Mnie najbardziej wkurzyło zdanie: "Mike nie podjął najwyraźniej dobrej decyzji o powrocie do komponowania". Fakt MOTR wybitnym dziełem nie jest, od początku wiadomo było, że album będzie raczej z tych "lżejszych" ("Sailing" już to zwiastował), po 2 dwudniowym i parogodzinnym przesłuchaniu albumu w wersji oryginalnej, demo (z wokalem i mixem Oldfielda), oraz instrumentalnej mogę powiedzieć tylko 1: Mike pracuj sam i nie pozwól ingerować w swoje pomysły.
Mike jako muzyk osiągnął wszystko i nic nie musi nikomu udowadniać. Jeśli nagrałby coś powiązanego z dzwonami, "Omaadawn", czy "Incatations" zaraz posypały by się gromy, że odcina kupony od swojej twórczości. Radzę dobrze przesłuchać album najlepiej w wersji deluxe oferującej 3 różne warianty MOTR. Moja poprzednia opinia została wystawiona trochę pochopnie i gdybym mogła na pewno bym ją zeedytowała.
Autor recenzji raczej zbyt dobrze nie zna dyskografii Oldfielda skoro do tej pory zrecenzował tylko 4 płyty.
Radzę drogi autorze dokładnie prześledzić karierę Oldfielda, bo jego muzyki nie można wrzucić do 1 worka. Każdy następny album reprezentuje inny gatunek muzyczny:przykładem może być elektroniczne "Light & Shade", a potem wydanie "Music of the Spheres" z muzyką klasyczną na czele.
Ktoś w komentarzach wspomina płytę "Platinum" jako dzieło wybitne, ale gdy zostało wydane w '79 roku krytycy nie zostawili na nim suchej nitki, płyta została wydana by pod naciskiem wytwórni oraz w akcie desperacji (Oldfield był bliski bankructwa).
Pominełam celowo Light & Shade. Chociaż i nawet na niej znalazły się takie perełki jak choćby wspomniany przez ciebie "Angelique", "Surfing", "Tears of an Angel" czy "Our Father". Ocena płyty to zawsze subiektywna ocena i tak naprawdę nie da się jednoznacznie ocenić albumu.
A wracając do "Man on the Rocks" jestem właśnie w trakcie odsłuchiwania dema odśpiewanego w całości przez Oldfielda i wierzcie mi niektóre piosenki (choćby "Chariots") brzmią o wiele lepiej, nie chodzi o wokal, ale o warstwę muzyczną.
Ktoś kto zremiksował album chyba nigdy nie prześledził kariery Oldfielda i przez to strasznie skrzywdził tą płytę no cóż, ale teraz muzykę traktuje się jak produkt, który trzeba jak najlepiej sprzedać i wycisnąć tyle kasy ile się da. Wystarczy popatrzeć na współczesnych muzyków.
Ja niestety również muszę się zgodzić z recenzentem. Oj wiele sobie obiecałam po tej płycie i napaliłam się na nią jak szczerbaty na suchary. Nie tego spodziewałam się po tak wybitnym muzyku, gdyby album nagrał jakiś pop rockowy artysta to można by go uznać za naprawdę dobry, ale nie Oldfield znany z głównie pięknych rozbudowanych kompozycji muzycznych.
"Man on the rocks" jest płytki, miałki i nudny. Ale na szczęście nie cały album taki jest. "Sailing" tryska energią i optymizmem, w "Moonshine" słychać dobrze motywy znane z płyty "Voyager", jest nostalgicznie i folkowo. "Chariots" jest jednak tutaj główną gwiazdą, piosenka naprawdę dobra i taka właśnie cała płyta powinna być.
Oldfield popada ze skrajności w skrajność po bardzo dobrym "Tres Lunas" i symfonicznym "Music of the Spheres" wydał płytę absolutnie nie "oldfieldową", ale może właśnie to autor miał na myśli?
Z wielką nadzieją (znowu) czekam na następny album.