Siedzieli we czterech, przy stole w stróżówce. Trzech zaufanych strażników i Gutrim, który swoją niedźwiedzią posturą wypełniał niemal połowę pomieszczenia. Oddziałowy mag przebywał akurat u kapitana, zdając relację z wyprawy Angry, ale sierżant był pewien, że poradzą sobie bez niego. Pośrodku dębowego stołu leżał wymięty list od porucznika, którego treść każdy z nich znał już niemal na pamięć. Siedzieli tak od ładnych paru godzin, rozważając różne możliwości.
Każda wydawała się równie zła.
Gutrim przetarł zaczerwienione oczy. Jednym haustem dopił miód i trzasnął rogiem o blat, wytrącając towarzyszy ze stuporu.
— Dobra, panowie — powiedział — nie ma co gdybać. Wszyscy wiemy, że wyjście jest tylko jedno.
— Rozumiem — mruknął siedzący najbliżej. — A list?
— Spalić.
***
— Łachudry! — darł się khajiit, którego dwóch strażników z trudem ciągnęło w stronę lochu.
Kocur zapierał się, rył bosymi stopami po bruku i robił wszystko, aby utrudnić strażnikom zadanie. Wokół więzienia zebrał się mały tłumek gapiów. Kupcy, dzieci i żołnierze obserwowali pojmanych, osłaniając oczy dłońmi.
Pokazywano ich palcami, wyśmiano, opluwano.
— Sha’anks nie tak się z wami umawiał! Umowa była! Umowa to umowa! Sha’anks nie pójdzie i już!
— Nikt z nas się z wami, wycierusy, nie umawiał — warknął brodaty strażnik i pacnął go otwartą dłonią w tył głowy.
Cofnął się w ostatniej chwili, ratując twarz przed wyciągającymi się w jej stronę szponami. Zadźwięczały naprężone łańcuchy, khajiit zachwiał się. Zasyczał groźnie, obnażając długie kły.
— Sha’ans, daj spokój. To nie ma sensu.
Micareth zachowywała wyniosły spokój. Szła z wysoko uniesioną głową. Jej usta zacisnęły się w wąską kreskę i tylko oczy z pogardą przesuwały się po twarzach zebranych.
Khajiit prychnął, ale uspokoił się. Zmiana jego zachowania wyraźnie wydała się strażnikom podejrzana.
— Przyrżnąć mu? Panie sierżancie?
Gutrim pokręcił głową.
— Spokojnie chłopcy, później się nimi zajmiemy. Wrzućcie ich do najgłębszego lochu. Razem, niech się jeszcze trochę nacieszą swoim towarzystwem, zanim pomówi z nimi kat.
Odpowiedział mu zgodny rechot podkomendnych.
***
Cela znajdowała się głęboko w podziemiach strażnicy. Podłogę pokrywała sterta gnijącego siana, w którym zadomowiła się rodzinka szczurów. Z sufitu kapała woda, spływając wąską stróżką przez kratę w podłodze. Za cały wystrój więzienia służył stołek, dwa poobijane, cynowe kubki oraz wiadro służce za nocnik. Pojedynczą pryczę zajmowała Micareth. Siedzieli w ponurym milczeniu, każde z nich pogrążone we własnych, ponurych myślach.
— Pssst, tutaj!
Zazgrzytał klucz przekręcany w zardzewiałej kłódce i po chwili krata prowadząca do ścieku uniosła się i oparła o ścianę. W powstałej dziurze pojawiła się umorusana twarz Gutrima. Olbrzymi nord ledwo przecisnął głowę przez wąskie przejście.
Łuuup!
Sha’anks przygrzmocił mu w łeb pierwszym przedmiotem, który wpadł mu w ręce. Cynowym kubkiem. Metal zabrzęczał i odkształcił się wyraźnie. Gutrim syknął zaskoczony i na chwilę zniknął pod ziemią.
Micareth pokręciła głową z dezaprobatą, ale nic nie powiedziała. Nachyliła się i zajrzała w głąb tunelu.
— Pokój! — wyszeptał nord z głębi. — Wiem, że zasłużyłem, ale jestem tu, żeby wam pomóc. Na bogów, kocie! Tędy, tylko cicho! I szybko!
— Co? Jak? Ale… dlaczego?
— Wyjaśnię wam po drodze, chodźcie już!
Micareth spojrzała na Sha’anksa.
— Myślisz, że możemy mu zaufać?
Khajiit wzruszył ramionami, po czym gładko zeskoczył w ślad za strażnikiem.
***
— Nie będziecie mieli z naszego powodu problemów?
— Gutrim wyszczerzył zęby w paskudnym uśmiechu.
— Od dawna piszemy do kapitana, że trzeba wymienić kraty w ściekach, bo kłódki w tych pamiętają jeszcze przybycie Ysgramora. Niczym się nie martwcie, my sobie poradzimy, wszystko mamy na papierze. To Beinard będzie miał problem, że z powodu jego skąpstwa uciekła nam dwójka groźnych kryminalistów. Jesteśmy na miejscu.
Minęli zakręt i ujrzeli światło kolejnych pochodni, trzymanych przez strażników. Stalowe drzwi były uchylone, zimny, rześki wiatr rozganiał smród kanałów. Powiew wolności.
— Droga wolna — mruknął pierwszy. — Powodzenia.
Drugi wręczył im po burym płaszczu, długim kiju podróżnym i prostym mieczu.
— A, jeszcze jedna sprawa — Gutrim zdjął z szyi mosiężny klucz i podał go Micareth. — Porucznik pisał w liście, że wiele wam zawdzięcza. W gospodarstwie niedaleko stąd zakopaliśmy kuferek, który ludzie Beinarda skonfiskowali kiedyś przemytnikom skoomy. Znajdziecie tam trochę złota i całkiem sporo kosztowności. To za pomoc kapitanowi. Kierujcie się prosto na południe, aż traficie na farmę z wiatrakiem. Szukajcie znaku na grządce marchwi.
Pchnął ręką drzwi.
— Powodzenia. Postaramy się kupić wam jak najwięcej czasu. Uciekajcie ze Skyrim i więcej tutaj nie wracajcie.
— Sha’anks i tak miał dosyć tej krainy — mruknął kocur, którego myśli krążyły już wokół zakopanego na farmie skarbu i stosu słodkich bułek, który sobie za niego kupi.
Odeszli i po chwili ich cienie pochłonął mrok.
Micareth wysunęła się naprzód z gotową do użytku bronią. Nie uszła nawet kilku kroków. Kątem oka zauważyła, jak Sha’anks się zatrzymuje, ryjąc bruzdy w luźnym żwirze zalegającym dno korytarza. Przystanęła, gotując się do walki. Przygotowana była na wszystko. Atak wampirów, falmerów czy nawet jaskiniowych grzybów, które w tym przeklętym miejscu równie dobrze mogły okazać się krwiożerczymi zabójcami. Była gotowa na wszystko, tyko nie na widok kocura grzebiącego w kieszeni, ze wzrokiem utkwionym w walczącą parę.
Khajiit najwyraźniej znalazł to, czego szukał, bo krzyknął tryumfalnie. Zamachnął się i mrużąc jedno oko cisnął swoim znaleziskiem w stronę wampirzycy. Zafurkotało, powietrze przecięła rozmazana, biała smuga. Nieprzytomny człowiek prawie zsunął mu się przy tym z ramion.
Sha’anks podskoczył kilkukrotnie, poprawił uchwyt, jakby dźwigał na barkach nie ciało, a worek ziemniaków i nie czekając na nią, kontynuował ucieczkę.
Micareth domyśliła się, czym był pocisk i aż sapnęła z niedowierzania. Dogoniła khajiita, który zwolnił zdecydowanie i dyszał coraz głośniej.
— Sha’anks — zauważyła zgryźliwie — to z czosnkiem na wampiry, to są wiejskie brednie. Jak niby, twoim zdaniem, miałoby to działać?
— Sha’anks wie — wysapał kocur. — Wie i dobrze rozumie, że to brednie. Ale nawet wampir zmyli krok, jak dostanie w czoło główką czosnku. Sha’anks uważa, że dla rozpędzonego topora taka chwila zawahania powinna wystarczyć. Uhh, może Micareth łaskawie pomoże biednemu Sha’anksowi? Sha’anks nie został stworzony do dźwigania klocowatych urzędników.
Uciekali krętymi korytarzami, a Micareth co jakiś czas pomagała w dźwiganiu nieprzytomnego człowieka. Ten wcale nie chciał współpracować. Kolebał się na plecach khajiita, zsuwał i co rusz zaczepiał o coś którąś z kończyn. Wojowniczka doszła do wniosku, że jeśli nieborak będzie miał szczęście i dożyje końca szaleńczej eskapady, to jego ciało zmieni się w jeden wielki, obolały siniak.
Kluczyli i krążyli, za wszelką cenę starając się uniknąć walki. Czuli, że zamiast zbliżać się do powierzchni, coraz bardziej zagłębiają się w plątaninę tuneli i jaskiń.
Micareth, skupiona na tym, aby nie skręcić kostki na nierównej powierzchni, prawie wpadła na Sha’anksa, który zatrzymał się raptownie.
— Pssst, uwaga! — syknął khajiit, wyszczerzając zęby. — Tam, przed nami.
Znaleźli się u wylotu obszernej jaskini. Naturalna grota wykorzystywana była przez grupę ślepych falmerów jako obozowisko, albo coś, co określić można było mianem osady. Micareth widziała skupisko skórzanych namiotów rozstawionych wokół huczącego ogniska. Na rożnach opiekały się kawałki podejrzanie wyglądającego mięsa. Pod przeciwległą ścianą ulokowano rząd zagród, w których najwyraźniej pasło się kilka jaskiniowych stworzeń.
Musiała akurat trwać pora posiłku. Większość ślepych stworzeń krążyło w pobliżu ognia, dorzucając chrustu i doglądając mięsiwa. Tylko kilku uzbrojonych wartowników krążyło u wylotu sąsiednich tuneli, kolebiąc się swoim złudnie nieporadnym krokiem.
— Wycofujemy się? — spytała, obserwując jak jeden ze strażników przechodzi w ich pobliżu. — Wybierzemy inny korytarz, nie damy rady wszystkim.
— Nie — zaprzeczył kocur zdecydowanym głosem. — Oczy Sha’anksa wypatrzyły światło. Tam, widzisz? Światło słońca.
Spojrzała we wskazane miejsce i poczuła, że w ustach zaschło jej z wrażenia. U szczytu jaskini widniała szczelina, przez którą przesączały się promienie porannego słońca. Do wyjścia wiodła wąska ścieżka tuż przy samej ścianie jaskini. Jej początek znajdował się dokładnie między nimi a falmerską osadą. Micareth zdała sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy i uśmiechnęła się szeroko.
Ścieżka była niestrzeżona.
— Damy radę?
Khajiit prychnął. Przerzucił urzędnika przez plecy, po czym ruszył jako pierwszy.
Taka odpowiedź w zupełności jej wystarczyła.
Posuwali się naprzód, skradając się, klucząc i uważając na każdy czyniony krok. Kocur, nawet obciążony dodatkowym balastem, poruszał się bezszelestnie. Micareth robiła co mogła, aby mu dorównać. Mogło im się powieść. Nie towarzyszyła im elfka, ani potężny i niezgrabny nord. Było to okrutne myślenie i Micareth zdawała sobie z tego sprawę, ale nic nie mogła na to poradzić. Właśnie dzięki temu mieli szansę.
Prawie im się udało.
Byli już w połowie ścieżki i Micareth zaczynała mieć nadzieję, że wszystko skończy się dobrze, kiedy rozległo się donośne jęknięcie i nieprzytomny mężczyzna uniósł głowę. Zaskoczony khajiit upuścił go na ziemię.
— Co? Zzie ja jezzdem? — spytał urzędnik, wodząc wokół siebie rozbieganym wzrokiem. — Raaatuu… — zaczął krzyczeć, ale nie dane mu było dokończyć.
Łuuup!
To Sha’anks wyrżnął mu w potylicę rękojeścią noża. Oczy uciekły mężczyźnie w głąb czaszki, ciało ponownie znieruchomiało.
— No co — spytał, widząc minę wojowniczki. — Sha’anks go nie zabił, tylko uciszył. Chyba.
Rozległ się świst i w następnej chwili strzała z trzaskiem odbiła się od kamiennej ścieżki. Krzemienny grot skrzesał pęk iskier.
— Bierz go i w nogi! — krzyknęła.
Wybuchły skrzeki i gardłowe nawoływania. Zaalarmowani falmerowie odrzucali obgryzane kości i chwytali za broń, by zaraz ruszyć śladem intruzów.
Rzucili się do ucieczki. Gnali w górę, z każdym krokiem zbliżając się do światła. Ale falmerowie byli szybcy. I znajdowali się na własnym terenie. Micareth słyszała zbliżające się kroki. Obejrzała się za siebie i w ostatniej chwili cięła kreaturę, która próbowała skoczyć jej na plecy. Drugi ze stworów zgiął się w pół, ukłuty ostrzem rapiera prosto w szyję. Widziała, jak coraz więcej falmerów wybiega z namiotów i rusza ich śladem.
Strzały świstały w powietrzu, odbijały się od ścian i sufitu. Jedna z nich głęboko rozcięła ramię khajiita, który zachwiał się, ale nie zmylił kroku.
— Sha’anks, szybciej! — poganiała khajiita, który wyraźnie opadał z sił. — Już prawie…
Wypadli na zewnątrz.
Micareth zachłysnęła się świeżym powietrzem, straciła równowagę i zsunęła się w dół łagodnego zbocza, śladem Sha’anksa i urzędnika.
Falmerowie wysypali się na zewnątrz, sycząc gniewnie. Oddział krążył przez chwilę niepewnie przy wejściu do jaskini. Przyzwyczajeni byli do mroku jaskiń i nocnych polowań. Czuli na skórze parzące promienie słońca, ich blask ranił ich ślepe oczy. Powarkując i sycząc, posłali w stronę drużyny kilka ostatnich strzał, po czym pojedynczo, po dwóch, wrócili z powrotem do bezpiecznych mroków jaskiń.
Sha’anks, Micareth i ich nowy towarzysz byli wolni.
— Nie chcę nikogo poganiać — rozległ się nieco zrzędliwy głos Micareth — ale może mi pomożecie, co?
Grimes zamrugał i spojrzał na kobietę, która obstukiwała głowicą miecza filar podtrzymujący kamienny strop. Z sufitu, naruszonego zębem czasu i niedawną walką, sypał się pył i drobne kamienie. W blasku fosforyzujących grzybów widać było długą szczelinę, która powstała w kamieniu.
Porucznik w lot pojął zamiary wojowniczki.
— Posuń się, ja to zrobię — rzekł, a gdy kobieta odsunęła się w bok, zacisnął zęby, zaszarżował i wyrżnął barkiem w kamienny słup.
W oczach mu pociemniało, rany zapiekły żywym ogniem, ale rozległ się satysfakcjonujący trzask i skalny naciek pękł. Rysy zaczęły się powiększać i łączyć, kamień osuwał się z chrzęstem.
— W nogi, w głąb korytarza! — zarządził, po czym, zataczając się, ruszył w ślad za drużyną.
Ziemia zadrżała, rozległ się łoskot walącego sufitu. Owionęła ich fala kamiennego pyłu, która na kilkanaście uderzeń serca przesłoniła światło. Gdy łoskot ucichł, Grimes usłyszał czyjś rozpaczliwy kaszel. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to kaszlał on sam, starając się oczyścić płuca z kurzu. Odchrząknął, splunął i mrużąc podrażnione oczy, rozejrzał się wokół.
Jego drużyna, nieco obita i posiniaczona, zbierała się do kupy. Micareth rozglądała się wokół, szukając miecza, siedząca na kamieniu Vera wysypywała piach z butów. Sha’anks ostrożnie obmacywał ogon, mrucząc pod nosem przekleństwa w swoim języku. Wszyscy byli cali, nawet jeśli nie do końca zdrowi.
Grimes spojrzał w miejsce, z którego przyszli i uśmiechnął się z ponurą satysfakcją.
Przejście zostało odcięte.
— No i pogoń mamy z głowy. Przynajmniej na jakiś czas. Mam tylko nadzieję, że to nie był ślepy tunel.
— Sha’anks uważa, że tam musi być przejście — mruknął kot, wskazując w głąb korytarza. — Czuć wiatr i jakiś dziwny smrodek. Nie podoba się to Sha’anksowi, oj nie podoba...
— Nie ma czasu do stracenia, lepiej stąd chodźmy — zakomenderował Grimes i ostatni raz spojrzał w miejsce, gdzie, przysypane skalnym gruzem, spoczywało ciało jego dawnego podkomendnego. Ze złości zazgrzytał zębami. — Sha’anks, przestań marudzić i prowadź.
Micareth krzyknęła tryumfująco i wyciągnęła swój miecz z gruzowiska. Pedantycznie wytarła głownię w skraj płaszcza.
***
Nie uszli daleko, gdy rozległ się głos prowadzących ich khajiita.
— A fee… — kot cofnął się ze wstrętem i wskazał pod swoje nogi — Sha’anks wlazł w jakieś świecące paskudztwo.
Porucznik spojrzał na rozdeptaną jaszczurkę. Zielonkawy gad poprzerastany był kępkami fosforyzujących grzybów. Zewłok świecił mdłym światłem.
— Ta galaretka nadal się rusza — marudził khajiit — Sha’anks ma to na bucie, patrzcie.
Angra zignorował kota demonstrującego im stan swojego obuwia. Jego uwagę przykuło coś innego. Wyminął członków drużyny, którzy debatowali, pochyleni nad rozdeptanym mieszkańcem jaskiń i wszedł głębiej w korytarz, który rozszerzał się gwałtownie. Znalazł się w szerokiej grocie, której ściany pokrywały świecące porosty. Tu i tam pomiędzy grzybami przemykały jaszczurki i maleńkie, fosforyzujące pająki. Słychać było wodę kapiącą z sufitu, której krople wpadały do jakiejś ukrytej przed jego wzrokiem sadzawki.
Całą przeciwległą ścianę przegradzał mur z ciemnego kamienia i żelaza. Pośrodku niego znajdowały się metalowe wrota, jaśniejące mosiężną czerwienią w świetle rzucanym przez podziemne rośliny. Z kratki nad wejściem unosiła się smuga pary, kilka grubych rur wybiegało z ziemi i znikało w tunelach wysoko nad dnem jaskini. W jednej z nich coś monotonnie szumiało, inna stukała i trzeszczała cicho.
Grimes podszedł bliżej, a wtedy pod jedną ze ścian zaterkotało i jakiś antyczny mechanizm poruszył zastanymi tłokami. Szczęknął zamek i wrota powoli rozwarły się zapraszająco.
— Nie podoba mi się to — mruknął Angra. — I to bardzo. Gdzie my jesteśmy?
Vera, która nadeszła wraz z pozostałymi członkami wyprawy, ze świstem wciągnęła powietrze.
— Wydaje mi się — odarła powoli — że to wejście do dwemerskich ruin. No to już po nas, miło było was poznać.
Sha’anks ostrożnie podszedł bliżej i zajrzał do środka. Zjeżone futro na ogonie zdradzało, że khajiit jest poddenerwowany.
— Ej, zobaczcie co Sha’anks znalazł!
Angra, pełen najgorszych przeczuć spojrzał we wskazane przez kota miejsce. Zdusił cisnące mu się na usta przekleństwo. Wewnątrz długiego, znikającego wewnątrz góry korytarza, leżały porzucone ciała. Wędrowcy, kupcy, górnicy. Mieszkańcy Skyrim.
Wszystkie do cna wyssane z krwi.
— Chyba odkryliśmy, gdzie podziali się zaginieni ludzie — mruknął, po czym silnie zacisnął dłonie na stylisku topora. — A jedyna droga wiedzie naprzód. Za mną.
Było dokładnie tak, jak się spodziewał.
Malkontent o twarzy łasicy, bez przerwy zacierający ręce. Kilku lokalnych rzezimieszków, drobny złodziejaszek, którego strażnicy przymknęli parę dni wcześniej i utykający na lewą nogę pijaczyna.
Płotki. Hołota. Spryciarze, którzy prysną i pochowają się po lasach, gdy tylko spuścić ich z oczu. W najlepszym wypadku, ponieważ nie sądził, aby któryś z łotrów miał opory, aby poderżnąć mu gardło we śnie, pchnąć sztyletem lub zepchnąć z urwiska. Dwóch ostatnich w tej przeklętej krainie nie brakowało.
On dobrze wiedział, kogo potrzebuje. Wiedział to, zanim zszedł do zimnego lochu. Wiedział, nim jeszcze opuścił kwaterę dowódcy. Widział go tylko raz, gdy związany powrozem prowadzony był do ciemnicy. A później czytał raport z jego zatrzymania. Wiedział wystarczająco dużo, aby go wybrać.
— Ty tam, z tyłu — zawołał — podejdź i ściągnij kaptur z głowy.
Przez chwilę nie działo się nic, aż wreszcie rozległ się szczęk łańcuchów i w krąg światła rzucany przez pochodnię wystąpiła postać okutana w grubą, zimową pelerynę.
— To wy jesteście tym nekromantą, którego złapano na gorącym uczynku?
Rozległy się przekleństwa i okrzyki pełne obrzydzenia. Pozostali więźniowie prędko rozsunęli się na boki, jakby stojąca pośrodku postać była trędowata.
Obcy ściągnął kaptur, odsłaniając dwoje sterczących uszu i wydłużoną twarz porośniętą śnieżnobiałym, cętkowanym futrem. Jedno z jasnobłękitnych oczu przypatrywało się porucznikowi badawczo, drugie zakrywało bielmo ślepoty. Poszarpana blizna jasno sugerowała, w jaki sposób nieznajomy rozstał się z połową wzroku.
Khajiit uśmiechnął się drapieżnie, obnażając długie kły. Angra zauważył, że kilku bocznych zębów brakowało.
— Nie wiem, o czym pan dowódca mówi — mówił ze śpiewnym akcentem mieszkańców odległego południa.
— Wiesz, że nekromancja na terenie Skyrim jest zakazana — kontynuował, jakby nie dosłyszał słów obcego — a za przyłapanie na jej uprawianiu czeka cię śmierć? Bezczeszczenie zwłok, przyzywanie upiorów i dusz zmarłych to czyny odrażające i godne pogardy – z trudem powstrzymał się prze splunięciem.
Khajiit parsknął rozbawiony.
— Niewielu prawdziwych nekromantów zawędrowało w granice waszej prowincji, hmm? Spotkałem kilku… amatorów — bezwiednie podrapał się pazurem po długiej, świeżej ranie, szpecącej lewą stronę jego pyska. — Zapewniam was, przyjaciele, że ci zaprzestali już swojego haniebnego procederu.
Wyszczerzył kły w paskudnym uśmiechu. Angra przypomniał sobie odpowiedni fragment raportu i poczuł nieprzyjemne ciarki przebiegające mu wzdłuż kręgosłupa.
— Niewątpliwie — odburknął. — Zatrzymano cię na miejscu zbrodni.
— To było straszne nieporozumienie — w oku khajiita błysnęło rozbawienie — jestem niewinny i nie przyznaję się do niczego.
— Koniec gierek — porucznik zaczynał tracić cierpliwość. — Masz wybór: wykonasz z nami pewne zadanie, a osobiście dopilnuję, by wyjaśniono to… jak to powiedziałeś? — uśmiechnął się ironicznie — Nieporozumienie? Zawiedź, a twoja stopa już nigdy nie postanie na ciepłych piaskach Elsweyr.
Obcy zawahał się wyraźnie. Angra dał mu chwilę na zastanowienie.
— Zgoda — powiedział wreszcie. — Ale mam kilka warunków, bez których nici z naszej umowy — wyciągnął palec. — Po pierwsze, chcę odzyskać wszystkie moje rzeczy. Po drugie, będę miał wolną rękę, jeśli chodzi o metody… walki. I po trzecie: rozstaniemy się od razu, gdy tylko zakończymy wasze zadanie. Bez żadnych sztuczek. Każdy z nas, przyjacielu, pójdzie w swoją stronę.
— Panie poruczniku! — krzyknął jeden z towarzyszących mu strażników — Pan chyba nie ma zamiaru słuchać tego kota?! To przecież…
Uciszył go ruchem ręki. Przypatrywał się uważanie khajiitowi, który ani na moment nie spuścił z niego wzroku.
— Umowa stoi — zgodził się, nie zwracając uwagi na protesty swoich ludzi. — Masz moje słowo. Jak się nazywasz?
— A czy ma to jakiekolwiek znaczenie, przyjacielu?
Angra powoli skinął głową.
— Nie. W zasadzie to żadnego, kocie.
Zwrócił się do swoich ludzi.
— Zaprowadźcie go do mojej kwatery, musimy uzgodnić szczegóły.
— A co z resztą, panie poruczniku?
— Z powrotem za kraty.
W drodze na górę towarzyszyły mu protesty i gniewne okrzyki więźniów zachęcanych uprzejmie przy pomocy pałek i stylisk do zajęcia miejsc w swoich celach.
— Panie poruczniku, dlaczego właśnie ten kot? — usłyszał szept towarzyszącego mu strażnika.
Przez chwilę wędrowali w milczeniu. Wreszcie Angra westchnął i odpowiedział:
— Nie ma nic do stracenia, za to wiele może zyskać. Poza tym wydaje mi się, że może coś wiedzieć o tych zaginięciach. Na mój nos zamieszana jest w to jakaś plugawa siła. Mam przeczucie, że jego wiedza i umiejętności mogą nam się bardzo przydać.
„I coś mi się wydaje, że zrobi to z przyjemnością” — dodał, tym razem już w myślach.