Śmierć szerzej nierozpoznanego przez Świat i niespełnionego wampirzego malarza-muralisty, mocno odbiła się na twarzy Grimesa. Może nawet pojawiła się łza. U reszty drużyny próżno jednak było szukać głębszej reakcji, szczególnie że nikt z nich nie był do końca przekonany czy w przypadku wampira można było mówić o śmierci. W końcu jakby nie było, był już martwy. Sha’anks zwrócił się do Very, bądź co bądź ekspertki w tym temacie, by zadać adekwatne pytanie, ta jednak ostatkiem sił uniosła rękę i wskazała jeden z bocznych korytarzy. Jej rozszerzone oczy zdawały się pytać czy reszta drużyny widzi to co ona. Reszta widziała.
Na końcu korytarza stała półprzejrzysta sylwetka niewysokiego mężczyzny o wyraźnie elfich rysach. W długiej szacie, z gęstą lecz dobrze zadbaną brodą i noszącego charakterystyczną czapeczkę. Sylwetka choć prześwitywała, zdawała się również pulsować niezwykłym błękitnym światłem. Zjawa uśmiechnęła się, po czym wskazała ręką załamanie korytarza po swej lewej stronie by po chwili odwrócić się tam i zniknąć. Drużyna przez chwilę stała w milczeniu, trawiąc to co właśnie się stało. Nawet Sha’anks. Nagle narastający huk ucichł i jego miejsce pojawił się narastający tupot wszelkiej maści nóg, odnóży i czego tam jeszcze można było się spodziewać po daedrycznych stworzeniach. Grimes ocknął się i wskazał korytarz w którym zniknęło widmo:
- Micareth, przodem! Sha’anks, bierz Verę i za nią! Ja zamykam pochód!
Drużyna posłusznie i w milczeniu wykonała rozkaz. Micareth gdy tylko dobiegła do załamania korytarza rzuciła:
- Czysto! Iść dalej?
- Aż do końca! – krzyknął Angra mocno ściskając broń i rozglądając się za przeciwnikami.
W ten sposób drużyna pokonała cztery załamania. W końcu jednak dotarli do dużej sali w której nie było już nic. Żadnych wrót, żadnego przejścia i żadnego widma. Jedynie pręt wystający z podłogi.
- Oj, chyba wpadliśmy w guarze guano! – westchnął Sha’anks.
- Nie, to by było bez sensu! – rzuciła Micareth – Gdyby widmo chciało naszej śmierci, mogło nas zostawić tam gdzie byliśmy!
- Myślcie! – głośno warknął Grimes, po czym zaczął uderzać bronią o ściany i rury – Musi być jakaś droga dalej! To nie izba mieszkalna ani magazyn. Musi być coś dalej!
Reszta drużyny zaczęła nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu. Z każdym uderzeniem serca, odgłos pościgu stawał się coraz głośniejszy. Niespodziewanie Vera resztkami sił podeszła do pręta i zaczęła go szarpać. Ten jednak nie chciał drgnąć.
- Oj, co robisz! – wrzasnął lekko przestraszony Sha’anks – Jeszcze uruchomisz jakąś pułapkę! O tak, pułapkę! W takich miejscach ich pełno!
- Co za różnica… - niemal szeptem odparła Vera. Z kącika jej ust poleciała strużka krwi. Osunęła się na ziemię.
- To prawda, albo zginiemy rozszarpani na strzępy przez potwory, albo niech zabije nas cokolwiek to jest! – warknął Angra i odsunąwszy Verę na bok, z całej siły pociągnął za pręt. Pręt, który okazał się być dźwignią.
Niespodziewanie podłoga pod stopami drużyny zadrżała. W odgłosach przetaczającej się pary, płyta będąca środkiem pomieszczenia, zaczęła osuwać się w dół. Grimes w ostatniej chwili zeskoczył na dół. Drużyna zmierzała w ciemność.
Chwilę po tym gdy ruszyli, w otworze nad jej głowami pokazało się kilka kreatur. Wściekle wyły i syczały.
- Wszyscy pod ścianę! – zarekomendował Grimes.
Słusznie, bo sekundę później rzucił się w ich kierunku jeden z potworów. Poleciał prosto na główkę i uderzając w środek płyty, skręcił kark. Po nim ruszyły jeszcze dwa. Z tym samym rezultatem. Reszta bestii wyła z wściekłości, lecz żadna z nich nie odważyła się skoczyć. Vera wyciągnęła dłoń w stronę trupów. Pomiędzy nią a nimi, przebiegła delikatna czerwona strużka energii. Elfica uśmiechnęła się i przeciągnęła.
- Lepiej? – zawadiacko zapytała Micareth.
- Oczywiście! – z diabelskim uśmieszkiem odparła Veranque.
Sha’anks nastroszył futerko, lecz nie powiedział nic. Grimes uporczywie wpatrywał się we wciąż poruszające się ściany. Nagle jego oczom, ukazała się wyrwa, która po chwili zmieniła się w we wrota. Płyta ze zgrzytem zatrzymała się, nieomal rzucając go na kolana.
- To chyba koniec przejażdżki! – niepewnym głosem rzucił Khajiit.
Grimes spojrzał w górę. Sylwestki potworów zaglądających w głębie były ledwo dostrzegalne – Tak, koniec. Zbierajmy się, bo może zaraz odkryją do czego służy dźwignia i wrócimy na górę. A tego bym nie chciał.
- Ja też nie – z uśmiechem wtrąciła Vera i ruszyła w stronę wyjścia. Reszta drużyny musiała przyspieszyć by dotrzymać jej kroku.
Niespodziewanie elfka stanęła i głęboko westchnęła. Podobnie jak Sha’anks, Micareth i nawet sam Angra. Ich oczom ukazała się niesamowicie wielka grota, którą rozświetlało błękitne światło pochodzące od roślin, grzybów i zapewne innych, bliżej nieznanych żyjątek. Przed nimi rozciągło się dawno zapomniane, lecz wciąż tętniące życiem Fal'Zhardum Din. Znane im do tej pory jako Blackreach.
Z mroku wyłoniła się kupka największego nieszczęścia jaką Grimes miał okazję zobaczyć w swym ciężkim żołnierskim życiu, a widział niejedną tragedię! Zgarbiona, utykająca i wystrzępiona kulka nieuczesanej sierści z podwiniętym ogonkiem, spoglądała w górę swymi olbrzymimi czarnymi oczami. W migotliwym świetle pochodni, Grimesowi wydawało się że oczy są wilgotne, zaś sama postać drży na granicy płaczu. Porucznik wziął głęboki oddech. N’wah – mruknął do siebie.
- Tak, N’wah. Ja być N’wah. Ale ja bardzo nie chcieć być N’wah! – drżącym cieniutkim głosikiem odparła futrzasta kulka. Na policzki Porucznika wstąpiła krew:
- Skąd znasz to słowo!
Kulka zaczęła drżeć jeszcze mocniej - Habasin znać wiele słów. W wielu językach. Habasin wiele podróżować.
Oczy Grimesa zaczęły się zwężać. Od dekady walczył w szeregach Paktu i spotkał wielu szpiczastouszych. Po jednej i drugiej stronie barykady. Za dnia walczył z nimi, w nocy zaś pił. Nie dziwi więc znajomość pewnych słów u weterana. Ale u małego nieszczęśliwego kotka już tak. Porucznik sięgnął po listę.
- No to jesteśmy w domu – żachnął się – Ha-ba-sin. Przydomek: Słod-kie Us-ta. Zakładam że to ty?
Kotek grzecznie przytaknął.
- Powiesz mi czym się zajmujesz?
- Trochę tym, trochę tamtym.
- Czyli złodziejstwem? – warknął Grimes.
- Nie, nie złodziejstwem. Sztuką! – pospiesznie zapewniła Khajitka. Na dowód swoich słów, uniosła futrzastą dłoń. Pomiędzy palcami przebiegła strużka delikatnego światła.
- Nie potrzebuję tandetnych sztukmistrzów. I manipulatorów. Szukam ludzi zdolnych do walki! A ty na takiego kogoś, zdecydowanie nie wyglądasz.
- Walka ma wiele oblicz, Dowódco – kotek wyprostował się. Teraz spoglądał Porucznikowi prosto w oczy. Jego głos stał się twardy jak skała – Ilu ludzi zdołałbyś ocalić, gdybyś miał kogoś takiego jak ja w drużynie i wiedział co jest za tym cholernym wzgórzem, hmm?
Grimes przełknął ślinę. To był odruch. Tak działał jego mózg na widok zwężających się kocich oczu.
- Jakim wzgórzem? – zapytał niepewnie.
- Metaforycznym, oczywiście – Khajitka pokręciła głową i westchnęła – Dobra, przejdźmy do sedna, bo nie skończymy do kolacji. W jaki sposób mamy odpracować spustoszenia? Zamieść dziedziniec? Wyczesać koniom grzywy? O, a może… - Habasi na chwilę zawiesiła głos, po czym dodała półszeptem – …wyruszyć na jakąś wyprawę prosto spod ogona, która będzie tak naprawdę odroczeniem kary śmierci, bo głupiec, który ją planował, wie że ta akcja będzie samobójstwem, więc nie zamierza marnować własnych ludzi i sięga po więźniów, hmm?
Grimes powoli zaczynał odzyskiwać kontrolę nad swoim umysłem – Ten głupiec, który nie zamierza marnować dobrych ludzi, to ja! I owszem, wyprawa będzie ryzykowna, więc nie chcę ryzykować życia moich towarzyszy. Ale jest jeszcze jeden powód dla którego wolę sięgać po więźniów.
Khajitka zastrzygła uszami.
- Tacy jak wy, wiedzą jak sobie dać radę w życiu – Grimes podniósł głos - Może i teraz jesteście po uszy w… guarzym łajnie, ale wiem że jeśli takim awanturnikom jak wy da się szansę by zabłysnąć, wykorzystacie ją. Więc daję wam tę szansę. Szansę na wyjście z celi, wyruszenie w teren i być może zdobycie łupów. A po wszystkim, pardon. Byście mogli dalej kombinować na ziemiach znajdujących się pod kontrolą Paktu. Lub jeśli taka wasza wola, wynieść się poza granice w poszukiwaniu lepszego życia. Jak więc będzie?
Z więziennego klepiska zaczęli podnosić się kolejni więźniowie. Cała mozaika ludzi, elfów i bestii. Grimes uśmiechnął się z satysfakcją, lecz stało się coś, co sprawiło że uśmiech szybko zniknął z jego ust. Wszyscy więźniowie patrzeli na Habasin i zdawali się czekać na jej słowo.
- Cóż, taki już urok więzień – wzruszyła ramionami Habasin – ma się naprawdę dużo czasu na rozmowy. O życiu, śmierci, marzeniach i… bardziej realnych planach.
Porucznik z kamienną twarzą słuchał już nie tak słodkich ust Khajitki.
- A plany są takie. Idziemy z tobą, ale zapewniasz nam wyżywienie na czas misji, ekwipunek na stałe, a po wszystkim pardon z oficjalną pieczęcią. No i całe łupy dla nas do podziału. Ta opcja działa na zasadzie: Wszyscy albo nikt.
Grimes głęboko westchnął.
- To co, umowa stoi? - zapytała kocica. Porucznikowi przez moment wydawało się że jej koci pysk się uśmiecha coraz szerzej i szerzej, i że zaraz cały zniknie za tym uśmiechem.
- Dobra, umowa stoi – Porucznik zmełł przekleństwo.
- Znakomicie! W takim razie, jeszcze jedna rzecz nim sfinalizujemy naszą umowę. Widzisz tego tam Norda w rogu. Tak, tego których wciąż siedzi. To członek naszego zespołu. Niestety nie może iść z nami, ale ponieważ nasza grupa działa w oparciu o zasady solidaryzmu społecznego, wszystkie korzyści z umowy będą również jego udziałem.
Oczy Grimesa zmieniły się w dwa pytające spodki.
- No co? To świetny kompan i niesamowity wojownik! Gdyby tylko mógł, poszedłby z nami i sam stanął za dziesiątkę twoich ebonhartowych żołnierzy. To prawdziwy bohater, który zyskał nasz szacunek i uznanie. Niestety, jego obiecującą karierę zakończyła przedwcześnie strzała w kolano…