Jak coś, to w 2025 nie działa ten mod. Zostawiam komcia dla potomności.
To był wyjątkowo zły pomysł, pomyślał Grimes Angra. Nawet jak na mnie.
Patrzył na tłoczące się przy kratach postaci. Złodzieje, szubrawcy, kryminaliści. Próbował znaleźć w ich oczach ślad charakteru - zacięcia świadczącego o tym, że zareagują właściwie, kiedy będzie trzeba dobyć broni. To pasowałoby do charakteru ich straceńczej misji, byłoby spójne z opowieściami, jakie w dzieciństwie opowiadał mu ojciec. O tajemniczym bohaterze, lub też bohaterach – zwykłych kryminalistach, którym dar od losu niesie niespodziewanie jeszcze jedną szansę, ratując od katowskiego pieńka, albo zgnicia w celi – szasnę tą wykorzystują, stając się lepszymi osobami i bohaterami.
Grimes był jednak całkowicie pewien, że gdyby drugą szansę dać tym tutaj, wróciliby do takiego samego życia, jakie toczyli zanim znaleźli się za kratkami Fortu Greymoor. Ich spojrzenia nie były twarde i zdeterminowane – zamiast tego widział znudzenie, chęć mordu, albo też zwyczajną tępotę. A jednak wszyscy jednomyślnie stali przed nim jako ochotnicy.
Wszyscy, oprócz jednego.
Chorobliwie chudy, z długimi, ciemnymi włosami opadającymi na ramiona i brodą w szpic, podkreślającą twarz, która bardziej pasowałaby do szlachcica, w żadnym wypadku kryminalisty. Siedział w kącie celi, z rękami założonymi za głową. W kąciku ust trzymał kawałek słomy. Już na pierwszy rzut oka różnił się od pozostałych więźniów. Kiedy porucznik podszedł bliżej, pozwalając światłu pochodni oświetlić całą jego postać, zorientował się, że rzeczywiście człowiek ten musi być kimś więcej, niż pospolity złodziej. Nie chodziło wcale o jego pozę, ani kryjącą się za nią nonszalancję. Po prostu mniej śmierdział.
Obserwował porucznika spod półprzymkniętych powiek, uśmiechając się ironicznie. Grimes nienawidził takich ludzi. I poczuł, że nienawidzi teraz również siebie za to, że ten człowiek go po prostu zaciekawił.
- Ty – powiedział. – Jak ci na imię?
Więzień westchnął.
- To nie ma żadnego znaczenia. Ma pan swoich ochotników, ja nie jestem jednym z nich.
- Tak bardzo chcesz tutaj zgnić?
Tamten uśmiechnął się krzywo.
- Zszedł pan tutaj po ochotników na „odpracowanie” win. Tylko najwięksi debile – urwał na chwilę, patrząc na stojących przy kratach ochotników – mogą sądzić, że dostają w ten sposób jakąkolwiek szansę. Pańskie zejście tutaj, poruczniku, świadczy tylko o tym, że potrzebujecie ludzi do roboty, na którą nie chcecie wysyłać własnych żołdaków. Czyli takiej, z której się nie wraca. Nie mam zamiaru brać w tym udziału.
Grimes milczał. Czuł w tym momencie dwie rzeczy – cień uznania dla tego człowieka, oraz gniew. Kątem oka zobaczył, jak część ze stojących pod kratami kryminalistów wycofała się i usiadła na swoich miejscach. Człowiek ten w parę sekund złamał ich morale. Jako żołnierz, Grimes nie lubił ludzi, którzy robili takie rzeczy. Jako człowiek szczerze zaś nienawidził osób, które odnajdowały radość w psuciu innym planów. A człowiek, który siedział przed nim był teraz wręcz niesamowicie szczęśliwy.
- Jeśli tu zostaniesz, doczekasz w końcu swojego wyroku.
Więzień wzruszył ramionami.
- Może, ale nie skończę gdzieś w głuszy, przytrzymując flaki wypadające mi z rozciętego brzucha.
Paru kolejnych więźniów odwróciło się od krat i usiadło na swoich miejscach. Grimes zacisnął wargi tak mocno, że aż zbielały. Więzień przeciwnie, pokazał, że jakości uzębienia może pozazdrościć mu nawet część szlachty. Grimes wiedział, że w ciągu tej misji będzie zmuszony toczyć bitwy, ale nie przyszło mu przez myśl, że pierwszą z nich stoczy jeszcze w więzieniu Fortu Greymoor. Musiał coś zrobić. To on miał przecież władzę. W jakiś niewytłumaczalny sposób spojrzenie ciemnych jak dwie studnie oczu tego człowieka sprawiało, że w głowie czuł tylko pustkę.
- Naprawdę wolisz zginąć tutaj?! Co z tobą nie tak?!
To nie był jego głos. Grimes obejrzał się i napotkał spojrzenie jednego z więźniów, którzy zostali jeszcze przy kratach. Młodzik, mlekożłop. Długie blond włosy miał w nieładzie, ale w niebieskich jak lód oczach błyszczał się zapał. Naiwny i pełny idealizmu. Grimes widział tysiące takich spojrzeń u młodych ochotników tuż przed ich pierwszą bitwą, na której zwykle tracili życie. Mimo wszystko wybuch młodzieńca sprawił, że dziwna niemoc go opuściła. Spojrzał się raz jeszcze na ciemnowłosego więźnia i uśmiechnął cierpko.
- Masz pecha, bratku. Twój pech polega na tym, że to ja tu stanowię prawo i to ja decyduję, kiedy twój wyrok zostanie wykonany. Jeśli tu zostajesz, to twój wybór. A moim jest to, że spotkasz się ze swoimi przodkami jeszcze dzisiaj.
Czas jakby spowolnił. W jednej chwili mężczyzna siedział na ziemi, ciągle się uśmiechając, w drugiej stał przed kratą, wyciągając rękę w stronę Grimesa. Jego dłoń zakończona była ostrymi pazurami. Ciemne oczy płonęły ogniem. Tylko doświadczenie pozwoliło porucznikowi się cofnąć, ale i tak pazury tamtego rozorały pancerz na wysokości jego piersi tak, jakby ten był z papieru.
Kiedy czas z powrotem ruszył obaj, Grimes i wampir patrzyli na siebie w milczeniu.
***
Grimes popatrzył w ciemne jak studnie oczy i westchnął. Wampir nie odwzajemnił spojrzenia. Jego nabite na pal zwłoki zadrgały, kiedy zaczęły docierać do nich płomienie z palącego się wokół pala stosu.
Porucznik odwrócił się w siodle, spoglądając na stojących za nim więźniów. Wszystkich, bez wyjątku. Więzienie Fortu Greymoor opustoszało. W świetle ognia spoglądające na niego twarze zdawały się drgać.
- Zostawiacie za sobą swoją śmierć. Przed nami również znajduje się śmierć. Z tą różnicą, że to od nas zależy, czy nasza, czy naszych wrogów. Takich jak on – wskazał na palące się zwłoki – znajdzie się więcej. Tylko słuchając rozkazu macie szanse przeżyć. A teraz zbierajmy się, bo wasz kolega zaczyna cuchnąć.
Opuszczali Fort Greymoor w ciszy mąconej tylko przez cykady i skwierczenie palącego się ciała. Grimes nie lubił ciszy.
- Ty – machnął na jasnowłosego młodzieńca. – Podejdź bliżej.
Chłopak podbiegł do boku jego konia.
- Jak ci na imię?
- Cedorn, panie.
- Chciałem ci podziękować, Cedornie. Gdyby nie ty, dalej byłbym w mocy tamtego… stworzenia. Ale jednego jestem ciekaw – wszyscy więźniowie się go słuchali, więc również i nimi musiał zawładnąć. Dlaczego nie zawładnął tobą?
Młodzian szedł przy nim w milczeniu. Grimes dał mu czas na zastanowienie się. W końcu tamten podniósł spojrzenie.
- Nie wiem, panie. Po prostu od początku go nie lubiłem.
Porucznik uśmiechnął się szeroko. Nie uwierzył w ani jedno słowo. Chłopak kłamał, był tego całkowicie pewien. Mierzyli się spojrzeniami.
- Ja też mam pytanie, panie. Czy mogę?
Grimes przytaknął.
- Gdzie zmierzamy?
- Blackreach.
Spodziewał się szoku, strachu. Może nawet paniki. Nie był przygotowany na wściekłość. Na furię. I… tryumf?
- Widzę, że nie jest ci obce to miejsce?
Chłopak patrzył się prosto w jego oczy.
- Nie, panie.
Grimes nie wiedział, jakie tajemnice skrywa młodzian. Postanowił je uszanować. W pewnym sensie pocieszające było to, że na tej beznadziejnej wyprawie po śmierć znalazła się osoba, z którą mógł dzielić cel. Nawet, jeśli tą osobą był kryminalista.
Ostatecznie okazało się, że wszystkie tropy prowadzą do Blackreach.