Cześć! :)
Ja też chciałbym pochwalić się swoją pracą. Tytuł to:
Zmory z Styrvensen. A idzie to tak:
Bezgwiezdna noc pochłonęła okolice. Resztka wojów, która przeżyła wczorajszą masakrę, skryła się na wybrzeżu ziemi, której nie zdążyli jeszcze nadać nazwy. Fynland Bjostven, jako jeden z niewielu ocalałych, przejął dowództwo nad czterdziestoma czterema wikingami; pozostałością osady, która do niedawna liczyła siedem setek ludzi. Majacząca daleko na horyzoncie niewyraźna smuga, do niedawna nazwana wioską, wypuszczała z siebie resztę dymu.
Nie mieli ucieczki. Osada i wszystkie knary przepadły. Niespełna cztery tuziny mężów utknęło między starym domem, oddalonym o dziesiątki dni na morzu, a doszczętnie spaloną osadą. I nikt tak naprawdę nie wiedział, co się wydarzyło. Bez łodzi i prowiantu mieli dwa wybory: walczyć z siłą, która wychodzi z lasu lub ginąć z głodu tu, na skalistym brzegu tajemniczej ziemi.
Jednak Fynland widział jeszcze jedno wyjście. Ofiarę, która spodoba się samemu Odynowi, sprowadzi na pole bitwy walkirie, a wraz z nimi chwałę i oczyszczenie. Wtem rozkazał rozpalić dziewięć wielkich ognisk, których blask rozświetlił okolice. Bjostven wyjął przypięty do boku pakunek – jedyne dobro, które udało mu się uratować minionego poranka, kiedy to mgły zakryły okolice. Rozpakował pakunek na skale, wyciągnął kawałek zielonego kamienia, którym rozpadł się w jego dłoni, kiedy zacisnął na nim palce. Tę samą rękę przeciągnął po ostrzu swego miecza. Czerwona, gęsta krew ozdobiła miecz i zatrzymała na jelcu. Fynland rozwarł dłoń, która, jak się okazało, nie nosiła śladu skaleczenia. Znak błogosławieństwa bogów.
Kalf Tchórzliwy, jedyny, który powrócił na ziemie przodków, opowiadał, że okolice zalała mgła tak gęsta, że nikt nie widział końca swojego miecza. Potem odgłos tysiąca końskich kopyt wzbijał drobne kamyki, ale niczego nie widzieli. Z białej chmury setki kościstych rąk sięgało po ich szyje i wciągało w pustkę. Fynland jako jedyny machał mieczem, jak oszalały. Ciął mgłę przed sobą, a runy jego miecza, żarzyły się, jakby ogarnięte ogniem. Kalf rzucił miecz i uciekł, słysząc w oddali zew zła tak wielkiego, że nie ma wątpliwości, że nikt nie mógł się z nim równać. Świt przyniósł ukojenie i gdy powrócił na w miejsce już wygaszonych ognisk, zobaczył ciała czterdziestu dwóch pobratymców. I nigdzie wśród nich nie było Fynlanda Bjostvena, człowieka, który, być może, uciszył pradawne zło.