Zakładając, że jeżdżąc na rowerze naprawdę potrzebuje się komputera pokładowego (a nie szpanuje nim, sprawdzając, jaką najkrótszą drogą można dojechać z domu do pracy albo ulubionej budki z kebabem ^_-), to korzystanie w tym celu wyłącznie ze smartfona grozi prędzej czy później odkryciem, że siedzi się w samym środku niczego z rozładowaną baterią. Albo trzeba pilnie zadzwonić i ups, 5% zostało...
Ja właśnie po jednej takiej przykrej akcji stwierdziłem, że smartfon niech sobie siedzi bezpiecznie w plecaku albo w kieszeni na piersi, a do nawigacji wezmę co innego. Z drugiej strony nie uśmiechało mi się też wydawanie grubej kasy na komputery pokładowe z overkillem funkcji. I co? Okazuje się, że za 200-300 zł już można znaleźć coś do rzeczy - u mnie padło na Sigmę ROX 4.0, ale komuś może przypasować coś innego. Trzeba tylko oduczyć się myślenia w rodzaju "tylko garmin i nic innego".
Mam ten powerbank od mniej więcej pół roku i uważam go za bardzo udany zakup - choć przyświecał mi nieco inny cel podstawowy niż autorowi artykułu. Otóż, oprócz standardowego wykorzystania, miał on mi służyć jako zasilacz podczas pracy w terenie (jako tłumacz mogę pracować wszędzie, gdzie tylko będę miał zasięg sieci komórkowej). Duża moc i obsługa standardu PowerDelivery robiły z niego (teoretycznie) świetnego partnera dla mojego ultrabooka (Dell 7285). Jak dobra jest to kombinacja, sprawdziłem podczas 10-dniowego rodzinnego pobytu pod namiotem w Górach Stołowych - w ciągu dnia korzystanie (telefony, komputer, aparat foto, czasem latarki), a kiedy trzeba - i można było znaleźć jakieś gniazdko - doładowanie. I to się sprawdzało świetnie, żadnego zostawiania telefonu w kuchni schroniska czy przydrożnej restauracji, żadnego noszenia ładowarek! Wiem też już, że mogę spokojnie zrobić sobie dwutygodniowy wypad pieszy albo rowerowy pod namiot i zabrać pracę ze sobą na wieczory, żeby portfel się szybko nie zmęczył. ;)
Do jednodniowych wyjść z plecakiem trochę gorzej - tu poszedłbym raczej już na lekko i wziął mojego starego, ale nadal użytecznego 10Ah Green Cella, który ma tę zaletę, że rozmiarami i wagą nie przekracza gabarytów smartfona.
Tak że dla mnie konstrukcja bardzo udana, niedroga (cena 290 zł to ok. 10 zł za 1Ah, przyzwoity przelicznik) ale na pewno ciut za ciężka do noszenia na spontaniczne wypady w góry. Chyba że miałbym taszczyć ze sobą jeszcze wiele innego sprzętu i robić większy materiał foto-video.