Skrzywiła się subtelnie, usłyszawszy słowo ‘łajza’. Tyle razy w życiu określano ją epitetami tego rodzaju, a często nawet gorszymi, że powinna była przyzwyczaić się już dawno. Lecz mimo to – zabolało. Ale czy powinna była się temu dziwić? W swoim aktualnym położeniu nawet zwykły szczur cieszył się wyższą pozycją w hierarchii aniżeli droga Esyae, która siedziała w najdalszym kącie celi z podkulonymi nogami i naburmuszoną miną. Tyle że ze swoją aparycją elfka wyglądała co najmniej komicznie, nadrabiała jedynie dzikim wyrazem w swoich szmaragdowych oczach.
Cholerny Uremel… Nogi mu z tej kościstej sempiterny (bo przecież Eto zawsze była grzeczna, grzeczna aż do bólu) powyrywa, gdy tylko dane im będzie się spotkać. Mniejsza o to, że ze swoim wzrostem niskim nawet jak na leśnego elfa, przy boku przyjaciela prezentowała się raczej marnie, jak licha kotka domowa przy tygrysie. To nie było teraz istotne. Gdyby nie on i gdyby nie jej przerośnięte ego, nie znajdowałaby się teraz w kamiennym więzieniu, w którym, po pierwsze, pachniało nie za ciekawie, a po drugie – przetrzymywano szelmy i zwyczajnych zbrodniarzy, a ona się do tej grupy nie zaliczała. Tak więc, przez dumę, której czasem nie potrafiła poskromić, przypadkiem przywołała swojego płonącego szkieleta-pupila, który miał go trochę pogonić i postraszyć. Pech chciał, że zauważył ją strażnik, a raczej zauważył trudny do zidentyfikowania wybuch, prawdopodobnie magiczny, którego ofiarą sam się stał, jako że znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Prawie się przekręcił, niemniej przejęta Eto wzięła sobie na sumienie, żeby biednemu mężczyźnie pomóc i po poważnych obrażeniach nie zostało nawet śladu, ale drań i tak wpakował ją do lochu. Na szczęście nie za nekromancję, tylko… Właściwie sama nie wiedziała, za dużo wtedy było krzyku i łez. Próbę zabójstwa bodajże, a nie nieszczęśliwy wypadek, którego celem była inna osoba. A rodzicielka mówiła, żeby nie pałać się nekromancją. Ba, cały wszechświat trąbił o tym na prawo i lewo, tylko Esyae wiedziała lepiej.
Zresztą, mogło skończyć się o wiele gorzej, prawda?
Z wewnętrznego monologu wyrwało ją nagłe poruszenie w pobliżu celi. To ostudziło też jej mordercze zapędy, z których zazwyczaj nie słynęła, ale hej – czy to uczciwie, że jej przyjaciel grzeje teraz posłanie w jednej ze swoich cieplutkich posiadłości, a ona gnije w celi z jakimiś ostatnimi wywłokami? Ona, szanowana uzdrowicielka i alchemiczka, skończyła tak marnie, a Uremel nawet palcem nie kiwnie. A to przecież wina tej przeklętej szelmy. To on wyprowadził ją z równowagi.
Dziewczyna westchnęła pod nosem, zarzuciła swoją wiśniową grzywą i stwierdziła, że pora dowiedzieć się, o co tyle zamieszania. Podeszła ostrożnie do krat, zachowując bezpieczny dystans i bacznie obserwując sytuację. Zmierzyła przybyłego wzrokiem, przyjrzała się jego odzieniu, szczególną zaś uwagę zwróciła na barwę głosu, dopiero później na twarz. Było to dość wymagające, bo musiała zadrzeć głowę, żeby cokolwiek dojrzeć. Przepaska na oku robiła swoje. Kim, do licha, był ten człowiek? Powinna pewnie wiedzieć. Nie, to nie było istotne; liczył się bowiem fakt, że właśnie zdobyła szansę, żeby się stąd wyrwać.
Wystąpiła do przodu.
Jedynym problemem było to, że nie miała pojęcia, jak ma do siebie przekonać porucznika. Eto cechowała się raczej drobną, filigranową posturą. Miała duże, typowe dla leśnych elfów oczy i choć kryła się w nich niebezpieczna iskra, z daleka wyglądała bardziej jak dziecko aniżeli potężny czarownik. Czy taki potężny, to już swoją drogą…
– Nie wiem o jakiego rodzaju pokucie mowa, ale jestem chętna – zaczęła głosem znacznie poważniejszym niż sugerowała jej aparycja. – Zdaje się, że wszystko będzie lepsze od tej zatęchłej celi…
Albo tym, co czeka mnie, jeśli zostanę w niej jeszcze kilka dni dłużej, dodała w myślach. Jakby nie patrzeć, nikogo nie zamordowała. Była tutaj za głupią wpadkę, do której można było dodać kilka drobniejszych przewinień, kradzieże chociażby. Eto wolała uchodzić za pacyfistkę aniżeli rozbójnika, zresztą, pasowało to bardziej do wizerunku słodkiej, zadbanej elfki.
– Nazywam się Eto, z rodu Esyae. Nikogo nie zabiłam, ale nie zawahałabym się, jeśli od tego zależałoby życie me lub moich towarzyszy. Jestem uzdrowicielką. Podobno całkiem niezłą. Poza tym pałam się alchemią. Mogę uzupełniać na bieżąco zapasy mikstur lub trucizn, w zależności od zapotrzebowania, jednak, jeśli mam być szczera, wolałabym być aktywnym członkiem grupy i… – To nie tak, że urwała w pół zdania. Porucznik przerwał jej bezczelnie, unosząc dłoń do góry, a to wystarczyło. Choć chyba bardziej rozjuszył ją szyderczy półuśmiech, który pojawił się na jego ustach, gdy tylko zlustrował ją wzrokiem. Jednak kobieta utrzymała spokój, a przynajmniej jakieś jego pozory. Wewnątrz wręcz się w niej gotowało. Kolejny samiec alfa, który myśli, że wszystko mu wolno. To, że ona równie często pozwalała sobie na tego typu kpiące uśmieszki, to już inna historia. Czasem brakowało jej empatii, cóż zrobić.
– A powiedz mi, dziewucho, co taka kruszyna robi wśród bandy złodziei, moczymord i morderców?
Spodziewała się tego pytania. Przecież wypłynęło dziś już kilka razy, w czasie przepytywania poprzednich kandydatów, a jednak miała cichą nadzieję, że jej porywająca gadka o uzdrawianiu i alchemii je uciszy. Próżne nadzieje. W tej sytuacji Eto miała dwa rozwiązania i z bólem serca wybrała prawdę. Miała co prawda chwilę zwątpienia, ale wzrok strażnika więziennego wystarczył, by zgasić jej ciche pragnienia. Przecież wiedział, za co tu siedziała. Przecież dlatego nie spuszczano z niej oka, mimo że siedziała grzecznie w kącie niczym zbity kot. Oficjalnie była uzdrowicielką, która na boku, trochę nieudolnie, doszkala się w umiejętnościach walki. Nieoficjalnie była nekromantą.
– Miałam pecha i prawie zabiłam człowieka. - Westchnęła. – Wiem, jak żałosna to wymówka. W każdym razie, nikogo nie zabiłam ani nie skrzywdziłam i chcę wreszcie wyjść z tego miejsca. Poza tym naprawdę wierzę, że mogę się przydać. – Urwała wreszcie i zamilkła. Nie miała pojęcia, jak sytuacja się rozwinie i jaka będzie reakcja porucznika. Nie miała zielonego pojęcia, o jakiej pokucie była mowa, bo przecież właśnie mogła sobie przybić gwóźdź do trumny, ale, cholera, czy to było ważne?
- Czy jeśli ci powiem, że zmierzamy do Blackreach, to nadal będziesz taka gotowa?
Czy fakt, że rozbłysły jej oczy, to niezdrowa reakcja? Eto tylko się uśmiechnęła, starając się ukryć narastająca ekscytację. Słyszała o Blackreach; słyszała o roślinach, jakich na powierzchni nie sposób spotkać, a to oznaczało, że teraz była gotowa nawet bardziej.