Wymienię:
Łąki
Czarny las
Bagna
Góry
Równiny
Mglista kraina
Ocean
Pochwalę się.
Pokonałem konusa w 2 uderzeniach mając 5hp i krwawienie. Nie umiałem się uleczyć więc nie było innego wyjścia. W zadaniu gniazdo żmij bawiłem się i rozwaliłem cały obóz samemu :) Niestety podczas chodzenia po obozie spadłem i zginąłem
Jak walczyłem z Konusem to miałem krwawienie i chyba milimetr paska i rozwaliłem go na 2 strzały (1 z obrony).
Pro koks w kingdome come
Bohaterowie uznali, że nie było co sterczeć jak pale z ziemi. Wzięli nogi za pas. Z daleka było słychać tylko jakieś łupnięcie. Porucznika można raczej spisać na straty. Szkoda chłopa pomyślała Micareth.
Sha'anks przystanął nagle.
-Sha'anks coś usłyszał. Przyjaciółka słyszy? - szepnął khajit
-Nie ma na to czasu. Idziemy.
Szli dalej. Khajit był wyraźnie zniesmaczony. Wędrówka przez jaskinie z jakimś dziadem na ramieniu. W dodatku coś nie pasowało.
-Sha'anks ma złe przeczucia. Przyjaciółka i Sha'anks się zgubili.
-Nie chrzań mi tu. Na pewno nie, a nawet jeśli to ja nie chce wracać do tego... czegoś. Wystarczy, że Grimes został. Pewnie na zawsze. Poza tym widać światło.
Micareth przypomniała sobie o pewnej encyklopedii. Podobno khajici mają wyczulone zmysły i mogą znaleźć wyjście z każdej jaskini, ale nie wierzyła w to, choć czuła, że powinna.
-Cco? Dziee jaa? Kim wyy? Cco? - odezwał się urzędnik i zaczął wierzgać się w uścisku khajit
-Przymknij się, dobra? - syknęła groźnie Micareth.
Bodil zlękniety skulił się jakby i przytulił do ramienia Sha'anksa.
-Sha'anks nie przepada za uściskami. Pan Bodil teraz grzecznie zejdzie na ziemię i nie bedzię nas opóźniał. W przeciwnym wypadku nasz pan kolega dostanie kamulcem w gębe. Rozumie kolega?
Przestraszony urzędnik tylko pokiwał głową. W korytarzu śmierciało zgnilizną, ale nie interesowało ich to. Było widać światło. Wolność. W pewnym momencie coś przerwało ich cichy marsz ku wolności. Jakiś chrzęst. Od strony światła. Coś jakby złączenie kamienia z czaszką. Szybkie, głośne.
-Miałeś racje Sha'anks, coś jest nie tak - powiedziała Micareth z lekkim strachem. Trochę za głośno. Trochę wystarczyło, aby dźwięk rozniósł się echem po korytarzu. Usłyszeli ryk i ciężkie, szybkie kroki.
-Brakowało nam potworów. Ej Babil czy jakoś tak. Umiesz walczyć?
Urzędnik tylko pokręcił przecząco głową. Był wyraźnie przerażony. Micareth mu nawet współczuła.
-Stań za jakimś głazem, a jak zechcesz nam pomóc to nie krępuj się.
Zza zakrętu wyszedł troll. Wielki na trzy metry, oświetlonym blaskiem zachodzącego słońca, cuchnący i szpetny troll. Ryknął i rzucił się na dwójkę. Bohaterowie natychmiast dobyli broni. Już mieli odpierać trolla, gdy nagle z jego podbrzusza wyrósł miecz. Potwór zaskomlał przeraźliwie. Miecz pomału szedł w górę, aż do szyji. Troll padł na ziemię, a za nim ukazał się średniego wzrostu mężczyzna. Micareth już stała przy z nożem.
-Gadaj coś za jeden i co to miało być.
-Hola spokojnie. Jestem Duncan i mieszkam niedaleko. Uznałem, że przyda wam się pomoc. Tobie i tym dwóm. Jestem swój.
-Sha'anks coś ci nie wierzy. Cuchniesz złą magią i śmiercią.
-Jak każdy w tym miejscu. Zaraz się ściemni. Nie jest wam potrzebna pomoc przy drodze do domu?
Micareth odstąpiła od niego, ale dalej bacznie mu się przyglądała.
-Nie jest to taki zły pomysł. Do naszego obozu jest raczej niedaleko, jednak może się przydasz. Jak chcesz to chodź.
-Z przyjemnością.
Wyszli z jaskini. Zmierzchało. Jakieś dwadzieścia minut drogi dalej było widać światła obozowiska. Niebo rozjaśniała jasna pełnia księżyca.
-Sha'anks myśli, że on i przyjaciele sobie poradzą bez Duncana - powiedział Sha'anks i zamarł.
Duncan leżał na posadzce i drapał ją długimi szponami. Dyszał. Na jego ciele pojawiła się sierść. Zaczął się zmieniać w coś na kształt wielkiego wilka. Wilkołaka.
-Sha'anks... Bierz tego urzędasa i prujemy do obozu jak najszybciej - szepnęła Micareth i rzuciła się pędem.
-Sha'anks się zgadza... Nawet bardzo.
cdn
Drużyna porucznika nie czekała długo. Rychło zaczęli szukać kryjówki. Walka nie wchodziła w grę. Ledwo wyszli cało po poprzedniej bitwie, a tu jeszcze z dwa razy tyle.
-Chodźcie szybko bo nas zeżrą żywcem!-zawołała Micareth wskazując na wąski korytarz obok niej.
Po chwili biegli korytarzem. Skrzeczenie posiłków Miltena cichło z każdym kolejnym metrem korytarza. Przystanęli zdyszani. Śmierdziało pleśnią.
-Gwarantuję, że nakopię kapitanowi do rzyci - wysapał Grimes
-Mnie sie widzi, coby ruszyc rzyć zamiast kopać. Nie wiemy gdzie jesteśmy i nie chcemy skończyc jak ci tutaj - skomentowała Micareth wskazując skinieniem głowy na dwa rozłożone w połowie szczury.
-Sha'anks wyszedłby z tej przeklętej nory.
Dopiero teraz do porucznika dotarł ból wszystkich otarć, ukłuć oraz skaleczeń, lecz trzeba isć.
- Dobra, idziemy załoga. Nie ma całego dnia.
Ruszyli w głąb korytarza. Szli w milczeniu wdychając odór pleśni i zgnilizny. W pewnym momencie znaleźli sie w ogromnym pomieszczeniu.
-Sha'anksowi się zdaje, że tu nie będzie nic- rzekł khajit i spojrzal ku sklepieniu- choć, Sha'anks zmienił zdanie i radzi spojrzec w górę.
Reszta odruchowo spojrzała i chwilowo stała w osłupieniu. Na górze byly nietoperze, ale wielkości człowieka.
-Gdzie my na bogów jesteśmy- powiedziała Vera przyglądając się wampirowi, który był najbliżej ziemi. - Chwila... ja go znam. On zaginął, widziałam ulotkę przy tawernie.
- A ja tego kojarzę - zawołala Micareth z drugiego konca sali.
-Sha'anks zgaduje. Ciała znalezione, więc Sha'anks i przyjaciele idą na piwo, a potem rozstają się z Sha'anksem i idą w swoje strony, tak?
-Nie tak prędko kocie. To nie koniec. Na piwo pojdziesz jak dowiemy się co się dzieje w tym przekletym miejscu. Jednak można wyjść na górę przekazań dobre nowiny w sprawie zaginionych i niektóre złe - oznajmił Grimes myśląc o Miltenie. To był naprawdę dobry chłopak...
cdn.