Obudziłem się, wstałem, wyjrzałem przez okno - padał śnieg. Było go już na tyle dużo, że auta stojące przy ulicy zdawały się być tylko bezkształtnymi zaspami o idealnie gładkiej, świecącej się delikatnie milionem kryształków białej powierzchni. W każdym razie wtedy myślałem, że to tylko zwykły śnieg. Do premiery zostało jeszcze kilkadziesiąt minut, więc zdecydowałem, że wyjdę na odświeżający spacer, może coś z tej białej nieskazitelnej substancji ulepię. Wychodząc z mieszkania odnotowałem na klatce schodowej dziwny zapach spalenizny. Nic to – pomyślałem – na klatce często czymś wania. Okazało się, że gorzej śmierdzi na zewnątrz. To śmierdział śnieg. Jak się później dowiedziałem - radioaktywny śnieg.
Zapamiętałem ten dzień - ten koszmarny, bezsensowny dzień, w którym prawie zagrałem w Fallouta 4. Do premiery zostało tak niewiele, a ludzie wtedy postanowili, że rozpoczną wojnę nuklearną. Debile. To było pięć lat temu. Czasem śnię o tym jak gram i wymiatam w Fallouta. Szczególnie dobrze grałoby mi się teraz, z dodatkowymi palcami w lewej ręce. Dzisiaj kończą mi się kapsle, woda świeci na zielono a z balkonu muszę przeganiać te przeklęte półtorametrowe gołębie.
Chciałbym w końcu zagrać.
Armikrog. Po prawie dwóch dekadach ponownie zobaczyć plastelinę na monitorze, przy muzyce która zwija synapsy? Poruszać się w świecie tak powykręcanym i surrealistycznym, że człowiek zastanawia się jak autorzy mogą spać mając w głowach takie pomysły? Wreszcie rozwiązywać zagadki przy których nawet najbardziej pofałdowany mózg robi się gładki jak lustro? Takiej grze mówię zdecydowanie TAK!