Głupi naóczy-ciele!!!!
<--- a propo tytułu wątku
"Aha, czyli nie ma odgórnych reguł. I jeśli powie skacz jak małpa po drzewach mam skakać po drzewach, a jak dostane lachę, to może mnie tłuc po łapach.
A to że mówiła że nie muszę to nic nie znaczy, z resztą o czym my mówimy jeśli 63% to twarda 3 :P"
Ta wypowiedź w jednym z wątków skłoniła mnie do powspominania dawnych nauczycieli.
Żeby sie nie rozpisywać napiszę o jednym, zapewne dośc często spotykanym w każdej prawie szkole - czyli o panu "uwalających wszystkich" matematyku.
Miałem takowego w pierwszej klasie technikum. Człowiek ten miał bardzo ciekawe podejście do nauczania. wg niego uczeń albo sie nauczył na 100% i umiał te wiedze przedstawić albo miał pałę.
nie było ocen w stylu dwója trója nie nie - albo umiesz albo nie. :)
Nie było ŻADNEGO ODWOŁANIA od jego decyzji.
Chociażbys miał same piątki z innych przedmiotów ten ci dawał pałę i nawet nie chciał słyszeć o jakis poprawkach a delegacji rodziców nie przyjmował. a potrafił zostawic na nastepny rok pół klasy. i nikt z tego larum nie czynił.
i pamietam jeszcze jedno - niesamowity respekt i szacun jakim tego nauczyciela darzyli uczniowie.
a ja dzieki niemu nie miałem zadnych problemów z matmą gdy juz byłem na studiach.
generalnie nauka w szkole to lajcki , niestety to najlatwiejsza czesc zycia jaka ma czlowiek.Wystarczy sie cos tam pouczyc i jest ok.Klopoty i to potezne zaczynaja sie po .
A starzy nauczyciele ehh.... fajnie powspominac.
Oczywiście, że tak. To truizm, ale tak jest - po latach najlepiej wspomina się nauczycieli wymagających; najgorzej byle jakich, którzy nie mieli szacunku ani do uczniów, ani do siebie. Niestety dzisiaj młodych nauczycieli z powołania i z pasją jest bardzo niewielu, coraz więcej jest takich, którzy sami byli w szkole przeciętniakami z przedmiotu, którego dzisiaj uczą. Oczywiście u nikogo nie wywołuje to żadnej refleksji, bo i po co.
Ja zawsze tak miałem że lubiłem się z tak zwanymi "skur***", a za to nie znosiłem się z takimi wiecznie uśmiechiętymi podatnymi na lizanie tyłka i uwielbiających przykładnych sztucznych kujonków.
--> hajle
Niestety dzisiaj młodych nauczycieli z powołania i z pasją jest bardzo niewielu
Pokaż mi w Polsce ludzi w tzw. sektorze publicznym (sluzba zdrowia, policja, administracja) gdzie są ludzie z powołania i pasi (służba społeczeństwu). Żeby takie społeczeństwo mieć to ktoś musiałby takich ludzi najpierw wychować... a bezideowość i nijakość to dzisiaj chleb powszedni
ElvesBrew Bezideowość nie produkuje nijakości, jeżeli idee zastępuje obowiązek i odpowiedzialność. Obie te cechy potrafi produkować także posiadanie rodziny czyli rodzina jako taka. Wszelkie zaniedbania tych dwóch społecznych cech na rodzinnym łonie, szkoła tylko w części może usunąć - albo wcale ;)
Mnie zawsze rozwala moja chemiczka tekstami w stylu:
"Wstań i zobacz jak siedzisz", "Daj mnie to podłączenie(chodziło o słuchawki)" itd.
Nie wyobrażam sobie obowiązku i odpowiedzialnosci bez idei, bo niby w imię czego? By żyło się lepiej?
Rodzina jest wartością i filozofią życia, w pewnym sensie ideą.
Ad rem, tak nauczyciele w znacznej mierze są niedokształceni, brakuje im elementarnej wiedzy i erudycji... o chęciach nie ma nawet co wspominać. Mówię to jako były nauczyciel. Lata selekcji negatywnej do tego zawodu zrobiły swoje, teraz teoretycznie jest lepiej bo każda praca (a szczególnie państwowa) to tak jakby się Pana Boga za nogi chwyciło.
Z drugiej strony myśl, że wystarczy wywalić paru starych komunistycznych pierdzieli a na ich miejsce przyjąć młodych, dynamicznych z wielkich miast jest iluzją. Wiem, bo pracuję z ludźmi w wieku 25-30 lat i widzę co mają w głowach. Zamiast być lepiej jest gorzej...
[7]Flyby
część nauczycieli nie ma rodziny(jeśli przez 'rodzinę' mamy na myśli męża/żonę i dziecko/dzieci). Zresztą czemu bezideowość nie 'produkuje' nijakości? Jeśli nie ma jakiejś przyświecającej danemu osobnikowi idei, osobnik ten dobrze swej pracy wykonywać nie będzie, bo nie będzie miał motywacji duchowej(chodzi mi tu o satyafakcję z dobrze wykonywanego zawodu i chęci dzielenia się wiedzą z innymi, skoro już mówimy o nauczycielu).
Też miałem taką matematycę. Rocznik jeszcze przedwojenny. Trzęsła całą szkołą. W pierwszej klasie ludzie mdleli przed lekcjami z nią, a jakaś laska ponoć dostała wrzodów w okolicy maja ;) (choć dawało się z nią jeszcze dyskutować ale tylko przy tablicy). ;-)
Ogólnie sądziliśmy przez pierwsze dwa lata, że okropna z niej suka i niepowodzenia ze swojego życia odbija na uczniach, a w maturalnej okazało się, że to absolutnie cudowna i ciepła osoba. Do rany przyłóż kobieta, tylko taką miała metodę na zaskarbienie sobie szacunku 16-letnich licealnych świeżaków. :-)
Do dziś ludzie z ogólniaka, z którymi mam kontakt najcieplej właśnie ją wspominają.
.."Rodzina jest wartością i filozofią życia, w pewnym sensie ideą" Ładne, ElvesBrew :)
Mnie w pierwszych latach podstawówki uczyli nauczyciele jeszcze z przedwojennym stażem - na ile oni byli "ideowi", na ile nie byli? Wspominam ich tak jak wspomina tutaj nauczycieli pewnie większość - bez zbytniego sentymentalizmu ;) Czy zaszczepili mi w szkole jakieś cenne wartości? Ideowe odrzucałem bo były właśnie bez "rodzinnego" pokrycia, z podstawowymi czułem się tak jak większość tutaj i podobnie je przyjmowałem ;) Mieli respekt bo mogli używać jeszcze linijki do lania po łbie i innych kar bezpośrednich.
W świetle obecnej mody nakładania nauczycielowi kosza od śmieci na głowę, byli jednak w lepszej sytuacji ;)
Zwróć uwagę Miczkus że najlepszą (bo i konieczną) satysfakcją z wykonywanego zawodu są pieniądze.
Gdybyśmy z tego warunku (satysfakcji) zrezygnowali na rzecz idei, to byłoby to co zgubiło komunizm - pracy pod dostatkiem za psie pieniądze i niewiele do kupienia.
na slunsku nauczyciele nie stawiajo niegrzecznych dzieci do kunta tylko wysylajo do biedaszybow hehe:):)
Ach, przyszli sie neiktorzy dowartościowa, ze najlepiej to oni wspominaja najwwieksze kosy gnojace kazdego czy slucznie, czy nie, dla zasady i bo tak.
A ja najlepiej wspominam pokreconego poloniste, ktory pewnei by ans do amtury nei przygotowal, ale mielismy dwa wspanaile lata, ktorych nigdy nei zapomnimy zapewne... a mature zalatwila trzecia klasa i nowa nauczycielka - na szczescie nie slyyna na cale liceum suka i kosa, tylko babka normalna, nie popadajaca w skarjnosci ani w jednym, ani w drugim kierunku. I kazdy zdal, z dobrym wynikiem.
Ale ja rozumiem, jak się chodzilo z bydlem do technikum, to faktycznie -taki gestapowiec to skarb.
Tylko zaden inteligent nie zauwazyl, ze to, czy nauczyciel potrafi nauczyc i czy jest wymagajcy w odpowiednim stopniu, nie musi isć w parze z charakterem. Oj, wspominam takiego co trząsl cala szkolą - i gowno nauczył...
Ja rozumiem, sentymenty, ale jeszcze jakiś mlody wejdzie, poczyta starych pierdzieli i mu sie we łbie pomiesza...
normalni to byli nudni w opor, najlepiej to wspominam wlasnie takie stary baby z nkwd co sie nie liczyly z nikim i niczym, przynajmniej mozna bylo beczke pokrecic
@Rallion - Wiesz, dzieci rozumieją szacunek dość pokrętnie. Moim zawodowym zdaniem nauczyciel, jakiego opisałeś (też znam takich) jest po prostu niekompetentny. Jeżeli nie rozumie, co to jest skala ocen i jak działa, może robić coś innego niż uczyć w szkole.
Dobry nauczyciel to taki, który potrafi skutecznie przekazać wiedzę, a przy jej sprawdzaniu potrafi sprawnie dobrać sposob egzaminowania i adekwatnie oceniać uzyskane odpowiedzi. Najlepiej, kiedy ocenia powtarzalnie (tzn. za podobną odpowiedź jest podobny stopień) i nieodwołalnie (czyli nie ma co dyskutować, bo pod uwagę jest brana wyłącznie wiedza - kto chce poprawić, ten ma następnym razem nauczyć się lepiej i szlus). W ten sposób wiadomo, kto jest dobry, kto przeciętny, a kto słaby.
W podstawówce nauczyciel może jeszcze robić trochę za wychowawcę, ale w szkole średniej (zwłaszcza liceum) musi przede wszystkim dawać uczniom wolną rękę (w końcu to prawie dorośli ludzie) ale sprawiedliwie egzekwować skutki tej wolności. Może jestem staromodny, ale dla mnie ideałem nauczyciela jest człowiek surowy, ale kompetentny i sprawiedliwy. Oraz cechujący się niskim poziomem drętwości gogicznej :8]
Nauczyciele podatni na perswazję tak naprawdę wyrządzają uczniom krzywdę, bo na studiach były licealista może trafić na np.: testy sprawdzane mechanicznie i szlus.
@Hajle Selasje - Patrząc wstecz, kiedyś (dwadzieścia-trzydzieści lat temu) też nie było z tym dużo lepiej. Problem tkwi w samym systemie. Nauczyciele w szkołach publicznych zarabiają średnio, więc ambitni ludzie idą w inne miejsca i muszą podporządkowywać się odgórnie narzuconym regułom (a te są z każdym rokiem głupsze), mają małe pole manewru. Co gorsza, pozycja szkoły od dłuższego czasu spada i nauczyciele oraz dyrektorzy znajdują się pod presją urzędników i rodziców, przez co szkoła traci wymiar edukacyjny (bo co to za edukacja, skoro decyzje kompetentnego nauczyciela może podważyć niekompetentny rodzic).
@ElvesBrew - W moim urzędzie skarbowym pracują bardzo uprzejmi i pomocni urzędnicy, w lokalnym szpitalu i przychodni są sympatyczni lekarze (a miałem okazję się im przyglądać codziennie, bo pracowałem w paru takich miejscach) a i paru dobrych nauczycieli też bym znalazł. Nie wiem, może żyję w magicznym miejscu, czy jaka cholera?
Herr Pietrus--->
Nie ma czym się dowartościowywać, bo niby czym? Każdy może sobie ocenić indywidualnie, czego go nauczył wymagający nauczyciel i czy po czasie nie stanowi to wartości. Matura z języka polskiego nie wymaga żadnego wymagającego nauczyciela, bo sama nie jest wymagająca, a w dużej mierze bazuje nie na przygotowaniu, tylko na inteligencji, z czego zapewne zdajesz sobie sprawę.
Tylko zaden inteligent nie zauwazyl, ze to, czy nauczyciel potrafi nauczyc i czy jest wymagajcy w odpowiednim stopniu, nie musi isć w parze z charakterem.
Zazwyczaj nie ma bezpośredniego związku, natomiast wymagający nauczyciel bardzo często wykazuje się wobec uczniów życzliwością, której młodzi ludzie na danym etapie życia nie są w stanie pojąć. I to jest zdecydowanie dalej idąca życzliwość, niż kumplowanie się z uczniami.
Dzikouak---->
Mamy do czynienia z nieustannym spadkiem jakości kształcenia. Tak po prawdzie, jestem przekonany, że najbardziej prawdopodobny jest wariant, w którym za kilkadziesiąt lat ludzie zamożni będą posyłać dzieci do dobrych lub bardzo dobrych szkół prywatnych (w szczególności np. katolickich, w których będzie się dzieciom wpajało pewne zapomniane wartości, choć także świeckich, względnie także elitarnych publicznych - ale tego nie jestem taki pewien), a reszta będzie robiła za motłoch - nauczyciele będą udawać, że uczą, a uczniowie będą udawać, że się uczą. Czyli nie tyle dojdzie do rewolucji w tej kwestii, co po prostu pogłębiania problemu.
Mamy do czynienia z nieustannym spadkiem jakości kształcenia. Tak po prawdzie, jestem przekonany, że najbardziej prawdopodobny jest wariant, w którym za kilkadziesiąt lat ludzie zamożni będą posyłać dzieci do dobrych lub bardzo dobrych szkół prywatnych (w szczególności np. katolickich, w których będzie się dzieciom wpajało pewne zapomniane wartości), a reszta będzie robiła za motłoch - nauczyciele będą udawać, że uczą, a uczniowie będą udawać, że się uczą. Czyli nie tyle dojdzie do rewolucji w tej kwestii, co po prostu pogłębiania problemu.
identyczna sytuacja jak we francji, tam 10-15% spoleczenstwa (w skrocie - ludzie zamozni) posylaja dzieciaki to szkol katolickich

Nauczyciele podatni na perswazję tak naprawdę wyrządzają uczniom krzywdę, bo na studiach były licealista może trafić na np.: testy sprawdzane mechanicznie i szlus.
Niech ten obrazek robi za mój jedyny komentarz >>>
Hajle, kształcenie m.in. tworzy elitę rządzącą. Jeżeli za kilkadziesiąt lat prywatne szkoły (na bazie zapomnianych wartości) zaczną nadawać szkolnictwu ton, to nie widzę zagrożeń dla społeczeństwa :) Wykształceni będą nadal tworzyć warstwy, mniej więcej odpowiadające tym starszym i dzisiejszym a ci z elitarnych szkół będą rządzić. Bardziej prawdopodobne jest to ze chodzi Ci o powszechny program nauczania :) Kiedy do władzy dojdą ci z elitarnych szkół katolickich, to ustawią program tak aby i ten "powszechny" służył "wartościom zapomnianym" :)
MAROLL --> Chodziłem do społecznego liceum i mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że to jeszcze większa kpina;).
@Hajle Selasje - Główny problem widzę w traktowaniu szkół jako przechowalni dla młodych ludzi oraz pozornym podnoszeniu wyników przez obniżanie wymagań. Swoją drogą, sytuacja, o której piszesz przypomina dość mocno podział obecny jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Aczkolwiek warto dodać do tego domowe nauczanie, które zyskuje sobie coraz większą popularność.
@WrednySierściuch - Perswazję niemerytoryczną, o której była mowa w tym wątku. Teraz lepiej? :8]
Akurat pracuję od jakiegoś czasu dość blisko z nauczycielami z najróżniejszych miast, jeśli ktoś będzie zainteresowany to jutro mogę opisać stereotypy jakie przypadają wśród polonistów, matematyków i historyków, kwiatki z współpracy itp. No masa tego jest, a ogólnie ciało pedagogiczne powinno pójść do wymiany.
No więc tak, pracuję dla pewnego wydawnictwa i zajmuję się organizowaniem szkoleń nauczycielom z różnych miejscowości w okolicach Warszawy (Radom, Płońsk, Płock, Sochaczew itp). Na spotkaniach oczywiście promujemy nasze podręczniki jak się da, pokazując przykładowe scenariusze lekcji oparte na naszych książkach. Zasada bardzo prosta: kilka słów wprowadzenia o ofercie edukacyjnej wsparte prezentacją multimedialną i dalej już pałeczkę przejmuje prowadząca, która zwykle od wielu lat korzysta z naszych podręczników i przeszła specjalne szkolenie. Na spotkaniach rozdajemy oczywiście pierdołowate gadżety, dla każdego gościa, a ludziom którzy nie mieli styczności z naszymi podręcznikami przekazujemy darmowy egzemplarz do zapoznania się z ofertą. Oczywiście wszyscy, którzy są z nami we współpracy otrzymują odpowiednie materiały i komplety dydaktyczne drogą pocztową, także nie ma sytuacji, żeby ktoś został poszkodowany. Nasi pocztą, obcy na miejscu, taka zasada.
Matematyka: Panie są nad wyraz aroganckie, lub totalnie spłoszone, nie spotkałem żadnej miłej nauczycielki matematyki, poważnie! Generalnie muszę być dla nich super uprzejmy, zachowując się z klasą i prezentują wysoką kulturę osobistą, ponieważ tak na prawdę to nauczyciele są ręką, która dokarmia wydawnictwo.
Ostatnio miałem bardzo zabawną sytuację. (J)a, kontra (m)atematyczka, która podchodzi do mnie z egzemplarzem okazowym (których nie rozdajemy nikomu, są to dodatkowe materiały, które każdy może zakupić):
M: To ja sobie to wezmę
J: Obawiam się, że nie mogę tego Pani przekazać, ponieważ mamy tylko jeden taki egzemplarz, a czeka nas jeszcze kilka spotkań na których chcielibyśmy zaprezentować naszą ofertę.
M: To nic, ja sobie wezmę
J: Nie mogę Pani tego przekazać, ponieważ rozliczamy się z tych książek, jeśli Pani sobie życzy, można to zamówić na karcie, o tutaj
M: Ale to ja potrzebuję przecież tego
J: Dlatego może Pani to zamówić u nas, za pośrednictwem tej karty przy 15% rabacie
M: To nie dacie mi tego?
J: Niestety nie możemy, mamy jeszcze kilka spotkań, na których chcielibyśmy ten materiał zaprezentować.
M: To na ostatnim pewnie komuś oddacie, a ja będę musiała zapłacić, złodzieje
*trach, rzuca książką i wychodzi z sali*
Pratycznie nie ma spotkania bez przebojów. Przynajmniej jedna osoba musi się awanturować, robić jakieś cyrki. Panie matematyczki potrafią się bić nawet o to, że jedna dostała ofertę wydawniczą, a druga nie. Pomimo, że oferty są rozsyłane pocztą, one muszą dostać do ręki - to nic, że zaraz przy wyjściu większość ląduje w koszu. Na zajęciach bardzo często przeszkadzają, gadają, kręcą się, wymądrzają - chodź nie mają racji i wprowadzają jakąś swoją matematykę. Ogólnie są bardzo aktywne, ale w pieprzeniu o tym, że jedna to dziś założyła za mały stanik, a druga to ma romans. Siedzą, piją kawę, wpieprzają ciastka i kręcą się. Najbardziej nie lubię właśnie matematyczek. Tych aroganckich, bo te megaciche i tak siedzą na zajęciach i nie odpowiadają na żadne pytanie, ani nie chcą współpracować. Najgorzej jest jak mamy duże spotkanie, na którym jest np. 40 osób, ja przyjmuję karty obecności, odpowiadam na pytania i rozdaję gadżety - zwykle nie potrafią stanąć ładnie w kolejce tylko każda się rzuca, wyrywa, przekrzykują się w pytaniach i ogólnie mam wrażenie jakbym stał na rynku przy koszach z tanią odzieżą.
Polonistki: Zwykle to albo nieogarnięte sierotki, albo śmierdzące baby ze spódnicami zaciągniętymi po same cycki, które dziamgają niemiłosiernie i walą straszne błędy w mowie ("pisało mi w tym zaproszeniu"), albo megadostojne starsze panie z klasą - bardzo sympatyczne i uprzejme. Miałem taką numerantkę kiedyś, spotkaliśmy się chyba na czterech tych samych szkoleniach i za każdym razem gdy mnie widziała to biegła z wywieszonym ozorem i zapytaniem: 'czy ma pan dziś jakieś prezenty?'. Zanim owe prezenty mogła otrzymać, musiała uzupełnić kartę obecności (taka procedura). Za każdym razem: 'o jezu zapomniałam, to pan mi da te prezenty, a ja uzupełnię zaraz kartę'. W tym wypadku było kilka perełek typu (J)a kontra (P)olonistka:
P: To pan mi da tą książkę
J: Ale Pani uczy z naszych podręczników, także powinna Pani dostać takową pocztą
P: Ja już mam dwie, jedną w domu, drugą w szkole, ale chcę trzecią do torebki
J: Jeśli Pani przekażę kolejną, do niestety nie dostanie jej ktoś, kto jeszcze w ogóle nie miał styczności z tymi podręcznikami.
P: To nic, da mi pan
Inna sytuacja w której udział brała jeszcze nasza (K)onsultantka:
P: A bo te z Warszawy to nie muszą chodzić na szkolenia, bo i tak zarabiają od nas, a my musimy jak głupie latać, żeby 200zł więcej dostać.
J: No tak, ale życie w Warszawie jest droższe
P: Jakie droższe, ja mam znajomego i mówi, że normalnie żyje. Te z Warszawy po prostu nie chcą, bo są wielkie damy.
K: Halinko, przepraszam Cię bardzo, Państwo z wydawnictwa XXX przyjechali z Warszawy właśnie
P: Ale to ja nie mam nic do Warszawy tylko mówię jak jest no
Polonistki w znacznej mierze współpracują na zajęciach i potrafią się jednak jakoś samo dyscyplinować, także chwała im za to.
Ogólnie najbardziej lubię historyków, to są straszni flegmatycy, którym na ogół nigdzie się nie spieszy - organizacja pracy przy takich ludziach jest ekstra, kulturalnie ustawia się w kolejce, poczekają, nikt na nikogo nie krzyczy, nie przepycha się. Trafiają się też dziwacy totalnie zajarani historią, a że sam zdawałem na maturze historię i przedmiot jest mi dość bliski sercu - często wpadamy w bardzo fajną dyskusję. Nigdy też nie miałem przebojów, żeby ktoś czegoś się domagał, raczej skromni i stłamszeni.
Tak jak mówiłem, to są stereotypy, ponieważ spotkań mamy po kilka w tygodniu, także trudno jest spamiętać charakterystykę każdego. Może kiedyś zacznę prowadzić jakiś dziennik pokładowy, bo przewija się cała masa kwiatków.
wspolczuje ci troche, pewnie nie mozesz odzalowac tego, ze nie ma podrecznikow dla wfistow
- co tam ostatnio ruchales rychu w szatni
- hehe dobrze wiesz wieslaw, to samo co ty
Ciągle nie łapię do czego pijesz, ale na pewno nic istotnego. Wniósłbyś raz w życiu coś konstruktywnego do jakiegokolwiek tematu. Raz w życiu! Spróbuj, na prawdę fajna sprawa!
Ja najlepiej wspominam Historyczkę z gimnazjum, widać, że nauczyciel z powołania. Minimum pracy z podręcznikiem, bite 45 minut słuchania barwnych opowieści o królach, bitwach i innych wielkich wodzach. Jedyne czego nie znosiłem to kartkówki, nie opisałeś w pełni postaci, zapomniałeś o jakiejś pierdółce, pała.
quaku - +1, też nie załapałem o co Bullzeye chodzi. :P
W podstawówce miałem WFistę, który pił wódkę w kanciapie u siebie, a lekcje się składały głównie z gier na macie. Tzn. macie piłke i grajcie:).
W liceum miałem nauczycielkę od matmy, która była starsza niż Tutanchamon. Raz się prawie udusiła szalikiem jak się w niego zaplątała. Mówiliśmy na nią "mumia".
W każdym razie miała wykształcenie polonistyczne i skończony jakiś kurs na nauczyciela matematyki. Nie umiała rozwiązać praktycznie żadnego zadania, a w dodatku pożyczała ode mnie książkę na lekcjach i nie oddawała. Strasznie ją żeśmy męczyli, po semestrze bidula odeszła na emeryturę. Z perspektywy czasu trochę mi głupio, ale jaja były przednie.
Ciągle nie łapię do czego pijesz, ale na pewno nic istotnego. Wniósłbyś raz w życiu coś konstruktywnego do jakiegokolwiek tematu. Raz w życiu! Spróbuj, na prawdę fajna sprawa!
zenedon mnie ubiegl, nie wspomnial tylko o tym, ze typowi wfisci wola prowadzic lekcje dla dziewczyn
reszte wywnioskuj sam, bo mi sie juz serio nie chce tlumaczyc =]