Przecież to oczywista oczywistość.
Od lat zastanawiam się gdzie ludzie widzą tę "słowiańskość" w wiedźminie. Najbardziej słowiańskie to były chyba tylko gry - a to dlatego że tam zadbano o (fakt) słowiańską scenografię i architekturę.
Rdzeniem wiedźmina jest celtycka tradycja, a tak konkretnie to mit Arturiański. Tak, TEN Król Artur. Jak by to niewiarygodnie nie brzmiało, to jednak Sapkowski garściami czerpał z tamtej mitologii, a wiele wręcz zżynał bezczelnie (Rience, Cahir aeb Calleah, Rygis, Kaer Mohren, Borh, Falka, Pani Jeziora, Vivienne przykładów można mnożyć bez końca i tak, również Yeneffer której protoplastką jest Gwynfair (za "Mgły Avalonu" Marion Zimmer Bradley) czyli po polsku Ginewra.
Opowiadanie o Belletyn gdy majowy król (Geralt) spotyka majową królową (Yeneffer) to oczywista trawestacja galickiego/szkockiego majowego święta ku czci płodności la Bealltain której główną cechę Sapkowski przekornie odwrócił bezpłodnością bohaterów. Dziki Gon jest celtyckim mitem a pod koniec sagi Wiedźmin ląduje na wyspie jabłoni (Avalon). A potem Ciri najnormalniej w świecie spotyka Galahada który, tak się składa, jest na queście i szuka Graala dla swojego króla. Bardziej dosłownym już być nie można.
Saga o Wiedźminie nie jest bardziej słowiańska niż Pieśń Lodu i Ognia. A nie jestem pewien czy nie mniej. Fakt że swietne poczucie humoru, sarkazm i pewna swada, nastrój książek jest cechą charakterystyczną dla naszego kraju. Tu się zgodzę na "słowiańskość".
I jeśli po przeczytaniu powyższego diabli was wzięli (patriotyzm to zacna cecha) to nie musicie mi wierzyć na słowo - o tym wszystkim napisał już lata temu Sapkowski w swoim eseju "Świat króla Artura" (wydanym przez Supernową w pakiecie wraz z opowiadaniem "Maladie" traktującym o jednym z najsłynniejszych rycerzy - Tristanie). Polecam lekturę bo jest bardzo zajmująca.
Jak chcecie słowiańskości - to szczerze polecam Trylogię Husycką.