miło ją wspominam. Niesamowicie łączy typową rozgrywkę hack'and'slash z głębokim, treściwym RPG spod znaku Baldur's Gate.
Dialogi nie są wprawdzie dość ubogie - nie ma co marzyć o ścianach tekstu a la Planescape: Torment, czy Tyranny - ale reszta jest wręcz cudowna.
Są notatki, księgi do poczytania, mnóstwo broni i przedmiotów. Wszystko można podnieść, przenieść, niszczyć beczki. Wszędzie walają się rozmaite znajdźki - od złota, przez odzież, jedzenie, mikstury, czy zwykłe śmieci.
Dzięki portalom możemy się przenosić po wielkim świecie. Łazimy po cudzych domach, po katakumbach, odwiedzamy karczmy.
Co ważne, fabuła jest bardzo ciekawa. Z jednej strony typowa (jesteś zbawcą świata), a z drugiej gra potrafi nieraz zaskoczyć. Do tego dochodzi absolutnie cudowna muzyka autorstwa nieżyjącego już Kirilla Pokrovsky'ego :(
Oczywiście trzeba pamiętać, że Divine Divinity liczy sobie już 17 lat, więc to RPG starej daty, ale mimo to zachęcam i młodszych graczy. Przejście zajmuje kilkadziesiąt godzin (na pewno powyżej 50) i każda chwila z Divine Divinity jest bezcenna.
Nie wiem co sądzić o tej grze. Z jednej strony jest bardzo klimatyczna i wciąga, ale z drugiej strony szybko nudzi. A powodem jest notoryczne dostawanie łomotu od wrogów. Nie chce mi się ogrywać tej gry aż w końcu zajarzę jak grać. Wolę sobie po raz setny przejść Gothica i bez problemu, dla rozrywki zatłuc pierwszego ścierwojada ;)
Nieco zniesmaczony tego typu grami (zbyt szybko się nudzą) tutaj zostałem mile zaskoczony. Chciałem tylko sprawdzić jak to wygląda i o co w tym chodzi. I oto moje wnioski:
- proste zasady
- ładna stylistyka (fantasy + humor + bajkowe grafiki)
- ciekawe wątki fabularne, które urozmaicają rozgrywkę
- możliwość wyboru drogi (można dzięki temu ograniczyć spotkania z potworami lub bossami)
- ... ponieważ potwory, a zwłaszcza bossowie - nie wspominając o ostatnim bossie na danej drodze - potrafią dać w kość.
Nie udało mi się pokonać ostatniego bossa 3 razy. Dopiero za czwartym razem mi się udało.
Jak na rogalika fantasy z elementami RPG i dungeon crawlera gra naprawdę daje rade.
Zapomnieliście o kilku serialach z dość mrocznym klimatem:
- Stranger Things
- Terror
- Too old to die young (jeśli ktoś lubi Drive z Goslingiem, to ten serial jest dla niego)
- Castle Rock
No i oczywiście to, co inni tutaj piszą, czyli Dark, Twin Peaks.
Taboo nie jest zwykłym, przygodowym serialem. Przecież są tak wątki magii, a do tego klimat jest mroczny i ciężki.
Miałem to samo. Dwa razy podchodziłem. Najpierw jakieś 3 lata temu, potem może rok temu, no i teraz, kilka dni temu.
I teraz jakimś cudem weszło. I to dobrze weszło, z mocą. Szczerze Ci powiem, że jestem w szoku jak dobrze się w to gra. Wcześniej uważałem Wiedźmina za to totalny shit ;)
Trzy razy podchodziłem do 'Wiedźmina'. I właśnie ten trzeci raz był przełomowy. Wcześniej coś mnie odrzucało od tej gry. Teraz się zastanawiam jak mogłem być tak głupi.
Ta gra jest po prostu obłędna. Graficznie i dźwiękowo bardzo mi przypomina pierwszego/drugiego Gothica. Te wszystkie zapętlone teksty wypowiadane przez nieistotnych NPC w osadach. Albo muzyka... ten flet, czy obój - po prostu wyjęty z Gothica.
Świetna fabuła i zwroty akcji. Dobra polonizacja. Nie ma poprawności politycznej i często sypią się wulgaryzmy (Ta kurwa, wiedźma, chyba ma na mnie ochotę). Dużo przedmiotów, dużo dupereli do zbierania. Emocjonujący - choć dość monotonny - system walki, który na szczęście jest urozmaicony znakami i różnymi efektami.
Bardzo dobry rozwój postaci - jest co wybierać i można pokombinować. No i świat. Wielki i urozmaicony.
Jedyne wady:
- mała czcionka
- niewidzialne ściany.
Poza tym - mistrzostwo. 9/10
PiS gra politycznie. Doskonale wiedzą, że ACTA 2 musi i będzie zastosowana. W praktyce ich sprzeciw nie ma żadnego wpływu. Ale kilka procent przed jesiennymi wyborami wpadnie. I o to właśnie chodzi. O polityczny lans pod znakiem wolności w internecie.
Kiedyś chciałem pograć w Dungeon Siege I. Spodobała mi się toporna grafika przypominająca trochę grafikę z Gothica. No ale pech chciał, że obraz skakał i po ekranie latały jakieś smugi. Nie dało się grać, więc odinstalowałem.
Potem przyszedł czas na Dungeon Siege II, ale po odpaleniu stwierdziłem, że gra ogranicza się do rąbania wrogów. A tego nie lubię. Tzn. lubię, lecz tylko kiedy jest w tym coś jeszcze. Jakaś ciekawa fabuła, klimat, coś do poczytania, dużo przedmiotów, z którymi jest duża interakcja, itp. A tego w Dungeon Siege II brakowało.
Niezbyt zachęcony sięgnąłem po Dungeon Siege III i... to był strzał w dziesiątkę. Gra ma w sobie coś, co wciąga. Jest ładna wizualnie, kojarzy mi się z Risenem 2 (nie wiem dlaczego, może przez te smaczki muzyczne?).
Sterowanie faktycznie jest do kitu, ale poza tym jest w porządku. Brakuje tylko przedmiotów, z którymi można by coś porobić. A przecież można zrobić hack and slasha, w którym jest wysoka interakcja (np. seria Divinity).
Dobrze wypadają dialogi. Nie ma ich wiele, ale w kluczowych momentach są. W dodatku nie są przegięte, jak np. w Planescape Torment, ani zubożałe, jak w Diablo. Przypominają trochę dialogi z Dragon Age, ale co ważne kwestie mówione przez bohatera nie są odbiciem tego, co jest napisane. Czyli rozwiązanie podobne do tego z Mass Effecta (choć mogę się mylić).
Bossowie są dość trudni. Teraz utkwiłem na wiedźmie. Vera bodajże, trudno babsztyla wykończyć.
Podoba mi się też interfejs. Litery są duże, okna zadań i ekwipunku czytelne, nie ma milionów statystyk. Wszystko jest prościutkie. I za to plus.
Muzyka bardzo dobra, klasyczne fantasy-music z lekką fazą a la Risen 2.
To chyba trzeci, po Divine Divinity i Diablo II, hack'n'slash, który naprawdę mnie wciągnął.
Znowu. Bioshock znowu to ze mną zrobił. Po cz. 1 myślałem, że żadna gra nie opęta mnie w takim stopniu. Dead Space był bardzo blisko, ale Bioshock 2 to zrobił.
Co tu dużo gadać: druga część to po prostu ten sam Bioshock, co kiedyś, tylko że z lepszą grafiką i bez efektu WOW, który towarzyszył poprzedniczce.
Udźwiękowienie, zachowanie wrogów. Ogólny klimat paranoi i jakiegoś podwodnego obłędu. Poczucie klaustrofobii, no i... relacja tatusiów z siostrzyczkami. I jeszcze muzyka. Jest tam taki motyw, grany na jakichś skrzypcach (ten sam motyw jest w intro, kiedy pojawia się siostrzyczka)... ciary na plecach, a w oczach łzy wzruszenia. I właśnie to jest siła tej gry: EMOCJE.
Dam tylko pół punktu niżej, ponieważ wydaje mi się, że druga część jest ociupinkę łatwiejsza, niż pierwsza.
Gra jest świetna. Oczywiście po jakimś czasie może się znudzić, ale taki już urok RPGów rozpisanych na kilkadziesiąt godzin. Dlatego najlepiej jest tę grę dawkować i grać kiedy "czujesz, że musisz".
Bardzo mi się spodobały te wstawki fabularne, np. przy wspinaniu się na ścianę lub rozbijania muru. Są dobrze udźwiękowione i przywołują wspomnienia o starych papierowych RPGach z kostkami i MG.
Udźwiękowienie w ogóle jest tutaj na wysokim poziomie. Podobnie grafika. Fajna jest też opcja ukrywania się z możliwością utrzymania normalnego tempa chodzenia. Tzn. skradając się w normalnym trybie idzie się wolno, ale można przyspieszyć chodzenie i wtedy skradanie przebiega tak szybko, jak normalny ruch. No i dużo frajdy sprawia ukrywanie się z czujką w postaci żółto-czerwonego oka.
Fabuła jest... klasyczna, ale czuje się tutaj pewną dojrzałość. To nie są brednie w stylu "jesteś mesjaszem, a twoją rolą jest ocalenie świata". W 'Pillarsach' jest wiele różnych wątków i bywają one naprawdę ciekawe i dojrzałe. Nie ma też tak dużo czytania, jak np. w 'Tyranny', czy 'Palenscape: Torment', choć dialogi nie są też ubogie, jak chociażby w 'Icewind Dale'.
Na plus zaliczyłbym też ograniczoną ilość walki. Nie ma tutaj chodzenia i łupania wrogów. Z pewnością nie jest to hak end slesz ;) Za to duży nacisk położony został na opcje dialogowe, lecz jak wspomniałem nie chodzi o ich ilość, lecz o wpływ umiejętności i współczynników na wybór opcji dialogowych i osiągnięcie sukcesu lub porażki podczas rozmów z różnymi ludźmi. A tych jest tu całkiem sporo.
Na pewno warto zagrać w 'Pillars of Eternity', bo mówiąc szczerze to taki nowy, świeży i konkretnie napompowany nowościami 'Baldur's Gate'.