bubble18

bubble18 ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

08.07.2020 22:26
odpowiedz
bubble18
2

Postać porucznika zniknęła z horyzontu już jakiś czas temu i pomimo tego Sha'anks oraz Micareth nie mogli oderwać spojrzenia z owego miejsca. Z jakiegoś dziwnego i nieznanego im powodu nie chcieli uwierzyć, że taki człowiek jak porucznik Grimes Angra odszedł. Na jakiś dziwny i swój sposób oboje go polubili i nie mogli tego do końca zrozumieć. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak przeciętny człowiek, dopiero po bliższym spotkaniu zyskiwał większy szacunek.

- Nie chcę przerywać wam chwili, ale zapowiada się na deszcz- Bodil pociągnął nosem i zaczął pocierać ramiona aby choć trochę rozgrzały się.

- Ma rację, chodźmy zbliża się deszcz, a Sha'anks nie lubi mieć mokrego futra- wstał przeciągając się, po czym ziewnął nadal zmęczony.

Szybko zebrali swój cały dobytek i ruszyli do twierdzy Greymoor, gdzie miały rozstrzygnąć się ich dalsze losy
*********************
Sha'anksa nie pocieszał fakt iż siedzi ukryty w krzakach w czasie deszczu nieopodal Greymoor. Siedział skulony i zły na zmoczonej ziemi obok Bodil'a, oboje czekali na powrót Micareth z rekonansu twierdzy. Z perspektywy czasu żałował, że ustąpił jej podczas kłótni, teraz wolałby skradać się co rozgrzało by go dość dostatecznie aby było mu ciepło. Ogniska nie mogli zapalić, gdyż dym zaalarmowałby stacjonujących w twierdzy żołnierzy i na pewno nie skończyli by dobrze. Skryba trząsł się obok niego, tak jak młode brzózki na wietrze. W jakimś stopniu współczół mu. Przed pobytem w Blackreach żył na tyle dobrze by mieć własny dom, a teraz nie dość, że uważany jest za zmarłego to ludzie współpracujący z wampirami będą chciały jego śmierci. Jego i wojowniczki czekał podobny los, no chyba że zachowamy swoje istnienie przed całym światem i pozostaniemy anonimowi lub zyskamy nowe imiona. Z początkiem tej misji cieszył się z ułaskawienia i zyskania wolności, teraz im bliżej tej wolności był, tym mocniej zastanawiał się co dalej? Teoretycznie był wolny i mógł robić co chciał, praktycznie, były więzień nie jest mile widziany w wielu miejscach. Westchnął ciężko chwytając za pobliski patyk i zaczynając bazgrać po ziemi. Bawił się tak jeszcze chwilę dopóki nie usłyszeli szelestu, z przyzwyczajenia złapał za sztylet, co nie było konieczne. Micareth wyłoniła się, spomiędzy mokrych drzewek i krzaków, siadając obok niego.

- I jak?

- Nic się nie zmieniło, żołnierzy jest tyle ile było ich czujność jest jak zwykle uśpiona. Myślałeś jak bezpiecznie sprowadzić go do sierżanta?

- Nic co Sha'anks wymyślił nie było na tyle dobre, aby utrzymać go przy życiu dostatecznie długo aż do rozmowy z sierżantem.

- Czyli jesteśmy w kropce?- kiwnąłem głową.

Zaklnęła, wstała i zaczęła chodzić tam i z powrotem. Byliśmy w kropce. Po długiej i niezręcznej ciszy, odezwał się najcichszy jak dotąd kompan.

- Może napiszemy kartkę?- Micareth stanęła w miejscu, drążąc wzrokiem dziurę w urzędniku.

- Tak prześlijmy mu gorące pozdrowienia z Blackreach oraz nie zapomnijmy mu wspomnieć o odwiedzinach wampirów, które nawiedzą w przyszłości Tamriel- zadrwiła z niego.

- Nie, napiszmy notkę z prośbą o spotkanie.

Oboje spojrzeli po sobie, w sumie to był chyba najlepszy plan ze wszystkich głośno wymienionych.

- Dobra, to wy wymyślcie co napiszecie a Sha'anks idzie ukraść pergamin i pióro z kałamarzem- wstał z mokrej ziemi strzepując przyklejone kawałki ziemi do spodni. Wrócił 15 minut później niosąc w rękach torbę ze wszystkimi potrzebnymi im przedmiotami. Zdecydowali że to Micareth napisze notkę odnośnie spotkania, gdyż miała najwyraźniejsze pismo i nikt nie znał jego charakteru.

Proszę przyjść dziś o dziesiątej pod las Greymoor
~S.B~

- Idź i zanieś mu to na biurko. Gabinet ma na drugim piętrze, ostatni pokój po prawej, nigdy nie zamyka okna- Sha'anks podziękował urzędnikowi skinieniem głowy za podpowiedź i odszedł.
*****************
Stali na skraju lasu ukryci w gęsto rosnących krzakach dzikiej jarzębiny. Deszcz nie przestał padać tylko wezbrał na sile i uderzał w nich tak jakby byli dla niego przeszkodą i chciał się ich pozbyć.

- Cholera nie przyjdzie.

- Fakt że się spóźnia, ale to jeszcze o niczym nie świadczy- powiedział ze spokojem Bodil- Często się spóźnia, więc jeszcze nic straconego.

No i czekali aż do dwunastej, marznąc do kości, pomimo dobrej wiary skryby w sierżanta ten nie przyszedł. Wracając do miejsca gdzie pozostawili swoje rzeczy, Micareth wpadła w złość.

- Kurwa, powinniśmy już dawno dostać swoją wolność, a chowamy się w krzakach jak jacyś tchórze! Nie zamierzam czekać aż łaskawie do nas przyjdzie lub będziemy obmyślać plan ściągnięcia go. Ja nie jestem od układania planów, sprowadzę tu tego zadufanego dupka, który ułaskawi nas i zakończy te chorą historię- powiedziała zawracając ku wyjściu z lasu.

- W takim razie idę z tobą, Sha'anks nie da im cię zabić.

- Bodil zostań na miejscu, jeśli nie wrócimy masz wolną rękę, będziesz mógł zabrać nasze graty i robić co ci się żywnie podoba- skryba pokiwał ze zrozumieniem i udał się do wcześniejszego miejsca ich koczowania.
*************************

- Trzymaj łuk i ubezpieczaj mnie, no a jeśli uparty sierżant mnie nie posłucha, postrasz go- pokiwał głową i wdrapał się na dach ukrywając za dymiącym kominem, skąd miał świetny widok na cały dziedziniec twierdzy.

Ja natomiast zeszłam z balustrady balkonu i uważnie stawiałam każdy krok na ścianie pełnej wnęk i dziur, których można było się chwytać podczas wspinaczki. Kiedy znalazłam się przy oknie gabinetu swojej 'ofiary', podciągnęłam się na parapecie zaglądając czy nikogo nie ma w środku. Pustka, to to co ujrzałam, więc bez ceremonialnie weszłam cicho stąpając po drewnianych deskach, które miały tendencję do skrzypienia w nieodpowiednich momentach. Szukałam idealnego miejsca na ukrycie się do czasu, aż Gutrim nie przyjdzie. Po kilku minutach poznawania nowego miejsca stwierdziłam iż kryjówka za drzwiami będzie odpowiednia. Ukryłam się w idealnym momencie, mężczyzna właśnie wchodził, więc stałam się jego cieniem. Był wyższy ode mnie o co najmniej dwie głowy, barczasty, żylasty i stary, więc ma mniej siły i ma słabszy refleks niż Angra, ale nie warto go nie doceniać, gdyż można stracić przez to głowę. Gdy starzec podszedł do okna niczego nie podejrzewając postanowiłam go poddusić. Zaskoczony zaczął się rzucać, ale opamiętał się kiedy poluzowałam uścisk i pozwoliłam mu na swobodny oddech.

- Sierżancie jestem z oddziału Angry Grimes'a, zaginionego w Blackreach. Notka, którą pan dostał jest ode mnie i moich dwóch towarzyszy. Uprzejmie proszę o to aby pan współpracował, gdyż może sierżant zostać bohaterem- uniósł lekko krzaczastą brew wyżej wyraźnie zainteresowany.

- Sądziłem iż jest to kolejna próba zabicia mnie lub czyjeś żarty- powiedział wpatrując się w dal- Mówisz, że jesteś od Grimes'a?- pokiwałam głową- Czyli musisz mieć naprawdę dobry powód, aby nachodzić mnie na służbie i do tego w twierdzy.

- Niech pan wyjdzie z twierdzy i pójdzie w stronę lasu. Tam spotka się pan ze mną i moim towarzyszem- mruknął coś tylko w odpowiedzi.

Puściłam go i odprowadziłam wzrokiem do drzwi, przez które niedawno wszedł.

- Gdyby panu przyszło na myśl powiedzieć o tym co tu zaszło i dokąd pan idzie, ktoś czeka na dachu i uważnie pana obserwuje- przeszłam przez kamienne okno i ponownie wspinałam się po murze ku dołowi.
*************************

- Rozumiem iż sprawa jaką dla mnie macie jest poważna, inaczej zawiśnie cię na stryczku tak jak mieliście skończyć.

- Niech sierżant uwierzy Sha'anksowi, szczątkowe informacje jakie posiadamy warte są setki żyć.

- Tak na pewno uwierzę komuś takiemu jak ty, ty zapchlony pchlarzu- warknął do khajiita, na co tamten zasyczał na niego jerząc futro- Wybryki natury.

- Już jesteśmy- Micareth odsłoniła gałęzie torujące im przejście.

Gutrim zachłysnął się powietrzem widząc zmarzniętego aczkolwiek żywego Bodila. Podszedł radośnie do niego i klepnął przyjacielsko w ramię, na co skryba lekko skulił się.

- Już myślałem, że umarłeś. Było mi tak smutno bez ciebie, że nie potrafisz sobie tego wyobrazić- zaśmiał się serdecznie.

Bodilowi również udzielił się radosny nastrój sierżanta i lekko uśmiechnął się widząc znajomą twarz.

- Ja też się cieszę że pana widzę, ale nie czas teraz na radości, gdyż przynosimy złe informacje prosto z Blackreach.

Twarz Gutrima spochmurniała wydając się jeszcze starsza niż jej właściciel. Najszybciej jak potrafili powiedzieli mu co wiedzieli i przekazali kryształ oraz list od Grimes'a. Gdy nagle z krzaków naskoczyły na nich wampiry. Każdy z uzbrojonych chwycił za broń i z uporem maniaka ciął, siekał i dziurawił plugawe pomioty nocy. Kiedy już rozprawili się że wszystkimi ścierwa mi, byli zziajani i brudni od ich krwi.

- Teraz mam stu procentową pewność, że mówicie prawdę. Niezwłocznie wyślę cię Bodil do znachorów i czarodziejii, by udało im się ci pomóc. A wasza dwójka zyskuje pełne ułaskawienie, od teraz jesteście wolni. A Bainard słono zapłaci za sprzymierzenie się z wampirami. Dziękuję wam bardzo i życzę szerokiej drogi- odszedł a wraz z nim młody skryba.

- To co teraz?

- Jesteś wolny Sha'anks możesz robić co chcesz.

- Czyli rozstajemy się?

- Na to wygląda, towarzyszu...

01.07.2020 23:30
odpowiedz
bubble18
2

Szczęk broni z każdym krokiem stawał się coraz cichszy i dalszy, ale wcale nie polepszało to naszej sytuacji. Straciliśmy maga oraz wojownika, szczerze mówiąc nie wierzę w dalsze szczęście moje czy Sha’anksa. Na początku tlił się malutki płomyk nadziei, a teraz zgasł i nie uważam aby rozniecił się ponownie, no chyba że spotka nas prawdziwy cud.

- Sha’anks zastanawia się nad czym koleżanka tak mocno myślisz?

- Myślę, że nie wydostaniemy się stąd i nie mów do mnie koleżanko- rzuciła nożem w biegnącego na nich falmera, a drugiemu bliżej nich wbiła rapier w żebra i podcięła szyję.

- A Sha’anks myśli, że nam się uda.

- Nie wiem czy zazdrościć ci twojego optymizmu czy też nie.

- To chyba zależy z której strony by na to spojrzeć- zaśmiał się wraz z gardłowym pomrukiem zadowolenia.

Szli korytarzami, które wcześniej Vernique pokazała im poprzez magię lokalizacyjną w klatce. Przebijali się przez kolejne fale przeciwników ginących od jednego, dwóch dobrze wymierzonych ciosów Micareth. Sha’anks poprawił spadającego młodzieńca na co ten szarpnął się przewracając kotołaka, który upadł na splamioną krwią falmerów ziemię. Micareth odwróciła się patrząc na khajiita szarpiącego się z młodzieńcem.

- Kim wy jesteście?! Ja nigdzie z wami nie pójdę , nie będę patrzył jak zabijacie. Może i mnie później zabijecie dla przykładu?- chłopak wyrywał się kotowatemu i krzyczał w niebo głosy przyciągając uwagę większej ilości wrogów niż chciało by którekolwiek z nich. Bez zastanowienia wojowniczka złapała chłopaka za ubrudzoną krwią koszulę i szarpnęła nim, tak aby byli sobie równi.

- Posłuchaj gówniarzu, zabijam potwory, które zamierzają nas zabić na rozkaz pana wampirów. Jeśli się nie pośpieszymy to może i ty staniesz się jedną z tych bezkształtnych dziwadł i zaczniesz mu służyć. Więc uważam iż należy nam się cholera chociaż najmniejszy szacunek za uratowanie ci dupy- chłopak skinął głową i opuścił wzrok.

Wojowniczka puściła go idąc w kierunku wskazanym im przez Verę. Teraz kiedy i Sha’anks był wolny od ciężaru przebicie przez napadającą na nich hordę, było z lekka łatwiejsze i szło im znacznie szybciej. Nieznany chłopak szedł za nimi, trzęsąc się i pochlipując cicho, nie patrząc na masakrę dokonywanej przez parę rzeźmieszków.

- Sha’anks skręcamy w ten korytarz czy następny?

- Z tego co zapamiętałem, to ma być następny, tak mi się wydaje.

- Ma ci się nie wydawać, bo inaczej zostaną z nas tylko kości- krzyknęła lekko poddenerwowana niewiedzą partnera Miraceth.

Kotowaty warknął na jej podniesiony głos, sam czuł się niepewny. Nie wiedział czy dobrze zapamiętał całą drogę, ale nie tracił nadziei na wyjście stąd żywy. Wyobrażał sobie jak zostanie karczmarzem, strażnikiem, czy kimś innym, zrywając tym samym swoją krwawą przeszłość, a torując sobie jako taką przyszłość. Nie zamierzał rezygnować z szansy, którą dostał od losu, równie dobrze mógłby teraz wisieć na stryczku zimny i martwy.

- Idź tak jak mówi ci ten khajiit, pamiętam jak mnie tędy ciąglii- powiedział chłopak rozglądając się wokół siebie.

Bez większych pomysłów kobieta zrobiła tak jak zawtórował khajiit’owi chłopaczek. Szli szybkim krokiem, żadne z trójki nie zamierzało zostać w tak przerażającym i niebezpiecznym miejscu jak to.

***********************

Po co najmniej dwusetce zabitych wrogów dotarli do większego pomieszczenia w którym znajdowały się zniszczone, drewniane drzwi ubrudzone krwią, najprawdopodobniej krwią nieszczęśników którym nie udało się uciec z tego piekła.

- Widzisz, jednak Sha’anks miał rację wyjdziemy stąd żywi dostając obiecaną wolność- Micareth uśmiechnęła się duchu, wzdychając cicho z ulgi.

Niestety nie obyło się bez niespodzianki, której wojownicy tak bardzo chcieli uniknąć za każdą cenę. Drzwi otworzyły się z impetem ukazując szlachetnie wyglądającego mężczyznę zamienionego w wampira. Mężczyzna dzierżył u swego boku klingę przeźroczystą niczym szkło z jelcem wykonanym ze szczerego złota, wysadzanym kilkoma małymi klejnotami. Miecz godny króla, pomyślał Sha’anks przyglądając się pięknemu i cholernie drogiemu cacku.

- Zamierzacie wyjść stąd bez pożegnania i zabierając ze sobą naszego drogiego brata?- dźwięczny i figlarny głos wampira uniósł się echem po ścianach pustego pomieszczenia.

- Nie pomyślałabym nigdy o pożegnaniu z takimi gnidami jakimi jesteście.

- Ranisz moje uczucia do moich braci i pana, ale lubię jak kobiety mają ostry język, więc postawię ci ultimatum. Oddajcie urzędasa a będziecie mogli odejść stąd wolni- zarówno wojowniczka jak i khajiit zachłysnęli się powietrzem słysząc proponowaną im ugodę.

Oboje spojrzeli się na młodego urzędnika, stał ze spuszczoną głową, ale widoczne były czerwone od płaczu oczy i spuchnięte usta, wyglądał żałośnie. Pewnie gdyby Angra nie kazał im go wziąć zostali by zabici na miejscu, a tak mają wybór, ale widocznie chłopak ten jest bardzo potrzebny wampirom, inaczej nie poszli by w tak niewygodny układ. Oboje spojrzeli sobie prosto w oczy i tak jakby znali się całą wieczność bez słów podjęli wspólną decyzję.

- Nie, nie skorzystamy ze szczodrej oferty twojego pana. Chłopak wyjdzie z nami na powierzchnię.

- Sądzę, że jesteście głupi. W takim razie zginiecie w imię głupiej decyzji- z prędkością nieporównywalną do żadnej z ras natarł na ustawioną w obronie Miraceth.

Szklane ostrze bezproblemowo złamało cienki rapier zszokowanej kobiety, rozciął także skórę na prawym policzku aż do samej kości. Sha’anks zaatakował od boku, nieskutecznie, został odepchnięty przez wampira pod ścianę uderzając o nią z głuchym jękiem. Zszokowana wojowniczka wyjęła z pochwy długi bojowy nóż trzymany na podobne okazje i cięła rękaw białego kaftana przeciwnika. Ten złapał ją za szyję ściskając unosząc w górę niczym zdobycz łowiecką. Urzędnik uciekł z widoku, na co mężczyzna przeklnął siarczyście, co wykorzystał khajiit rzucając się wampirowi na plecy i gryząc go w szyję. Zdezorientowany wypuścił Micareth łapiącą łapczywie każdy nowy łyk powietrza. Sha’anks wygryzł spory kawałek mięsa z szyi przeciwnika, ale nie zabił go, przez co został zrzucony i przygwożdżony do ziemi przez niego. Zziajany złapał za swój miecz z zamiarem przebicia serca kotowatego, co mu się nie udało, przez skrzeczącą przy każdym wdechu powietrza Micareth. Wbiła nóż w krtań, przebijając ją na wylot, krew płynęła wartkimi stróżkami barwiąc biały dotychczas kaftan na rdzawo-czerwony.
- Coś słabo staracie się mnie zabić- zaśmiał się wstając z khajiita, chwycił mocniej miecz i wymierzył cios w lewe ramię wojowniczki, odcinając jej rękę do przedramienia. Krzyk jaki wydała sprawiał zarówno ból Sha’anksowi zagryzającego wargi. Utrata kończyny jest czymś okropnym, wiedział o tym pomimo tego, że sam nie stracił żądnej z nich, to w przeszłości znał wiele kalek niezdolnych do czegokolwiek. Nie czekając na inną okazję wstał zbierając sztylet, który wcześniej upuścił i wbił go w serce wampira. Oprawca odwrócił się do niego nadal stojąc na nogach, podszedł do niego i wbił pazury w prawe ramię kotowatego. W całym tym krwawym zamieszaniu urzędnik poruszał się bez dzwięcznie i niezauważalnie, co dało pozwoliło mu na zadanie ostatecznego ciosu.
Wybił wampirowi z ręki miecz i wbił w serce. Przerażony swoim czynem patrzył z szeroko otwartymi oczami, jak z czerwonych oczu wypływają ostatki życia i ciało osuwa się bezwładnie na podłogę.

- Gratuluję pierwszego zabójstwa, przy następnych idzie lepiej- zaśmiał się gorzko Sha’anks, klepiąc chłopaka po ramieniu.

Po chwili podszedł do oszołomionej i zwiniętej w kłębek Miraceth, panicznie ściskającej krwawiący kikut. Pomógł jej wstać i trzymał łapę na jej ramieniu w razie gdyby upadła.

- Zabierz miecz i wynosimy się stąd- tak jak powiedział kotowaty, pomimo ciągłego przerażenia i obrzydzenia urzędnik wyjął z martwego wampira miecz i poszedł za nim ku schodom wiodącym ku ich wspólnej wolności.

24.06.2020 13:47
odpowiedz
bubble18
2

- Poruczniku, co teraz?- zapytał Sha' anks.
Angara położył powoli umierającego Miltona na ziemi i zwrócił wzrok ku khajiit'owi.
- Na pewno nie wyjdziemy na powierzchnię, więc nie pozostało nam nic innego jak przedarcie się pomiędzy maszkarami i odkrycie co się tu do jasnej cholery dzieje- powiedział idąc ku malowidle, które chwile temu było malowane przez wampira.
Dotknął go brudząc zimną krwią rękę, za nic nie podobało mu się to co tu zobaczył i pewnie nie spodoba mu się reszta którą tu ujrzy. W myślach przeklinał kapitana Beinard'a za zlecenie właśnie jemu tego zadania, nie zdziwiłby się wcale, gdyby kapitan usłyszał o śmierci jego i trójki nieudaczników i uśmiechnął się w duchu z pozbycia się kłopotu w postaci Grimes'a.
- Choć tu khajiicie- rozkazał.
Sha' anks oddał Verę Micareth, która oparła zmęczoną nekromantkę na swoim ramieniu. Kotołak podszedł do porucznika miękkim krokiem jak to miała w zwyczaju jego rasa, gdy stanął u boku Angry ten wskazał mu ręką krwawe malowidło.
- Nie widzę tu żadnego innego przejścia niż ten długi korytarz na przeciw, ale czuję, że nie może być jedynym w gąszczu krasnoludzkich korytarzy. Spróbuj wyczuć zapach krwi, którą Milton malował to coś, istnieje opcja że przyszedł z innego dostępnego korytarza i ukrył je zanim przybyliśmy- Sha' anks kiwnął na znak zrozumienia i ze skrzywioną miną powąchał nadal lepką, jak wcześniej dowiedział się porucznik, krew. No wodził kotołaka przez jakąś chwilę po pomieszczeniu, dopóki nie zatrzymał się ponownie przed glifem.
- Czuję go za tą ścianą i nie może to być pomyłka, nos Sha' anksa czuł wiele obrzydliwych zapachów i zawsze doprowadzał go do celu. Tu musi być przejście- powiedział spoglądając na zacięcie myślącego Grimes'a.
Kiwnięciem ręki rozkazał Verze otworzyć przejście, co udało się jej chwilę później.
- Prowadź dalej, jeśli się nie mylę dalej znajdziemy coś co może nas bardzo zaciekawić- rozkazał i cała czwórka zniknęła w mroku nowo odkrytego korytarza.
************
- Ile jeszcze będziemy iść, czuję że nogi odpadną mi za chwilę- wyjęczała zła, idąca już samodzielnie Vera.
- Nie wiem, ale czuję że nie długo- odpowiedział nie zrażony jej gniewem wymierzonym w jego osobę.
Kobieta prychnęła i pochłonęła się ku własnym myślą tak jak każdy z tutaj obecnych. Szli pogrążeni w myślach słysząc stukanie własnych butów i nic poza tym, co wydawało się dziwne Angrze. Sądził iż znikąd wysypią się setki napastników, którzy przywitali ich wcześniej, ale nic takowego ich nie zastało. Naprawdę miał głupie uczucie, że owy korytarz zaprowadzi ich do czegoś co wytłumaczy co dziwnego dzieje się w Blackreach, miał też nadzieję, że wydostaną się stąd szybko. Nagle na końcu korytarza pojawiło się słabo tlące światło, zwiastujące koniec ciągnącego się w nieskończoność korytarza. Sha' anks i Vera odetchneli z ulgą widząc światło i ruszyli szybszymi krokami ku niemu, porucznik uśmiechnął się lekko w duchu wiedząc, że to koniec nużącego marszu w ciemnościach, a Micareth nie zdradzała nic. Kiedy doszli do owego światła zastał ich nie mały szok i tym razem Micareth nie zdołała ukryć emocji. Wszyscy stali z niedowierzaniem w oczach i na twarzach kiedy przed nimi rozciągał się widok na opuszczoną krasnoludzką osadę górniczą. Misternie wykute w skałach domy tworzyły niesamowity widok, pomimo niewielu źródeł światła pobłyskujących gdzieś w oddali. Pomiędzy alejkami można było zobaczyć grupki ludzi idących w rzędach, nic więcej nie dało się wywnioskować z tak daleka.
- Nigdy nie spodziewałabym się ujrzeć czegoś takiego w takim miejscu- powiedziała zdziwiona Micareth- Kopalnia nie powinna być opuszczona, przecież krasnoludy opuściły ją wieki temu z niewyjaśnionych przyczyn, więc czemu teraz ludzie chodzą tutaj jakby byli u siebie?- odpowiedź na to pytanie ciekawiła po równo każdego z nich.
- Ważniejsze jest czemu zaginieni tutaj przebywają i chodzą jak lalki lalkarzy- powiedziała Vera robiąc zamyśloną minę i przymykając oczy.
- Może ktoś rzucił na nich zaklęcie odbierając wolną wolę i zmusili do jakiejś brudnej roboty- Micareth odpowiedziała z powagą w głosie jakiej Grimes nie czuł od niej jeszcze nigdy wcześniej.
- Może to i prawda, musimy sprawdzić co się tutaj wyrabia, więc musimy być niewidzialni. Inaczej ktoś zauważy, że posiadamy broń i uzna to za dość osobliwe-powiedział porucznik popychając Sha' anksa na schody, dając mu do zrozumienia aby prowadził ich dalej za zapachem krwi użytej do namalowania glifu. Schodzili uważając, aby nie wydać ani jednego dźwięku, który mógłby zwrócić uwagę wroga, którzy mogli czaić się wszędzie. Nagle do ich uszu doszedł dawno nie słyszany przerażający huk, który zatrząsł całym miastem w posadach. Sna' anks o mało nie spadł ze schodów gdyby nie żelazny uchwyt porucznika, na jego ubraniach. Kot podziękował mu skinieniem głowy i ponownie ruszył ku dołowi schodów.
**************
Kiedy znaleźli się na tym samym poziomie co budynki kocur odparł.
- Tutaj ślad się urywa, Sna' anks czuje wiele podobnych zapachów mieszających się razem i nie potrafi zaprowadzić dalej, przepraszam- Grimeś tylko poklepał go po ramieniu dodając nieco otuchy.
- Myślę, że dalej poradzimy sobie bez twojego dobrego zmysłu, tutaj wszystko wydaje się podejrzane.
- Ale Sna' anks czuje nowy bardzo dziwny zapach, którego nigdy nie czuł- powiedział zaciągając się zapachem wokół niego. Grimes miał właśnie zebrać myśli, ale ponowny huk nie pozwolił mu na ich zebranie, co tylko go zdenerwowało.
- Denerwuje mnie ten dźwięk, równie jak niepokoi. Więc pójdę sprawdzić owy dźwięk wraz z Micareth, a wasza dwójka pójdzie sprawdzić zapach, który wyczułeś. Jeśli, którekolwiek z was ucieknie, wiecie co was czeka. Spotkamy się w tym samym miejscu za półtorej godziny, postarajcie się nie nabałaganić- trójka więźni pokiwała głowami i rozdzieliła się zgodnie z rozkazem porucznika.
Agnra szedł w ciszy wraz z wojowniczką noga w nogę, ku ogromnej bramie, którą zauważyli chwilę temu. Ciszę trwającą pomiędzy nimi przerwała wojowniczka.
- Sądzisz, że to co tam zobaczymy może być przerażające i niebezpieczne?- był zaskoczony, że kobieta tak cicha i zamyślona sama z siebie zadała mu pytanie.
- Pewnie, że tak, inaczej na wstępie nikt by nas nie zaatakował i nie próbował ukryć przejścia do tego miejsca. A co boisz się śmierci?
- A mam się niby jej nie bać? Tylko głupcy i zwariowani się jej nie boją- odpowiedziała spuszczając wzrok na ziemię- Mimo zbrodni i wszystkich złych występków jakich dokonałam, to śmierci boję się najbardziej, a pan?
- Boję się wielu rzeczy, ale wszyscy nie muszą ich znać, wolę je ukrywać, a teraz cicho bo ktoś może nas usłyszeć- powiedział szepcząc cicho.
Grimes wychylił się lekko oglądając czy przy bramie nie stoją jacyś strażnicy, ale nikt takowy nie stał. Cicho przemknęli dostając się do środka.
- Co to do jasnej cholery jest?- wyszeptał Angra, któremu wcale się to nie podobało.
Po środku wielkiej komnaty stał ogromny czarny kryształ wsparty na drewnianym rusztowaniu, kryształ emanował ogromną ilością przytłaczające, przerażającej energii, budzącej strach i uczucie obserwowania. Micaretch i Grimes czuli ostry odór śmierci wyczuwalny od kryształu, ciche i niezrozumiałe szepty katowały uszy obojga wojowników, a uczucie obserwowania nasilało się z każdą chwilą spędzoną w tym pomieszczeniu. Grimes poczuł ostry ból w skroniach, a później w myślach pojawiło się jedno zdanie.
- Podejdź wojowniku, a dam ci władzę większą niż posiada jakakolwiek istota na świecie- przerażająco władczy i głośny głos wydobył się ze środka kryształu.
- Poruczniku, odejdźmy stąd tan głos jest przerażający i chyba nie powinno nas tu być, zobaczyliśmy wszystko co mieliśmy zobaczyć, chodźmy do Sha' ankha i Veranque- powiedziała przestraszona wojowniczka do Grimes'a, ale ten nie zareagował na jej słowa, lecz na słowa z kryształu. Wtedy domyśliła się, że to coś w środku zaczarowało mężczyznę i zmusiło do podejścia. Za wszelką cenę muszę go odciągnąć, inaczej cała nasza czwórka umrze, pomyślała Micaterh, ciągnąc porucznika do wyjścia najmocniej jak umiała. Każda próba kobiety była fiaskiem, a ta mimo to dalej próbowała. Kiedy rękę porucznika dotknęła ściany kryształu, energia wybuchła z niego posyłając wojowniczkę na ścianę znajdującą się kilka metrów dalej. Micareth wypluła krew, która zebrała się jej w ustach po silnym zderzeniu ze ścianą. Spod zmrużonych powiek zobaczyła jak kryształ rozpękł się na tysiące kawałków, a na samym środku pojawiła się wysoka, emanująca przerażającą siłą postać, która popchnęła nieprzytomnego Grimes'a na podłogę. Postać zaśmiała się władczo idąc ku wyjściu z pomieszczenia.
- Teraz nikt mnie nie zatrzyma, zniszczę wszystko co stanie mi na drodze- zaśmiał się po raz ostatni i wyszedł z komnaty zostawiając ich samych.
c.d.n

17.06.2020 15:58
odpowiedz
bubble18
2

Kroki ledwo słyszalne dla normalnego człowieka, ciche tak jakby niesione przez wiatr północy, znikające w odmętach ciemności otaczającej całe pomieszczenie. Dla człowieka zaprawionego w boju, były wspomnieniem morderstw. Morderstw popełnianych z zimną krwią i skrytym pod kapturem uśmieszkiem pogardy, tak zabójcy są z pewnością jednymi z najokrutniejszych istot stąpających po tym świecie. Nastawieni na szybki i względnie dobry zarobek, wynikający z rangi społecznej ofiary, są w stanie pracować dla każdego nie zważając na opinie publiczne i kim w społeczeństwie jest zleceniodawca. Chciwy Król, cholernie bogaty szlachcic, najczarniejszy typ spod czarnej gwiazdy i tym podobni ludzie są ich źródłem zarobków. Angara splunął na brudną, śmierdzącą posadzkę widząc postać wyłaniającą się z mroku lochu.
- Ze wszystkich łajz i dupków, Ciebie miałbym chęć zabić na miejscu- złość skryta za kamienną twarzą porucznika nie wróżyła nic dobrego, tak samo jak pogoda na zewnątrz. Grzmot rozniósł się przerażającym echem po kamiennych ścianach, wzmocnionych dziesiątkami zaklęć nałożonych przez magów, i zniknął tworząc gęstą jak mgła atmosferę. Burza w zimie, była niecodziennych zjawiskiem, wręcz emanowała przerażającymi i niekoniecznie dobrymi zamiarami, Angara miał podobne odczucia co do siebie. Wcześniejsze ciche szepty więźniów ucichły, wyczuwając złowrogą aurę unoszącą się między Porucznikiem a tajemniczym więźniem. Cofnęli się pod samą ścianę, tak aby uniknąć prawdopodobnie ostrej wymiany słów, a może i rękoczynów. Całą wrogość owego momentu przerwał rozbawiony, wysoki śmiech więźnia.
- Rozumiem, że mam czuć się wyróżniona spośród wszystkich otaczających mnie łachudrów- wysoka, zgrabna i ponętna sylwetka Tsillah wyłoniła się z ciemności stając przed Grimes'em. Tsillah Rodobójczyni, Wysoka elfka, na zlecenie jednego z kupców korzennych, uśmierciła wszystkie głowy wysokich szlacheckich rodów w krainie, zgarniając przy tym przydomek i niesłychaną sławę. Za uszami ma więcej morderstw, ale nikt nigdy o nich nie słyszał, a ona sama nie jest zbyt rozmowna na ten temat. Krążą plotki iż w czasach przed Solburst'em zabiła Króla elfów, przez co musiała uciekać aż do Tamriel. Pogarda otaczająca jej postać była nie z tej ziemi, patrzyła prosto w oczy Grimes'a z wysoko uniesioną głową i wyprostowaną sylwetką mimo tego, że to ona siedzi za kratkami a nie na odwrót. Tsillah nie pasowała do miejsca w którym jest, zadbana, w czystym ubraniu i z makijażem wyróżniała się na tle brudnego, śmierdzącego i zagrzybionego pomieszczenia lochu. Angara ciekawiło jakim cudem wpadła w straży Fortu Greymoor, ale po dłuższym namyśle stwierdził, że zapyta o to później.
- Widzę iż dobrze Ci się żyje, co poruczniku?- pełny kpiny uśmiech wpłynął na cienkie, ale pełne usta elfki. Jest taka sama jak kiedyś, pomyślał Angara. Wcześniej spotkał ją kilka razy, kiedy wypełniała zadanie zabicia jego ludzi, więc z tego powodu do tego zadania nie zamierzał brać ludzi których szanuje i zna. Mimo ogromnych umiejętności jakie posiadała Tsliiah, nie uśmiechało mu się werbowanie jej do drużyny. Zdrada boli bardziej niż niepowodzenie, ponownie pomyślał, po czym przecząco pokręcił głową. Wróg jest najgorszym kompanem jakiego można by zwerbować do drużyny.
- To dobrze widzisz- odpowiedział jej odchodząc i zamierzając podejść do następnej kraty z kilkunastu dostępnych w tym lochu- Niestety urokiem i żadnym innym sposobem mnie nie przekonasz do wybrania Ciebie. Jedyne o czym marze, to zobaczenie twoich zwłok wiszących przed miastem jako ostrzeżenie.
- Widać humor Cię nie opuszcza- poczuł niewielki nóż na szyi i ciepły, pachnący pitnym miodem oddech Rodobójczyni- Ja wcale nie mam zamiaru prosić Cię czy błagać o miejsce w twojej drużynie, tak jak pewnie zrobiłaby to ta zgraja- wyszeptała mu do ucha. No i pomyśleć, że podeszła mnie jak dziecko proszące o coś słodkiego, ta myśl wypełniła umysł porucznika i ukuła jego dumę. Westchnął ciężko odstawiając rękę Tsillah jak najdalej od jego szyi, kobieta nie sprzeciwiła się jego czynowi, Schowała nóż do pochwy ukrytej pod ciężkim czarnym płaszczem, patrzyła z wyraźnym uśmiechem na ustach i ruszyła za nim.
- Nie myśl o specjalnym traktowaniu, teraz jesteś żołnierzem podległym mnie i tylko mnie. Za niesubordynację lub zdradę, karą jest śmierć- powiedział od niechcenia mijając kolejne kraty pełne łajz podobnego pokroju jak ona. Przy niektórych zatrzymywał się na dłużej, a niektóre omijał całkowicie.
***********
Godzina spędzona w lochu fortu odjęła mu wszystkie siły i pokłady dobrego smaku jaki w sobie posiadał. Jedynym co cieszyło go w tym dniu, był fakt zebrania całej drużyny. Nie składała się z kilkunastu ludzi, a czwórki najgorszych istot jakie gościło to więzienie. A w jej skład wchodzili: morderczyni Tsillah, Argoriański wojownik Nazar, znany jako Rzeźnik, Bretoński dezerter przymierza i wysokiej klasy łucznik Koray, oraz Nordyńska czarownica parająca się mroczną magią, Banafirt.
- Kolejny zły pomysł na jaki wpadłem- powiedział do siebie pod nosem, wspinając się po schodach prowadzących do wyjścia z lochu. Jutro z samego rana mieli wyruszyć do Blackreach, wcześniej na dole, gdy spotkał strażnika kazał mu zaprowadzić całą czwórkę do koszar i wydać im ich wyposażenie oraz mieć cały czas na nich oko. Nigdy nie wiadomo co takim siedzi w głowach. Denerwowały go myśli odnoszące się jutra, ponieważ każda z nich była zła. Tak jak jego pomysły, ale o tym miał przekonać się jutro.

cdn.

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl