BlackSmile

BlackSmile ostatnie wypowiedzi na forum i w komentarzach

06.07.2020 18:16
odpowiedz
BlackSmile
2

Nagła pobudka sprawiła, że rozmowa z dowódcą wydawała się Micareth i Sha’anksowi realistycznym snem. Ale oboje pamiętali każde słowo, które padło w jej czasie. W milczeniu wojowniczka zaczęła chować papiery, które miały dowieść zdrady zwierzchnika Angry, a łotrzyk zabrał się za uprzątanie obozowiska. Czekała ich długa droga.

Oboje woleliby uciec. Takie mieli plany na samym początku wyprawy. Nie rozmawiali o tym wtedy, nie zamierzali przecież uciekać razem. Teraz też żadne z nich nie odezwało się słowem na ten temat. Byli to winni Angrze, z którymi się w szorstki sposób zżyli.

Wbrew sobie Micareth miała też nadzieję dowiedzieć się czegoś o Veranque. Elfka zawsze odstawała od pozostałej dwójki wyzwoleńców, była zatem możliwość, że w odróżnieniu od nich ktoś gdzieś na nią czekał. Rodzina, którą ktoś powinien poinformować, że Vera nigdy nie wróci do domu. Ona zapewne już teraz spoczywała w pokoju – Micareth nie była już w stanie jej pomóc, ale mogła chociaż zapewnić pokój jej bliskim. Wojowniczka chciała ten jeden raz zrobić to, co należy.

Cały czas ponuro milczała. Nawet kiedy wyruszyli w drogę i Sha’anks zaczął zagadywać urzędnika. Droga zapowiadała się na długą – po opatrzeniu rany na jego głowie Bodil okazał się paplą gorszą od Khajita.

Kiedy zobaczyli nareszcie bramy Greymoor, dzień chylił się ku końcowi. Utrzymując to tempo, dotarliby na miejsce w środku nocy. Bramy miasta byłyby więc zamknięte, a ich przybycie zostałoby natychmiast zauważone. Postanowili zatem przenocować na skraju lasu i wkraść się do miasta rano, ukryci w tłumie kupców i farmerów chcących sprzedać swoje dobra na miejscowym targu oraz myśliwych wyruszających na polowanie.

***

Plan był solidny i prosty w wykonaniu – spodobał by się Angrze. Po godzinie czatowania w uliczkach przy koszarach udało im się zlokalizować Gutrima i podążyć za nim do karczmy, w której na wieść o ich odkryciach ten zaproponował spotkanie o północy przy Łysym Mamucie, jednym z podlejszych burdeli w mieście.

- To nie jest czas i miejsce na takie rozmowy. Wasze oskarżenia są poważne i groźne. Groźne dla was tak samo jak dla dowództwa – zakończył cichym tonem, po czym dodał na tyle głośno, by usłyszeli go inni klienci – Nic tu po was, hołysze! Żadnej skoomy tutaj nie znajdziecie!

Na te słowa drużyna opuściła przybytek obrzucana wrogimi spojrzeniami z każdej strony. Byli głodni, brudni i wycieńczeni, a oczy Bodila świeciły przerażeniem, które łatwo można było pomylić z pustką charakterystyczną dla ogarniętych głodem narkomanów.

Misja wciąż trwała, ale nie mając nic innego do roboty, a może wręcz potrzebując jakiegoś zajęcia, cała trójka ruszyła w poszukiwaniu schronienia. Znaleźli je na granicy dzielnicy, w której czekało ich nocne spotkanie. Owa gospoda miała swoje lepsze lata za sobą, ale była tania, a robactwo pomykające tutaj w cieniach wydawało się niczym w porównaniu z tym, co widzieli w podziemiach.

Zjedli w milczeniu posiłek i udali się do pokoju, żeby doprowadzić się do jako takiego porządku. Sha’anks zaproponował też urzędnikowi, żeby ten spróbował się przespać. Nie mogli sobie wszyscy na to pozwolić w mieście opanowanym przez skorumpowanych żołnierzy, ale razem z Micareth ustalili, że ich towarzyszowi przyda się odpoczynek. W końcu nie był przyzwyczajony do takich przygód.

Wkrótce i Khajit zaczął ziewać, więc ostrząca swój oręż Micareth zaoferowała zostać na warcie. Nigdy nie potrzebowała dużo snu, a stres związany z zadaniem napełniał jej żyły adrenaliną. Usiadła przy drzwiach i skupiła się na czyszczeniu swojej zbroi.

- Czas wstawać – Micareth obudziła Sha’anksa kopnięciem i zwróciła się w stronę Bodila, by nim potrząsnąć.

Wojowniczka przewróciła oczami, kiedy Khajit zarechotał w reakcji na dźwięki dochodzące zza cienkich, drewnianych ścian Łysego Mamuta. Przybyli na miejsce kilka minut za wcześnie, czego każdym jękiem dobiegającym z budynku Micareth żałowała coraz bardziej. Otworzyła usta, żeby uciszyć towarzysza i poczuła jak oszałamia ją zaklęcie.

Mimo wrogiej magii spowalniającej jej ruchy zaczęła sięgać swój rapier.

Ale było już za późno.

Kątem oka zobaczyła, jak czubek ostrza wyłania się klatki piersiowej Bodila. Sztylet zniknął równie szybko, jak się pojawił, a bezwładne ciało urzędnika uderzyło tępo o ziemię. Po chwili sama poczuła stal na swoim gardle. Ciepło zaczęło spływać po jej obojczykach, między jej piersiami, ale ją zaczęło ogarniać zimno. Zacisnęła dłonie na swojej szyi, próbując zatamować krwawienie. Ale po chwili straciła czucie w palcach, a kolana ugięły się pod nią. Zdążyła jeszcze unieść oczy – chciała spojrzeć w twarz swoi zabójcom – ale jej wzrok zaszedł mgłą.

Ogłuszony zaklęciem Sha’anks mógł tylko oglądać rozgrywającą się przed nim tragedię. Wpatrywał się w niewidzące oczy Micareth, jak stopniowo matowiały, póki jego uwagi nie zwrócił kobiecy śmiech. Zwrócił się zatem w jego stronę, by zobaczyć uśmiechniętego okrutnie Gutrima i szczerzącego zęby Argonianina. Z cienia za nimi wyłoniła się znajoma postać. Śmiała się, jej uśmiech nie sięgał jej oczu. Misternie uszyta szata z jedwabiu przodków idealnie pasowała do jej smukłej figury.

- Vera? – Khajitowi zaschło w gardle – Sha’anks myślał, że Vera nie żyje.

- Zła magia – prychnęła, przedrzeźniając elsweyrski akcent – Naprawdę sądzicie, że nekromanci są ułomni? Że nie umiemy korzystać z innych szkół Magii? Każdy, kurwa, nowicjusz jest obeznany ze sztuką Iluzji – skinęła głową i żołnierze ich otoczyli.

Jeden z nich ruszył w stronę Sha’anksa z kajdanami w rękach.

- Dlaczego? – spytał łotrzyk, kiedy żelazo zamknięto wokół jego łap.

- Podziękuj swojemu porucznikowi. Gutrim miał załatwić sprawę po cichu przy pierwszym noclegu. Ale przecież szlachetny Grimes Angra nie będzie ryzykował życia swoich ludzi na samobójczej misji!

Twarz Altmerki wykrzywiła się w gniewie. Wciąż czuła niesmak po tym, jak musiała biec do lochów i chować się wśród tych odrzuconych przez społeczeństwo śmieci. Angra rozpoznałby każdego żołnierza, jakiego byli w stanie na szybko podstawić. Poza tym Veranque zawsze kierowała się przekonaniem, że jeśli chce, żeby zadanie zostało wykonanie, musi zrobić to sama.

- I co? Tak po prostu zabijesz Sha’anksa? Czemu nie zrobiłaś tego od razu?

- Spójrz na te kajdany, tępy kocie. Wracasz do więzienia – syknął zniecierpliwiony Argonianin, ale elfka uciszyła go machnięciem ręki.

- Jeszcze w Blackreach stwierdziłam, że zostawię jedno z was przy życiu. Tak będzie o wiele ciekawiej – jej oczy zabłysły okrutnym błyskiem – Ah, wiem. Myślisz, że popełniam głupi błąd, bo wiesz za dużo – wycelowała w jego stronę wskazujący palec swojej prawej ręki – Ale to ty niepotrzebnie się łudzisz – podeszła bliżej warknęła mu prosto do ucha – Nie wiesz nic, koteczku. Varenque nie istnieje, nigdy nie istniała. A ty, Khajicie, wraz z tą dziwką z mieczykiem zabiliście jednego z naszych najlepszych żołnierzy – jej usta wykrzywiły się w fałszywie smutnym grymasie – Niestety tylko ty dałeś się złapać. Wystawimy list gończy za dziewczyną, która jednak okaże się rozsądna i opuści terytorium Paktu, zanim zdążymy ją znaleźć. Nieważne, co powiesz, twoje słowo będzie niczym przeciwko słowom kapitana Beinarda i sierżanta Gutrima, o którym wszyscy wiedzą, że był do cna lojalny wobec zmarłego w akcji Grimesa – triumfalny uśmiech zakwitł na jej pięknej twarzy, jakby od początku tylko czekała na tę chwilę.

Kiedy Vera – czy jakkolwiek się naprawdę nazywała – skończyła swój monolog, Sha’anks patrzył jej się prosto w oczy. Wciąż miał nadzieję, że nekromantka kłamie, ale w jej oczach dostrzegał tę samą szczerość, którą widział kilka dni wcześniej, kiedy kobieta opowiadała im przy ognisku, jak znalazła się w lochach. Łotrzyk stał jak zamurowany, póki jeden z żołnierzy nie pchnął go mocno w ramię. Chora radość świeciła na twarzy elfki, a Sha’anks mógł tylko człapać powoli przed siebie.

W więzieniu odebrano mu broń, torbę z łupami i pancerz. Został wrzucony do tej samej celi, której miał nadzieję nigdy więcej nie zobaczyć, kiedy ją opuszczał kilka dni wcześniej. Skulił się na swojej pryczy i wyciągnął kryształ, który udało mu się schować wcześniej w futrze.

Mijały kolejne dni. Tygodnie zaczęły zlewać się w miesiące, a Sha’anks w każdej wolnej chwili wyciągał po kryjomu swój skarb i przyglądał się jego gładkiej powierzchni. Piękno tej pamiątki odrywało go od prozy więziennej codzienności. Był to jeden z najmniejszych fantów, jakie udało mu się zabrać z Blackreach, ale stanowił dla niego dowód, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Miesiące niewoli powoli robiły swoje, zacierając jego wspomnienia. Tylko chłód kryształu pod opuszkami palców ratowało go przed szaleństwem, które czaiło się, czekając na granicy jego świadomości.

post wyedytowany przez BlackSmile 2020-07-06 18:18:48
30.06.2020 22:30
odpowiedz
BlackSmile
2

Micareth i Sha’anks biegli, nie oglądając się za siebie. Nie zamierzali marnować ani minuty z czasu, który dali im towarzysze.

W pewnym momencie zdali sobie sprawę, że kojarzą miejsce, w którym się znajdują. Był to długi korytarz kończący się pojedynczymi drzwiami. Sha’anks spojrzał na Micareth, wzruszył ramionami, po czym pchnął rozchwierutane wrota.

Stali teraz u rozwidlenia. Sha’anks nie mógł sobie przypomnieć, skąd wcześniej przyszli. Obydwie drogi wyglądały tak samo i obydwie mogły prowadzić do ich zguby.

- Wybraliśmy te drzwi zamiast pójścia w lewo wtedy. Czyli teraz musimy iść w lewo – skierowali się zatem w wybraną przez Micareth stronę. Zatrzymał ich jednak cichy głos dochodzący z korytarza po prawej.

- Khajicie, chodź tutaj. Twoje przeznaczenie czeka – piękny, kobiecy głos kusił Sha’anksa. Słowa wybrzmiewały w jego uszach, a znajomy, elsweyrski akcent wzbudzał w nim kojący spokój.

Im bardziej zagłębiali się w korytarz po prawej, tym wyraźniejszy stawał się głos, choć łotrzyk nie mógł się pozbyć wrażenia, że głos rozbrzmiewał bezpośrednio w jego głowie. Ściany przejścia pokryte były takimi malunkami, jakie malował wcześniej wampir znany ich porucznikowi jako Milten. Jednakże tym razem Sha’anks dostrzegał coś w muralach. Wzory ruszały się i układały przed jego oczami. Wyłaniały się wśród nich realistyczne obrazy. Sha’anks widział stosy monet. Kawałek dalej jego oczom ukazał się mieszek pełen szlachetnych klejnotów. Ile złota mógłby za nie dostać!

Każdy krok ujawniał przed nim wizje kolejnych skarbów. Wiele z nich przedstawiało też schylonych w pokłonie ludzi. Sha’anks wiedział, czuł, że ten pokaz szacunku przeznaczony jest dla jego osoby. A ponętny głos tylko utwierdzał go w przekonaniu o własnej potędze.

W mroku korytarza Khajit dostrzegł zarys twarzy. Nie, nie twarzy. To była maska. Sha’anks rozpoznałby ją wszędzie. Wszak śnił o niej, odkąd był zaledwie kocięciem. Szary Kaptur Nocturne unosił się w powietrzu otoczony bladym poblaskiem.

Obiekt jego odwiecznych marzeń. Na wyciągnięcie ręki.

- Jeszcze tylko kilka kroków… - obiecywał głos.

Oczarowany Sha’anks wypuścił z łap bezwładne ciało nieprzytomnego urzędnika, w ślad za którym podążyła wkrótce i torba zwisająca dotychczas z jego ramienia. Brzęk jej zawartości przy zderzeniu z podłożem wyrwał łotrzyka z transu. Błysk klejnotu, który wysunął się z niej, odwrócił jego uwagę od maski, a duma przepełniła jego serce.

W czasie tej misji Sha’anks obłowił się za wszystkie czasy. Jego towarzysze przyłapali go, kiedy chował kilka znalezisk do torby i domyślali się, że nakradł jeszcze więcej, kiedy nie patrzyli. Ale nie zdawali sobie sprawy z tego, jak dużo udało mu się zwędzić, kiedy krążyli po podziemiach.

Torba była wypchana po brzegi kosztownościami. Choć nie były one za nic porównywalne z bogactwami, których widmo wciąż czaiło się na ścianach, Sha’anks poczuł się oburzony. Kaptur Nocturne nie jest mu przecież potrzebny. Gildia Złodziei ani żadna inna nie jest mu potrzebna. Nie potrzebuje być Szarym Lisem, żeby stać się najlepszym złodziejem w historii Tamriel. Osiągnie to sam. Własnymi siłami.

Khajit podniósł szybko torbę i zabezpieczył jej klapę, żeby nic nie zgubić, po czym chwycił z powrotem urzędnika. Micareth wciąż szła powoli wgłab korytarza. Sha’anks nie wiedział, co ją wzywa, ale bez słowa chwycił ją za ramię i mocno pociągnął w przeciwną stronę. Wojowniczka szamotała się chwilę, ale każdy kolejny krok przywracał jej rozsądek. Po chwili jej źrenice się rozszerzyły w przerażeniu i wyprzedziła Sha’anksa w odwrocie.

Kot odważył się rzuć ostatnie spojrzenie w stronę Kaptura. Tym razem jednak jej oczodoły nie były puste, a w jej cieniu czaiła się twarz wyszczerzona w krwiożerczym uśmiechu.

Sha’anks dogonił Micareth. W niemej zgodzie para nie zwalniała tempa i nie zatrzymali się, aż do chwili, kiedy ich oczom ukazało się wyjście z pułapki, jaką stanowiła jaskinia.

23.06.2020 19:40
odpowiedz
BlackSmile
2

- Mniej gadania, więcej biegania – Grimes nie mógł się nie zgodzić ze swoim oddziałem, więc wskazał toporem w stronę korytarza po lewej. Może to tylko echo z nich kpiło, ale dobiegające stamtąd kroki wydawały się najbardziej odległe.

Cała czwórka biegła przed siebie. Oręż obijał się o ich pancerze głośniej, niżby sobie tego życzyli. Ale mieli do czynienia z wampirami – w tych niosących echo tunelach samo bicie ich serc zdradzało ich pozycję.

Po zaledwie chwili biegu zdali sobie sprawę, że są okrążeni. Niepokojące chichoty polujących krwiopijców i tupot odnóży ich makabrycznych sługusów otaczał Grimesa i jego ludzi zewsząd. Walka twarzą w twarz nie miała najmniejszego sensu przy takiej ilości przeciwników, więc ucieczka wydawała się najsensowniejszym rozwiązaniem na tę chwilę.

Drużyna parła na przód. Sha’anks szedł przodem, wypatrując zasadzek. Grimes poczuł samozadowolenie z dobrego wyboru, jakim było wzięcie Khajita na misję. Pochodnia zgasła w ferworze niedawnej walki i nie było czasu, żeby się zatrzymać i zapalić ją na nowo, więc kocie oczy okazały się bezcenne w ciemnościach, w które zagłębiali się coraz bardziej. Tuż za nim podążała Micareth gotowa do ataku w każdej chwili. Potem regenerująca jeszcze siły Veranque i zamykający pochód dowódca.

- Dźwignia! Sha’anks widzi dźwignię! – podekscytowany Khajit rzucił się do swojego znaleziska i je popchnął, zanim ktokolwiek zdążył zaoponować. Kiedy mechanizm rozsunął cegły pobliskiej ściany, wszyscy odetchnęli z ulgą.

Dwemerskie ruiny były pełne pułapek. Cholerny kot mógł ich wszystkich zabić swoją bezmyślnością i Grimes ledwo się powstrzymywał, żeby nie wybuchnąć. Ale lepiej było wykorzystać teraz okazję ucieczki i przeżyć, by móc później opierdzielić mlekożłopa. Wszyscy wepchnęli się do nowoodkrytego korytarza, a doświadczony w eksploracji podobnych ruin Angra szybko zlokalizował drugą dźwignię i za jej pomocą zamknął za sobą przejście.

- Naprzód – warknął.

Po kilku minutach marszu ich nosów doszła słodka woń zgnilizny. Wkrótce Sha’anks syknął ostrzegawczo do pozostałych, omijając spoczywające na ziemi zwłoki. Z każdym kolejnym zakrętem korytarz stawał się coraz szerszy, ale trupy coraz gęściej pokrywały podłoże, a każdemu krokowi członków oddziału towarzyszył odstręczający plask.

Kiedy przejście doprowadziło ich do ogromnej komnaty, oczom poszukiwaczy ukazał się konfundujący widok. Na prostym, metalowym tronie siedziało dwoje dzieci. Chłopiec trzymał na kolanach dziewczynkę, która wisiała bezwładnie w jego silniejszych niż by się wydawało ramionach. Jego twarz pozostawała wtulona w szyję towarzyszki, ale oczy były skierowane do góry i uważnie śledziły każdy ruch intruzów. Bez dalszych precedensów podniósł do góry rączkę z wyprostowanym wskazującym palcem, jakby chciał im powiedzieć: „Jeszcze chwilkę”.

Następne zdarzenia wydarzyły się prawie w tej samej chwili. Chłopiec się wyprostował. Krew spłynęła z jego kłów na jego gładką skórę. Martwe ciało drugiego dziecka zostało brutalnie zepchnięte z siedzenia, ale zanim zdążyło upaść na ziemię, Grimes znalazł się tuż obok z toporem gotowym do ciosu. Ubiegła go jednak Micareth, której ostrze naciskało już na szyję wampira. Chłopiec oblizał wargi i uśmiechnął się okrutnie, nawet nie próbując ukryć swojej krwiożerczej natury.

- Mogę was stąd wyprowadzić. Tak, żeby reszta was nie złapała – powiedział spokojnie, wpatrując się w oczy Grimesa. Jego głos rozbrzmiewał dziecięcą niewinnością – Za mną znajdują się trzy korytarze. Jeden z nich prowadzi bezpośrednio do wyjścia.

- Nie to jest naszym celem, potworze – dowódca skinął głową w stronę Micareth. Krwiopijcom i tak nie należało ufać. Wampiryzm przejmował władzę nad umysłem nawet najsilniejszych ludzi. Trudno było sobie wyobrazić, jak głęboko mógł się zagnieździć w głowie dziecka.

- Stójcie! – krzyknęła Vera, na której twarzy, w odróżnieniu od innych, nie było widać obrzydzenia – Dokąd prowadzą pozostałe?

- Do Blackreach i – dziecko skrzywiło się, po czym dodało niechętnie – do głównego leża – wampir musiał myśleć, że oddział przybył do ruin w celu wytępienia jego i jego pobratymców. Ale i tak cenił sobie bardziej własne życie niż wierność wobec towarzyszy doli.

- Prowadź zatem do Blackreach.

Zdumiony chłopiec zsunął się powoli z tronu, kiedy tylko Micareth cofnęła lekko swój oręż, nie pozwalając sobie jednak na chwilę odprężenia.

Już chwilę później skręcili w lewy korytarz, podążając za dzieckiem. Grimes uważnie zapamiętywał każdy skręt – nie chciał utknąć w tym labiryncie tuneli, jeśli ich przewodnik postanowiłby zdradzić ich zaufanie.

W pewnym momencie chłopiec zatrzymał się, uprzednio dawszy ręką znak, żeby trzymająca się bardzo blisko niego Micareth – a przede wszystkim dzierżony przez nią rapier – nie zrobiła mu krzywdy, wpadając na niego.

- Gdzieś tutaj powinno być ukryte przejście – na te słowa Sha’anks zaczął się rozglądać i zauważył nieopodal pokrytą pajęczynami dźwignię, do której natychmiast doskoczył swoim miękkim, kocim krokiem – Szukajcie uchwytu do pociągnięcia w ścianie. Tak na wysokości moich oczu – niestety w tej samej chwili, w której padły te słowa, Sha’anks pociągnął za dźwignię, tym samym budząc śmiercionośny mechanizm ukryty w podłodze.

Z ziemi wysunął się pręt, rozszczepił się na dwa ostrza i zaczął wirować w zawrotnym tempie. Micareth zręcznie uskoczyła, ale ich przewodnik nie miał takiego szczęścia, zmuszony do uniknięcia na raz dwemerskiej pułapki i rapiera odskakującej wojowniczki.

Ostrza mechanizmu znajdowały się na takiej wysokości, że powinny wybebeszyć lub nawet przeciąć dosłownie w pół dorosłego człowieka – taki cios nie wykończyłby świeżo najedzonego wampira.

Niestety ich wampir był mniejszy.

Ich wampir został zdekapitowany na miejscu.

Krew obryzgała wszystkich. Sha’anks zdjął łapę z dźwigni, póki uwaga pozostałych wciąż była skupiona na wampirze. Dopiero kiedy świst mechanizmu ustał i pręt zniknął w podłodze, Grimes przerwał milczenie:

- Kurwa.

17.06.2020 02:10
odpowiedz
BlackSmile
2

Olbrzymi Nord rzucił się na kraty. Grimes nie spodziewał się od razu takiego zapału ze strony któregokolwiek z osadzonych, więc podszedł bliżej i od razu pożałował porzucenia swoich cynicznych przewidywań, uskakując przed plwociną więźnia.

Kolejni przestępcy dołączali do sprzeciwu. Większość zdecydowała się zwyczajnie milczeć, ale nie brakowało śmiałków, którzy pluli, krzyczeli i kierowali w stronę Grimesa wulgarne gesty. Khajici syczeli, pokazując zęby, a Argonianie machali gniewnie ogonami.

- Wracaj, skąd żeś się przyczołgał!

- Sczeźnij w rynsztoku, bękarcie!

Swoje zdanie musieli wtrącić też przeciwnicy Paktu:

- Wybłagaj mięso armatnie od swoich panów, elfi psie!

Grimesa nie onieśmielał taki odzew, ale czuł niepokój rosnący wśród strażników, którzy podążali tuż za nim. Wartownicy spoglądali na siebie nawzajem i nerwowo zaciskali dłonie na rękojeściach. Napięcie osiągnęło apogeum, kiedy któryś z kryminalistów odważył się rzucić w nich miską pełną papki, która musiała uchodzić za pełen posiłek w więziennych warunkach.

- Wystarczy! – Grimes krzyknął, po czym dodał ciszej do swoich towarzyszy – Tak tego nie załatwimy. Chcę ich wszystkich skutych w rzędzie przed celami.

- Teraz, poruczniku?

- Nie, na Pierwsze Mrozy – Grimes uśmiechnął się okrutnie, patrząc na skonsternowane spojrzenia, jakimi wymieniali się członkowie jego obstawy i ryknął – Na wczoraj, sierżancie! Na wczoraj!

Cała operacja zajęła dłużej, niż mu się podobało, ale Grimes musiał przyznać, że strażnicy wykonali robotę wyjątkowo sprawnie i skrupulatnie. Mimo, że zadanie nie było proste – więźniowie stawiali opór i opanowanie ich wymagało dosadnego użycia siły – już po godzinie szereg ponad pięćdziesięciu zakutych w kajdany rzezimieszków stał w milczeniu przed nim. Rozpoczął zatem oględziny i od razu zauważył kilku potencjalnych kandydatów. Żeby tylko dało się ich szybko i sprawnie podporządkować. Szybko rzuciło mu się też w oczy, że pojedynczy skazańcy wciąż tkwili w swoich celach.

- Nie mamy kajdan dla wszystkich więźniów, poruczniku. Lochy nigdy nie dostają wystarczających funduszy, a musimy przecież karmić tych wszystkich psiarzy – sierżant rzucił się do odpowiedzi, jak tylko padło na niego gniewne spojrzenie Grimesa.

- Nie obchodzi mnie-

- Zostawiliśmy w celach tylko cherlawych młodzików, starców i innych niedołężnych. Tacy to i tak by się porucznikowi na nic nie przydali.

- Rozumiem. Ale nie przerywajcie mi więcej, sierżancie – niższy rangą mężczyzna szybko skłonił głowę i wrócił do pilnowania porządku wśród więźniów – Zobaczmy zatem, co tu mamy – mruknął do siebie Grimes i wrócił do inspekcji.

Zdążył zwerbować dwóch Nordów, jednego Redgarda i jednego dunmerskiego maga, kiedy kontemplację nad potencjałem bojowym barczystego Argonianina przerwał mu krzyk dochodzący z jednej z cel.

- Hej, hej! Ja się od początku zgłaszałem! – głos należał do wątłego mera, który uczepiwszy się krat, machał energicznie rękoma.

- Łucznik? – Grimes podszedł bliżej i spytał zaintrygowany. Wcześniejszy harmider musiał zagłuszyć okrzyki delikwenta, którego wiek był trudny do określenia. Wyglądał na co najwięcej dwadzieścia wiosen, ale mógł mieć na koncie równie dobrze trzy razy tyle, jeśli cechowała go typowa dla merów ponadczasowa młodzieńczość. Grimes często mylił Elfy Leśne z Wysokimi, ale tego – mimo braku rogów – nawet jemu było łatwo zidentyfikować jako Bosmera. Zdradzały go niski wzrost oraz zielonkawy odcień skóry.

- A i owszem, zdarza mi się strzelać z łuku – odparł butnie i zeskoczył z kraty.

- Imię?

- Weyn.

- Powód?

- Eh, dobre pytanie. Słyszałem, że w tych czasach bogacze płacą Gildii Magów, żeby dowiedzieć się, dlaczego istniejemy. Sam ma parę własnych teorii-

- Czemu się zgłaszasz, sromoto? – warknął Grimes za grosz nie rozbawiony odpowiedzią Weyna. Gdyby nie brak entuzjazmu ze stronu reszty potencjalnych kandydatów elf zostałby już odrzucony. Grimes nienawidził wodolejców.

- Mój talent marnuje się w tym miejscu – Grimes prychnął, słysząc te słowa i zrobił krok do przodu. Mężczyźni stali teraz bardzo blisko i porucznik musiał pochylić głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy.

- Twój talent może umrzeć w czasie mojej misji.

Weyn odwrócił wzrok dopiero po chwili, ale w tym geście nie było ani śladu pokory. Na jego ustach zakwitł zawadiacki uśmiech.

- Wszystkich czeka spotkanie z Sithisem – Bosmer odrzekł lekkim tonem i wzruszył ramionami, ale w jego spojrzeniu pojawił się cień krwiożerczości.

- Za co siedzisz? – tym razem Grimes nie dostał żadnej błyskotliwej riposty, więc powtórzył pytanie. Weyn tylko uśmiechnął się niewinnie i ponownie wzruszył ramionami, więc porucznik zwrócił się do strażników. Nie chciał wyruszać na misję z bandą zabójców, którzy poderżnęliby mu gardło tuż po wyjściu z miasta. Złodzieje i bandyci mieli tę zaletę, że przemawiała do nich moneta, więc chęć zysku przewyższała mordercze zapędy.

- Chyba ukradł o jedną sakiewkę za dużo na targu.

- Chyba? – Grimes uniósł brew, ale sierżantowi dane zobaczyć tylko dziwny grymas, jako że owa brew była zasłonięta przez opaskę.

- Nie znam szczegółów, poruczniku. Ten więzień był tutaj, zanim jeszcze mój oddział dostał przydział. Nocna zmiana może by wiedziała.

W odpowiedzi Grimes tylko machnął ręką i burknął pod nosem, po czym westchnął i kazał wypuścić Weyna.

- Dołącz do reszty zwerbowanych.

Weyn wskazał palcem w kierunku, gdzie miał się skierować i uniósł brew, subtelnie kpiąc z wykonania tego gestu przez Grimesa. Dowódca złapał mera za ramię i mocno popchnął, chcąc jak najszybciej wrócić do inspekcji. Beinard nie znosił dobrze zwlekania. Później będzie czas na podporządkowywanie krnąbrnego więźnia.
Angra dobrał jeszcze dobrze zbudowanego Khajita o czarnym futrze. Mężczyzna został niedawno aresztowany za włamania, o których było głośno wśród wyższych sfer. Okradał bowiem bogaczy nocą, kiedy wszyscy domownicy spali i nigdy swoją obecnością nie zbudził nawet kogokolwiek ze służby. Domy po jego wizycie świeciły pustkami, a on sam nigdy nie został złapany na gorącym uczynku – wsypał go jakiś niezadowolony ze współpracy paser. Grimes miał wątpliwości co do tego, czy Khajit nie ucieknie od razu, ale stwierdził, że ma w głębokim poważaniu bogaczy i ich majątki zbudowane na wyzyskiwaniu biedniejszych i nielegalnej działalności.

Więźniowie byli powoli rozlokowywani z powrotem po celach, a Grimes wraz z Khajitem i sierżantem dołączył do swojej nowej drużyny. Sześć osób plus on. Powinien dać sobie radę. Nie było celu zbierać większej grupy, która mogłaby zbuntować się i z łatwością uciec. Ludzka przyzwoitość i wizja zapłaty powinny utrzymać jego nowych podwładnych w ryzach. Grimes liczył przede wszystkim na to drugie.

Wybrani więźniowie byli jeden po drugim rozkuwani. Weyn wepchnął się przed wielkiego Redgarda, żeby szybciej uwolnić się od kajdan, które jemu musiały sprawiać największy ciężar. Uwolniony zaczął się przeciągać i rozglądać, mierząc dokładnie każdego ze swoich nowych towarzyszy. Jednak już chwilę później zaczął zagadywać jednego ze strażników:

- Niech zgadnę: też brałeś kiedyś udział takich wyprawach, ale oberwałeś strzałą w kolano?

Grimes poprowadził całą grupę do skrzyni, w której przechowywano dobra materialne skazańców i otworzył ją kluczem, który pospiesznie podał mu stojący obok wartownik. Następnie zaczął po kolei wyciągać zawiniątka. Każde podnosił do góry i czekał, aż któryś z więźniów się po niego zgłosi. Jeśli odpowiadało mu milczenie, odkładał pakunek na bok i grzebał dalej, aż w końcu natrafił na dziwnie znajomo wyglądający materiał. Przyjrzał się mu bliżej i chciał go rozwinąć, ale zanim zdążył, odzienie wyrwał mu z rąk Weyn. Bosmer zaczął ochoczo przebierać się na środku pomieszczenia, nie zważając na obecność innych. Zaczął od spodni i butów, po czym praktycznie zerwał z siebie brudną, płócienną tunikę. Sprawnie założył swoją, a Grimes doznał olśnienia na widok jej skórzanych wykończeń i charakterystycznych wzorów.

- Nekromanta! Na Shora, czemu nie mówiliście, że trzymacie tu nekromantę?! – Grimes natychmiast sięgnął po swój sztylet i skoczył na elfa, przyciskając go do ściany – Znam takich jak ty – syknął mu prosto do ucha – Nie zliczę, ilu zabiłem. Ale nie będę walczył u boku robactwa.

- Bez takich. Nie wszyscy należymy do Kultu, panie władzo – Weyn powstrzymywał swój głos od drżenia, ale całe jego ciało było spięte. Wyciągnął powoli rękę w ramach próby odsunięcia ostrza od swojego gardła, ale nie miał szans z masą mięśni, jaką stanowił porucznik. Ostatecznie poddał się i zapadł się lekko, kiedy ugięły się pod nim kolana. Uśmiech zniknął z jego twarzy, a w jego oczach pojawiło się nieme błaganie. Na widok tej pokory Grimes poluzował swój chwyt i stwierdził, że nie zabije nieuzbrojonego dzieciaka - z tak bliskiej odległości nie dało się błędnie ocenić jego wieku. Jako weteran wielu bitew napatrzył się na umierających młodzieńców wystarczająco na całe życie lub nawet kilka.

Odsunął się od ściany i nie puszczając ramienia maga, zaprowadził go z powrotem do celi. Jako że znajdowała się raczej w głębi korytarza, jej pozostali mieszkańcy nie zostali jeszcze w niej zamknięci, a drzwi były otwarte na oścież. Angra wepchnął Weyna do środka, nie spodziewając się, że młodszy mężczyzna złapie go za nadgarstek i pociągnie za sobą. Strażnicy rzucili się za nim, ale wypadli za drzwi, kiedy rzuciły się na nich trzy szczury, których gnijące ciała otaczała blada, niebieskawa poświata. Nekromanta zręcznie przejął sztylet, który chwilę wcześniej zostawił na jego szyi długie, płytkie nacięcie. Ruchem nadgarstka i jakimś niezrozumiałym szeptem sprawił, że z podłoża dookoła Grimesa wyrosły kościane szpony, które złapały go za nogi i unieruchomiły.

- Cokolwiek chcesz zrobić, radziłbym ci się pośpieszyć. To mnie nie powstrzyma na długo. Jak się wydostanę, to pożałujesz, że cię nie zabiłem wcześniej.

Nekromanta tylko prychnął w odpowiedzi i wyjął spod pryczy miskę pełną kości, gleby i robaków. Naciął wnętrze swojej dłoni i zacisnął ją w pięść nad miską, żeby zalać jej zawartość krwią. W podobny sposób pobrał krew od Grimesa, musiał przy tym jednak unikać ciosów wściekłego żołnierza. Wyszeptał kilka słów i upuścił naczynię na ziemię, kiedy wartownicy nareszcie wpadli do celi, a szkieletowe sidła zniknęły w ziemi, uwalniając Grimesa.

Porucznik natychmiast doskoczył do wątłej postaci nekromanty, podniósł go za gardło do góry tak, że ich oczy znalazły się na tej samej wysokości. Patrzenie, jak te czarne oczy zaczną wraz z każdą chwilą, kiedy ich właściciel nie może złapać tchu, zachodzić mgłą, nagle wydało się Grimesowi najlepszą rozrywką. Nekromanci zawsze pozostaną niegodnymi zaufania ani współczucia robakami. Najlepiej ich wytępiać przy każdej możliwej okazji.

- Nie robiłbym tego na twoim miejscu – wycharczał Weyn.

- Nie wymigasz się tym razem, robaku.

- Też umrzesz.

- Co?

- Zaklęcie. Połączyło. Nas – wydukał Bosmer, próbując wyprostować palce swojego napastnika – Zdechniesz. Wraz. Ze. Mną.

Grimes nigdy nie słyszał o tego typu czarach. Ale ogółem nie parał się magią, preferując bezpośredniość mieczy i toporów bojowych. Niejeden raz dane mu było walczyć u boku członków Gildii Magów, a także niezależnych czarowników, ale o sztuce nekromancji nie wiedział praktycznie nic. Nieważne, jak bardzo chciał, żeby słowa Weyna były kłamstwem, nie mógł mieć co do tego pewności. Doświadczenie nauczyło go, żeby nigdy nie podejmować potencjalnie nieodwracalnych decyzji w gniewie. A w danej chwili określenie „wściekły” nie oddawało w pełni jego humoru.

Był wściekły na strażników za ich tępotę. Był wściekły na Beinarda za wydanie tak głupich rozkazów. Był wściekły na Weyna za sam fakt istnienia jego i jego gatunku. Ale przede wszystkim był wściekły na siebie za to, że dał się pokonać elementowi zaskoczenia. Niczym jakiś przeklęty żółtodziób!

Jakieś zaklęcie zostało wykonane – to Grimes widział wcześniej wyraźnie. Czy ten czar robił rzeczywiście to, co jego wykonawca twierdził? Tego nikt nie mógł być pewny.

Bez możliwości zabicia więźnia na miejscu porucznikowi pozostawało tylko zabranie go ze sobą. Jakkolwiek niebezpieczne było takie rozwiązanie, Grimes nie mógł sobie pozwolić na odłożenie lub zupełne zrezygnowanie z misji.

Nie było zatem innego wyboru. Ale Grimes nie zamierzał wysłuchiwać paplaniny Weyna ani chwili dłużej. Postawił go na ziemi i w tej samej chwili popchnął go na ścianę. Głowa mera odbiła się boleśnie od ściany, a jego oczy powędrowały w głąb czaszki. Angra chwycił nieprzytomnego nekromantę, zanim ten zdążył upaść i zarzucił go sobie na ramię.

- Kończymy tutaj, panowie. Nasza misja jest nienasyconą kochanką i nie będzie na nas czekać!

GRYOnline.pl:

Facebook GRYOnline.pl Instagram GRYOnline.pl X GRYOnline.pl Discord GRYOnline.pl TikTok GRYOnline.pl Podcast GRYOnline.pl WhatsApp GRYOnline.pl LinkedIn GRYOnline.pl Forum GRYOnline.pl

tvgry.pl:

YouTube tvgry.pl TikTok tvgry.pl Instagram tvgry.pl Discord tvgry.pl Facebook tvgry.pl