Skoro i tak tu zginę, to przynajmniej nie na marne, pomyślał Grimes, kiedy ostrze jego topora rozcięło ramię kobiety. Syknęła wściekle, choć była pod wrażeniem tego ciosu. Krew, która zaczęła spływać z jej rany… krew jeszcze nigdy nie miała takiego zapachu, który jednocześnie mamił umysł i zaczynał bezlitośnie wykręcać wnętrzności. Wzbudzał nieznaną dotąd żądzę i pragnienie, którego nie da nie zagłuszyć.
Taka strata, byłby idealny… Szkoda, że wybrał złą stronę, westchnęła w myślach jego przeciwniczka. Wiedziała co teraz czuł, jak zmieniają i wyostrzają się jego zmysły. Nowonarodzony dla ciemności, której starał się sprzeciwić. Nie było jednak dla niego żadnej drogi odwrotu. Adelaise przeszła swoją przemianę już dawno, doskonale kontrolowała swoje ruchy. Każdy kolejny cios wyprowadzany przed norda trafiał w pustą przestrzeń.
Nagle Grimes stracił wampirzycę z oczu, po kolejnym uniku jakby rozpłynęła się w powietrzu. Nim zdążył ją wyczuć czy zauważyć poczuł jak między jego żebra wchodzi ostrze. Pchnięcie było bardzo precyzyjne i bolesne, ale jednocześnie pozwoliło mu na określenie położenia kobiety. Zamachnął się w odwecie toporem, lecz była szybsza on niego. Niczym podmuch wiatru znalazła się naprzeciw niego, tym razem rozcinając mu nogę w kolanie. Grimes padł na ziemię, trzymając się jedną ręką za broczący krwią bok i dysząc ciężko.
***
Khajit zastrzygł uszami i odwrócił głowę w tamtym kierunku. Oderwał bezszelestnie łapę od podłoża zwracając się w stronę walczących, ale Micareth złapała go mocno za ramię i szepnęła:
- Nie! Nie rób tego! – zacisnęła palce.
- Sha’anks nie zostawi tak porucznika. To on wyciągnął nas z celi i dał szansę, kiedy inni widzieli w nas jedynie szumowiny. Sha’anks musi coś zrobić! – wyszarpnął się z jej uścisku.
- Ty kretynie! Nie po to Grimes się poświęca, żebyśmy my teraz zginęli razem z nim. Co byłoby najważniejsze dla niego? Żebyśmy zanieśli te cholerne dowody na górę! Chodź!
Wahał się jeszcze przez chwilę, ale wiedział, że Micareth ma rację. Poprawił ułożenie chudego chłopaka na swoim ramieniu i szybkim krokiem zaczął podążać ścieżką, która prowadziła w górę.
***
Angra podniósł głowę powoli i z trudem. Kątem oka zauważył znikających towarzyszy, ale nie skierował w ich stronę wzroku, żeby nie zdradzić ich obecności wampirzycy. W głębi ducha ucieszył się, że nie zignorowali jest rozkazu. Chociaż ten jeden pomysł mógł okazać się dobry.
Adelaise podeszła do niego, pewna tego, że nie stanowi już dla niej żadnego zagrożenia.
- Mogłeś tyle osiągnąć, mogliśmy razem kroczyć ku chwale i wywalczyć sobie miejsce w tym świecie. Bo teraz… kiedy stajesz się jednym z nas, nie znajdziesz już aprobaty wśród dawnych pobratymców. – powiedziała patrząc na niego, a w jej głosie pobrzmiewały nuty zawodu.
- Wolę tu zdechnąć niż Wam pomóc! – wycharczał. Czekał na odpowiedni moment.
Kobieta zbliżyła się do niego. Nawet jeśli nie chciał współpracować, to nadal był świetnym materiałem do budowania nowego świata. Trzeba było jedynie przerobić go w odpowiedni sposób. Ostatnimi siłami Angra zerwał się, opierając ciężar ciała na zdrowej nodze i wykonując zamach toporem, który tym razem odciął wampirzycy lewą dłoń. Wrzasnęła jak oparzona, druga dłonią, przydusiła go do ziemi i trzymała tak długo aż stracił przytomność. Skupiona na własnym bólu i poruczniku nie zauważyła, że Grimes nie był tu sam.
***
Tymczasem Micareth i Sha'anks szybkim krokiem podążali korytarzem, który był dziwnie pusty. Żadnych falmerów, wampirów, grzybów. Wydawało im się to podejrzane. Przecież roiło się tu od różnego rodzaju paskudztwa, napotkali cała, rozwijającą się cywilizację, a tu zupełnie bezpieczna ścieżka, w kompletnym oderwaniu od tego na co natknęli się wcześniej. Nagle khajit poczuł ruch na swoim ramieniu i usłyszał głośniejszy oddech.
- Co… co się dzieje? Gdzie ja jestem? – zapytał półprzytomnie niesiony przez niego urzędnik.
- Próbujemy Cię uratować i nie zostać wykryci, stul pysk z łaski swojej. – warknęła Micareth.
- Sha'anks myśli, że Micareth jest zbyt ostra. Człowiek ma prawo wiedzieć co się dzieje dookoła niego.
- No i do cholery wie! Całą historię możesz mu opowiedzieć, kiedy znajdziemy wyjście.
- Kim… kim wy jesteście? – wyszeptał chłopak.
- Twoją jedyną nadzieją. – odparła krótko.
Szli tak jeszcze jakiś czas, aż natknęli się na rozwidlenie. Każda ścieżka prowadziła w górę, ale czy któraś prowadziła do wyjścia… tego nie wiedzieli.
- Dobra. Daj mi go teraz, a potem sprawdź, którą drogę powinniśmy wybrać, żeby wyjść z tego gówna. – mówiąc to, kobieca chwyciła niesionego przez Sha'anksa nieszczęśnika i przerzuciła go sobie przez ramię. Była drobna, ale nie brakowało jej siły.
Khajit podszedł i zaciągnął się powietrzem z każdego rozwidlenia. Następnie zdecydowanym krokiem ruszył jednym z nich. Dotarł do ciężkich, dwemerskich drzwi. Dookoła nie było widać żadnej dźwigni czy mechanizmu otwierającego. Przyłożył nos do wąskiej szpary między nimi, a skałą. Tak! To było to! W nozdrza uderzył mu zapach świeżego deszczu i zimnego wiatru. Za tymi drzwiami jest ich wolność, to tędy muszą przejść. Wrócił po Micareth i urzędnika. Teraz Sha'anks i kobieta patrzyli się na zablokowane metalowymi wrotami wyjście.
- I co? To jedyna droga jaką znalazłeś? – przewróciła oczami.
- Sha'anks wie co robi! Nie ma drzwi których Sha'anks by nie otworzył! – powiedział z przekonaniem.
Nagle usłyszeli ciche pomruki, dobiegające z ust chłopaka. Otworzył oczy i zaczął wodzić wzrokiem po otoczeniu.
- Jestem głodny. Tak bardzo głodny… - wyszeptał.
Khajit spojrzał na niego i instynktownie zjeżył futro. Wyczuwał od niego śmierć, tak samo jak wcześniej od Very. Młody nord otworzył oczy, które lśniły bladą czerwienią.
- Ożesz... Co jest? – Mica spojrzała na niego. – Czy on… on jest wampirem? Przemienił się?
- Sha'anks tak myśli. Co Micareth chciałaby zrobić?
- Nie mam pojęcia. Zabiliśmy każdą taką kreaturę, która nas zaatakowała w drodze tutaj. Jak zabierzemy go na powierzchnię, to może zacząć atakować ludzi.
- Sha'anks uważa, że porucznik by tego nie chciał. Kazał nam dostarczyć wszystkie dowody. Jego też.
- Proszę, nie zabijajcie mnie…
- A niby co mamy zrobić? Jesteś wampirem. Jeśli my nie zabijemy Ciebie, to Ty w końcu rzucić się komuś do gardła. Jak każdy krwiopijca. – Mica splunęła na ziemię z pogardą.
- Sha'anks uważa, że powinniśmy go zabrać ze sobą. Jest dowodem. Jego ludzie zdecydują co z nim zrobić.
- Ty tak na poważnie?! A skąd wiesz, że nie zabije nas po drodze?! – zapytała wściekle.
- Ja tego nie chcę… Jeśli porucznik wydał rozkaz to należy go wysłuchać. Mogą zabić mnie potem. Ale powinni wiedzieć co czai się w Blackreach. – stwierdził całkiem przytomnie chłopak. – Mogą mnie zamknąć w celi, dobić, cokolwiek. Ale muszą mieć świadomość z czym przyjdzie im się mierzyć.
- Cholera, masz racje. – przyznała niechętnie Micareth. Sha’anks prychnął. – Musimy poszukać mechanizmu otwierającego te drzwi i wiać stąd jak najszybciej,
Khajit zaczął dokładnie badać ściany dookoła drzwi, następnie podłogę. Wyczuł delikatny powiew powietrza dochodzący spod jego łap, więc przyjrzał dokładnie podłożu. Szczelina, ledwo zauważalna… Chwycił kamienną płytę, wyjął ją i odłożył obok. Zagadka. Sześć symboli, których nie był w stanie rozpoznać, do ułożenia w odpowiedniej kolejności. Mnogość kombinacji. Micareth zaczęła się im przyglądać. Cholera, czemu elfka musiała się poświęcić, ona rozwiązałaby to bez problemu, pomyślała ponuro. Sha’anks zaczął powoli i delikatnie przesuwać pierwszą płytkę ze znakami. Lekki trzask. Chwycił kolejną i ponownie poruszył nią. Żadnego dźwięku. Głucha cisza.
- To zajmie wieczność… - stwierdziła.
- Sha’anks otworzy każde drzwi! – odpowiedział oburzony brakiem wiary w jego możliwości. Faktycznie, zajęło to sporo czasu, ale bazując na swoim słuchu i cichych kliknięciach w końcu doszedł do właściwej kombinacji. Drzwi otworzyły się z łoskotem. Po raz pierwszy od momentu wyjścia z więzienia, wolność wydawała się być realna.
Z pobliskiego korytarza doleciał narastający huk.
Grimes jednak wyglądał tak jakby rzeczywistość wokół niego przestała chwilowo istnieć. Patrzył na tego młodego chłopaka, który zawsze nadawał się bardziej na artystę niż wojownika, który kiedyś był tak pełny życia i radości, a teraz gasnął jak ostatnie iskry w popiele ogniska. Angra nie należał do przesadnie wrażliwych ludzi, nie był to pierwszy raz, kiedy widział jak odchodzi ktoś z jego podkomendnych, ale to co działo się teraz sprawiało, że czuł narastającą wściekłość. To nie była chwalebna śmierć w walce. Te potwory przekształciły go w jednego z nich, sprawiły, że uwierzył, że to jest coś dobrego, unicestwiły jego duszę, żeby zastąpić ją ciemnością. Nord pragnął zemsty, kiedy widział jak w czerwonych oczach zgasło światło nienaturalnego życia. Obyś znalazł swoją drogę do Sovngardu – pomyślał ponuro.
- Nie chcę psuć tego wzruszającego pożegnania, ale zaraz będziemy mieć tu gości. – syknęła Micareth.
- Racja. – mruknął Grimes wyrwany ze stanu otępienia. Rozejrzał się. Z miejsca gdzie się znajdowali odchodziło kilka tuneli, a każdy z nich wydawał się być tak samo złym wyborem, choć i tak lepszym niż czekanie na pewną śmierć. – Sha’anks, Ty przodem!
Khajit zastrzygł uszami, zaciągnął dużo powietrza nozdrzami, po czym zerwał się szybko i pomknął w kierunku wąskiego korytarza, a zaraz za nim pozostali.
- Czekajcie! – powiedziała Vera, kiedy przekroczyła wejście.
- Niby na co? Aż nas dogonią i zabiją?! - żachnęła Mica.
- Nie! Daj mi moment! – altmerka zaczeła szeptać zaklęcie i kreślić przed sobą znaki dłonią. Pojawiła się za nimi iluzja kamiennej ściany. – Może to da nam większe szanse.
Wszyscy zaczęli biec przed siebie, wgłąb tunelu, który schodził coraz niżej i niżej. W końcu przecisnęli się przez wyjątkowo wąskie przejście pomiędzy dwiema ścianami, a ich oczom ukazał się niezwykły widok. Znajdowali się obok podziemnego jeziora, którego taflę rozświetlała poświata od błękitnych grzybów, porastających obficie jego brzegi oraz wnętrze jaskini. Wyglądała ona bardziej jak kamienna sala powitalna, ściany były nienaturalnie gładkie, jakby wypolerowane i pokryte warstwą żywicy. Z niektórych wystawały błyszczące kryształy, które zdawały się emanować własnym, chłodnym blaskiem.
- Sha’anks czuje zapach śmierci. Nie powinniśmy być tutaj. – powiedział cicho.
- Nikt nie powinien tutaj być. Nikt nie powinien znikać. Nie powinno też być Morowych Burz. Właśnie dlatego tu jesteśmy i tkwimy w tym gównie po uszy. – skwitował Grimes. – Ty... jesteś podobno „uzdrowicielką”, a bez problemu stworzyłaś iluzję – spojrzał podejrzliwie na elfkę.
- Oh, jeśli ktoś uczył się w gildii magów, to musi posiadać przynajmniej podstawowe umiejętności z każdej dziedziny magii. Nigdy nie wiadomo, która okaże się być użyteczna. – uśmiechnęła się lekko w kierunku porucznika.
Cała czwórka zaczęła ostrożnie badać miejsce, w którym się znaleźli. Natknęli się na ciężkie, metalowe, dwemerskie drzwi.. Wydawało się, że utknęli.
- To chyba jakiś żart. – warknęła Micareth. – Jeśli już mam tu zdechnąć, to na pewno nie z głodu.
- Możesz też stać się karmą dla wampirów, podejrzewam, że tamten był dopiero pierwszym rozumnym, którego spotkaliśmy. A skoro mówił, że go naprawiono… to obawiam się, że siedzibę tutaj znaleźli znacznie potężniejsi niż on. – stwierdziła błyskotliwie elfka.
Khajit zaczął wodzić pazurzastą dłonią po pobliskiej ścianie. Znalazł z niej wgłębienie, a w środku mała dźwignię, za którą odruchowo pociągnął. Drzwi otworzyły się z głuchym zgrzytem.
- Co do… - mruknął Grimes. – Za mną.
Wszyscy przeszli przez drzwi. Znajdowali się teraz w pomieszczeniu, które przypominało laboratorium alchemiczne. Po lewej stronie znajdowała się półka zapełniona różnego rodzaju szklanymi naczyniami, służącymi do przygotowania mikstur. Po prawej – stół z notatkami oraz metalowy kociołek i wygaszone palenisko. Wokół unosił się zapach suszonych ziół, które leżały w koszu znajdującym się obok stołu. Wyglądało to tak jakby ktoś zakończył pracę kilka godzin wcześniej, dokładnie po sobie posprzątał i zostawił materiały do kolejnych eksperymentów. Altmerka z zaciekawieniem zaczęła przeglądać kartki znajdujące się na blacie, z każdą kolejną jej twarz przybierała coraz mniej spokojny wyraz i zdawała się tracić kolory.
- Krew żywych… - wyszeptała.
- Czego się dowiedziałaś? – zapytał nord.
- Poruczniku… Te zapiski, to opis badań nad miksturą bazującą na krwi, która miałaby zwielokrotnić jej właściwości wzmacniając to jak zaspokaja wampirzy głód oraz ich zdolności. Ktoś tu pracuje nad czymś, co ma zapewnić wampirom możliwość pożywiania się bez polowania, co zmniejszałoby ich narażenie na bycie wykrytymi w społeczeństwie i dawało jeszcze większą przewagę nad śmiertelnikami. – powiedziała przerażona elfka. – To dlatego ludzie znikają, tu nie chodzi tylko o bycie pożywką dla krwiopijców.
Rzeczywistość okazała się być jeszcze gorsza niż Grimes mógł przypuszczać przed wyruszeniem do Blackreach.
Jego oczom ukazała się postać zupełnie niepasująca do miejsca, w którym się znajdowali. Dunmerka, ubrana w szkarłatną, bogato zdobioną suknię, podeszła do niego wolno i z gracją, tak jakby znajdowała się na uczcie, a nie w obskurnym, nordzkim więzieniu.
- Jak miło słyszeć, że masz tak dobre zdanie o tych, który razem z tobą walczyli w pakcie. – stwierdziła chłodno. Jej rubinowe oczy zalśniły lodowato w świetle pochodni.
- Nikt nie trafia tutaj przypadkiem. – odpowiedział Grimes.
- Czyżby panie poruczniku? Pozwól zatem, że wyprowadzę Cię z błędu. Twoje durne miodożłopy nie dawały mi dojść do słowa, kiedy tłumaczyłam, że jesteśmy po tej samej stronie – parsknęła ponuro. – Kiedy ja próbowałam uleczyć jednego z nich, oni mi przerwali, wskutek czego ten człowiek zmarł. Kto jest temu winny? Oczywiście, mroczna elfka! Dlatego nie chcę nadużywać waszej cudownej gościnności. – dodała z sarkazmem, krzywiąc się z wyraźną niechęcią.
- Sugerujesz zatem, że moi ludzie to idioci? – żachnął wściekle.
- Oczywiście, że tego nie sugeruję. Ja to stwierdzam wprost. – roześmiała się złośliwie. – No, bo co innego mam uważać? Leczyłam rannego, jak odzyskał przytomność i zaczął jęczeć z bólu, to twoi ludzie zaczęli wrzeszczeć, że jestem złą, elfią wiedźmą i mnie pojmali. Wtedy nie mogłam dokończyć zaklęcia, a on się wykrwawił.
- Czemu miałbym Ci zaufać i przyjąć Cię do swojej drużyny? – zmarszczył brwi.
- Jestem jedyną osobą, która wystąpiła z szeregu. Co znaczy, że chcę współpracować. Co więcej, skoro szukasz pomocy tutaj… to znaczy, że zadanie, które otrzymałeś jest naprawdę paskudne. Gdyby to była zwykła misja, to wziąłbyś swój oddział. Ponadto zajmuję się alchemią i leczeniem. Zawsze dbałam o to, że poskładać do kupy rannych i umierających. Umiem też posługiwać się magią destrukcji nie gorzej niż moi towarzysze, którzy walczyli na froncie. – zamyśliła się na chwilę, obserwując twarz Grimesa, na której malował się wyraz niedowierzania. – Czyżbym zgadła, że to sprawa beznadziejna? A zatem moja dedukcja również może Ci się przydać. Tak samo jak moje zdolności magiczne.
- Mam uwierzyć, że umiesz to wszystko?
- Cóż… Niektórzy potrafią więcej niż tylko machać bezmyślnie toporem i chłeptać miód. – zmrużyła oczy i uśmiechnęła jadowicie. – Nie musisz. Możesz sprawdzić. Zresztą i tak nie masz innego wyboru poruczniku. Tak więc, może zamiast tkwić w tym miejscu, wyjdziemy i omówimy szczegóły misji gdzie indziej?
* * *
Dunmerka i Grimes siedzieli w jego kwaterze, przy stole znajdującym nieopodal kominka. Coś wzbudzało jego niepokój, kiedy patrzył na jej twarz, ale z drugiej strony wolał chronić swoich ludzi przed samobójczym rozkazem, który otrzymał.
- Jak Cię zwą? Skoro mamy razem wyruszyć w drogę, to chcę wiedzieć jak się do Ciebie zwracać.
- Nazywam się Arienne. – odgarnęła z czoła kosmyk srebrzystobiałych włosów.
- Napijesz się czegoś? – mruknął.
- Oh, z przyjemnością. Dysponujesz może sujammą? Albo mazte? – zapytała, nie mając nadziei na odpowiedź twierdzącą.
- Nie. Wasza dunmerskie trunki są wybitnie podłe w smaku. Mogę Ci zaproponować miód pitny lub grzane wino.
- Niech będzie wino. – rzuciła elfka jakby od niechcenia. Po chwili porucznik postawił przed nią kufel wypełniony napojem. Wypiła szybko kilka łyków. Wino pachniało słodko, korzennie i przyjemnie rozgrzewało od środka. – Panie Grimes… - urwała, widząc jego zdziwienie. – Tak, znam pańskie imię. Jak już mówiłam, walczyliśmy w pakcie po jednej stronie. Wiem, że nasza znajomość nie ma przyjemnego początku. Chciałabym jednak zapewnić, że szczerze chcę pomóc… i wrócić na Vardenfell.
- Nie wiem czy ktokolwiek z nas wyjdzie cało z tego zadania. Udajemy się do Blackreach. – westchnął.
- Dwemerskie ruiny. Byłam w niejednych. Wynalazki dwemerów są przecież źródłem inspiracji dla jednego z Trójcy, Sotha Sila. W takich miejscach można znaleźć wiele przydatnych utensyliów oraz składników alchemicznych. – powiedziała rzeczowo.
Grimes przyglądał się jej i zastanawiał jak ktoś może podchodzić tak lekko do wypowiedzianych przez niego słów. Mroczna elfka zdawała się być w ogóle nieporuszona, jakby takie wyprawy były dla niej chlebem powszednim. Dodatkowo była dziwnie spokojna i układna jak na dunmerkę, choć miała cięty język. Chcąc czy nie chcąc, teraz tkwili w tym bagnie razem.