Ludzie, ale z was ciotki straszne. Wydaje wam się, że jesteście takimi uber animezjebami, że tylko wam wolno o tym gadać. Pieprzycie o tych minusach jakby to miało przełożenie na cokolwiek. Minusujecie filmy, bo zazdrościcie facetowi, że zarabia na tym, do czego wy fapiecie po nocach przy jakiś chińskich komiksach. Nie znam się ani trochę na tych skośnych grach, ale jak słucham Jordana to coraz mniej mnie to odpycha.
Keep it up Jordan, nienawidzacze będą nienawidzieć
gra trochę kanciata, ale Max jest całkiem spoko babka i można się przywiązać.
Już sie naczytałem i nasłuchałem o tym. Na dobrą sprawę nikt nie wie co to było, a żeby znaleźć jakieś konkretne fakty na ten temat trzeba się namęczyć.
Może to mało oryginalne, ale wybiorę Journey. Genialna muzyka orkiestrowa, świetnie oddaje klimat całej gry i sama prowadzi w jakimś stopniu narrację. Z jednej strony czuć patetyczność starej, wymarłej cywilizacji, a z drugiej lekkość i pociąg do przygody. Trochę melancholijnie, trochę epicko, ale przede wszystkim samotnie. Rzadko kiedy udaje się tak dobrze oddać całość tworu w samej muzyce, ale Austin Wintory jako kompozytor daje rady.
Koniu ma pecha na słabe gry. Zawsze to powtarzam i po raz kolejny mam rację.