Ludzie zapominają, że każdy ma swoje wyobrażenie takiej adaptacji i jeśli twórcy nie trafią w nasze oczekiwania, to jeszcze nie znaczy, że coś jest złe. Do tego dochodzi rozdźwięk miedzy tymi, którzy głównie grali w Wiedźmina i tymi, którzy również się zaczytywali. Drugi sezon ogląda mi się dużo lepiej niż pierwszy. Jestem mile zaskoczony Supermanem, który dźwiga temat i rozumiem, w kogo się wciela. Wbrew wielu opiniom podeszła mi aktorka w roli Ciri. Może trochę za stara, ale ma to swoje techniczne uzasadnienie, bo z dzieciaka pewnych rzeczy mogliby nie wykrzesać na planie. Najważniejsze, że ma wymaganą zadziorność w oczach, czego nie można powiedzieć o moim zdaniem największej porażce - dziumdziowatej Hindusce, której powierzyli rolę kobiety torpedy. Nie wiem, jak to dziewczę skojarzyło się ludziom odpowiedzialnym za casting z charakterną i bezczelną Yenn, która potrafi skupić na sobie całą uwagę. To właśnie ta postać psuje mi całą frajdę z oglądania. Co nie zmienia faktu, że pieniążków dosypali, zaczęło to wyglądać, tylko szkoda, że zabrakło zaufania do potencjału w pierwszym, "kartonowym" sezonie, ale wnioski wyciągnęli. Niestety, historia cierpi, bo scenarzystów ewidentnie zadanie przerosło. Robią co mogą, a mogą ile potrafią. Ktoś, kto ma sagę w jednym palcu, jakoś sobie to poukłada i dopowie, a cała reszta dostaje spłyconą do bólu historyjkę - wcale nie musiało tak być - bo np. polityczne niuanse są do dźwignięcia, co pokazała Gra o Tron. Ogólnie jestem na tak, choć boli, że taki materiał trafia w ręce tych, których na to stać, a nie tych, którzy to kochają i dodaliby produkcji skrzydeł. Tak czy siak, bawiłem się całkiem dobrze, a o to w tym chodzi.