Ech, niestety ale obsadzenie w roli głównego "antagonisty" Białego Zimna odbyło się kosztem zrobienia z Avallac'ha "tego dobrego" a z Eredina "tego złego" :( Kto czytał książki ten na pewno pamięta pragmatyzm, przebiegłość i nieprzewidywalność tego pierwszego czy urok (podobał się Ciri dla przypomnienia) i inteligencję tego drugiego. Sapkowski w Pani Jeziora podkreślał, że obaj mieli ogromnie dużo za uszami ale jednak żaden z nich nie był postacią jednowymiarową, obaj mieli swoje ukryte i wiarygodne motywy. Nie rozumiem zupełnie drogi jaką obrali Redzi bo wystarczyłoby choć trochę wysiłku, kilka więcej linii dialogowych by dodać Eredinowi głębi, pokazać, że walczy o swoich ludzi, że potrzebuje Ciri by uratować Aen Elle, że bez niej nie da rady zabrać ze swojego świata wszystkich elfów zanim nastąpi zagłada.
Weźmy np. Wiedźmina 2. Sposób w jaki Geralt wspominał Eredina z pościgu, muzyka czy nastrój budowany ilustracjami, finałowa scena pod drzewem wisielców, dialog "Był inny niż wszystkie elfy, nie miał wstydu w spojrzeniu", dzięki takiej kreacji aż czuło się grozę, niewypowiedzianą dostojność, faktyczną magię z innego świata, samo to fenomenalnie budowało nastrój i gracz aż czekał na następną część i finałową rozgrywkę z Królem Gonu. Dostaliśmy złego do szpiku kości rzeźnika bez większej idei stojącej za jego postępowaniem, 13 linii dialogowych i (o zgrozo!) Azara Javeda dubbingującego Eredina :/ To już dubbing angielski miał bardziej klimatyczny głos. Mikołajkczak nie nadaje się na elfa.
Trzeciemu Wiedźminowi można by wybaczyć dosłownie WSZYSTKO gdyby tylko antagonista trzymał poziom, gdyby tylko czuło się satysfakcję z odkrywania historii i dochodzenia do finału, gdyby czuło się zamknięcie pewnego rozdziału rozpoczętego porwaniem Yennefer z Wyspy Jabłoni. Niestety tak nie jest i zamiast satysfakcji jest niesmak tym większy, że z całej trylogii antagoniści "trójki" wypadają najgorzej :(