Wróciłem kilka dni temu z urlopu w Ziemi Kłodzkiej. Bardo zahaczyliśmy przy powrocie. Przyjemne miasteczko. Śliczny kościół i znajdujące się w nim/obok Muzeum Sztuki sakralnej. Później napiszę o reszcie bo teraz mi się nie chce :p
Chciałem podzielić się krótką historią z mojego ostatniego wypadu w góry — miało być spokojnie, a wyszła z tego niezła przygoda.
Pojechałem w Beskidy z zamiarem odpoczynku od miasta — plan był prosty: trochę pochodzić, zrobić kilka zdjęć i nacieszyć się ciszą. Pierwszego dnia pogoda była idealna, więc postanowiłem pójść nieco dalej niż planowałem. Niestety, klasyka — zasięg zniknął, mapa offline się nie załadowała, a ja w pewnym momencie zorientowałem się, że nie mam pojęcia, gdzie dokładnie jestem ??
Na szczęście po godzinie błądzenia trafiłem na starszego pana, który zbierał jagody — nie dość, że pokazał mi drogę powrotną, to jeszcze zaprosił na herbatę do swojej chatki w dolinie! ??
Okazało się, że mieszka tam od ponad 30 lat, bez internetu, z radiem na baterie i widokiem, o jakim większość z nas może tylko marzyć.
Wracałem z tego weekendu z uśmiechem i myślą, że czasem najlepsze podróże to te, które trochę wymykają się spod kontroli.
A Wy mieliście kiedyś taką przygodę, że coś poszło nie po planie, ale wyszło lepiej, niż się spodziewaliście?
We wrześniu byłem na Jawie - sceptycznie podchodziłem do wyprawy na wulkan Bromo, ale okazało się, że był to jeden z fajniejszych dni z wyjazdu. Każdemu polecam znaleźć się tam rano. Mimo miliona ludzi jest naprawdę spektakularnie.
Warunkiem jest korzystanie z własnego środka transportu. Opcje w sumie są tylko trzy - dostanie się tam zorganizowaną wycieczką jednym z setek takich samych jeepów (korki niemiłosierne), transportem lokalnym np. motorkiem, albo własnym skuterem. Trzecia opcja pozwala na przejechanie się przez morze piasków i traw, które zajęło nam około 4h godzin. Głęboki piasek powoduje, że osoby bez doświadczenia muszą jechać bardzo wolno. Z kolei dało się to zrobić jako zupełne nooby.
https://www.youtube.com/watch?v=10SofwRxPSM
Ja polecam od siebie ale tanio ogólnie nie jest (oprócz transportu publicznego), choć spodziewałem się jeszcze drożej.

Pozdrawiam z Wenecji..yyy z Macau :)

3) Fortaleza do Monte i w tle ikoniczny hotel-kasyno Grand Lisboa.
Daj znać na końcu jak finalnie oceniasz miejsce. Nie ukrywam, że jest to desytnacja na którą zerkam od czasu do czasu

Tymczasem pozdrawiam z 18-milionowego Shenzhen :)
Na obrazku drugi najwyższy budynek w Chinach - Ping An Finance Center

moje podsumowanie 2025 roku ;)
Wyjazdy w tym roku zacząłem już stosunkowo wcześniej bo pierwszy miałem w drugiej połowie stycznia a ogarniany był jeszcze w grudniu. Zgadałem się z kolegą z pracy który jest wielkim fanem interu Mediolan A ja że jestem fanem jeżdżenia na mecze na wyjeździe to momentalnie wręcz spontanicznie kupiliśmy bilety na ligę mistrzów i samolotowe do Mediolanu jednak z przesiadką w Bergamo. Przez to że było to robione bardzo szybko to było to słabo przemyślane bo na przykład okazało się że jakbyśmy kupili bilet powrotny innej linii lotniczej to byśmy zyskali cały jeden dzień i mogli wrócić wieczorkiem przez co byłoby więcej czasu na zwiedzanie A cena była w sumie zbliżona. Trochę się martwiłem że zwiedzanie Bergamo i Mediolanu na 3 dni to strasznie mało ale okazało się tak naprawdę wystarczająco przy dużej intensywności. W Bergamo tak naprawdę jest tylko to górne miasto i pokręcenie się po okolicy zajęło nam pół dnia a w Mediolanie tak naprawdę poza tymi najpopularniejszymi miejscami jak katedra i galeria też za specjalnie nie ma co robić. Zwłaszcza że szczególnie ta katedra zrobiła na mnie takie sobie wrażenie głównie mówię tutaj o placu. Straszne tłumy, nawet poza sezonem mnóstwo gołębi, wszędzie murzyny próbujące wciskać ci jakieś ziarna albo inne duperele mnóstwo ludzi robiących sobie zdjęcia którym co chwilę wchodzisz w kadr tobie co chwilę wchodzi ktoś w kadr.. ogólnie staram się nie jeździć w zbyt popularnej turystyczne miejsca i przykład Mediolanu utwierdził mnie w tym. Na plus oczywiście kolejny mecz ligi mistrzów na żywo.
Kolejny wyjazd też jeszcze w okresie zimowym trafił się do Czech. Polubiłem odkrywanie tego kraju szczególnie pociągiem więc po Ostrawie i ołomuńcu czas na kolejne dwa miasta które są obok siebie i myślę że nie są one bardzo popularne ponieważ nawet sam wcześniej nie wiedziałem o ich istnieniu, mowa o pardubicach i hradec kralove. W tym pierwszym mieście byliśmy na meczu hokeja, lokalnej drużyny Dynamo i tak naprawdę nic więcej się tam nie dzieje. Warto jeszcze wspomnieć o hotelu który robił ogromny klimat takiego przepychu i bogactwa ale wszystko w klimatach lat 90 i 80. Na recepcji była Polka więc dogadaliśmy się że da nam najbardziej taki pokój z minionej epoki jaki będzie w hotelu, do tego chyba 12 piętro i klimat robi się sam. Hradec kralove wyglądał dużo dużo lepiej pod każdym względem. Fajny ryneczek, wieża widokowa, mini- oceanarium i park z nutriami. Okazało się że w dniu którym byliśmy co prawda nie było oficjalnego meczu ale grały jakieś młodziki więc można było sobie posiedzieć na trybunach hokejowego stadionu napić się piwka i zobaczyć jak Czesi żyją tym sportem. Na pewno zapamiętam też to że wracając do hotelu nocą znaleźliśmy niedaleko naszego pokoju strój maskotki klubowej... Nie mogłem się powstrzymać i ubrałem to robiąc sobie przy tym masę zdjęć :?-?)
Następny wypad był już tylko weekendowy i w Polskę. Padło na Wrocław w którym byłem tylko raz w życiu 12 lat temu więc chciałem nadrobić i znów się tam wybrać. Ogólnie kręciliśmy się w okolicach rynku i wyspy, zaliczając najpopularniejsze miejscówki jak na przykład most tumski i liczyliśmy krasnale.
Kolejny szybki wyjazd to znowu Gdańsk. Tym razem przeszliśmy się spacerem ze starówki wzdłuż motławy w stronę plaży by usiąść tam z winkiem. Pogoda jednak nam nie sprzyjała więc wracając ogrzaliśmy się idąc na rybkę do jakiejś tawerny i w sumie tyle.
Nie zwalniając tempa, ponieważ jeszcze trwał marzec, siedziałem już w samolocie trzymając przed sobą przewodnik po Słowenii. Znów dostałem się jako opiekun grupy na międzynarodową wymianę młodzieżową tym razem znajdującą się na granicy słoweńsko-węgierskiej. Specjalnie pojechałem parę dni wcześniej żeby zaliczyć jak najwięcej rzeczy zwłaszcza że w tym kraju nigdy wcześniej nie byłem a chodził mi już po głowie. Bardzo podobała mi się lubiana z jej architekturą i starym miastem przez które przepływa rzeka. To podbija klimat. Mega podobało mi się widok jeziora bled i tej wyspy z kościołem pośrodku. Szczególnie że jest to górzysty teren i jest kilka miejscówek gdzie można się nieco wdrapać żeby zobaczyć z góry tą piękną panoramę. Zaliczyłem jeszcze po drodze Maribor i Celje ale w sumie poza tym że można zobaczyć te miasta z góry, to same w sobie nie mają za dużo do zaoferowania. Większość czasu spędziłem na projekcie w miejscowości hodos ale zrobiliśmy sobie też dwie wycieczki do ptuja i murskiej soboty.
Na majówkę wybrałem się do Augustowa i Suwałk. Augustów to miasto faktycznie bardziej na wakacyjne wypady i dużą wartością tutaj jest plaża z jeziorem, samo miasto przypomina klimatem nadmorskie miejscowości. Trochę straganów z pierdolami, tawerny i ładny rynek. My na cały jeden dzień wypożyczyliśmy rower i jechaliśmy doliną Rospudy. Suwałki to też takie miasto na dzień czy dwa , tutaj wrażenie robią jeszcze takie stare drewniane domki które są w mieście. To zadbane miasto z dwoma ryneczkami połączone taką jedną turystyczną uliczką. Ogólnie mogę polecić ten kierunek, bo pomimo już to była majówka to w tych miejscach nie było na tłoku turystów więc jeśli komuś na majówkę przeszkadzają tłumy to tutaj się odnajdzie.
Następny wyjazd był mocno objazdowy. Zaczęliśmy od stadniny koni w Janowie podlaskim, potem pojechaliśmy do sanktuarium w pratulinie, gdzie odbywał się jakiś weekendowy zjazd młodzieżowy, stamtąd przez neple, gdzie można wejść na skarpę i z góry patrzeć na kręta rzekę która nas oddziela od Białorusi do Terespola. W Terespolu pokręciliśmy się po głównej ulicy, weszliśmy na teren prochowni i zwiedziliśmy jeden z okolicznych, ogólnodostępnych fortów.
Białystok, który mieliśmy w planach, zrobiliśmy przy okazji wesela. W niedzielę wstaliśmy dosyć wcześnie , dobrze się trzymaliśmy więc udało nam się odwiedzić lokalne zoo , pokręcić się po rynku, zrobić mini sesje przy pałacu Branickich i wrócić na spokojnie.
Kolejnym kierunkiem, który wybraliśmy jest również stosunkowo niewiele kojarzący się z turystami Przemyśl. Miasto, które kojarzy się głównie z przesiadką ukraincow, którzy wyjeżdżają do Polski, jest również warte odwiedzenia. Całkiem sympatyczny spory ryneczek, klimatyczne stare miasto, które wyróżnia to że znajduje się na górze, przez co każda kolejna ulica jest wyżej od poprzedniej. Można wejść na okoliczne pagórki i zobaczyć Przemyśl z góry, zjechać torem saneczkowym a potem w stronę rynku stopniowo schodzić na dół aż dojdzie się do przepływającej przez miasto rzeki Wisłoki. Szczególnie polecam spacer wzdłuż rzeki, ponieważ jest bardzo czysto i schudnie. Miasto posiada dwa stare ale jednocześnie mega klimatyczne stadiony.
W Trójmieście w ciągu dwóch lat byłem już chyba pięć razy ale tym razem miało być wyjątkowo ponieważ głównym celem wyjazdu były zaręczyny. Od zawsze zależało mi żeby oświadczyć się nad Bałtykiem o wschodzie słońca i tak naprawdę czekałem tylko na okienko pogodowe bo każdy inny weekend było zimno i deszczowo. Tym razem pogoda również miała być w kratkę ale nie chciałem już dłużej tego odkładać. Zwłaszcza że z pogoda trafiłem idealnie w same oświadczyny. Nie dość że zdążyliśmy na plażę dosłownie 3 minuty przed wschodem słońca to jeszcze akurat przez chwilę było bezchmurne niebo i było widać jak słoneczko wstaje. Zrobiłem to co każdy facet powinien zrobić przynajmniej raz w życiu i chwilę później raczyliśmy się winkiem. Potem po odespaniu większość czasu spędziliśmy na plaży ale nie dość że nie wchodziliśmy do wody bo było tak zimno to jeszcze co jakiś czas spadał na nas deszcz. Potem zaliczyliśmy jeszcze tawernę i meczyk Lechii. Niedziele spędziliśmy już w Gdańsku na plaży i tym razem pogoda była całkiem spoko i można było w końcu wejść do wody.
Początek sierpnia to większy wyjazd. Mieliśmy zaproszenie od koleżanki mojej narzeczonej która pracuje i mieszka w Belgii. Z przesiadką z charleroi, którego niestety nie udało się zwiedzić pojechaliśmy prosto do Brukseli. Na pięć dni w Belgii mieliśmy około 2,5 na stolicę więc zwiedzanie było dosyć intensywne. Najbardziej w pamięci zostanie mi wielki plac oraz park miniatur mini Europa. W Tym drugim co prawda zeszło się niemal cały dzień ale nie żałuję ani minuty. Kilkaset miniatur najpopularniejszych z każdego kraju budynków lub innych miejsc. Oczywiście polskich wątków również nie zabrakło, chociaż muszę przyznać że trochę się zaskoczyłem ich wyborem. Zabrakło pałacu kultury, zamku królewskiego w Warszawie, wawelskiego i nawet malborskiego czy Sukiennic. Postawiono na Warszawę i Gdańsk, ze stolicy była miniatura pomnika Chopina i pałacu na wodzie z łazienek a z Gdańska można było obejrzeć miniatury fontanny Neptuna oraz strajków solidarności w stoczni. Zaliczyliśmy również meczyk ale nie anderlachtu tylko obecnego mistrza kraju czyli royal union. Pozostałe dni to Brugia z gandawą i Antwerpia. O ile Brugia była bardzo zatłoczona to pomimo polecanego starego miasta jakoś nie wczułem się w ten klimat. Na plus że przez starówkę płynęła rzeka więc to dodawało mega uroku. Dużo mostków, bulwarów i w sumie tyle. Zdecydowanie bardziej urzekła nas gandawa która nie dość że miała ogromną starówkę, zamek, piękne kościoły, to jeszcze to wszystko można było oglądać zarówno z perspektywy pieszego jak i wynająć rejs łódką i przepłynąć się po tych najpopularniejszych miejscach. Antwerpia za to się charakteryzuje podziemnym tunelem którym można przejść z jednej strony miasta na drugi. Oprócz tego też pokręciliśmy się po centrum, zaliczyliśmy zamek i tyle.
Już w następny weekend pojechaliśmy do Olsztyna. Miasto w którym nigdy nie byłem a które bardzo polecała mi moja babcia która tam kiedyś mieszkała przez kilka lat jako panienka. Trafiliśmy pechowo bo akurat ten sam weekend odbywał się w mieście festiwal muzyczny więc nie dość że były problemy z kwaterami i ich cenami tak również całkiem spora część plaży była wydzielona i odgrodzona. Udało się przez ten czas jednak pokąpać w dwóch różnych jeziorkach, wypożyczyć rowerki wodne i zwiedzić stadion. Zdziwiła mnie strasznie mała jak na takie miasto Starówka.
Kolejny weekend to kolejny wyjazd ale nie tyle turystyczny co raczej taki rekreacyjno-imprezowy. Pojechaliśmy do klepaczewa który znajduje się pod granicą z Białorusią żeby sobie wynająć kajaczki i popływać Bugiem. Wyjazd wyróżniał się od innych tych że w końcu spaliśmy pod namiotami. Była to skrócona wersja naszych wcześniejszych eskapad , gdzie robiliśmy trasy kajakiem, z wszystkimi manelami i codziennie rozbijaliśmy namioty w innym miejscu, nieraz na polach namiotowych a nieraz całkowicie na dziko. Tym razem baza wypadowa była w 1 miejscu.
Ciekawie wybraliśmy kolejne miejsce na wycieczkę. Padło na iławe, a wybraliśmy ją tylko dlatego bo jeżdżąc pociągiem nad morze spodobało się nam z okna. Duże jezioro które ciągnie się wzdłuż trasy kolejowej, to coś co chcieliśmy zobaczyć na żywo. No i ogólnie faktycznie poza jeziorkiem które jest bardzo ładne i zadbane i obejście zajmuje około godziny, warto jeszcze zerknąć na lokalną plażę, która znajduje się stosunkowo blisko.
Adamów między Tomaszowem mazowieckim a Piotrkowem Trybunalskim, to miejsce które wybrała moja firma na wyjazd integracyjny. Główną atrakcją były supy, które cieszyły się dużo większym zainteresowaniem niż kajaki. O ile wcześniej patrząc na to z boku wydawało mi się to proste, to faktycznie to jest po prostu proste. Oprócz wodnych sportów były jeszcze konkursy, zabawy, karaoke i wspólna integracja.
Na kolejny weekend (który to już z rzędu?) wybraliśmy się również stosunkowo niedaleko bo do Sandomierza. Ojca Mateusza na rowerze nie spotkaliśmy ale udało się zaliczyć wszystko co najważniejsze w tym mieście. Całkiem ładne ale jednocześnie nieduże stare miasto, oba wąwozy i stadion. Darowaliśmy sobie muzeum figur woskowych z ojca Mateusza, bo nie jesteśmy fanami tego serialu.
Ostatni zagraniczny wyjazd w tym roku to Mołdawia. Na wielu rolkach które widziałem przed wyjazdem była pokazana stara , komunistyczna, szara, brudna, surowa architektura. Coś co odrzuca większość ludzi a dla mnie jest po prostu cudowne. Trochę tego widziałem w Serbii jeszcze więcej w Rumunii więc oczekiwania były całkiem spore. Nie zawiodłem się co prawda , ale liczyłem chyba że będzie tego jeszcze więcej. Są takie budynki symbole, które robią wrażenie, sporo jest bloków z wielkiej płyty, takich po 16 pięter gdzie nieraz okno czy balkon wygląda jakby było wklejone z innego bloku, ale generalnie Kiszyniów jak każde europejskie miasto gdzieś tam się rozwija i te najpopularniejsze miejsca są naprawdę w porządku. Hitem wyjazdu był przypadkowy urbex. Przed jednym z tych charakterystycznych budynków , poznaliśmy parę mołdawianów którzy również byli ciekawi tego miejsca i udało się z nimi dogadać trochę łamaną angielszczyzną trochę po rusku i weszliśmy na opuszczoną kondygnację tuż przy samym dachu, skąd było widać całe miasto jak na dłoni. Powiedziałbym że miasto nie słynie z miejsc turystycznych więc głównymi elementami do zwiedzania były właśnie najbardziej charakterystyczne budynki. Drugim wyjątkowym miejscem które odwiedziliśmy była nieuznawana Republika naddniestrza i pomimo wielu obaw i szczątkowych informacji jakie znalazłem w internecie oraz dowiedziałem się od poznanych gdzieś wcześniej i mołdawianów stwierdziłem że chcę tam pojechać. Pikanterii dodawał fakt że następnego dnia w Mołdawii odbywały się wybory i sporo było obaw o rosyjskie prowokacje a nawet o zamknięcie wewnętrznej granicy. Na szczęście wizyta pod kątem prawnoformalnym odbyła się bez najmniejszych problemów a sam tyraspol poza całą tą komunistyczną, radziecką otoczką nie ma w zasadzie poza jedną główną aleją nic do zaoferowania. Udało się nawet zaliczyć mecz lokalnego szeryfa Tyraspol. Dodatkowo chciałem podkreślić że Ludzie na miejscu byli bardzo pomocni. Panie w kantorze zamiast po prostu wymienić nam gotówkę na lokalną pomogły nam wyliczyć ile pieniędzy wydamy do końca pobytu żebyśmy wymienili dokładnie taką sumę jakiej potrzebujemy. Nieco później inny chłopak gdy widział że mamy problem z dotarciem na dworzec na czas, zamówił dla nas taksówkę i poczekał z nami aż przyjedzie kierowca żeby mu dokładnie wytłumaczyć naszą sytuację i pokierować go jak ma jechać. W naddniestrzu jeśli nie znasz rosyjskiego to po prostu zginiesz, jest wymagany niezaprzeczalnie. Po angielsku to tu se możesz co najwyżej w myślach poprzeklinać. To region , który ma swoją wewnętrzną granicę, tablice rejestracyjne a nawet walutę inną niż reszta Mołdawii. Byłem w szoku że w kilku miejscach mogłem wymienić ruble naddniestrzańskie za nasze polskie złotówki.
Szczecin to kolejne duże miasto w którym dotychczas byłem tylko raz w życiu i to na weekend. Dodatkowo był to wyjątkowo imprezowy wypad, więc przez ten czas zdolalem zaliczyć tylko mecz Pogoni Szczecin, dwa razy dyskotekę, jakąś galerię handlową i plac grunwaldzki. Tyle. Jadąc w tym roku wiedziałem że to nie może tak wyglądać. Tym razem udało się bardziej poznać to miasto jako turysta i poza meczem Pogoni którego nie mogłem sobie odmówić , zaliczyłem również min : zwiedzanie zamku w którym odbywało się jakieś święto, wieże widokową, wały Chrobrego, pomnik Krzysia jarzyny oraz paprykarza.
Ostatnim większym wyjazdem w tym roku był wypad w góry ale chcieliśmy ominąć tłumy więc naszą bazą wypadową był nowy Sącz. W samym mieście dużo do zwiedzania nie ma ale udało się zaliczyć meczyk sandecji oraz całą okolicę rynku. Głównie skupialiśmy się na okolicy a ona była piękna i było każdego dnia co robić. W krynicy-zdrój testowaliśmy wodę zuber która pomimo iż jest podobno najzdrowsza , to smakuje jak woda z kanalizacji oraz pokręciliśmy się po ryneczku. Również ryneczek oraz park sensoryczny zaliczyliśmy w Muszynie, w Jaworzynie śląskiej wjechaliśmy kolejką na szczyt a w rytlu nieco nielegalnie bo były prace remontowe, dostaliśmy się do zamku z którego było widać całe miasto Rytel i jego okolice. Innego dnia zaliczliśmy bobrowisko oraz zwiedzaliśmy Stary Sącz wraz znajdującymi się w nim zakonami a jeszcze kiedy indziej zrobiliśmy jedną z gór w koronie gór polskich czyli radziejową. Zdążyliśmy nawet wyskoczyć na Słowację żeby zwiedzić zamek w Lubowli oraz obkupić się czekoladą i alkoholem ze słowackim rodowodem.
oglądanie meczu z wysokosci balkonu hotelowego musi byc mega klawe, szczegolnie na innym kontynencie ;)
ale tak, to fakt, każdy mój wyjazd powiązany jest z meczem, a jak juz sie inaczej nie da , to przynajmniej zwiedzanie wszystkich okolicznych stadionów ;)
w tym roku zaliczylem z zagranicznych:
Inter Mediolan (liga mitstrzów), Dynamo Pardubice (hokej), Slovan Lublana (2 liga słoweńska :D ) , Royal Union SG i Szeryf Tyraspol :D

Pozdro z Nepalu
Nie do końca tak sobie wyobrażałem ten kraj. Koszmarne drogi. Do tego stopnia, że po dwóch trasach autobusem wracamy do stolicy samolotem. Na zdjęciu jest rejon nazwany Mustangiem dolnym. Dojazd do niego trwa około 5 godzin po totalnym drogowym rozpierdolu. Co ciekawe na własne życzenie zamiast jeepem, tak jak zamożni turyści, pojechaliśmy tam suzuki baleno. To auto nie powinno wrócić, a jednak dało radę w obie strony.

W miejscowości Sauraha spotkaliśmy chodzące po ulicach nosorożce. Niestety mam tylko z tego spotkania filmy, ale napięcie jest wyczuwalne gdy idzie obok ciebie 5tonowe stworzenie.

Bhaktapur to najładniejsze miasto Nepalu. Po trzęsieniu w 2015 cały czas odbudowywane, jednak końca nie widać. Po rozmowach z nepalczykami można dojść do wniosku, że kasa idzie gdzieś na lewo i ostatnie zamieszki tego nie zmieniły. A kasy jest sporo, bo z permitow trekingi rocznie zbiera się 1.5 mld zlotych. Za wejście do w.w miasta kasują 50 zl twierdzac, że idzie to na renowacje. Jednocześnie miejscowi po prostu niszczą to miasto rozjeżdżając je na prawo i lewo, charchajac gdzie popadnie. Nie do pomyślenia jest tez to, że mimo tak duzej oplaty nie mozna wejść do niektórych miejsc nie będąc hindusem.

Kuwejt okazał się zaskakująco biednym pierdolnikiem. Na ulicach auta za pół bańki ale chodniki rozwalone i brudne. Po wyjechaniu z centrum zaczyna się natomiast już typowo arabskie miasto położone na klepisku. Ceny są w jednym miejcu po prostu wywalone w kosmos, by w drugim być tańszymi niż w PL. 1 dinar to 11 zł, więc posługują się banknotami 1/4 i 1/2 co jest akurat ciekawe.
W czerwcu byłem w Kalabrii we Włoszech. Trasa od morza do morza 74 km przez part górski Aspromonte. Momentami było groźnie bo to ponad 30km całkowitego odludzia przez góry, ale było warto. Jak ktoś lubi ciepło, góry i przygodę to polecam.