Corvum_Mortem

Corvum_Mortem ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

08.07.2020 14:25
Corvum_Mortem
odpowiedz
Corvum_Mortem
2

-Nie wkurzaj mnie sierściuchu, mam po dziurki w nosie tej wyprawy. Jeszcze Grimes sobie wymyślił tę jakże wspaniałą pobudkę - warknęła Micareth, wymieniając zdania z Sha'anksem, który już nie musiał ciągnąć Bodila.

Szli już którąś godzinę i szacowany czas powrotu do Greymoor był na pewno wieczorny. Adrenalina zaczęła opadać już dawno i sen byłby zbawienny, byłby- bo zabrał go porucznik. Niebo pokryło się czerwienią, różem i purpurą, chmury wędrowały po nim, przeganiając siebie nawzajem przez wiatr targający włosami drużyny- zubożonej teraz o połowę członków, mimo że doszła osoba z Blackreach. Zapowiadał się długi i ciężki dzień, choć nie tak ciężki jak pozostałe. Każdy mógł odetchnąć, jednak coś, co mogło się kryć i czaić za rogiem, nie opuszczało głów towarzyszy- każdy z nich był gotów do walki. Broń w dłoniach, wiadomość od Grimesa w torbie. Teraz tylko pozbyć się osoby, która chciała skazać ich na śmierć. Oni okazali się silniejsi niż ktokolwiek by podejrzewał. Banda łachudr. Mieli na swoim koncie różne występki- zarówno te większe, jak i mniejsze. Ich lojalność udowodniła, że są honorowymi wojami i w innych okolicznościach być może byliby nawet podwładnymi porucznika Angry i u jego boku pomagaliby z porządkiem w Greymoor. Szczególnie Micareth miała w głowie swoją inną przyszłość. Co, gdyby nie wkroczyła na ścieżkę łotra, złodzieja i jakby nie patrząc woja. Co, gdyby robiła to samo, ale z inną motywacją, z innej pozycji. Kto wie, może udałoby jej się zostać porucznikiem i mieć własny oddział.

-Niedługo będziemy. Niech się Micareth tak nie irytuje, bo żyłka jej pęknie - zaśmiał się czysto Khajit, który miał nad wyraz dobry humor jak na osobę która cudem uniknęła śmierci.

-Jasne. Bodil - zwróciła się do milczącego urzędnika, który wolno szedł dwa kroki za nimi - jesteś naszą przepustką do miasta. Pójdziesz pierwszy i powiesz strażnikom, że WSZYSCY mamy iść do Gutrima. Nie zamierzam zostać powieszona na stryczku.

-Nie przesadzaj! Może nas powitają z kwiatami i wreszcie pójdziemy się napić! - Sha'anks zaczął skakać i się cieszyć, przez co o mało się nie wywrócił.

-Czy ty słyszałeś co mówił porucznik? "To nie będzie łatwe. Gdy się zacznie, radzę wiać. Albo pilnować pleców"… czy jakoś tak. Musimy dostarczyć informacje i zaczynamy sobie radzić sami, jak to było do czasów wyprawy.

-Sha'anks ma rację, trochę przesadzasz - Bodil odezwał się wreszcie, kręcąc lekko głową. Będzie ciężko, ale nie popadajmy w paranoję.

Kobieta jedynie machnęła ręką, jednocześnie przyśpieszając kroku. Tak więc szli dalej, milcząc. Jedyne, co było słychać, to szum wiatru i ich kroki. Było zdecydowanie za cicho.

Zgodnie z przewidywaniami do miasta dotarli dopiero przed zmierzchem. Bodil podszedł do strażników. Rozmawiał z nimi niedługą chwilę, uważając, by nie powiedzieć czegoś, co mogłoby być wykorzystane przeciwko nim. Zostali wpuszczeni do miasta i od razu skierowali się do dobrze znanego im miejsca. Gutrim siedział przy stole w (jak zwykle) zimnym kamiennym pomieszczeniu. Schody na dół powodowały nieprzyjemne dreszcze dwójki towarzyszy, którzy za żadne skarby nie chcieli tam wrócić. Usiedli naprzeciw niego i dwóch innych strażników. Bodil usiadł kawałek dalej. Zostawił pole do manewru Khajitowi i Micareth, by ci opowiedzieli co się tam stało. Spokojnie tłumaczyli to, co się działo w Blackreah i to co tam zobaczyli, a widzieli stworzenia, które w ogóle nie powinny istnieć. Kobieta wyciągnęła z torby wiadomość od Angry i wręczyła ją sierżantowi.

-A co z porucznikiem?

-Tak oficjalnie to jest zaginiony… Proszę to przeczytać - Sha'anks wskazał na pogniecioną i pożółkłą kartkę, w której były zapewne informacje na temat co teraz.

Przeczytali zawartość papieru a ich myśli zdominowało pytanie- co mają zrobić. Przecież nie mogą tak po prostu iść do niego i ściąć mu głowę, przebić serce. W mieście na pewno miał swoich zwolenników, którzy stali po jego stronie samowolnie lub przymusowo. Sytuacja zaczynała się robić coraz bardziej chora a kolejne zdarzenia pewnie jak domino doprowadzą do kolejnych, jeszcze gorszych, poważniejszych, co do tego nikt nie ma wątpliwości. Żadna ze stron nie odpuści. Trudno by było od tak pozwolić tym idiotom na przemienienie w bezmyślną pijawkę czy inne zmutowane cholerstwo. Sierżant myślał, ale jego twarz nie wyrażała żadnej emocji. Sha'anks spojrzał na Micareth, nie będąc przekonanym co teraz powinno się dziać. Gutrim powinien od razu wziąć się do roboty i chociaż aresztować kapitana od siedmiu boleści.

- To wy tu sobie posiedźcie i myślcie. My się zmywamy. Nasza robota jest zakończona. – powiedziała Micareth, po czym wstała z twardego drewnianego stołka i zarzuciła torbę na ramię. Złapała za kołnierz kocura, ustawiając go w ten sposób do pionu. Sierżant jedyne co zrobił, to machnął ręką i zaczął rozmawiać z magiem.

Oboje spojrzeli na schody prowadzące do cel, w których przystało im siedzieć.

-Co ty robisz? Nie pomożemy im? -Khajit zatrzymał się przed budynkiem., patrząc na wojowniczkę niezrozumiale.

-Pomożemy. Nie im a porucznikowi. Nie ufam nikomu w tej sprawie oprócz tych, którzy byli w Blackreah. - złapała za rękojeść rapiera i skierowała się w głąb miasta.

***

- Jesteś nienormalna!

- Uspokój się do cholery! Jak chcesz, to uciekaj. – krzyknęła, wbijając miecz prosto w serce jednego z sługusów- Beinarda. Krew spływała wolno po wyciąganym z rany ostrzu.

Czekali na moment, w którym mogliby pomóc. Doczekali się tego- krótko po tym, jak wyszli z stróżówki. Gutrim wraz z magiem i paroma chłopcami do walki ruszyli, by- cytując porucznika- „zbić kilka figur na szachownicy”. Kapitan nie spodziewał się tego, że dwójka łotrzyków wróci, a nie ucieknie. Najbardziej jednak zadziwiło go to, że stanęli po stronie porucznika, który ich zabrał z zimnych i śmierdzących cel.

Micareth cięła i waliła mieczem z całej swojej siły. Podczas tej wyprawy nauczyła się więcej niż podejrzewała. Sha'anks zwinnie unikał trafień i odwracał uwagę, podczas gdy ona i żołnierze Gutrima torowali drogę do Beinarda. Trwało to zaledwie paręnaście minut, gdy ten zniknął za murami budynku. Wydawałoby się, że to już koniec, jednak w niedalekim mieście w podziemiach dzieją się rzeczy przekraczające wyobraźnię stojących tu wojów.

***

-Co teraz?

-Jak to co? Czekamy, aż Grimes wróci. - Micareth wbiła sztylet w ziemię, siedząc na kłodzie poza miastem.

-Myślisz, że mu się uda? Jak nie, to Sha'anks ma czosnek!

-Uda mu się i jeszcze nie raz nazwie nas łachudrami, a ja jego głupim skurwysynem, którym jest.

Siedzieli za granicami Greymoor myśląc, co dalej. Dostali sowitą zapłatę za pomoc, mogli zostać i się zaciągnąć. Jednak kobiecie nie widziało się siedzenie w jednym miejscu. Chciała więcej i porucznik mógł jej to zagwarantować. A Sha'anks… cóż dużo mówić- mimo wszystko zżył się z nimi i chociaż w głowie miał powrót do domu, postanowił poczekać razem z nią na walczącego samego ze sobą Angre.

-Już nic nie będzie takie samo...


01.07.2020 10:24
Corvum_Mortem
odpowiedz
Corvum_Mortem
2

Sha'anks niósł urzędnika, idąc za gotową do walki Micareth. Teraz było jej już wszystko jedno, jaki ma w rękach miecz, miała cel- wydostać się stąd choćby nie wiadomo co. Ofiara z Very nie mogła pójść na marne, jej honor uległby wtedy roztrzaskaniu. Czuła się podle zostawiając porucznika. Wiedziała, że on prawdopodobnie tam zginie, nie ma szans, jeśli do tej całej Adelaisy dołączy pare osób. Nie zwykła była uciekać od walki, dlatego tak bardzo bolało ją to uczucie. Khajiit natomiast w tym momencie naprawdę żałował, że miał rację odnośnie ofiary, jaką potrzebuje tak niebezpieczna magia. Widział w Verze przyjaciółkę, była dla niego miła, nie to co wojowniczka, z którą teraz musiał przemierzyć resztę drogi. Widział w niej dobrego wojownika i nawet stratega, ale mimo wszystko wrednego. Micareth żałowała uszczypliwych komentarzy w kierunku Very, oddała za nich życie, postąpiła dumnie, a to jej wystarczy, by obdarzyć kogoś szacunkiem… Wydostać się z tego obślizgłego miejsca raz na zawsze i nigdy nie wracać, chyba że z armią. Już znali ten korytarz, to właśnie nim szli by dotrzeć do mrocznej jak noc tajemnicy Blackreach. Nikt się nie spodziewał tego, że znajdą tu takie rzeczy… takie postacie i monstra.

Nagle z innego korytarza wybiegła na nich jedna z pijawek (jak miała w zwyczaju Micareth nazywać Wampiry). Rapier wysunięty przed wojowniczkę zareagował jakby sam. Szybko zaatakowała tworząc na jego skórze szpetne rany, które, gdyby miały okazję się zagoić, byłyby paskudne. Nie tym razem. Biorąc do sobie do serca rady Angry, musiała iść na szybkość i siłę, a nie finezję i spryt. Odcięła przeciwnikowi głowę i kopnęła ją na bok. Zakrwawioną broń wytarła o spodnie. Mimo że do krwi przywykła, było to niemal obrzydliwe przez to, kim to coś było. Złapała za rękę urzędnika i przełożyła przez jego kark rękę, by pomóc Sha'anksowi.

-Nie tędy. Słyszę coś. - Powiedział mrużąc swoje kocie oczy, a niedługo po tym było słychać głośny warkot, wycie i krzyki. -Niedobrze, oj niedobrze.

-Sha'anks! Prowadź inną drogą do cholery, nie dam rady walczyć z taką ilością!

Khajiit szybko skręcił w nieznany nikomu korytarz. Szli ciemnym korytarzem, a ich nowy towarzysz był tylko utrudnieniem. Jedyne co robił, to haczył o pobliskie skały i ciążył na ramionach zmęczonej już dwójki. Nie mogli zostawić kolejnej osoby, mimo że jej nie znali. Oboje nie wybaczyliby sobie kolejnej straty. Korytarz (jak się okazało) był niczym innym jak pieprzonym labiryntem, a oni kręcili się jedynie w kółko. Straszliwe wycie dobiegało z końca korytarza. Naniesiony piach unosił się w powietrzu, jakby celowo chciał utrudnić im dalszą wędrówkę. Urzędnik nie był lekki, jego nogi sunęły po brudnej kamiennej drodze, wydając z siebie niemiły dźwięk.

-Niech to wszystko cholera jasna trzaśnie! Nie idę dalej. - warknęła Micareth, która przez rozgoryczenie i żal nawet nie brzmiała uszczypliwie. Puściła ramię nieznajomego jej towarzysza i wysuwając rapiera do przodu, odwróciła się w stronę wycia i okrutnych krzyków. Miała dość uciekania. Być może to było głupie, jednak każdy ma chwile słabości, a ona słabość przekształcała w furię i walkę.

-Nie wygłupiaj się, Sha'anks czuje, że wyjście jest blisko!

-To sobie do niego idź. Nie rozumiesz, że kiedy wrócimy do miasta w jednym kawałku, i tak mogą nas zamknąć? Kto nam uwierzy, jeśli wrócimy bez porucznika? No kto?! Nikt, a w najlepszym wypadku wrócimy za kraty. - złość w głosie Micareth była wyczuwalna jak nigdy dotąd. Ryzyko krat, zostawienie Grimesa i poświęcenie Veranque, jeszcze te podłe, obleśne stworzenia, które tworzą własną armię.

Sha'anks pobiegł tylko kawałek dalej, ale myśl, ile osób tutaj zostawił, zbiła go z tropu. Przyjaciołom się pomaga. Odłożył nieprzytomnego chłopaka na ziemię i sam podbiegł do towarzyszki. Spojrzeli na siebie i tylko kiwnęli głowami. Żadne z nich nie chciało umierać i żadne nie miało zamiaru poddać się bez walki. Po niedługiej chwili nadbiegły… nadbiegły te cholerne pijawki. Micareth zaczęła szarże na każdego, kto zbliżyłby się do niej na metr. Chwała, że korytarze nie są za szerokie i reszta nie mogła się do nich dostać. Wojowniczka cięła z półobrotów, jej ruchy były precyzyjne, ale kierowała się słowami Angry… "Nie popisuj się" chodzi o to, że masz przeżyć, "Rąb jak rozjuszony byk". Z gardła wojowniczki wydobył się głośny krzyk, gdy ta naparła mieczem z całej swojej siły. Czas w jej głowie znacznie zwolnił, widziała pojedyncze krople krwi i potu, każdą spadającą głowę, każde cięcie. W tej samej chwili Sha'anks walczył z pijawkami i innymi stworami obok, zwinnie jak na kota przystało. Nie da sobą pomiatać. Nie da się zranić, przecież umiał sobie poradzić. Zawył głośno, gdy jeden z przeciwników zranił go w ogon, a wiadome, że ogona Kota się nie dotyka.

-Micareth osłania! - krzyknął rozjuszony Khajiit, szukając wzrokiem pomocy.

Znalazł ją w jednej ze ścian- w miarę luźny kamień. Jeśli uda mu się go wyciągnąć, to korytarz zawali się gruzem. Gdy kobieta osłaniała ataki na niego i walczyła najlepiej jak mogła, Sha'anks zaczął ruszać kamieniem na każdą ze stron. Skała poluzowała się, a on tylko ją wyciągnął. Gruchot skał i pękania rozniósł się echem. Zwinnie złapał rękę towarzyszki, gdy przed nimi pojawiła się kupa gruzu. Zmęczeni, ranni, ale żywi ruszyli do nieprzytomnego, łapiąc go w biegu i ruszyli dalej. Oddechy były przyśpieszone, Micareth kulała na jedną nogę, a Sha'anks nie mógł znieść bólu ogona, z którego powoli broczyła się krew. Cieknący od krwi miecz niemal ciągnął się za nimi jak nogi urzędnika. Świeży zapach ogarnął korytarz, a Khajiit uśmiechnął się z wielkim bólem. Jeszcze kawałek. Są tak blisko, to nie czas by się poddać. Nigdy nie ma na to czasu.

-Czujesz? To wyjście! - uradowany przyśpieszył z lekka kroku i po niecałych pięciu minutach natrafili na żeliwne drzwi.

-To twoja robota - mogło to zabrzmieć wrednie jednak zmęczony ton i niemrawy uśmiech wypędza z błędu.

Kot podszedł do wrót, obejrzał je dokładnie i zabrał się do pracy. Po chwili zamek puścił. Micareth położyła nieprzytomnego na ziemię i zaczęła ciągnąć za drzwi razem z nim. Musiały być stare i nieużywane przez wiele lat. Gdy puściły, słońce i blask dnia oślepiły ich. Sha'anks podniósł nieznajomego i wyszedł na zewnątrz. Adrenalina powoli zaczynała opadać. Co teraz? Czekać czy wracać do miasta? Micareth odwróciła się w stronę korytarza i spojrzała w głąb z żalem.
-Tak nie powinno być...

24.06.2020 10:42
Corvum_Mortem
odpowiedz
Corvum_Mortem
2

Szli ostrożnie, patrząc na każdą skałę i jasny piach pod nogami. Korytarz pokrył mrok. Gorycz i żal całej grupy zastygł, jakby miał tu zostać na zawsze. Stało się tu coś, co niedługo miało zadziwić nie tylko towarzyszy, ale także samego porucznika. Sha'anks wytężył swój słuch do tego stopnia, że każdy oddech, krok był dla niego niemal potężnym hałasem. Chciał się skupić bardziej. Wiedzieli, że to jeszcze nie koniec, coś jeszcze się wydarzy, niebezpieczeństwo wisiało w powietrzu. Nie zamierzali czekać, aż pobratymcy Miltena ich dopadną. Angra zacisnął pięści i szczękę, ponaglając resztę. Rany na jego ciele były wyjątkowo dokuczliwe, a krew broczyła się pod ubraniem, zabarwiając je w niektórych miejscach na bordowo. Vera nie odzyskała do końca siły, dlatego Grimes zadecydował, by szła przedostatnia- w ten sposób nie była narażona na pierwszy atak. Jednak wcale ją to nie pocieszyło. Między nimi panowała cisza, nikt nawet nie śmiał się teraz odezwać. Z oddali dobiegał czyjś krzyk, każdy bez wyjątku przyspieszył. Echo ich kroków roznosiło się po korytarzu, po czym nagle wszystko ucichło…
-Sha'anks, czy ktoś rąbnął cię w głowę, że się zatrzymujesz?- Warknęła z sarkazmem Micareth odwracając się, żeby sprawdzić czy nikt się nie zbliża.
-Sha'naks by tego nie zrobił gdyby nie miał powodu! Mamy problem – powiedział khajiit i wskazał na rozległą przepaść między dalszym ciągiem korytarza, a nimi.
Wojowniczka się już nie odezwała, klnąc jedynie w swojej głowie- „bogowie chyba sobie kpią”.
-Chyba musimy skakać - Vera spojrzała przez ramię porucznika, który przytaknął na jej stwierdzenie. Będą musieli skakać. Pozornie dla nikogo nie powinna to być znacząca przeszkoda, jednak ranne, obolałe ciało Grimesa nie funkcjonowało w zupełności sprawnie. Był przekonany, że mu się uda, jeśli tylko odpowiednio się wysili. Drugą osobą, której mogło sprawić to problem była Veranque- teraz znacznie osłabiona.
Kot sprawnie przeskoczył czarną jak noc przepaść bez najmniejszego zawahania. Ostre kamienie nie zdążyły się wytrzeć przez czas. To się stało niedawno. Angra z pomocą khajiita przeskoczył na drugą stronę. Tak samo jak Vera, która z trudem złapała się krawędzi. Podciągnięta przez towarzyszy, stanęła na nogi, oddychając ciężko. Micareth stanęła nad przepaścią, patrząc chwilę w dół. Wiedziała, że się spieszą, ale nie mogli opuścić żadnego śladu. Dziura była głęboka na mniej więcej siedemnaście stóp. Upadek z tej wysokości mógł się skończyć w najlepszym przypadku poważnym kalectwem. Między czarnymi skałami dało się zauważyć dziwną substancję, która wyglądała na błoto, lecz nim nie była- zbyt wolno spływała po kamieniach. Obok widać było zdecydowanie bardziej płynne zacieki, z pewnością niegdyś szkarłatne, teraz już jedynie bordowe wymieszane z brudem. Nie byli w tym korytarzu sami, ktoś skakał tu przed nimi. Musiał być ranny albo skaleczyć się o ostre krawędzie. Wojowniczka skoczyła wreszcie na drugą stronę. Nie sprawiło jej to większego problemu niż pierwszemu z towarzyszy. Szli dalej korytarzem.
-Niech to szlag- przed twarzą porucznika stał kamienny mur. Korytarz okazał się być ślepym zaułkiem. Vera w niepokoju spojrzała za siebie, ale zobaczyła jedynie Micareth i ciągnącą się za nią ciemność.
-Sha'anks przeczuwa kłopoty. Oni idą, słyszy wycie. Nje, nje tak powinno być- mruknął khajiit, nastawiając czułe uszy.
Każdy z nich zaczął się rozglądać. Przecież musi być jakieś wyjście, nie mogą teraz zawrócić, za późno. Zaczęli przeszukiwać korytarze.
-Krew. Na skałach była krew do cholery. Ktoś tu był i nagle zniknął? - warknęła Micareth, patrząc na ziemię i skały. - Po bokach musi być jakiś ślad. Teraz każdy był zajęty szukaniem choćby plam. Grimes podszedł do jednej z bocznych ścian i bacznie się jej przyjrzał.
-Tu jest krew… - Vera wskazała na ziemię przed mur. - Llinia krwi była jakby…ucięta? - Tu jest wyjście! Musi być jakaś zapadnia, jakiś mechanizm.
Angra znalazł dziurę w ścianie. Zmieściła by się do niej ledwie dłoń, ale i przed wsadzeniem jej powstrzymywały go plamy krwi, które ją okalały.
-Oby nie ujebało mi dłoni…
Porucznik wolno wsadził dłoń do wnęki. Na razie weszła tylko połowa i nadal nic nie czuł, żadnej zapadni, zupełnie nic. Dopiero gdy cała ręka zniknęła w kamieniu, mógł chwycić za wystający kamień. Przesunął go do siebie. Nic się nie stało. Przeklnął pod nosem i wyciągnął rękę.
-Jesteśmy w dupie.
-Sha'anks wiedział, żeby zostać w celi. Żyło mu się całkiem dobrze- jęknął zrezygnowany, opierając się o ścianę dzielącą korytarz na dwie części. Ta jednak zamiast podtrzymać i pozwolić się oprzeć kotu, puściła, a khajiit przewrócił się i wpadł do sporego pomieszczenia.
-Sha'anks żyje, nic mu nie jest! I znalazł wyjście- zaśmiał się, podniósł i zaczął nasłuchiwać. Taka ciemność nawet dla niego była trudna.
Vera od razu zajęła się strasznym mrokiem, wyszukując czegoś, co mogłaby podpalić. Od razu za kotem wszedł Grimes i na końcu Micareth z rapierem w dłoni- gotowa, by w razie potrzeby walczyć. Kamienna ściana zasunęła się za nimi. Spostrzegli salę pełną kamiennych posągów wojów oraz innych postaci. Mogło ich być z dwanaście. Na skalistej półce znajdowały się dwie wnęki. Daliby radę wejść, gdyby wdrapali się na posągi. Micareth podeszła do jednej z rzeźb. Pod jej nogami i mieczem leżał martwy mężczyzna. Szturchnęła go rapierem. Nie poruszył się. Jego ubrania były całe szkarłatne- to jasne, wykrwawił się. Przykucnęła przy nim, żeby sprawdzić mu kieszenie. Były puste.
-Zdechł. Spóźniliśmy się, cholera. Mógł wiedzieć coś cennego, przecież zdołał się tu dostać- rozmyślała na głos Micareth.
Grimes spojrzał tylko na niego z daleka- Nie można już z nim praktycznie nic zrobić. Reszta ruszyła pod jedną z półek. Porucznik tym razem nie zamierzał iść pierwszy, poczekał aż Sha'anks i Vera wejdą na górę, a wojowniczka się ruszy od trupa. Niedługo po tym byli już u góry.

***

-To się ciągnie w nieskończoność i mam ogromne wrażenie, że kręcimy się w kółko. Tu jest za dużo korytarzy! - Vernaque stanęła rozglądając się. Każdy był zmęczony a w dodatku słyszał wycie. Nie wiedzieli jednak czy przeszli przez ścianę.
-Nie marudź. Sama się zgłosiłaś. - dziewczyna jak zwykle była wredna, mimo że sama żałowała zgłoszenia się- to wyprawa po śmierć, a nie chwałę. Jednak było coś, co ją pocieszało, mianowicie polepszanie swoich zdolności. Chciała pokazać, że nie jest słabą kobietą, która nie ma swojego miejsca. Ma- w walce i wcale nie uważała się za słabą.
-Nie zatrzymujemy się, jazda!
Szli dalej, a korytarz raczej nie wydawał się kończyć. Szuranie butów- bo już nawet nie kroki- odbijało się od ścian. Wzrastający niepokój zaczął niszczyć ich od środka. Być może za jakiś czas wpadliby w obłęd, gdyby nie Khajiit, który mimo tego uczucia starał się być pogodną duszą wyprawy. Micareth tylko klnęła czasami pod nosem, myśląc o tym co się może jeszcze wydarzyć.
-Zobaczcie- echem rozniósł się głos Angry.
Przed nimi, jakby spod ziemi wyrosły ogromne wrota ozdobione płaskorzeźbianym zapisem historii. Niepokój Grimesa zwiększył się, gdy zobaczył na nich smoka niszczącego miasto. Wrota były planszą. Vera podszedłszy do nich, dotknęła je dłonią. Nie było wejścia na klucz.
-To zagadka, jakiś szyfr. Znam te znaki, widziałam je już kiedyś – powiedziała, sięgając do jednego z obrazów przedstawiającego pełny kielich. Zaraz obok było coś na kształt urny, nie wiedziała do końca co.
-Nie, to byłoby za łatwe…- mruknęła, przyciskając obraz. Nic się nie stało. Obrazów było dwanaście, każdy przedstawiał coś innego i za nic w świecie te przedstawienia nie chciały się łączyć. Na bogów, kto to stworzył?!
Wojsko, kielich, urna, smok… a może jednak to się łączy. Każdy podszedł do wrót i obejrzał inne wyrzeźbienie. Micareth sięgnęła dłonią do walczących ludzi. Czuła chęć walki, ale nie miała z kim się zmierzyć. Grimes w wojsku zobaczył własny oddział. Zabrał tu łotrzyków, by go nie narażać. Sha'anks zwrócił uwagę na wyrzeźbione bogactwo, a potem od razu na smoka.
-Jest ich dwanaście, jak posągów w Sali. -mruknęła pod nosem Micareth, ale i tak wszyscy ją słyszeli. -To zdaje się być podpowiedzią. Tylko co z tego?! Nadal nie wiemy jak to cholerstwo otworzyć.
-Chyba to wskazuje na to, co ma się zdarzyć. Przy którym posągu leżał tamten mężczyzna?- spytała Vera i spojrzała na resztę.
-Przy czwartym, przedstawiał woja w zbroi i mieczu.
Vernaque podeszła do czwartej płaskorzeźby. Ale ona przedstawiał zupełnie co innego, tak samo jak czwarta od drugiej strony. Nie pasowały. Nie były ułożone w kolejności. Micareth wyciągnęła sztylet zza pasa i zaczęła podważać obraz, a raczej jego złotą ramę. Ruszyła się. Sha'anks od razu zaczął pomagać i cieszyć się, że coś wreszcie idzie na przód. Jednak radość nie trwała długo, bo jedyne, co się zmieniło, to to, że sztylet nie chciał wyleźć. Czyli jednak to nie była żadna wskazówka… Elfka myślała długo nad napisem i nad słowami "żywa krew". Po chwili rozcięła swoją dłoń sztyletem wojowniczki. Tylko który obraz teraz? Tylko na jednym znajdowała się ciecz. Kielich. Przyłożyła ranę do niego, mamrocząc znaki, które sobie przypomniała. Wyżłobienia w kielichu oblały się szkarłatem, a mechanizm zaczął działać. Wrota otworzyły się.
-O cholera… - Micareth złapała za broń. -Chyba już wiemy, gdzie są zaginieni.
-Za nic w świecie nie powinno nas tu być- Grimes rozejrzał się po pozostałych.
-Sha'anks chce coraz bardziej do celi…-Vera przysunęła się do khajiita.
Przed nimi leżały góry kości i martwych ciał, które nie zdążyły się rozłożyć. Były zmasakrowane, niektóre spalone. Wszędzie krew. Pełno szczątek tych, którzy zapuścili się do Blackreah. Nad miejscem unosił się odór śmierci.
To jeszcze nie koniec.

16.06.2020 19:18
Corvum_Mortem
odpowiedz
Corvum_Mortem
2

Kroki głuchym echem odbijały się od ścian, jednak nadal nikt nie widział osoby, która mogłaby chcieć pójść z porucznikiem. Twarz ochotnika była zakryta przez duży płócienny kaptur, a sylwetki nie dało się rozpoznać. Wniosek był jeden- to mógł być każdy. Postura ochotnika na myśl przywoływała niewielkiego mężczyznę lub większą kobietę. Reszta więźniów rozsunęła się, ustępując miejsca nieznanej nikomu postaci. Stara koszula, na której było widać niejedną plamę krwi i brudu. Wystarczyło ją tylko lekko szarpnąć, a materiał zdobiłaby całkiem pokaźna dziura. Była wsadzona w skórzane spodnie- na pierwszy rzut oka widać, że za duże, związane grubym pasmem materiału w pasie. Pochodnia niedaleko oświetlała postać tak, że najcenniejsze wskazówki do jej identyfikacji były ukryte w mroku podziemi i żelaza, które w niewielkim stopniu odbijało tańczące niebezpiecznie ogniki. Słychać ciche trzaski palonego drewna. Tajemnicza osoba stanęła przed szeregiem nieznacznie unosząc głowę. Nic to nie dało pozostałym, jednak ona już teraz widziała wszystko. Te same kamienne ściany bijące chłodem co najmniej na jedną milę. Wilgoć na dole moczyła ubrania więźniów, smród stęchlizny i szczyn nie dawał o sobie zapomnieć. Krótko mówiąc, miejsce nie należało do najprzyjemniejszych, jakie można było w tych okolicach zobaczyć i na pewno nikt nie chciałby tutaj trafić.

-Najwyższy czas na niego. Idę, tylko dajcie mi miecz i zbroję. – Zimny, szorstki głos rozbrzmiał w pomieszczeniu niosąc się nawet do najdalej stojącej osoby. Przepełniony był on sarkazmem, nieczęsto słyszanym w tym miejscu, więc dźwięk ten był niemalże obcy dla reszty. Wzrok kilkorga pobratymców różnych zbrodni był skierowany na śmiałka, teraz dla nich był tylko głupcem, który nie ma najmniejszych szans, by przeżyć, jeśli pójdzie o krok dalej.

- Jak cię zwą?- Grimes przesunął pochodnie na wskroś, by przyjrzeć się zakapturzonej osobie. Nie był pewny, czy da sobie radę z utrzymaniem chociażby małej szabelki. Sylwetka bowiem nie przypominała wojownika pod żadnym względem.

-Micareth- Zdjęła swój kaptur jednym ruchem dłoni, która już chciała chwycić za miecz, idealnie wyważony, by walka nim nie była tylko bezmyślną rzezią. Perfidny uśmiech wpłynął na twarz- jak się okazało- kobiety. Krótkie falowane ciemnobrązowe włosy nawet nie sięgały ramion. Przebiegłe stalowe oczy swym kolorem przypominały kraty, za którymi przyszło jej siedzieć. Ich chłód nanosił w wyobraźni obraz kawałków ostro zakończonych sopli lodu, które zabójczo spadały, gdy tylko się ociepliło lub gdy ktoś wykonał najmniejszy ruch. Oprócz tej jednej rzeczy jej twarz nie różniła się niczym od przeciętnej kobiety o rozbudowanej sylwetce. Angra spojrzał na nią nie dowierzając, że przyjdzie mu zabrać stąd właśnie ją, a nie jakiegoś postawnego wojownika, który ma lata praktyki w walce. Nie zamierzał narażać jednak swoich żołnierzy, którzy według niego byli dobrzy i nie chodziło tylko o grę w kości. Jedyne, co przekonywało go do kobiety, to oczy które swoją agresją i zażartością przypominały rozwścieczonego smoka, a jak wiadomo z wściekłości każdego kretyna da się ulepić chęć walki.

-Za co tu siedzi?

-Złapać mnie motłoch nie potrafił za pare kradzieży czy jak to jeden z was stwierdził zagrożenie dla Greymoor.- Przewróciła oczami, w duchu rwąc się do walki z kimś. Osoby z nią walczące twierdziły, że nigdy się nie męczy, a jej spryt i przebiegłość przewyższa przeciwnika niemal dziesięć razy. Teraz jedynie przekleństwa cisnęły się na usta wykrzywione w uśmiechu, przez które wydobywał się głos zbyt chropowaty jak na kobietę. Gdyby ktoś usłyszał, jak klnie we wściekłości bez zawahania powiedziałby, że to mężczyzna. Porucznik tylko kiwnął głową. Dla niego to zawsze będzie tylko banda łajz i kretynów, bandytów, którzy spustoszyli ten teren.

-Może jeszcze pokazać, że umiem walczyć? Jest tu wielu niedowiarków, którym z chęcią udowodnię, że ktoś jest od nich lepszy. - Zaśmiała się. Była pewna, że wygra, a na pewno z połową jej towarzyszy.

-Dajcie jej miecz! Tylko nie poharataj się za bardzo.- Na jego twarz wpłynął uśmiech pogardy, braku wiary, która teraz mogła być zgubna.

Micareth podano miecz. Nie był idealny, ciążył od strony rękojeści. Nie podobało jej się to. Co za dureń zrobił takie coś?! Ale przecież poradzi sobie nawet z kijem. Nie była żołnierzem i Grimes także nie dał jej do pary woja, a jakiegoś chłystka zza krat. Znała go, walczył dobrze jednak używał tylko siły, nie mózgu, no i oczywiście był wolny.

Stanął przed nią także wyposażony w miecz. Gdyby tylko mogła dobyć jako swą broń; rapier- marzenie, które aktualnie się nie spełni.

Uderzył pierwszy, jednak jej unik był o wiele szybszy i pół przewrotem znalazła się za nim, dokładnie po jego prawej stronie. Bez problemu uniosła miecz z lewej uderzając płazem w łydkę przeciwnika. On sam odwrócił się krzyżując ich ostrza. Nie zaprzestał używania własnej siły, więc i ona nie zrezygnowała z swojej zwinności. Od początku walki do teraz minęło zaledwie parę sekund. Właśnie takie chwile Micareth kochała najbardziej. Szczęk uderzającego o siebie metalu rozniósł się tak, że zapewne nawet ci na górze słyszeli malutki pojedynek jaki było im dane stoczyć.

Schyliła się, zabierając miecz, a przeciwnik przez własną moc stracił równowagę. Jednym ruchem przecięła mu kawałek koszuli niedaleko obojczyka i chcąc znów zaatakować, zatrzymała się w połowie ruchu przez głos.

-Starczy! -Powiedział głośno, a ona stanęła w miejscu, opuszczając ostrze w dół, tak samo jak jej przeciwnik, który, mimo że walka trwała zaledwie dwadzieścia sekund w zaokrągleniu, oddychał szybko, a z jego płuc wydobył się cichy świst. Miał zdecydowanie za dużą masę i nikłą umiejętność strategii.

-Wystarczy to, co pokazałaś. Idziesz ze mną na misję. Jeśli ktoś jeszcze chętny, za mną! – Rzekł, po czym skierował się na górę, gdzie oddał pochodnię, tak samo jak kobieta oddała miecz, którym zdarzyło jej się walczyć, o ile mogła nazwać to walką. Wyszli na zewnątrz, a deszcz spotkał się z ich ubraniami, które zaczęły moknąć. Pod stopami było słychać jedynie chlupot rozmokłego śniegu i błota, które było teraz wszędzie, gdzie się nie obejrzeli.

-Gdzie i kiedy wyruszamy?

-Jak najszybciej, kierunek Blackreach. To będzie krwawa misja. - Mruknął ciszej ostatnie zdanie, a mokra breja pod butami wydała dźwięk wkroczenia w kałużę pełną tej szkarłatnej cieczy.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl