Dreygen3

Dreygen3 ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

07.07.2020 12:09
odpowiedz
Dreygen3
2

Popatrzyli na siebie skołowani, w ich głowach pojawiały się pytania „Jak odstawić Bodila na posterunek i uciec niezauważonym?”, „ Do czego dojdzie, jeśli tam dotrzemy? Ułaskawią nas? Zabiją?”. Niebo było czyste, słońce rozjaśniało okoliczne pustkowia, z oddali słychać było zwierzęta.
- Musimy ruszać. Nie możemy siedzieć tu do końca naszych dni. – Micareth wstała, otrzepała ubranie z piachu i spojrzała na resztę. – No już, podnosić dupy! Teraz to ona była dowódcą, pasowało jej to. Mogła wykrzykiwać co chciała w stronę swoich kompanów a ci musieli się jej słuchać. W końcu ani Sha’anks, ani Bodil nie poprowadziliby nawet kilku owiec, co dopiero mówić o dowodzeniu drużyną.
Khajit dokładnie zapamiętał drogę, którą szli na początku. Wiedział, które ścieżki trzeba wybrać na rozdrożach, miał do tego wrodzony talent. Kocur posmutniał gdy przypomniał sobie, że jeszcze wtedy maszerował z Verą i porucznikiem. Zdążył polubić Grimesa, ten zaś nigdy nie odwzajemniał mocno tego uczucia. Nie chciał się bratać ze zwykłym złodziejaszkiem czy zabijaką, którego i tak pochłonęłoby jakieś stworzenie z otchłani. Niestety wyrok padł na samego Angre.
- Jaki macie plan na oddanie mnie? – Zapytał Bodil, dalej był nieco przestraszony, nie wiedział nic szczególnego o swoich wybawcach a i sam nie do końca pamiętał jak trafił do Blackreach. Bał się podróżować z nieznajomymi, był jeszcze młody, nie zdążył poznać czym jest świat. – Jak już wiecie, jestem urzędnikiem. Za uratowanie mnie mogę próbować was ułaskawić, bądź chociaż nieco zmniejszyć wasz wyrok.
- Chcesz zmniejszyć wyrok egzekucji? – popatrzyła na chłopaczka Micareth? – Jak chcesz tego dokonać? Dasz mi jeszcze kilka dni, żebym mogła sobie przypomnieć jak to było gnić w lochu?
Bodil opuścił głowę i dalej szedł już wgapiony w ziemię. Nie wiedział jaki wyrok dostali, ani za co tak naprawdę tam trafili. Wiedział jedynie, że to para straceńców, którzy przez dobroć swojego porucznika wracają teraz cali na posterunek. No, prawie cali. Nieśli na sobie kilka ran ale nie odzywały się już tak bardzo jak przy ucieczce.
- A Sha’anksa wypuści? – Kot pokierował na niego wzrok. Nie był skazany na śmierć. – Sha’anks chciał tylko kilka słodkich bułek… Nie zrobił nic złego.
Cichym i ponurym głosem powiedział pod nosem. – Jeśli dotrzemy tam w jednym kawałku i pozwolą mi wrócić na stanowisko to tak, postaram się zrobić co w mojej mocy byś mógł pójść w swoją stronę.
Khajit wyprostował się, uśmiech zagościł na jego kociej mordce. Resztę drogi kroczył dumnie i pełny szczęścia. W końcu był pewien, iż zostanie rozgrzeszony i wróci tam, skąd przyszedł.
- Dokąd byś ruszył? – zapytała niesfornie Micareth patrząc przed siebie.
- Sha’anks wróciłby do domu, chciałby znów zobaczyć mamę. – przez chwilę pochłonęły go wspomnienia i wzrok skierował ku niebu. – I zjadłby jeszcze kilka słodkich bułeczek.
Wojowniczka rozchmurzyła się niezauważalnie, dała nawet radę na skromny uśmiech.
Po chwili wyciszenia Micareth wróciła do wcześniejszego pytania. – Co do planu… - Zaczęła, lecz nie miał nic w głowie, nie mogła skończyć. – Znasz jakieś inne wejście niż główna brama? Może moglibyśmy uniknąć uroczystego powitania?
- Jest drugie wejście, od północy. Zawsze stoi tam jeden strażnik.
- Jeden to nie problem. – powiedział Sha’anks. – Zabijaliśmy całe grupy. – Dalej maszerował z wysuniętą klatką do przodu, nie zwracał uwagi na to, co powiedział.
- Kocie, nie będziemy zabijać żadnych strażników. Rozum ci odjęło? – z niedowierzaniem popatrzyła na niego Micareth. Zaczynała martwić się o swojego towarzysza, choć bardziej o własne życie. Nie wiedziała, do czego może się posunąć. – Jeśli ktoś by to zobaczył ,na pewno więcej słodkich bułek nie ujrzałbyś na oczy.
- Wystarczy, że mnie zobaczy. – wysunął Bodil. – Strażnicy mnie tam znają, szczególnie ci pilnujący bram. Wyjaśnię mu, że zapiłem się w barze, dlatego tyle mnie nie było. Was wezmę jako rzekomych świadków jakiegoś zdarzenia i po sprawie.
Micareth nie była do końca przekonana czy to aby na pewno wypali. Niestety nie mieli niczego lepszego, musieli spróbować. Osoby mądre, wymyślające plany i taktyki zostali w Blackreach. Resztę drogi pokonali w milczeniu.
***
Dotarli do bramy. Niebo zaczynało zmienić kolory na bardziej ponure, chmury zakryły lśniące słonce. Zbierało się na opad.
- No dobrze, pójdę przodem a wy idziecie za mną. Schowajcie twarze pod kapturami by uniknąć niepotrzebnych pytań. – Zainicjował Bodil. – wyjaśnię mu całe zdarzenie i za chwilę będziemy w środku. Micareth nie dawało to spokoju, wydawało się to być zbyt proste. A jednak, po krótkiej wymianie słów ze strażnikiem już byli wewnątrz posterunku. Nie musieli się przedstawiać, urzędnik powiedział kim są.
Zaczęli kierować się w stronę prawdopodobnego miejsca pobytu Gutrima. To właśnie do niego mieli się zgłosić. Krocząc powoli co raz spoglądali na żołnierzy, puste oczy wgapione były w trójkę nowo przybyłych. Bodil niby znany nigdy nie przyprowadzał nikogo ze sobą, przykuwało to uwagę, której teraz nie potrzebowali.
Weszli do głównego budynku gdzie urzędnik miał swoje miejsce pracy, w tym samym urzędował też Gutrim. Musieli też odnaleźć maga by przekazać mu kartkę, którą otrzymali jako prezent pożegnalny od Grimesa.
Ciepło jakie tu panowało było dla nich jak zbawienie. Do pełni szczęścia brakowało im jedynie gorącego posiłku i wygodnego łóżka. Przez kilka nocy musieli spać tam, gdzie czuli się bezpiecznie. Wygoda nie była brana pod uwagę.
Znaleźli się przed obliczem Gutrima.
- Bodil?! Chłopaku, gdzieś ty był? Blado wyglądasz. – popatrzył na twarz młodego urzędnika, nie wiedział jeszcze o tym co zaszło i przez co tak naprawdę jego cera zmieniała kolor na bardziej trupią. – A ta dwójka, kto to?
Micareth i Sha’ansk zdjęli nakrycia i podnieśli głowy do góry. Gutrim widząc khajita od razu przypomniał sobie gdzie został wysłany i z kim. Zrobił krok w tył jakby duch stanął przed nim.
- Wy?! Co wy tu do jasnej cholery robicie?! – niedowierzał w to co widział. Pewny był, że cała trójka, która ruszyła z Grimesem nigdy więcej nie ujrzy światła dziennego. – Jak wyście… - Bodil położył mu rękę na ramieniu, popatrzył na niego i spróbował uspokoić.
- Usiądźmy, zaraz wszystko nam wyjaśnia. Sam również jestem ciekawe wielu rzeczy.
- Potrzebujemy tu jeszcze waszego maga.
***
Minęło kilka godzin. Deszcz padał nieustannie, za oknami mrok spowił całą krainę. Pomieszczenie oświetlało kilka pochodni rozmieszczonych na ścianach. Micareth skończyła wyjaśniać co zaszło w Blackreach i dlaczego dotarli tu tylko we dwoje.
- Więc to tak… - Smutnym głosem podsumował całą wypowiedź Gutrim. Wszyscy w pomieszczeniu posmutnieli na wieść o tym co przytrafiło się Grimesowi. Jedynie z radości skakać mógł Beinard, od dawien dawna chciał się pozbyć tego norda.
- Można śmiało powiedzieć, że porucznik uratował nam tyłki. – wpatrzona w podłogę Micareth cienkim głosem wypowiedziała te słowa.
- Porucznik uratował Sha’anksa i Micareth. – stwierdził jasno Khajit siedzący tuż obok swojej towarzyszki.
- Przynajmniej mamy pewność, że szybko na powierzchni nie pojawi się żaden potwór z tamtych stron, on tak łatwo ich stamtąd nie wypuści. Pewnie już tłucze ich swoim toporem. To był twardy skurwiel, bez walki nie odejdzie. – Gutrim odchylił się opierając plecy na ścianie. Dobrze znał porucznika, wiedział jaki był z niego zażarty wojownik.
- Ale jaką mamy pewność, iż już się nie pojawił? – Mag pokierował wzrok na Bodila. – W końcu ten tutaj był przez nich przetrzymywany, nie mamy pewności, że jego przemiana już się nie zaczęła.
- Nie mamy. – Urzędnik jeszcze bardziej posmutniał, pochylił ciało do przodu i łzy zaczęły mu napływać do oczu. – Nie mamy pewności ale jestem gotów by oddać się na badania byście mogli zdobyć potrzebną wiedzę jak leczyć takich jak ja w przyszłości. – Wstał i spojrzał na Gutrima znajdującego się po jego prawej stronie. – Ale najpierw, jako, że jestem urzędnikiem chciałbym ułaskawić tą dwójkę ze wszystkich ich wykroczeń i puścić ich wolno.
Gutrim spojrzał z lekkim zaskoczeniem na Bodila, oczy lekko mu się rozszerzyły, brwi uniosły w geście niedowierzania. Nie powiedział słowa. Popatrzył przez chwilę na młodego chłopaka, później zaczął się przyglądać dwójce ocalałych.
- Nie mogę puścić tej dwójki. – powiedział patrząc prosto przed siebie na Sha’anksa i Micareth. – Mogę zgodzić się na uwolnienie jednego z nich.
Micareth popatrzyła na Sha’anksa. – Niech więc kocur sobie pójdzie, ja już dość widziałam. – Sha’anks obrócił się w jej stronę.
- Micareth dobra wojowniczka i dobra towarzyszka. – Uśmiechnął się niezgrabnie.
Bodil, mag i Gutrim popatrzyli na nich. Sami wybrali swój los, Micareth wiedziała na co się zgodziła. Nie miała już powodów by dalej podróżować. Prędzej czy później i tak wpadłaby w ręce prawa. Sha’anks miał chociaż możliwość wrócić do domu, opowiedzieć o wszystkim swojej kochanej mamie i zasmakować ponownie słodkich bułek, które tak uwielbiał.
- Postanowione, nie widzę sprzeciwu żadnej ze stron więc tak też będzie. Kocur zostaje uniewinniony a ty panienko zostajesz z nami. – Gutrim wstał, podszedł do khajita i wyciągnął rękę. – Dziękuję ci za wszystko co zrobiłeś w słusznej sprawie. Mam nadzieję, że ujrzę jeszcze kiedyś twoją mordkę w nieco lepszych okolicznościach.
Sha’anks podniósł się z krzesła, uścisnął dłoń i pokiwał głową.
- A ty Micareth, pójdziesz ze mną.
- Jeśli można… - podniósł rękę Bodil jakby chciał zgłosić się do odpowiedzi.- Mam pomysł.
***
Bodil został oddany do badań nad nowym lekarstwem, Grimesa ogłoszono jako bohatera i nadano mu tytuł pogromcy wampirów. Beinard został obalony, jego miejsce zajął Gutrim. Zaczęto gromadzić armię, która będzie gotowa ruszyć do Blackreach i wyplenić całe zło jakie tam zostało. Sha’anks o świcie wyruszył w kierunku rodzimych stron, wyspał się porządnie w wygodnym łóżku, zjadł porządny posiłek a na drogę, pomijając zwykły prowiant otrzymał odrobinę smakołyków. Nie zabrakło w nich kilku bułeczek.
Na posterunek dalej przywożeni byli nowi więźniowie. Złodziej, mordercy, tutaj nic się nie zmieniło. Słychać było powolne kroki stawiane na stopniach za drzwiami. Nagle żelazne wrota otworzyły się i do lochów weszła zakapturzona postać trzymająca w ręce pochodnię. Rozświetliła celę, zdjęła kaptur i uniosła głowę.
- No łajdaki, który chętny na odkupienie win? – Z uśmiechem na twarzy zapytała Micareth, nowa porucznik Fortu Greymoor.

01.07.2020 22:15
odpowiedz
Dreygen3
2

Sha’anks odwrócił głowę na moment by zobaczyć czy porucznik jeszcze oddycha. Widział jak ostrze jego broni błyszczy od światła grzybów, które oświetlały całe pole pojedynku.
- Rusz żesz się! Nie chcę przez ciebie tu zginąć! Micareth była pełna gniewu i nie chciała zawracać sobie głowy jatką. Wiedziała, że pochłonęły by ją emocje i zrobiłaby coś głupiego. Nie. Musiała biec dalej przed siebie i uciec z tej przeklętej nory. Pociągnęła łotrzyka za ramię i ocuciła go. Ruszyli ścieżką, która już raz maszerowali. Wtedy szli spokojnie i powoli, teraz biegli zdyszani i wycieńczeni uciekając z co sił w nogach.
- Shhhh! – wysyczał Khajit. – Tam, przed nami, widzi? – ujrzał w oddali kilka stworów na płaskowyżu gotowych ruszyć na nich jeśli tylko by ich zobaczyli bądź usłyszeli. – Trzeba skradać.
- Masz nieprzytomnego urzędnika na plecach, skąd wiesz, że nagle się nie obudzi i nie sprowadzi na nas piekła?
- Woli walczyć? – Sha’anks pokierował głowę w stronę Micareth z gniewnym grymasem na twarzy. – Jak tak to idzie przodem.
Nie chciała walczyć, walka byłaby tu pewną śmiercią a po tym co już przeszli nie chciała umierać będąc niedaleko wyjścia. Zaczęła jeździć wzrokiem po ścianach i intensywne myślała jak ich obejść bądź pokonać bez wzbudzania zainteresowania reszty. Wszak wiedziała, że ta mała grupa to na pewno nie wszystko co ich jeszcze czeka. Wpadł jej do głowy pomysł.
- Odłóż tu na moment tego urzędasa, zajmiemy się po cichu tą zbieraniną i wrócimy po niego. Za nami jest Grimes więc od tyłu nic mu nie grozi.
Pomysł przypadł do gustu towarzyszowi więc delikatnie odłożył Bodila na ziemię, cały czas patrząc w stronę płaskowyżu.
- Musimy zabić?
- Musimy, inaczej nie przejdziemy. Jeśli któryś z nich zacznie drzeć paszcze możemy mieć przesrane. – Wiedziała, że ta grupka to tylko namiastka tego co może być ukryte w dalszych ciemnościach, nie chciała od razu ściągać tu na siebie całej hordy. – Zabijamy szybko i bez krzyków.
Twarz Khajita spowił złowieszczy uśmiech, w końcu taki styl to jego domena. W takiej roli był jak ryba w wodzie. Maszerowali powoli, bezszelestnie. Każdy krok niczym na wagę złota, każdy stawiany z precyzją i ze stoickim spokojem. W końcu doszli do wrogów, żaden ich nie zauważył ani nie wyczuł. Micareth spokojnie wyciągała rapier z pochwy tak by nie wydał żadnego dźwięku. Sha’anks spojrzał w jej stronę a jelec i głowica błyszczały jak gwiazdy. Wymienili spojrzenia i pokiwali głowami. Kot znał się na rzeczy więc zabijał jednego po drugim i wyglądał przy tym jakby tańczył między nimi. Przeskakiwał od wroga to w cień by nikt go nie dostrzegł. Wojowniczka nie była tak sprawna w takiej formie, lecz radziła sobie. Wbijała rapier prosto w serce bądź w gardziel. Uchodziło z nich powietrze niczym z rybich pęcherzy, każdego chwytała za klatkę i kładła na ziemi. Wybili tak cały obóz. Grupa niewielka więc poszło szybko i gładko.
- Wróć po urzędnika, sprawdzę czy nie ma kolejnych. – Sha’anks spokojnie odszedł, patrzyła wokół czy nie przechodzi jakiś patrol, lecz było cicho. Za cicho, pomyślała. Khajit wrócił z Bodilem przerzuconym przez bark. Gdy dotarł pod nogi wojowniczki spostrzegła, że próbuję podnieść głowę.
- Kocie, tyłem do mnie! – wyszeptała, ale jakby chciała krzyknąć.
Zdezorientowany podrapał głowę, zrobił co kazała, nie wyczuł złych zamiarów w jej głosie więc posłuchał rozkazu. Odwrócił się i poczuł jak ciało na barku lekko drgnęło.
- Próbuję obudzić? – zapytał zaciekawiony i lekko podekscytowany.
- Jeszcze nie. – odpowiedziała Micareth po czym uderzyła w pół nieprzytomnego głowicą prosto w głowę, którą jak małe dziecko starał się podnieść do góry. Głuchy dźwięk dobiegł do uszu Khajita.
- Co to? Co zrobiła? – zaniepokojony odłożył ciało na ziemię. – Zabiła go?
- Nie zabiłam głupi kocie, ogłuszyłam. Nie potrzebujemy tu teraz pajaca, który zacząłby wydzierać mordę w niebogłosy. – Miała rację, gdyby się obudził byłby w szoku i zapewne zacząłby wzywać pomoc, której to od tych pomiotów by nie otrzymał. Sprowadziłby na nich pewną zgubę. – Bierz go na plecy i idziemy dalej, nie widziałam żadnego patrolu w pobliżu więc możemy przejść kawałek nie martwiąc głowy o własne życie.
Ruszyli. Powolnym tempem byli coraz bliżej wyjścia choć wiedzieli, że jeszcze nie jedno ich spotka.
***
Przeszli spory kawałek, minęli nawet dwa patrole bez użycia broni, co dla Micareth wydawało się początkowo niemożliwym. Najwidoczniej Sha’anks nawet z dodatkowym balastem potrafi być lekki jak piórko i przejść niezauważonym. Napotkali jednak na większą grupę, obok której już tak łatwo nie przejdą. Skryci za ścianą, nie widoczni dla stworów, lecz sami mieli wgląd na wszystkich.
- Cholera jasna, jest ich zbyt wielu. – gniewny grymas wymazał twarz zwinnej awanturniczki. Nie widziała innej drogi jak stanąć z nimi w szranki, lecz to przyciągnęłoby uwagę reszta. A na pewno było jeszcze przynajmniej kilka takich skupisk. Gdyby zaczęli na nich nacierać z każdej strony ich podróż zakończyłaby się bardzo szybko.
- Tam! Spojrzy! – Cicho wykrzyknął pokazując palcem w stronę wiszącego mostu. Wcześniej go ominęli bo na solidny nie wyglądał, teraz może być jedyną słuszną drogą ucieczki. Niestety dalej pozostaje kwestia jak do niego dotrzeć.
- Dobry pomysł, ale nie wiem czy widzisz to wszystko co jest przed nami. – rzuciła pogardliwe spojrzenie w stronę swojego kociego towarzysza. – Jak niby mielibyśmy ich obejść?
- Sha’anks odciągnie uwagę, ty pobiegnie z urzędnikiem na most.
- Nie ma mowy! Zabiją cię szybciej niż myślisz. – Plan Khajita wydał się jej szalony i nie do przyjęcia. Wszak możliwe, że już dwóch sprzymierzeńców straciła, nie chciała sama wracać na posterunek. – Trzeba wymyślić coś innego.
Minęła chwila. Łotrzyk wyskakuje z kolejnym genialnym pomysłem.
- Może urzędas odciągnie uwagę?
Zdumiona spojrzała w bok. - Na litość a jak miałby to zrobić? – ten pomysł zabrzmiał według niej jeszcze bardziej niedorzecznie niż poprzedni. Nie chciała już nawet słyszeć następnego, nie wiedziała, co jeszcze może siedzieć w tej małej kociej głowie.
- Ja go położy, tu, na ziemi, potwory przybiegną a my zabijemy. – lekki, szyderczy uśmiech pokazał się u Khajita. Wyraz twarzy nie wyglądał na radosny, bardziej przypominał jakiegoś obłąkanego szaleńca. Blackreach nie działa chyba najlepiej na Khajitów. Niestety nie mieli niczego lepszego i Micareth musiała ustąpić. Przytaknęła, choć obawy, że przyciągną w ten sposób posiłki towarzyszyły jej w głowie.
- Niech ci będzie, nie mamy nic lepszego…
Sha’anks odłożył ciało delikatnie na ziemi, lecz wystarczająco głośno by zwrócić uwagę Falmerów. Może i byli ślepy, ale na pewno nie głusi, od razu jak kot zdążył zabrać ręce odwrócili się w ich kierunku. Ruszyli, chwiejnie idąc w stronę jak zapijaczone mordy co ledwo z baru wyszli. Mała dziura w ścianie dała Micareth obraz jak blisko są i kiedy muszą zaatakować.
- Przygotuj się, jak powiem skacz wyskoczysz na dwóch najbliżej stojących. Ja rzucę się na resztę.
- Zaczną krzyczeć. – zaintrygowany pokierował wzrok ku swojej towarzyszce.
- Tak, zaczną. Dlatego zabijamy szybko i biegiem na most. Plan jest bardzo prosty. Wybijemy ich, przebiegniemy na drugą stronę i odetniemy liny, wtedy nas nie złapią.
- A porucznik? Jak wróci? – Smutek ogarnął kociego złodziejaszka. Polubił Grimesa. Patrząc na niego Micareth czuła żal lecz zamilkła, odwróciła głowę w stronę szczeliny.
- Przygotuj się, są blisko.
Wyciągnął ostrza i był gotów do skoku. Przykucnął w mroku czekając na swoją ofiarę. Nie wyglądał wtedy jak niewinny złodziej, przypominał prawdziwego zabijakę, zdolnego łowcę.
Falmerowie podeszli blisko ciała, jeden miał już kucać gdy nagle zza ściany rozległ się damski, donośny krzyk.
- Skacz!
Z mroku wyskoczył Khajit wprost na najbliższych przeciwników. Ostrza wbił wprost w ich głowy. Padli, on razem z nimi. Zaraz zanim wyłoniła się wojowniczka z rapierem z zaschniętą krwią na ostrzu. Rzuciła się dalszych przeciwników, zaczęła ich dźgać i ścinać ich głowy. Robiła to z pełną gracją. Byli zaskoczeni więc traktowała ich jak pachołki na placu treningowym. Rozległ się wrzask pozostałych, którzy zostali na tyłach. Hałas na tyle donośny, że jeśli Grimes dalej żyję to na pewno to usłyszał. Maszkary zaczęły biec w ich stronę wrzeszcząc i szczerząc kły. Łotrzyk odpowiedział tym samym, wystawił swoje kły i porwał go wir walki. Tuż obok niego precyzyjne cięcia wyprowadzała jego towarzyszka. Przeciwników ubywało, lecz za ich plecami pojawili się następni.
- O cholera, to te patrole, które omijaliśmy. Kompletnie o nich zapomniałam. – zdezorientowana wypadła z rytmu. – Sha’anks bierz urzędnika i wiejemy! – jeśli pozwolą się otoczyć będzie po nich. Nie mogą przecież wrócić więc muszą torować sobie drogę naprzód.
Ścisnęła rękojeść jeszcze mocniej i wycinała w pień całe robactwo jakie stało jej na drodze. Kot zarzucił Bodila na ramię i trzymał się blisko. Jeden z Falmerów chciał na niego skoczyć gdy ten zorientował się w czas i odskoczył w bok. Stwór zaczął zanikać w ciemnościach przepaści. Wszak walczyli na niewielkiej ścieżce. Miejsca starczało na dwie osoby idące obok siebie.
- Kocie teraz! Teraz mamy okazję! – wypatrzyła lukę między oddziałami wroga i wiedziała, że tej szansy nie można zmarnować. Mogła to być ich jedyna. Patrole deptały im już po piętach a z korytarzy zaczęły pojawiać się posiłki.
Biegli co sił by tylko dostać się na most, to była droga ku wolności. Liczyli, że po drugiej stronie stworów już nie będzie lub będzie ich znacznie mniej niż tu. Mylili się. Gdy tylko dotarli na początek mostu z drugiej strony zaczęły wyłaniać się koszmarne sylwetki.
- Nie, tylko nie to. Nie zginę tutaj! – wykrzyczała Micareth ogarnięta gniewem i frustracją. Z jednej i z drugiej strony nacierali na nich wrogowie. Sha’anks odłożył nieprzytomnego na deski i wyciągnął drugi sztylet. Był zwarty i gotowy do walki choćby na śmierć. Stali odwróceni do siebie plecami. Micareth walczyła z nacierającymi na nich wrogami od strony, w którą uciekali a kot próbował jak najdłużej wytrzymać natarcia miniętych wcześniej patroli.
- Zbyt wiele, Sha’anks nie da rady dłużej! – zaczynał słabnąć i opadać z sił, machał ostrzami na lewo i prawo, unikał wszystkich ciosów lecz już bez takiego wigoru jak wcześniej.
Micareth obawiała się, że tak skończy się ich wędrówka. Przynajmniej zginę w walce, pomyślała.
Nagły huk wytrącił wszystkich z równowagi, most zachwiał się o mało nie powalając z nóg wszystkim.
- Kocie, liny nie wytrzymują! Zaraz spadniemy, przygotuj się! – Khajit odskoczył bliżej swojej partnerki.
Drugi huk, liny z jednej strony zerwały się. Było ich zbyt wielu a most nie wyglądał solidnie. Krzyk pomiotów i dwójki dzielnych bohaterów rozległ się na całe Blackreach. Opadali w ciemność, nie widzieli nic poza rychłą śmiercią czekającą na nich na samym dnie.
***
Micareth mozolnie próbowała otworzyć oczy. Zmęczona i obolała, zdziwiona, że jeszcze oddycha. Leżała na trupach wynaturzeń, które jak myślała chwilę temu zabiła. Wydawało jej się, że minęło raptem kilka minut, tak naprawdę leżała tak dobre kilka godzin. Resztką sił spróbowała się podnieść by usiąść i zobaczyć gdzie tak jest. Podnosząc się zauważyła ciało Sha,anksa.
- O nie, tylko nie to. – wymamrotała pod nosem. Nie darowałaby sobie gdyby ona przeżyła a kolejna osoba z jej drużyny padła trupem.
- Żyję, sprawdzałem. – męski głos dobiegł do jej uszu z przeciwnej strony. Od razu ocknęła się jakby zobaczyła co najmniej ducha.
- Co?! Kim ty… Bodil? – nie mogła uwierzyć, że naprzeciw niej siedzi oparty o ścianę z jej rapierem w rękach mężczyzna, którego nieśli przez cały czas.
- Wytłumacz mi dlaczego jestem w jakiejś dziurze a wokół mnie znajduję się morze martwych ciał jakiś stworzeń to może cię nie zabiję. – oczekiwał wyjaśnień całej sytuacji, nie wiedział przez co przeszli a sam wydawał się być ledwo przytomny.
- To nie czas i miejsce na wyjaśnienia, musimy się stąd jakoś wydostać. – Micareth próbowała negocjować, nie miała nic lecz nie pasowało jej umrzeć teraz z rąk jakiegoś urzędnika po tym, jak przeżyła upadek z kilku metrów. Do czołgała się do Sha’anksa i zaczęło go budzić, Machała nim na lewo i prawo, bezskutecznie. – Obudź się ty draniu, nie mam zamiaru cię nieść.
- Ja go wezmę, jeśli tylko wyjaśnicie mi później co tu zaszło.
- Postąpiłbyś bardzo słusznie, gdybyś go teraz niósł. On targał cię przez setki metrów na swoim barku i walczył broniąc cię.
Bodil podniósł powoli, niczym małego dzieciaka Khajita i rzucił na bark. Nie był ciężki więc nie sprawiał ogromnego problemu. Wojowniczka z trudem wstała na własne nogi i nagle poczuła piekielny ból w lewej nodze.
- Nie dasz rady sama iść. – spojrzał na nią z politowaniem, musiał jej pomóc albo zdechłaby tu razem z poległymi. Wziął ją pod ramię i trzymając się ścieżki wytyczonej przez kilka grzybów fluorescencyjnych szli przed siebie. Zostawili za sobą dziesiątki martwych.
Szli w całkowitej ciszy. Micareth była wyczerpana i nie miała sił na rozmowę, nie chciała teraz tłumaczyć tego wszystkiego co tu zaszło. Sama też nie wiedziała jak on się tu znalazł. Wychodząc zza zakrętu ujrzeli światło. Blask tak wielki, że każda szczelina w ścianie była widoczna. Na twarzy wojowniczki ukazał się obraz zdziwienia i radości. Liczyła, że w końcu znaleźli wyjście. Nie myliła się, tym razem miała rację. Z każdym krokiem widziała coraz więcej drzew, zaczynała słyszeć śpiew ptaków i wycie wilków. Odnaleźli wyjście.
- Czy my… Wyszliśmy? – na wpół przytomny Khajit nie dowierzał, że nareszcie mógł odetchnąć świeżym powietrzem i spojrzeć w niebo.
- Tak kocie, wyszliśmy.
***

24.06.2020 21:10
odpowiedz
Dreygen3
2

-Przybywajcie!- ostatkami sił Milten krzyknął w stronę korytarza po czym skonał na rękach porucznika. Grimes odłożył wampira na ziemię i zaczął nerwowo rozglądać się za czymś, czym można by zablokować przejście. Wiedział, że po takiej burdzie jaka miała przed chwilą miejsce jego ludzie nie dadzą rady zatrzymać całej hordy dłużej niż kilka minut.
-Tam!- wykrzyczał Sha’anks – nad wejściem! – nad samym wejściem ujrzał wystający głaz, który gdyby tylko spadł zablokowałby całe przejście.
-Vera! – krzyknął Grimes pełen nadziei, że i tym razem nekromantka ma coś czym uratuje ich przed zgubą – powiedz, że masz coś co spowoduje, że ten wielki kamień runie na ziemię.
Elfka spojrzała na porucznika z politowaniem. Zrobiła kilka kroków naprzód w stronę korytarza. – Gdyby coś wypełzło z tej dziury szybciej niż ja skończę rzucać zaklęcie łapie za stal i zabijcie to – Każdy wiedział, że to może być ich ostatnia szansa więc byli gotowi rzucać się całą trójką na nawet najmniejszego stwora, który wyjdzie z ciemności. Po chwili Vera zaczęła mówić zaklęcie pod nosem jednocześnie rysując w powietrzu dłońmi jakiś znak. Pozostali zerkali co raz to w głąb korytarza to na glif pojawiający się przed nekromantką. Nagle z mroku wyskoczyło kilka stworów. Rzuciły się w amoku lecz szybko zostały powtrzymane przez rapier i topór, które świsnęły obok uszu Very.
-Za wszelką cenę musimy je powtrzymać! Żaden nie może jej tknąć! – rozjuszony porucznik podbudował morale reszty by mogli choć przez chwilę stawić opór nadciągającym stworom. Angra wymachiwał swym toporem jakby nic nie ważył, choć rany po ostatniej walce dawały sobie we znaki i wiedział, że długo tak nie da rady. Spojrzał przez bark na Micareth, która też już opadała z sił. Nieco dalej sam Sha’anks otoczony przez gromadkę demonicznych pokrak tańczył unikając kolejnych ciosów lecz też było wiadome, iż nie da się tak unikać w nieskończoność.
-…Vara sha kun! – z ust nekromantki z niewyobrażalną siłą wyleciały te słowa. Nagle ogromny głaz nad przejściem i nieco mniejsze pod nim zaczęły się osuwać.
- Grimes uważaj! – krzyknęła rozpaczliwie Micareth gdy zobaczyła porucznika w strefie zagrożenia.
Wojownik spojrzał przed siebie i ujrzał powoli osuwający się nad nim głaz. Gdyby nie Vera, która używała resztek sił magicznych by utrzymać kamień dawno leżałby zmiażdżony i martwy. Odskoczył kawałek lecz wystarczająco daleko by nie odnieść obrażeń. Przejście zostały zamknięte a wszystkie potwory, które zdążyły wyjść leżały już martwe.
***
-Kocie, idź sprawdź czy jest jakaś inna droga. – rzekł spokojnie Grimes. Spokojnie bo chmura wojny została zażegnana. Na razie.
- Pójdę! Sha’anks wypoczął, może ruszać. – zmęczenie Khajiita opadło szybko, szybciej niż zakładano. Podczas walki skakał unikając co raz to groźniejszych ataków a siły wróciły mu w natychmiastowym tempie.
Porucznik spojrzał na nieprzytomną Verę. Osunęła się na ziemię powoli słabnąc tuż po rzuceniu zaklęcia. Najwidoczniej wyczerpała wszystkie swoje siły. Widział jak jej twarz blednie i bał się, że straci tak szybko tak potężnego sojusznika. Bał się też, że ta wyprawa nie uda się bez kogoś kto zna się na magii. Oderwał oczy od elfki i pokierował na wojowniczkę, która siedziała nieopodal i opatrywała ostatnie rany.
- Wiesz co to były za stwory? – zapytał cicho i niepewnie Grimes. W jego głosie wyczuć można było przerażenie. Nie łatwo jest otrząsnąć się po walce z czymś co mogło zabić w mgnieniu oka. Choć takich stwór w Blackreach pewnie jeszcze pełno.
- Pierwszy raz jestem na tych ziemiach, pierwszy raz widziałam i walczyłam z czymś takim. Cieszę się jedynie, że żyję, i że te pomioty dało się zabić zwykłym mieczem. – Nie było po niej widać, że wielce się przejmuje tym jak wygląda sytuacja. Wiedziała gdzie się kieruję. Miała w głowie plan spotkania się ze śmiercią już od dawna. Nie uwzględniła w nim jedynie natknięcia się na wampira z hordą swoich sługusów.
- Dobrze gdyby się obudziła. – pomyślał sobie Grimes. – Mogłaby nam się jeszcze przydać.
Angra opatrzył wszystkie swoje rany. Miał ich wiele ale to jedna dawała o sobie znać najbardziej, ta jedna, umiejscowiona tuż pod żebrami. Była głębsza niż pozostałe. Jeden przedziwny stwór dosięgnął go. Jeśli miałby teraz walczyć poległby szybciej od parobka z widłami. Wiedział to. Dlatego liczył na Sha’anksa. Parę metrów od niego siedziała oparta o kamień, na którym znajdowały się fosforyzujące grzyby dające nieco światła Micareth. Obolała, zmęczona i z licznymi ranami ale nie poważnymi. Miała ich jednak dostatek. Poszarpane części nagolenników nadawały się już jedynie do wyrzucenia choć wolała je zatrzymać. W ostateczności mogłaby je rozszarpać na jeszcze mniejsze i spróbować zrobić opatrunek.
Khajiit szukał przejścia w szczelinach skał. Myślał, że jeśli przeciśnie się na drugą stronę to znajdzie coś by reszta też mogła przejść. Poszukiwania jednak nie szły po jego myśli. Szczelin było pełno ale w każdą w jaką wszedł nie miała wyjścia.
-Głupie kamienie!- Krzyczał do siebie.
Rozważał przejście po kamieniach ale jedynie on jest na tyle zwinny. Pozostali mieliby ogromny problem. Przeniesienie uśpionej Very też sprawiłoby ogromny problem. Wręcz byłoby niemożliwe. Chodząc od skały do skały natknął się na dźwignię. Bał się jej dotykać lecz jego doskonały słuch pozwoliłby mu na szybszą reakcję gdyby w jego kierunku miało zmierzać jakieś zagrożenie. Opuścił ją na dół i usłyszał jak dwie ogromne strzały wystrzelone z mechanizmów ukrytych w szczelinach skał, w które nie dał rady wślizgnąć się lecą w jego stronę. Natychmiast odskoczył a strzały zderzyły się dokładnie w ty miejscu, w którym przed chwilą stał. Głuchy dźwięk rozszedł się po wszystkich korytarzach. Był na tyle donośny, że pobudził stwory znajdujące się za zwalonym głazem.
- Sha’anks zdenerwował potwory, ciekawe co jeszcze zrobił. – wypowiedział te słowa w swojej małej kociej głowie.
Nagle skały, na których znajdował się nie dokończony glif zaczęły się unosić. Grimes i Micareth momentalnie sięgnęli po broń. Porucznik stał z trudem ale był gotów na walkę. Czuł, że długo nie wytrzyma ale nie padnie na ziemię sam, chciał zabrać ze sobą jeszcze kilka potworów. Unoszące się w górę skały ujawniły im korytarz. Dobrze naświetlony bo co kilka metrów zamieszczona była pochodnia.
-Sha’anks znalazł ukryte przejście! – wykrzyknęła Micareth podekscytowana. – Choć no tu, możliwe, że jeszcze trochę pożyjemy!
Vera wybudziła się ze snu. Grimes od razu odłożył topór i przyklęknął przy niej.
-Dzięki tobie jeszcze tu trochę zostaniemy. - Wypowiedział te słowa nieco ironicznie lecz w głębi duszy cieszył się, że elfa żyje. – Wracaj tu kocie! Musisz teraz sprawdzić czy to przejście jest bezpieczne.
***

post wyedytowany przez Dreygen3 2020-06-24 21:11:48
17.06.2020 19:35
odpowiedz
Dreygen3
2

Kroki nie ustawały, były powolne lecz postać dostatecznie ciężka by można było je usłyszeć.
- Głupiś jeśli myślisz, że ktoś z tobą pójdzie. Spójrz na nich, spójrz na mnie - przez postać przemawiała pogarda i gniew, głos lekko drgał lecz nie przez to, że więzień się bał. Był pewny swoich słów a drgania głosu wywołane były spowodowane zimnem panującym w celi. - Widzisz tu opryszków, rzezimieszków, złodziei, morderców. Myślisz, że ktoś chcę się nagle nawrócić i pójść z tobą na przygodę? - oparł się o zimne jak lód kraty swojej celi.
Grimes powoli odwrócił się na pięcie by zobaczyć kto do niego przemawia. Zobaczył twarz Norda, twarz lekko siną od chłodu z blond włosami jak przystało na tych ludzi. Pod prawym okien od razu zauważalna była blizna, zapewne od ostrza.
- Każdego da się przekonać - Angra ze spokojem wypowiedział te słowa podchodząc bliżej celi - dając mu odpowiednią ofertę. Kim żeś jest?
Nord splunął pod nogi porucznika, odsunął się od krat i skrzyżował ręce - najpierw podaj mi cenę, potem będziesz mógł mnie wypytywać nawet o moją matkę. Oczywiście jeśli cena będzie odpowiednia - ostatnie słowo zostało wypowiedziane wolniej, pogardliwiej.
Postać obok zaczęła cicho chichotać, ledwie słyszalny lecz porucznik znany był z wyostrzonego zmysłu. Najwyraźniej zabawa Norda z Grimesem rozbawiła kogoś. Porucznik nie zwrócił na to jednak szczególnej uwagi, chciał kontynuować rozmowę.
- Podaj mi powód dla którego tu jesteś i swój wyrok, wtedy określę jaką nagrodę będziesz w stanie dostać - chciał wiedzieć z kim ma do czynienia. Oczywistym jest, że morderca lepiej sprawdzi się w boju a złodziej w cichej robocie. Nie mniej potrzebował kogokolwiek.
- Zabiłem dwójkę chłopów w karczemnej bójce, zaczepiali mnie po pijaku i dostali to na co zasłużyli.
- Gołymi rękami? - zapytał nie dowierzając w to co słyszy Grimes. kłamie pomyślał może i pijacy ale dwójkę gołymi rękami?
- Skąd. Zaczęli mnie denerwować to jednego pchnąłem w ogień. Drugi jak to zobaczył już myślał o ucieczce ale był na tyle pijany, że potknął się o własne nogi. Upadł akurat na kamień leżący nieopodal paleniska i rozwalił sobie łeb. Inni od razu polecieli po straż i osądzono mnie o morderstwo.
Angra miał mieszane uczucia. To nie jest morderca z krwi i kości pomyślał.
- Podwójne morderstwo więc pewnie skazali cię na śmierć?
- A i owszem, został mi ostatni tydzień. - więzień wypowiedział te słowa ze spokojem na twarzy. Pogodził się już ze swoim losem. - jeśli bym z tobą poszedł to co by to zmieniło? Uniewinnisz mnie? Czy może mam zginąć w jakieś prawdziwej bójce?
- Gdybyś przysłużył się tej sprawie dość dobrze jestem w stanie zmniejszyć ci wyrok. Nie poszedłbyś od razu pod topór. A teraz imię. - Stanowczo zaznaczył, że nie chce tracić więcej czasu an czcze gadanie, nie mógł marnować zbyt wiele czasu. A i chłód panujący w lochach dawał o sobie wyznaki.
- Forges, zwą mnie Forges. - Nord uspokoił się nieco, ręce opadły mu wzdłuż ciała i stał wyprostowany, wpatrzony w porucznika. Dotarło do niego, że może dzięki tej okazji zmienić swój los i nie umrzeć przez dwóch zapijaczonych durniów.
- Umiesz walczyć? - Grimes nie potrzebował kogoś, kto nie wiedziałby, za który koniec miecza się chwyta.
- Mam wystarczająco dużo siły by unieść ciężki oręż. A i ojciec podszkolił mnie nieco w boju bym kiedyś wiedział jak sobie poradzić, gdyby ktoś stanął mi na drodze.
- Przyda mi się wojownik. - Angra jasno oznajmił, że chętnie przyjmie kogoś, kto sam potrafi zadbać o siebie w chwili zagrożenia. Patrząc też na posturę Forgesa wiedział, iż nie kłamie. Nord ubrany był jedynie w szmaciane spodnie dzięki czemu blask pochodni ukazywał dobrze zbudowaną sylwetkę. - Więc jak? Chcesz coś zmienić w swoim życiu i przysłużyć się dobrej sprawie? Ojciec na pewno nie chciałby by jego syn gnił w lochach przez burdę w karczmie.
- Pójdę z tobą. Ale najpierw chcę dostać lepszy ekwipunek niż te szmaty, które mam na sobie oraz jakiś miecz bądź najlepiej topór. - Zdecydowanie i zaangażowanie było łatwo poznać. Słychać było lekkie podekscytowanie w głosie Forgesa.
Grimes wiedział, że jeden wojownik nie wystarczy, potrzebował kogoś jeszcze lecz nikt inny się nie odzywał.
- Strażniku - zwrócił się do stojącego przy żelaznych drzwiach mężczyzny - wypuść tego tu Norda. Poczekaj na mnie przed drzwiami - zwrócił się Grimes do rosłego blondyna - może uda mi się wziąć kogoś jeszcze.
- Ja pójdę. - z rogu celi wyłonił się zakapturzony mężczyzna o wysokim wzroście. - Sander, Breton, miło poznać. - więzień miał w głosie coś co od razu wzbudzało zaufanie. Miał łagodne, przyjemne dla ucha brzmienie. Jeśli mogę wyjść stąd i zobaczyć światło dzienne choć na chwilę to bardzo chętnie.
Grimes był nieco zaskoczony, wyczuł w tym jakiś podstęp. To było bardzo możliwe, wszak to zwykli przestępcy ale nie miał zbyt wielkiego pola manewru. Musiał brać wszystkich, którzy z własnej woli dołączą do podróży.
- Zgodzę się lecz najpierw powiedz co potrafisz. Nie wypuszczę cię jeśli będziesz bezużyteczny. - Rozświetlona twarz Bretona była czysta, nie było na niej żadnych rys. Był to młody chłopak. Brodaty mężczyzna miał jeszcze kilka pytań w głowie lecz chciał uciec z tego miejsca jak najszybciej. Mróz dawał o sobie we znaki.
- Znam się nieco na sztuce magicznej. Potrafię razić wroga błyskawicami i leczyć swoich sojuszników. Umiem też opatrywać rany. Myślę, że tyle wystarczy bym mógł się na coś przydać. - zakpił lekko z porucznika Angra. Wiedział, iż jest pod ścianą i musi brać kogo popadnie by ta misja miała jakiekolwiek szanse powodzenia.
- W zupełności. Strażniku, wypuść też tego. - odwrócił się do Sandera - potrzebujesz jakiegoś wyposażenia czy ta szata, którą masz na sobie wystarczy ci? - Zapytał nieco troskliwie choć wiedział, że skład broni nie pęka w szwach.
- Wystarczy, że oddacie mi mój kostur i nakarmicie lepiej niż breją jaką dostajemy tu codziennie.
- Da się zrobić. - Grimes wypowiedział słowa stanowczo i odwrócił się w stronę drzwi. - Skoro nie ma więcej chętnych chodźcie ze mną na górę. Dostaniecie lepsze wyposażenie i zjecie coś ciepłego. - Dochodząc do schodów zatrzymał go Forges.
- Dokąd tak w ogóle mamy iść? Zapytał Nord nieco zaniepokojony, wszak nie do końca wiedział na co się porywa.
- Idziemy do Blackreach. - Porucznik otworzył drzwi i powoli stawił pierwsze kroki na stopnie
Forges i Sander zamarli. Stanęli w osłupieniu patrząc się na siebie. Dotarło do nich, że misja, na którą się porywają jest podróżą w jedną stronę.
***

post wyedytowany przez Dreygen3 2020-06-17 19:39:20

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl