Zakładamy niemodny garnitur, układamy lekko przetłuszczone włosy, czyścimy znoszone buty i wchodzimy na najelegantszy bal w mieście. Pozostali goście spoglądają na nas z wyższością, szepczą między sobą różne złośliwości na nasz temat. Wystrojeni w garnitury od najlepszych projektantów, z zegarkami wartymi równowartość naszych 100 pensji wyglądają na ludzi z innego świata. Nasz brak manier rzuca się w oczy, nasze nieobycie prowadzi do kilku żenujących sytuacji. Jednak zagryzamy wargi, obserwujemy, uczymy się i robimy dobrą minę do złej gry. W głębi duszy wiemy, że za rok, dwa, na ten sam bal przyjdziemy już w lepszym garniturze, nowych butach. Że pomni tegorocznych nauk i nauczek będziemy się umieli lepiej zachować... Zza okna bal obserwuje kilkunastu żuli. Śmierdzący moczem, bezzębni, w dziurawych ubraniach wlepiają nosy w szyby i śmieją się z każdego naszego potknięcia. Szyderze nie ma końca. Jednak w głębi duszywiedzą, iż tępym rechotem starają się zagłuszyć pamięć o tym, że jeszcze niedawno byliśmy jednym z nich, że razem oglądaliśmy przez szybę najelegantszy bal w mieście...