Inferno9

Inferno9 ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

16.04.2024 10:21
1
Inferno9
10

Samaritan nie, to po prostu mapa z gry w pełnej skali z usuniętymi postaciami i przedmiotami :) Upscaling za dużo jednak psuł, a oryginalna rozdzielczość nawet pozwoliła na takie pół metrowe (na wysokość) obrazy :D

15.04.2024 19:08
😊
3
odpowiedz
3 odpowiedzi
Inferno9
10
Image

Zawsze lubiłem te zamki. Aż trzeba było je w końcu powiesić na ścianie ??

07.03.2023 20:33
odpowiedz
Inferno9
10

tempo* Panowie, tempo* :)

10.02.2022 21:47
odpowiedz
1 odpowiedź
Inferno9
10
Image

Tak tu tylko coś wstawię dla potomnych bo akurat rzuciło mi się w oczka. source: Shutterstock

24.07.2020 23:41
odpowiedz
Inferno9
10

Poleciał już ten news podsumowujący czy ja go tylko nie widzę?

08.07.2020 23:41
odpowiedz
Inferno9
10

Podróż minęła im w ciszy, przerywanej przez ciche podśpiewywanie ptaków. Słońce przysłoniły ciemne chmury, z którego niebawem miał spaść deszcz. A oni, Khajiit i wojowniczka eskortowali skrybę, mając nadzieję na to, że nie trafią na jakąś zasadzkę, gdy przechodzili przez gęsty las.

Trochę rozmyślali o Poruczniku oraz o tym, jak dalej mogła potoczyć się ich historia. Plan był prosty. Zdać raport, po którym wspólne napiją się w lokalnej gospodzie, aby na koniec rozejść się we własne strony. Przed rozstaniem chcieli jeszcze ostatnie godziny spędzić w swoim towarzystwie. Mimo wszystko przywiązali się do siebie.

Po długim marszu, w końcu przeszli przez bramę, prowadzącą do fortu, do którego się skierowali, ciągnąc za sobą zmęczonego urzędnika. W sumie nawet nie pamiętali, jak miał na imię. I chyba niezbyt ich to interesowało, ponieważ nie mieli większych powodów, aby się do niego zwrócić.

-Stop.- Syknął ostrzegawczo Khajiit, unosząc otwartą dłoń ku górze, gdy znaleźli się w ciemnym korytarzu. Jego towarzysze zatrzymali się wpół kroku, nabierając podejrzliwych wyrazów twarzy. -Sha'anks słyszy kapitana.- Jakby na potwierdzenie jego słów, kocie uszy drgnęły niespokojnie, uważnie nasłuchując.

-Skąd wiesz, jak brzmi jego głos?- Szepnęła Micareth niedowierzająco, bezgłośnie przylegając bokiem do ściany.

Długi hol prowadził do przeróżnych pokoi, do których zmuszeni byli zaglądać, szukając sierżanta. Według instrukcji Grimesa był on osobą godną zaufania i mieli nadzieję, że i tym razem nie zawiodą się na swoim byłym dowódcy.

-Sha'anks miał kiedyś z nim do czynienia...- Odezwał się kocur, opuszczając rękę.

Zgodnie z jego poleceniem ruszyli dalej, wciąż wypatrując wszelkiej maści zagrożenia. Nie wiedzieli, kto był zdrajcą, a komu można było zaufać. Dlatego, gdy w końcu odnaleźli poszukiwanego przez nich mężczyznę, ruszyli ku niemu, zamykając szczelnie za sobą drzwi.

-Kim jesteście?- Spytał, odwracając się do nich przodem w momencie, w którym to dłoń Khajiita miała dotknąć jego ramienia. Na razie był spokojny, ale wiedzieli, że wystarczył jeden zły ruch, aby skończyło się to dla nich tragicznie.

-Jesteśmy od Porucznika Grimesa.- Odezwała się szybko Micareth, oglądając się za siebie. Wydawało jej się, że klamka od drzwi delikatnie odskoczyła, zupełnie jakby ktoś najpierw ją chwycił, a po chwili puścił.

-W takim razie czemu go wśród was nie ma?- Spytał, podejrzliwie mrużąc oczy. -Poza tym, dlaczego tak się ukrywacie, skoro, jeżeli nie macie nic na sumieniu, możecie spokojnie chodzić po tymże forcie?

-Sha'anks obawia się, że to niemożliwe...- Mruknął, wyciągając zza pasa złożoną na trzy części kartkę papieru.

-Co to jest?- Gutrim chwycił zapisaną stronicę, otwierając ją i czytając jej treść.

Z każdą kolejną linijką, jego mimika się zmieniała. Na początku dominowało niedowierzanie, połączone z czymś na wzór dystansu, jakby nie wierzył w to, czyje było znane mu już pismo. Z czasem na jego twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie, które błyskawicznie przeistoczyło się w złość, gdy ten złożył list na pół.

-Nie mogę w to uwierzyć, ale... To może być prawda.- Zamyślił się przez chwilę, a przypominając sobie o obecności dawnych skazańców, spojrzał na nich. -Czego jeszcze potrzebujecie?

-Musisz zaopiekować się nim.- Micareth wskazała za siebie, w stronę urzędnika. -To też polecenie... Lub też bardziej rozkaz porucznika.

-Tak, tak, zajmę się tym i niezwłocznie poinformuję maga oddziałowego, abyśmy wspólnie mogli rozstrzygnąć co dalej.- Zerknął na papier, którym bawił się między palcami. -A właśnie.- Odwrócił się w stronę biurka, wyjmując niemały mieszek z jednej z jego szuflad. -Macie.- Podał Khajiitowi zapłatę, unosząc nieznaczne kąciki ust ku górze. -Jesteście wolni.

-Czyli to koniec?- Spytała wojowniczka, patrząc na powierzone im monety.

-Tylko raczej szybko się stąd uwińcie.- Poradził starszy od nich mężczyzna, po chwili głośno wzdychając. -Jeżeli Porucznik ma rację, a zazwyczaj tak jest, to możecie być w niebezpieczeństwie. Radziłbym nie zostawać nawet na noc w tych murach, tylko uciekać, ale zrobicie, jak będziecie uważać za słuszne.

Byli skazańcy kiwnęli mu w podziękowaniu głową, kierując się w stronę drzwi, które otworzyli. Bacznie rozejrzeli się dookoła, a nie widząc potencjalnego zagrożenia, wyszli na korytarz, w poszukiwaniu wyjścia z fortu.

Nie minęło wiele czasu, a znaleźli się poza murami. Ku ich uciesze, tylnej bramy nie strzegł żaden strażnik, więc nie musieli się martwić o nagłe zatrzymanie. Niemal wbiegli w pobliski las, przemieszczając się między rzadko rosnącymi drzewami.

-Może przydałoby się urządzić pogrzeb?- Odezwała się po dłuższej chwili ciszy Micareth.

-Pogrzeb?

-Myślę, że powinniśmy w jakiś sposób uczcić pamięć Very... Wiesz, w końcu uratowała nam życie.

-Sha'anks nie jest pewny, czy powinniśmy się tutaj zatrzymać...- Mruknął, wskazując na pobliskie krzaki, mimowolnie spowalniając krok.

-Jak chcesz, to możesz ruszać dalej... Mój honor nie pozwala zapomnieć o poległej towarzyszce.

Już robiła krok w stronę dużego kamienia, gdy nagle usłyszała odgłos łamanej gałęzi. W mgnieniu oka wyciągnęła swój oręż, szykując się do ataku. Nie wiedziała, czy było to może dzikie zwierzę, czy jednak ktoś ich śledził od czasu opuszczenia fortu.

-Ruszajmy dalej.- Szepnął Khajiit, zerkając to na nią, to na miejsce, z którego dobiegł hałas. -Później urządzisz sobie jej pochówek, jeżeli oczywiście Sha'anks nie będzie musiał wyprawić twojego.

Kocur w mgnieniu oka odwrócił się na pięcie, szybkim krokiem odchodząc w stronę wydeptanej ścieżki. Wiedział, że miał do czynienia z żerującym dzikiem, dlatego nie pokusił się o bieg. Nie chciał prowokować zwierzęcia do ataku, dlatego odszedł w miarę spokojnie, przypominając sobie szczegóły mapy, którą kiedyś udało mu się podejrzeć. Wiedział, że gdzieś w tym lesie powinna znajdować się gospoda, w której mogli znaleźć tymczasowe schronienie. Szczególnie gdy lada moment miała nadejść noc, a oni sami byli zmęczeni ciągłymi wędrówkami.

Nim się obejrzał, dołączyła do niego wojowniczka, która więcej nie wspomniała o chęci odnalezienia miejsca, w którym nekromantka mogłaby spocząć w spokoju. Nie, żeby odnaleźli jej ciało, bądź mieli to w planach. Po prostu kobieta chciała uczcić jakoś jej pamięć, nawet symbolicznie.

Odnaleźli gospodę, do której prowadziła wąska dróżka, którą podążali. Najwidoczniej niewiele osób zapuszczało się w te rejony.

Gdy przekroczyli próg, uderzyło w nich ciepło palonego się drewna oraz zapach pieczonego mięsa. Mimowolnie poczuli głód, który do tej pory uśpiony, boleśnie uścisnął ich żołądki. Kiwając do siebie porozumiewawczo głowami, podeszli do baru, w którym oberżysta wycierał stalowe kufle wilgotną ścierką.

-O, nowi przybysze. Słucham, słucham, czego potrzebujecie.- Odezwał się w momencie, w którym to zajęli miejsca naprzeciwko niego.

-Chcielibyśmy wynająć pokój. Na jedną noc.- Odezwała się Micareth, zerkając na swojego towarzysza.

-Oh, tak, nie będzie z tym problemu, większość pokoi mamy wolnych.- Starszy mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, odkładając puchar na bok. -Dziesięć monet.

-Dla Sha'anksa to drogo.- Mruknął pod nosem niezadowolony kocur. Czując a sobie groźne spojrzenie swojej towarzyszki, pokornie sięgnął po odpowiednią ilość monet, które znalazł w nowo otrzymanym mieszku.

-Chcecie coś zjeść? Widzę po waszych twarzach, że padacie ze zmęczenia.- Właściciel gospody przyjął zapłatę, orientując się, że miał do czynienia z naprawdę wyczerpanymi gośćmi.

-Tak, Sha'anks umiera z głodu.- Jakby na potwierdzenie jego słów, donośnie zaburczało mu w brzuchu.

Po zapłacie za całkiem smaczną kolację, która składała się z kawałka świeżej dziczyzny, chleba i świeżej wody, weszli do swojego pokoju. Ucieszyli się, widząc dwa osobne łóżka. Byli tak zmęczeni, że nie pomyśleli o tym, aby sprecyzować zamówienie dotyczące ich miejsca wypoczynku. Na szczęście oberżysta domyślił się i przydzielił im odpowiednie pomieszczenie.

Zasnęli, niemal od razu po rzuceniu się na miękkie łoża, razem z ich całym wyposażeniem i złotem. Całe szczęście, że zostawili dowody w komnacie Gutrima. Gdyby donieśli je aż tutaj, mogłoby być nieciekawie, szczególnie gdyby niepowołane oczy dowiedziały się prawdy.

Obudzili się, słysząc głośny, przecinający ciszę huk. Niemal od razu zerwali się z łóżek, wyciągając swoje bronie przed siebie. Nie wiedzieli, co się tak właściwie stało, dopóki nie usłyszeli ciężkich kroków, zbliżających się w stronę ich drzwi. Niepokój sprawił, że mocniej zacisnęli palce na rękojeściach swoich oręży.

Zawiasy zaskrzypiały niemiłosiernie, zupełnie, jakby swoim zgrzytem starały się przestraszyć niedawno odpoczywających. Gdy w progu stanął kapitan, którego ci z całej siły starali się uniknąć, zdębieli, nie wiedząc, co powinni zrobić. Przeczuwali, że popełnili właśnie jeden z najgorszych błędów, który mógł ich kosztować życie. Niestety, nie było już odwrotu.

-Brać ich.- Warknął głównodowodzący niewielkim oddziałem, który wszedł do pomieszczenia zaraz za swoim dowódcą.

Wiedzieli, że nie mogli walczyć z tymi ludźmi. Nie mieli szans z tyloma przeciwnikami, ponadto byli osłabieni i pozbawieni możliwości ucieczki. Poza tym gra i tak nie była warta świeczki. Nawet gdyby cudem udało im się uciec, to nie zdołaliby wykiwać psów gończych Beinarda, które były dosłownie wszędzie. Czy to pod postaciami wszędobylskich szpiegów, czy też podobnych do niego zdrajców.

Niemal w tym samym momencie, wojowniczka i kocur opuścili bronie, rzucając je pod nogi swoich przeciwników. Założyli ręce za głowy, po chwili czując potężne szarpnięcie, które zaciągnęło ich w kierunku wyjścia z gospody. Nim zostali siłą wyciągnięci z budynku, dostrzegli właściciela gospody, który leżał wśród kałuży krwi, która otaczała jego głowę niczym krwawa aureola. Był nieprzytomny, a przez umysł Khajiita przeszła myśl, że mógł być nawet martwy.

Dotarli do jakiegoś obskurnego więzienia. Przeszli przez zakurzony korytarz, w eskorcie kilku strażników kapitana. Za stalowymi kratami widoczne były szkielety uwięzionych. Najwidoczniej zapomniał o nich zarówno świat, jak i ich oprawcy, skazując więźniów na długie i bolesne śmierci.

Nie zdążyli się nawet dokładniej przyjrzeć żadnej celi, gdy zostali brutalnie wrzuceni do jednej z nich. Chrzęst zamka zasugerował im, że zostali zamknięci, a bez broni nie mieli szans na ucieczkę. Nie przewidzieli tego, że mogli zostać złapani poza fortem, dlatego stracili czujność. Czego strasznie żałowali.

Minęło kilka dni, odkąd znaleźli się w obskurnym więzieniu. Czasami jakiś jego strażnik przychodził, sprawdzić jak się mieli. Gdy cudem ukazywał on jakieś resztki dobrej woli, to podawał im śmierdzącą wodę oraz spleśniały chleb. Nie mogli narzekać, nie trafiliby na lepsze warunki.

Ich ponure rozmyślenia na temat śmierci przerwał dźwięk szurania. Jakby ktoś przez przypadek otarł stopą o podłogę. Myśląc o tym, że to po prostu kolejny wartownik, pozwolili sobie na zignorowanie potencjalnego zagrożenia. Pogodzili się ze swoim losem oraz wizją własnej zguby.

-Sha’anks? Micareth?- Usłyszeli znajomy szept.

Spojrzeli po sobie zaskoczeni. Niemal od razu dopadli do krat, nie wierząc w to, kogo dostrzegli. Postać wyłoniła się z cienia i bynajmniej nie była ona ich kolejnym utrapieniem. Tylko najprawdziwszą nekromantką.

-Vera?!- Krzyknęła wojowniczka, nie wierząc własnym oczom.

-Cicho.- Zbeształa ją, zerkając co chwile to na któreś z nich, to na korytarz za jej plecami. -Pomogę wam się stąd wydostać.

Kiwnęli głowami, jednak nie ruszyli się z miejsca, zupełnie, jakby paraliż przejął ich ciała. Co po części było prawdą. Zaskoczenie dało im się we znaki, racząc ich umysły nieskończoną pustką.

-Odsuńcie się, do cholery.- Warknęła na nich, sprawiając, że zaskoczeni odskoczyli na bezpieczną odległość.

Kobieta użyła czaru płomieni, stapiając zamek, który blokował im drogę do wolności. Gdy uchyliła drzwi, uświadamiając im, że mogli wyjść, ci rzucili się na nią, zamykając w szczelnym uścisku. Ich wybawicielka zdębiała, podobnie jak oni niedawno, nie spodziewając się tak gwałtowniej reakcji. Pobyt w obskurnym więzieniu musiał naprawdę im się nie spodobać.

-Sha'anks myślał, że nie żyjesz!- Wysapał kocur, odsuwając się, jak poparzony, gdy tylko pojął, co zrobił. Nadal śmierdziała śmiercią, a on za nią, mimo tego, co przeszli, nie przepadał.

-Wyjaśnię wam to po drodze.- Szepnęła, rozglądając się nerwowo, zupełnie jakby w mroku czaiły się gorsze bestie od niej samej. -Chodźcie, nie mamy wiele czasu.

Szybko pokonali zawiłe korytarze, po dłuższej chwili w końcu wychodząc na zewnątrz. Byli więźniowie wciągnęli świeże powietrze pełną piersią, krótko napawając się ową chwilą. Trochę przypomniała im moment wydostania się z Blackreach.

-No więc? Jak przeżyłaś? Jak nas znalazłaś? Co się z tobą działo, przez ten czas?- Zaskoczona Micareth zadawała pytania ze zbyt dużą prędkością, aby dało się je wszystkie wyłapać.

-Opowiem wam po drodze...- Powtórzyła, krocząc w stronę, w którą zmierzał księżyc, znajdujący się w pełni. Nie musiała długo czekać, aby dołączyła do niej pozostała dwójka, żądająca wyjaśnień. A elfka, delikatnie uśmiechnięta, opowiadała im historię z jej własnej, skromnej perspektywy.

Podążali na zachód, oddalając się jak najdalej od fortu i kapitana Beinarda, który wciąż stanowił dla nich realne zagrożenie. A przynajmniej do czasu, dopóki nie znaleźli się poza zasięgiem jego kolaboranckich łap.

01.07.2020 23:50
odpowiedz
Inferno9
10

Szli w kompletnej ciszy, ciągnąc za sobą nieprzytomnego urzędnika. Szurał on nogami po nierównych kamieniach i nie wykazywał żadnej skłonności do tego, aby cokolwiek miało się pod tym kątem zmienić. Micareth nerwowo poprawiła zsuwającą się rękę mężczyzny z jej karku, rozglądając się uważnie. Najwyraźniej zabłądzili.

-Masz wszystkie dowody?- Spytała po chwili, nie mogąc znieść nieprzyjemnej ciszy ciążącej nad nimi.

-Sha'anks ma wszystko.- Odparł, nawet nie zerkając w jej stronę. W jego głosie zabrzmiała ledwo wyczuwalna nuta ostrzegawczego warknięcia.

Zachowywali się inaczej względem siebie. Nie, żeby od początku jakoś bardzo za sobą przepadali, aczkolwiek mogli darzyć siebie czymś na kształt zaufania. Porucznik sprawiał, że złodziej, wojowniczka i nekromantka czuli się częścią oddziału. Gdy zabrakło dowódcy na ich czele, podobnie zresztą jak tej elfki, ci utracili to uczucie, które spajało ich ze sobą.

Wyczuwali zagrożenie, nawet we własnym towarzystwie. Groźba listami gończymi wydawała się mniej przerażająca, gdy armia krwiożerczych wampirów szykowała się na krwawe polowanie. Zajęci szykowaniem się na potężną bitwę strażnicy, nie zwracaliby uwagi jedną niepozorną głowę, naszkicowaną na papierze. Przybity do drewnianej ściany wartowni kawałek kartki nie wzbudziłby większego zainteresowania. Przynajmniej tak myśleli.

-Gdzie ja... Gdzie ja jestem?- Usłyszeli słaby głos, dochodzący z osłabionego ciała.

Przystanęli, patrząc na opuszczoną głowę ciągniętego mężczyzny. Nieśpiesznie poruszył barkami, jakby próbował odnaleźć się w nowej sytuacji. Dopiero gdy podniósł wzrok, mogli dostrzec jego przerażone spojrzenie. Wyglądał jak spłoszony jeleń, który pomimo licznych obrażeń próbował wyrwać się z sideł myśliwego.

-Nie róbcie mi krzywdy, błagam...- Zaskomlał cicho, kuląc się we własnych ramionach.

Kocur i wojowniczka spojrzeli po sobie zaskoczeni.

-Nic złego ci nie zrobimy.- Zapewniła kobieta, starając się na najmilszy ton, jaki zdołała z siebie wydusić. -Jesteśmy z tobą. Przyszliśmy cię uratować.

-Zaraz, zaraz... Jesteście od porucznika Angry?- Spytał ostrożnie, zadzierając głowę do góry. Najwyraźniej przypomniał sobie o nieużywanych kończynach, ponieważ szybko stanął na prostych nogach, starając się nie stracić równowagi.

-Sha'anks zdziwiony... Skąd pan urzędnik wie o dowódcy Sha'anksa?- Podchwytliwość w głosie kocura była wyczuwalna nawet dla niedawno nieprzytomnego. Z kolei Micareth nie spodobał się fakt, iż nazwał Grimesa jedynie swoim przywódcą, pomijając ją.

-Ja... Ja znam ten korytarz.- Odezwał się mężczyzna, kompletnie ignorując pytanie Khajiita. -Wiem, którędy do wyjścia.

Wojowniczka zmarszczyła wyraźnie brwi. Nie spodobało jej się podekscytowanie w głosie biurokrata. Jeszcze niedawno zwijał się ze strachu, błagając o litość i wylewając łzy na kamienną posadzkę. Natomiast gdy rozpoznał, z kim miał do czynienia, nagle postanowił współpracować. Mało tego. Znał drogę, podczas gdy oni od dłuższego czasu gubili się w coraz bardziej zawiłych korytarzach kryjówki. Było to co najmniej podejrzane, a kątem oka widząc przytakującego Khajiita, jeszcze bardziej się zaniepokoiła. Była niemalże pewna, że złodziej powinien wyczuć podstęp, szczególnie że sam pewnie niejednokrotnie znalazł się w podobnej sytuacji. Dlaczego w takim razie postanowił pozwolić urzędnikowi prowadzić?

-Sha'anks radzi się pośpieszyć.- Odezwał się, przerywając tym samym rozmyślania kobiety.

-Dlaczego powinniśmy ci zaufać?- Prychnęła, krzyżując ręce na piersiach. Pomimo faktu, że została znacząco w tyle, nie ruszyła się o krok, uważnie lustrując urzędnika spojrzeniem.

-Błagam, nie mamy wyboru!- Odparł zestresowany, zaciskając mocno pięści. -Musimy ruszać. Oni mogą w każdej chwili zorientować się, w którą stronę poszliście. Dopadną wtedy zarówno was, jak i mnie. A zapewniam, że to, co zrobią z wami po złapaniu, nie będzie ani miłe, ani tym bardziej przyjemne!

Micareth, chcąc nie chcąc, musiała w końcu dołączyć do mężczyzn, starając się zignorować niecodzienne zachowanie eskortowanego. W końcu nie wiedziała, czy Khajiit miał takie same odczucia co ona. Zawsze mogło jej się coś przewidzieć. Dzisiejszy dzień okazał się dla niej naprawdę ciężki, dlatego nie zdziwiłaby się, gdyby próbowała na siłę odnaleźć dziurę w całym.

Ruszyli ciemnymi korytarzami, oświetlonymi przez nieliczne pochodnie. Biurokrata wydawał się naprawdę znać podłoże, po którym stąpał. Na pytanie, skąd u niego taka pewność, którą okazywał dość pewnym siebie krokiem, odpowiadał, że jako urzędnik musiał wyrobić sobie bardzo dobrą pamięć. Wystarczyło, żeby raz przeciągnęli go przez te korytarze, aby doskonale zapamiętał drogę powrotną.

W końcu znaleźli się w miejscu, w którym zmierzyli się z Miltenem. Glif strażniczy wciąż był na swoim miejscu, chwilowo przypominając o nekromantce. Khajiit udał, że kichnął, chcąc pozbyć się ostatnich strzępków wspomnień, związanych z elfką. Nie przepadał za nią, wiele razy podkreślał, że czuć było od niej śmierć. Było to swego rodzaju ostrzeżenie. Zapach śmierci nie zawsze oznaczał nekromancję. Czasami przestrzegał przed rychłą śmiercią. A ona najwyraźniej pomimo swojej rozległej wiedzy nie zdołała pojąć w porę znaczenia tych słów.

-Udało nam się... Nie skończyliśmy, jak ten wasz porucznik...- Odezwał się urzędnik, ruszając w stronę wyjścia.

Światło słońca zdawało się odnawiać ich ostatnie pokłady nadziei. Już niemal czuli ciepłe promienie na swoich ciałach, gdy dotarło do nich znaczenie słów mężczyzny. Zatrzymali się wpół kroku, chwytając za rękojeści swoich broni.

-Skąd wiesz, co się stało z Porucznikiem Grimesem?- Spytała ostrożnie Micareth, czując obok siebie obecność kocura.

Odpowiedzi nie otrzymali. Podobnie jak wtedy, gdy zadawali jakiekolwiek pytanie rzekomemu urzędnikowi. Gdy ten stanął w bezpiecznej odległości od światła dziennego, usłyszeli szelesty. Chwilę później przed wyjściem zmaterializowały się kolejni przeciwnicy. Wampiry wyraźnie ostrzyły sobie kły na ich osoby, nie mogąc się doczekać sygnału do ataku. Najgorsze w tym wszystkim było to, że poza przewagą liczebną, przewyższali ich siłami. Kocur i kobieta znajdowali się na skraju wytrzymałości i spodziewali się, że nie wyszliby z tej walki żywi.

-Uważaj!- Krzyknął Khajiit, popychając kobietę gdzieś w bok.

Ta, tracąc równowagę, poleciała w stronę dziwnego rozgałęzienia, wyżłobionego w kamiennej ścianie, tuż przy podłodze. Cudem się w niej zmieściła, nie wspominając o tym, że zaraz za nią wleciał Sha'ank, wpadając wprost na nią. Przez przypadek kopnął odstający kamień, sprawiając, że przejście za nimi się zawaliło, osłaniając ich przed atakiem kanibali. Potężny ryk przeciął ciszę po drugiej stronie, a chaotyczne próby dostania się do dwóch żywych istot sprawiał, że przejście zaczęło niebezpiecznie się zapadać.

-Uważaj, jak chodzisz!- Warknęła w jego stronę, próbując zwalić go z siebie. Wbrew jej nadziejom, przejście okazało się zbyt wąskie.

-Sha'anks czuje świeże powietrze...- Zadziwił się, węsząc przed siebie. Jakby w transie przeszedł przez kobietę, ignorując jej głośne sprzeciwy i przekleństwa.

-Nic nie widzę...- Zamarudziła, dźwigając się do siadu. Czuła, że kocur ją zadrapał ostrymi pazurami.

Khajiit, używając Nocnego Wzroku, rozglądnął się dookoła. Wiedział, że wojowniczka nie była w stanie widzieć tego, co on i dlatego musiała podążać na ślepo poprzez ciemny korytarz.

-Daj rękę, Sha'anks pomoże ci stąd wyjść.- Odezwał się, wyciągając dłoń w jej kierunku. W jego głosie nie było poprzedniej niechęci czy warknięcia. Zachował się tak, jakby znowu stali się zespołem.

-Skąd mam wiedzieć, że nie posłużę ci jako żywa tarcza?- Prychnęła. Naprawdę nie była w humorze.

-Gdyby tak było, Sha'anks nie proponowałby pomocy. Choć, jeśli wolisz umrzeć w ciemnościach, to Sha'anks nie zamierza do niczego przymuszać.- Wzruszył ramionami, odwracając się tyłem do niej. Ruszył przed siebie, a po pokonaniu niewielkiego dystansu na czworaka, poczuł na swoim ogonie mocny ucisk.

-Poczekaj... Na mnie...- Szepnęła w ciemnościach, nie puszczając jego kity. Miała nadzieję, że chociaż w ten sposób go nie zgubi.

W ten sposób, przedzierając się przez wąski i niski tunel, po jakimś czasie dotarli do jego końca. Przejście zagrodził im spory kamień, który wspólnymi siłami odsunęli, odsłaniając zasłaniający im do tej pory widok.

Świeże powietrze uderzyło w ich zakurzone nosy, a jaskrawe światło słońca zraniło oczy, wyciskając z nich parę łez. Jakoś udało im się przeżyć. Uśmiechnęli się pod nosami, uświadamiając sobie, że może mogli sobie jeszcze ufać, pomimo braku ich dowódcy.

24.06.2020 16:53
odpowiedz
Inferno9
10

Z pobliskiego korytarza doleciał narastający huk.

-Poruczniku!- Krzyknęła głośno Micareth, zerkając w stronę pogrążonego w mroku holu. Musiała za wszelką cenę zwrócić uwagę swojego dowódcy.

Tymczasem chłopak w jego dłoniach coraz bardziej opadał z sił. Wystarczył tylko jeden, precyzyjnie wymierzony cios, aby go powalić. Nekromantka oraz kocur stali po bokach Grimesa Angry, nie wiedząc, co powinni zrobić. Nie znali historii młodzika, nawet nie spotkali go wcześniej, aby musieli się przejmować jego nędznym losem.

-Poruczniku!- Krzyknęła ponownie wojowniczka, wyrywając mężczyznę z letargu. Wzdrygnąwszy się, spojrzał przez ramię na kobietę, mierząc ją zdezorientowanym spojrzeniem. -Musimy ruszać. Nie wiadomo co jeszcze wypełznie z tamtego przejścia.- Wskazała otwartą dłonią w mrok, z którego coraz intensywniej dochodziły głośne huki, różnego rodzaju warknięcia i syki.

-Masz rację.- Odezwał się cichym głosem, tak niepodobnym do tego, którego byli więźniowie zmuszeni byli wysłuchiwać ostatnimi czasy nadwyraz często. -Ruszamy dalej.

-W którą stronę Sha'anks powinien się udać?- Zapytał Khajiit, obserwując prostującego się porucznika.

-Na pewno nie w taką, z której dobiegają te odgłosy.- Prychnęła niezadowolona Micareth, mimowolnie przypominając wszystkim o odniesionych do niedawna ranach.

-To może tędy?- Spytała Veranque, podchodząc do domniemanego glifu strażniczego.

Zostawiając za sobą poległego wampira, dowódca wraz z pozostałymi podążył śladami elfki. Stanął w bezpiecznej odległości od malunku, przesuwając wzrokiem po niecodziennych wzorach. Nie wyglądało mu to w żadnym stopniu na przejście, aczkolwiek nie mieli zbyt wiele czasu na kłótnie.

Czas zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Wbrew ich oczekiwaniom, potwory jak groziły swoimi warknięciami, tak wciąż to robiły, nie zaszczycając ich nawet swoją obecnością. Przez myśl nekromantki przeszła myśl, że mogła być to jedynie marna iluzja, ale wolała nie ryzykować życiem towarzyszy. Optymizm sytuacji podpowiadał jej, że znalazła ukryte, a tym samym bezpieczne przejście. Nie chciała, aby przez jej przeczucie ktoś zginął. Dlatego wolała swoich domysłów nie wypowiadać głośno. Wystarczyło, że dowódca wciąż potrzebował chwili na dojście do siebie po odkryciu tożsamości ich niedawnego przeciwnika. Pytany, zarzekał się, że nic go to nie obchodziło, utrzymując na twarzy kamienną, charakterystyczną dla jego osoby, maskę. Był zbyt dumny, aby przyznać się do chwili słabości.

-Wygląda mi to znajomo...- Mruknęła Vera na tyle głośno, aby obecni przy niej dosłyszeli jej słowa.

Wykonała płynnymi ruchami rąk jakiś gest, po chwili rzucając czar przed siebie. Fragment kamiennej ściany, na której znalazł się symbol, pod wpływem zaklęcia odsłonił ukryte przejście. Ciężki mur stał się niemalże przeźroczysty, z delikatnym akcentem błękitu, znaczącego ostre krawędzie. Glif strażniczy natomiast stał się jaśniejszy, wyraźnie odznaczając się wśród nowej barwy.

Porucznik podszedł do przejścia, oceniając pracę swojej podwładnej. Kiwnął niemal niezauważalnie głową, przechodząc na drugą stronę. Zarówno według jego, jak i domysłów Veranque, ściana nie stanowiła żadnej przeszkody, zupełnie jakby zniknęła. Wraz za swoim dowódcą, przeszli pozostali, oddalając się od narastającego harmideru.

-Sha'anksowi się to nie podoba...- Szepnął kocur, który przepuszczony na sam przód, opuścił nieznacznie uszy, ciężko wzdychając.

Kucnął szybko, skradając się wśród mroku. Z tej perspektywy był w stanie dostrzec ledwo widoczne pułapki. Taki był szyk od samego początku. On na samym przodzie, za nim kroczył Grimes Angry, później Veranque, a szereg zamykała nadwyraz czujna Micareth.

Niedaleko dostrzegli słabe światło. Zmierzali w jego stronę, wiedząc, że to jedyna droga, w jaką mogliby się udać. Pochodnia. Porucznik zręcznie wysunął ją z zardzewiałego uchwytu, trzymając ją ponad głową Khajiita, aby oświetliła mu drogę. Zdawał się zapomnieć, że kocia rasa posiadała dar widzenia w ciemnościach.

-Pomocy...- Do uszu trzymającego ich jedyne źródło światła doszedł cichutki, ledwo słyszalny głos. Był niemal agonalny, zupełnie jakby osoba opadała z sił.

Porucznik zatrzymał się w pół kroku, rozglądając się na boki. Przez ułamek sekundy jego spojrzenie skrzyżowało się z tym, należącym do kroczącej za nim Very, która niezdarnie wpadła na jego plecy. Ta znacząco skinęła głową w bok. Niemo wskazała w stronę krzywych, zaostrzonych przez rdzę krat, zza których ponownie dobiegł jęk bólu wymieszany z bezsilnością.

-Kim jesteś?- Spytał Grimes Angry, podchodząc do zmarnowanego metalu. Wydawało mu się, że wystarczyło solidne kopnięcie, aby ledwo trzymające się pręty runęły, otwierając drogę ucieczki padniętemu głosowi.

-Ja... Ja nie wiem...- Odezwał się ponownie zamknięty, równie słaby, jak przedtem.

Trzymający pochodnię wystąpił z szeregu, przybliżając ich jedyne źródło światła do celi. Ciepły blask otulił wilgotną celę. Była w znacznie gorszym stanie niż w więzieniu, do którego musiał się udać, aby odnaleźć nowe mięso armatnie. Do jego nosa dotarł nawet odór moczu oraz kału, sugerujący, że uwięziony bez przerwy przebywał w tym pomieszczeniu.

-Co tu robisz?

-Ja złapany... Mrok... Oni...- Wyjąkał z trudem, po chwili zanosząc się kaszlem. Strasznie kaleczył język. -Kły, oni mają kły... A oczy...

Khajiit korzystając z chwilowego postoju, oparł się plecami o najbliższą ścianę, prostując obolałe kończyny. Pobyt w więzieniu, nawet krótki, odzwyczaił go od długotrwałego skradania. Veranque z kolei patrzyła przerażona na ciało skazanego, obserwując, z jaką trudnością brał on wdechy. Bezproblemowo mogła policzyć jego wszystkie kości, które odsłaniała poszarpana, brudna szata. Natomiast Micareth stała niewzruszona, a przynajmniej tak udawała. Nie, żeby widok zmarnowanego człowieka ją ruszył. Niepokoił ją fakt, że ktoś musiał zafundować mu bolesne tortury, skoro mówił z takim przerażeniem w oczach. Zauważył to również Grimes. Zachowane odnalezionego nie wzbudzało wątpliwości. Został porzucony tu na pastwę losu, skazany na powolną i bolesną agonię. Trawiący go od środka głód, otaczający bród i smród oraz skrajne wyczerpanie otulało go niczym ramiona ukochanej matki, uspokajając wizją rychłej śmierci w męczarniach. Nawet nie miał okazji ukrócić swoich cierpień, pozbawiony jakiegokolwiek ostrza.

Wraz z ciężkim westchnięciem, dowódca podjął decyzję. Mogło ich to sporo kosztować, ale nie miał wyboru.

Odsunął się od krat o krok. Następnie uniósł nogę, kopiąc podeszwą grubego buta jeden ze słabszych prętów, który uległ pod naporem jego siły. Dźwięk opadającej rury przeszył bolesnym echem powietrze, raniąc wyczulone na najmniejszy hałas uszy. Skazany wzdrygnął się, przerażonym wzrokiem śledząc niewzruszoną twarz porucznika, który ponowił swój ruch jeszcze kilka razy. Gdy uformowało się coś na wzór przejścia, skinął głową w stronę kobiet. Te zrozumiały jego rozkaz, bez słowa sprzeciwu wchodząc do celi. Wyciągnęły z niej ledwo żywego mężczyznę, podtrzymując go za ramiona. Był tak wyczerpany, że nie miał siły stać na własnych nogach, więc musiały go ciągnąć za sobą.

Dowódca spojrzał znacząco na leniącego się Khajiita, który wyłapując jego natarczywy wzrok, przeciągnął się szybko, wracając na przód szeregu. Ponownie kucając, ruszył przed siebie, a zaraz za nim pozostała część drużyny.

W ten sposób dotarli pod drewniane, ciemne drzwi. W momencie, w którym Khajiit sprawdzał, co znajdowało się po ich drugiej stronie za pomocą dziurki od klucza, Angra rzucił gdzieś w bok wypaloną pochodnię. Pięć i pół kroku temu przestała być dla nich użyteczna, gdy utraciła swój płomień.

-Co tam jest?- Spytała Vera z trudem, nie mogąc dłużej znieść ciężaru ciążącego jej ciała. Nie była przyzwyczajona do dźwigania, a w każdym razie nie na tak duże odległości.

-Sha'anks widzi... Arenę?- Zdumiał się, odsuwając oko od zamka. Spojrzał w stronę dowódcy, patrząc na niego ze zmartwieniem. -Piasek, deski... A woń śmierci drażni Sha'anksowy nos.

-To nasza jedyna droga.- Odezwał się porucznik, patrząc po swoich towarzyszach. -Jak wasze rany?

-Przyzwyczaiłam się.- Odpowiedziała Micareth, machając lekceważąco wolną dłonią. -Nic nowego.

-Udało mi się wyleczyć... Choć potrzebuję trochę czasu, aby to samo móc uczynić z wami...- Mruknęła Veranque, delikatnie zawiedziona swoją wytrzymałością. Pojedynek z bestiami i młodym wampirem kosztował ją sporo energii. Nawet magiczny eliksir nie zadziałał tak dobrze, jak zakładała, a taszczenie za sobą mężczyzny również nie zwróciło jej cennych pokładów magicznych.

-O Sha'anksa proszę się nie martwić, Sha'anks sobie poradzi.- Odezwał się kocur, uśmiechając się nieznacznie.

-W takim razie ruszamy...- Mruknął cicho Angra, pochodząc do drzwi. Khajiit zdążył w ostatniej chwili się odsunąć, obserwując, jak ich dowódca z rozmachem otwarł drzwi.

Zawiasy głośno zaskrzypiały, prezentując dobrze oświetloną salę. Piasek pod butami, otoczony ze wszystkich stron przez grube, niewysokie deski niemal raził oczy swoim nasyceniem. Niepewnie przeszli przez próg, zatrzymując się niedaleko wyjścia. Wrota za ich plecami zamknęły się z hukiem, omal nie przytrzaskując stopy ciągniętego przez kobiety skazanego. Odwróciwszy się przodem do środka areny, dostrzegli bestie stojące tuż za ogrodzeniem. Nie wierzyli, że tak szybko zdołały się pojawić.

-Tyle czekania na świeże mięso... Aż się wierzyć nie chce.- Naprzeciwko nich stanął mężczyzna w sile wieku, opierając się plecami o drewno. Długie, siwe włosy związał w luźnego kucyka, a on sam prezentował się najlepiej z całej gromady potworów, stojących tuż za ogrodzeniem. -Miło mi was powitać w moich skromnych progach... Rozumiem, że mieliście do czynienia z moimi dziećmi?

-O czym ty znowu gadasz?- Warknął nieprzyjemnie Grimes, wychodząc przed swoich ludzi.

-Czyż to nie logiczne, drogi poruczniku?- Jasnowłosy zachichotał dźwięcznie, ukazując ostre kły. -To ja zamieniłem Miltena w jednego z nas...- Szepnął tajemniczo, obserwując czerwieniącą ze złości twarz dowódcy.

-Zatem to ty jesteś...

-Władcą Wampirów...- Zanucił dumnie, potwierdzając jego obawy. -Z przyjemnością odciążyłem waszego młodzika od trudów bycia chuderlawym pasożytem, jakimi jesteście wy.

Widząc niebezpieczne ogniki przedzierające się przez względnie obojętne spojrzenie swojego rozmówcy, wiedział, że udało mu się osiągnąć swój cel. Sprowokowanie głowy oddziału było kluczem do jego zwycięstwa.

Uśmiechając się kpiąco, wskazał palcem w stronę wyczerpanego, wspieranego przez dwie kobiety. Istoty, do tej pory zaciskające swoje długie szpony na drewnianych deskach, z nieukrywaną satysfakcją wskoczyły na teren areny. W mgnieniu oka opatulone dziwną, czarną poświatą ruszyły w stronę zespołu. Otoczyły ich, nic nie robiąc sobie z wyciągniętych oręży, którymi próbowali się bronić. Veranque i Micareth nawet nie zdążyły się zorientować, kiedy niedawny więzień został im wyrwany i zaciągnięty przed oblicze Władcy Wampirów.

Siwowłosy chwycił mocno głowę bezimiennego, obracając ją w stronę zespołu, otoczonego ze wszystkich stron przez wampiry. Przejechał czarnym, naostrzonym pazurem po jego policzku, zarażając go w ten sposób wampiryzmem. Na ich oczach mężczyzna stawał się zarażony, nie mając siły, aby walczyć. Oczy zaszły mu krwią, żyły nienaturalnie ściemniały, a zęby wyostrzyły, podobnie jak paznokcie.

Poznali sposób, w jaki został zarażony Milten.

To nie była jego wina...- Pomyślał Angry, przypominając sobie o niewielkiej bliźnie na policzku młodzika.

-A teraz, skoro już tu jesteście... To zginiecie z rąk moich ukochanych sług...- Mężczyzna zaniósł się iście złowieszczym rechotem, obserwując zgubę wędrowców.

Cała czwórka stanęła do siebie plecami, szykując się do ciężkiej walki. Jedynie Veranque dostrzegła zakopane nieopodal w piasku kości. To mogła być jej szansa, aby uratować swoich towarzyszy, których zdążyła polubić. W zamian mogła przypłacić za to życiem, ale postanowiła zaryzykować, nie wiedząc, co tak właściwie przywróciła do życia.

17.06.2020 20:48
odpowiedz
Inferno9
10

Po długiej chwili milczenia Grimes usłyszał pierwsze kroki. Ku jego zdziwieniu nie dochodziły one z celi. Porucznik zerknął w bok, dostrzegając przystającego obok niego strażnika więziennego. Wyprostował, a po chwili zgiął zdrętwiałe palce, trzymające ich jedyne źródło światła, tupiąc niecierpliwie stopą. Noc niedawno zapadła, więc zakratowane okno, znajdujące się pod sufitem celi nie wpuszczało do wilgotnego pomieszczenia zbyt wiele księżycowego blasku.

-Co jest?- Spytał podejrzliwie wyższy rangą, opierając wolną rękę na swoim biodrze.

-Przyszedłem z propozycją.- Odezwał się znacznie młodszy od niego, wskazując palcem na niebieski punkt, majaczący za kratami.

Ku zdziwieniu nowo przybyłego, niewielka plama przemieszczała się wzdłuż przeciwległej ściany, kurczowo trzymając się zarówno cienia, jak i muru. Wydawało się, jakby kroczyła w amoku przed siebie, dopóki nie wpadła na powstrzymujący ją kamień, przed którym się odwróciła, zmierzając w stronę, z której przyszła. Czynność ta powtarzała się monotonnie, przypominając krążenie drapieżnika po zbyt małej i zamkniętej przestrzeni.

-Kto to?

-Mówią na niego Dzik.- Widząc skwaszoną minę drugiego mężczyzny, młodzik pośpieszył z wyjaśnieniami. -Złapali go kiedyś na tym, jak podkradał farmerom ich zapasy. Chciał uciec z kilkoma kapustami, ziemniakami, pomidorami i porami... W sumie podejrzewamy, że musiał się upić w pobliskiej gospodzie, aby wpaść na taki durny pomysł.

-Trzymacie go tutaj tylko dlatego, że zdarzyło mu się ukraść parę warzyw?- Zdziwił się starszy, patrząc kątem oka na przemykającą kropkę. Wbrew jego oczekiwaniom światło pochodni nie zdołało oświecić postury wyróżniającego się skazanego, przez co ciężko było ocenić jego przydatność w misji.

-Nie. To złodziej, jeden z najlepszych w ich plugawych szeregach.

Porucznik Angra spiął się nieznacznie, gdy obiekt ich ckliwych pogaduszek zaczął zbliżać się do dzielących ich krat. Złapany niechętnie zbliżył nogę do oświetlonej części krzywej, swoją drogą, podłogi, ostrożnie krocząc w stronę dwóch mężczyzn. Ciche kroki, stawiane na palcach dodały mu niewielką premię do wysokości, uświadamiając trzymającemu pochodnie, że prawdopodobnie byli tego samego wzrostu. W końcu, po przedarciu się przez marszczący nosy tłum innych więźniów w końcu stanął przed mężczyznami, lustrując ich uważnym spojrzeniem.

-Mogłeś po prostu powiedzieć, że pragniesz się mnie pozbyć, Caldar.- Rzekł spokojnym głosem, który mimo swojej względnej delikatności, odbił się nieprzyjemnym echem od ścian.

-Od zawsze jesteście z więźniami na ty?- Warknął porucznik, wbijając twarde spojrzenie w zdezorientowanego strażnika, który okazał skrajną niekompetencję. Postanowił, że w najbliższym czasie zrobi z tym porządek. Miał dość spoufalania się skazanych z ich oprawcami.

-To nie tak...- Szepnął nerwowo młodszy, drapiąc się po karku, który ochraniał stalowy kołnierz.

-Cieszę się wyjątkowymi względami. Jestem ulubieńcem tutejszych wartowników.- Odparł z dumą mężczyzna, stając tuż przed kratami. W jego głosie dało się wyczuć ledwie wyczuwalną nutkę sarkazmu, co sprawiło, że Grimes uniósł na niego wzrok, poznając charakterystyczny ton.

Dopiero po chwili wpatrywania się w jego zmrużone ślepia zrozumiał, czym był ten denerwujący punkt, który przemieszczał się z jednego końca sali, do drugiego. Dzik miał jedno brązowe, całkiem normalne oko, podczas gdy drugie, to prawe posiadało niebieską tęczówkę, która pod wpływem targających mężczyzną emocji zmieniała swoje nasycenie. Ponadto jego źrenica była niepokojąco zwężona do tego stopnia, że przypominała pionową kreskę.

Szklane oko...- Pomyślał błyskawicznie Porucznik Angra, rozpoznając skazanego.

-Mistrz tutejszych złodziei...- Oznajmił głośno, chcąc, aby wszyscy obecni go usłyszeli. Kontynuując, pozwolił bezczelnemu uśmiechowi wykwitnąć na jego ustach. -Kto by pomyślał, że zostanie zapędzony w kozi róg, jak najzwyklejszy szkodnik.

-Widzę, że moja zła sława nawet na waszym wygwizdowie mnie wyprzedziła. Jestem pod wrażeniem.- Również się uśmiechnął, przechylając głowę do boku. -Twoi chłopcy cechowali się naprawdę słabą kondycją, ale nie musisz się martwić. Odpowiednio o to zadbałem.

-Widzę, że aż zbyt dobrze, skoro udało im się ciebie złapać, szelmo.

-Mały wypadek przy pracy, ale gwarantuję, że niedługo ponownie będziecie rozwieszać listy gończe z moim imieniem.

-Śmiem wątpić.- Prychnął, kiwając głową w stronę zażenowanego strażnika.

Młodzik miał rację, wybitnie udana propozycja. Podczas wykonywania rozkazu przydadzą mu się umiejętności tegoż złodzieja. Postanowił na szybko mu się przyjrzeć.

Standardowy więzienny strój nie dał rady ukryć jego twarzy, którą szpeciły liczne blizny. Jedna, największa przecinała jego prawą brew, kończąc się dopiero w połowie policzka. Najwyższy rangą uświadomił sobie, że mężczyzna musiał być bardzo dobry w swoim fachu, ponieważ potrafił przemknąć obok czujnych strażników niezauważony. Potwierdził to lniany bezrękawnik, który odsłaniał umięśnione ramiona. Idealny kandydat na ekspedycję, nawet jeśli umrze gdzieś w jej trakcie.

-Masz szczęście, załapałeś się na nabór.- Porucznik uniósł jeden kącik ust ku górze, patrząc na szybko ciemniejące niebieskie oko, które niebezpiecznie się zmrużyło. Najwidoczniej ani trochę nie spodobała mu się wiadomość. -Ale przydałoby się poznać twoją prawdziwą tożsamość, abyśmy nie musieli mówić na ciebie Dzik. Chyba że wolisz być kojarzony z nieudaną próbą ukradnięcia paru ziemniaków z pola.

-Nie zdradzam swojego imienia byle mlekożłopom.- Wycedził gniewnie, spluwając pod kratę gęstą śliną. Sprowokowany odwrócił się plecami do mężczyzn, zamierzając ukryć się ponownie w cieniu.

-W takim razie wyciągniemy cię siłą.- Zadecydował Grimes, gestem ręki przywołując paru strażników, czuwających przy otwartych drzwiach.

Nim złodziej zdążył jakkolwiek zareagować, drzwi do celi otworzyły się z hukiem. Do środka wparowało kilku rosłych mężczyzn, którzy odsuwali zarówno od siebie, jak i wytypowanego pozostałych więźniów. Sam mężczyzna został boleśnie powalony na kamienną podłogę, bez możliwości wyrwania się. Nie miał szans w starciu z trzema przygniatającymi go do ziemi strażnikami, którzy uzbrojeni po zęby, tylko czekali na okazję, aby podciąć mu gardło. Mógł jedynie przechylić głowę w stronę uśmiechającego się bezczelnie, wlepiając mordercze spojrzenie w jego osobę.

-Faktycznie Dzik.- Zaśmiał się Porucznik, ignorując jawnie grożący mu wzrok więźnia. -Najwyraźniej uwielbia orać twarzą ziemię.

08.07.2019 20:17
odpowiedz
16 odpowiedzi
Inferno9
10

Kto to jest ta osoba druga od prawej? Kojarzę z widzenia, ale nick czy tam imię to już nie :|

28.03.2019 23:42
😊
odpowiedz
Inferno9
10

Są już może zilustrowane zwycięskie prace? :)

12.03.2019 20:00
Inferno9
10

Monitor (tak się nazywa ta postać) jest czarnym charakterem w grze

12.03.2019 17:52
😂
odpowiedz
Inferno9
10

Kurcze, faktycznie wystarczały 3 kadry :D

post wyedytowany przez Inferno9 2019-03-12 17:52:49
12.02.2019 14:20
1
odpowiedz
Inferno9
10

Jak tak narzekacie na newsa o liczbie graczy to po grzyba wchodzicie i go czytacie. Redakcja ma statystki odwiedzin strony, widzi że się to czyta więc Apex będzie na tapecie jeszcze długo.

To że na początku ta gra ma tyle graczy to już inny temat. Artifact też miał sporo..

14.03.2017 20:08
1
Inferno9
10

Tak bez patcha w dniu premiery?! Toż to nieludzkie!

09.03.2017 14:11
odpowiedz
Inferno9
10

A niech tworzą tą grę jeszcze i z 2 lata. Zabugowanych gniotów i niedokończonych gier ostatnio coraz więcej. Trzymam kciuki za ten projekt!

07.05.2016 22:34
odpowiedz
Inferno9
10

Ale to jest niesamowity pomysł!

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl