Świetny artykuł, to po pierwsze.
Natomiast mnie najbardziej bolą jednak te wilkory. No bo co - do śmierci (w tym bezsensownych) już się przyzwyczailiśmy. Bitwa o Winterfell, w porównaniu do mistycznej otoczki, jaką jej nadano - no trudno, było na szybko i byle jak, ale przynajmniej mogliśmy popatrzeć na Aryę w walce. Dziewczyna naprawdę pokazała swój badassyzm.
Scenariusz i realizacja wyglądają, jakby napisano jakiś tam szczątkowy plan wydarzeń "z grubsza", po czym stwierdzono, że nie ma czasu i lecimy z tym, co mamy. Moje licealne wypracowania, pisane na kolanie na dużej przerwie były bardziej rzetelne, no ale przynajmniej fabuła kula sobie wesoło dalej.
Natomiast wilkory, które niejako są najmocniejszym symbolem Starków i ich atutem (tak, jak atutem Daenerys smoki), zostały w pierwszym docinku wyniesione na piedestał fabularny, na którym walczyły i umierały wraz z kolejnymi dziećmi Neda. Uczestniczyły w wielu zwrotach akcji i dramatach bohaterów.
Aż tu nagle, bez wyraźnego powodu, z tego piedestału spadły. Spadły i znikły. I o ile rozumiem rozdzielenia Jona i Ducha, bo chyba jest to symbol odrzucenia bycia Starkiem na rzecz bycia Targaryenem, o tyle Nymeria powinna zaliczyć wielki return u boku Aryi. Jest ostatnim żyjącym Wilkorem, należącym do prawdziwego Starka, na miłość boską!