Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Battlefield 3: Siły pancerne Recenzja gry

Recenzja gry 19 września 2012, 09:50

Battlefield 3 wytacza ciężkie działa - recenzja dodatku Siły Pancerne

Siły pancerne miały być ukłonem w stronę tych fanów gry Battlefield 3, którzy uwielbiają starcia z udziałem czołgów na wielkich mapach. Eksperyment ten trudno jednak zaliczyć do wybitnie udanych.

Recenzja powstała na bazie wersji PC.

PLUSY:
  • cztery duże mapy dostosowane do wszystkich najważniejszych trybów;
  • nowe pojazdy wprowadzają większą różnorodność na polu walki;
  • konstrukcja plansz mocno premiuje współpracę między pojazdami a piechotą;
  • Góry Elburs zachwycają widokami i ogromem możliwości.
MINUSY:
  • zawodzi brakiem rozmachu walk pancernych;
  • Pustynia Bandar i Pancerna Tarcza odstają poziomem od dwóch pozostałych map;
  • kanonierka AC-130;
  • tryb Tank Superiority.

Wielu fanów Battlefielda 3 Walkę w zwarciu potraktowało jako wypadek przy pracy, nie do końca udaną próbę wejścia na teren od lat zaklepany przez konkurencyjne Call of Duty. Wydawało się, że przy Siłach pancernych DICE w pełni odpokutuje koncepcyjne wpadki poprzedniego rozszerzenia. O dziwo, trzeci z rzędu dodatek, choć sam w sobie udany, nieco rozczarowuje, gdyż zamiast nowoczesnej wizji bitwy na Łuku Kurskim oferuje wrażenia bardzo zbliżone do tego, co przeżyliśmy już wielokrotnie na Kaspijskiej Granicy i Wyspie Chark, tylko na większym obszarze.

Esencją Sił pancernych są cztery nowe mapy specjalnie dostosowane do zmechanizowanych starć. Już tutaj czeka nas pierwsze niemiłe zaskoczenie, bowiem Pancerna Tarcza pod wieloma względami przypomina dokonania projektantów z podstawki i na kolana nie rzuca, a Pustynia Bandar, nagłośniona przed premierą jako największe pole walki w historii serii, jest równocześnie bodajże najsłabszą propozycją z zestawu. Ogromną połać terenu poprzetykano gdzieniegdzie zabudowaniami i pagórkami, co robi niezbyt imponujące wrażenie. Nawet rozmieszczenie w Podboju siedmiu kluczowych punktów, w przeciwieństwie do standardowych pięciu, nie gwarantuje akcji w każdym zakątku mapy. Przy 64 graczach można dobrych kilkanaście minut podróżować bez bezpośredniego kontaktu z przeciwnikiem (pomachania do przelatującego myśliwca nie liczę). Niby mamy pole do szerokich manewrów, ale manewrować za bardzo nie ma czym.

Otóż, pomimo nieco mylącej nazwy, DICE nie zmieniło zbytnio standardowych zasad, jakimi rządzą się starcia. Czy to w trybie Podbój, czy Szturm, na miejsce w pojazdach mogą liczyć tylko nieliczni z całej trzydziestodwuosobowej drużyny. Nadal po mapie przetacza się więc góra kilkanaście czołgów i wozów opancerzonych, wspieranych z powietrza przez 2-3 śmigłowce i myśliwce, natomiast reszcie pozostaje rola szarej piechoty. Owszem, deweloper ułatwił na różne sposoby transportowanie żołnierzy na ważny odcinek – nowe pojazdy, jak niszczyciele czołgów, są dostosowane do zabrania na pokład aż 4 pasażerów, a posiadanie kanonierki AC-130 pozwala na wykonanie skoku ze spadochronem, który niechybnie rzuci nas w samo piekło. Mimo to niejednokrotnie znajdujemy się w sytuacji, kiedy po nieudanym łapaniu stopa czekają nas całe minuty respawnu wehikułu albo powolnego człapania na miejsce akcji. W połączeniu z przeważnie dość płaskim i pozbawionym osłon terenem, nadającym się idealnie do rozwijania pancernych ofensyw, wywołuje to frustrację piechoty, która w takich okolicznościach jest nie tylko umęczona drałowaniem po gorących piaskach, ale i stanowi wdzięczny cel dla strzelców śmigłowców, czołgistów i wszelkiej maści szczęśliwców, którzy rozpychali się łokciami w kolejce po pojazd, tyle że po drugiej stronie frontu.

Nie oznacza to jednak, że piechota w Siłach pancernych odgrywa drugorzędną rolę. Wystarczy przenieść się do Doliny Śmierci czy szczególnie w Góry Elburs, aby poczuć się w czołgu jak we wrażliwej i jeżdżącej trumnie. Ta pięknie zaprojektowana lokacja, umiejscowiona przy potężnym górskim masywie wyzwala pełen potencjał Battlefielda. Wolne przestrzenie kontrastują z wąskimi ścieżkami, grotami i stromymi podejściami, a skalisty teren umożliwia żołnierzom ukrycie się przed wzrokiem wroga. Obok strategicznych punktów idealnych do zdobycia przez zagony pancerne występują pozycje trudno dostępne dla każdego naziemnego pojazdu. W jednym miejscu jedyną naturalną osłoną jest kadłub transportera, inne idealnie nadaje się do zasadzek na szarżujących „kawalerzystów”.

Innymi słowy – każda z klas może równie mocno przyczynić się do sukcesu. Wysoko umieszczone pozycje strzeleckie stwarzają pole do popisu snajperom, kręte podjazdy aż proszą się o zaminowanie lub podłożenie ładunku C4, a dobrze ustawiony medyk jest nieoceniony w utrzymywaniu przy życiu własnych inżynierów, wchodzących w imponujące pojedynki z pojazdami przeciwnika. Do tego pasmo Elburs jest świadkiem niesamowitych akcji podczas brutalnych walk piechoty o strome zbocza, nagłych zrzutów spadochroniarzy na wrogie tyły i wirtuozerii pilotów przy lawirowaniu nad mocno nierównym terenem.

Recenzja gry Marvel’s Spider-Man na PC - pająk master race
Recenzja gry Marvel’s Spider-Man na PC - pająk master race

Recenzja gry

Po Spider-Manie „daleko od domu” i „bez drogi do domu”, człowiek-pająk znalazł w końcu swoją drogę na Steama i Epica. I śmiga na sieci tak gładko, że Sony robi się chyba coraz lepsze w pecetowych portach swoich ekskluzywnych tytułów.

Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana
Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana

Recenzja gry

Karl Fairburne powraca jako snajper, spec od robienia zdjęć rentgenowskich oraz odpowiednik Agenta 47 lub Sama Fishera w czasach inwazji na Normandię. Sniper Elite 5 zmienia się bowiem coraz bardziej w pełnoprawną skradankę.

Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!
Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!

Recenzja gry

Flying Wild Hog stworzyło produkcję, nijak pasującą do wcześniejszych strzelankowych dokonań tego studia i... naprawdę dało radę. Trek to Yomi to mała, ale świetna gra, która garściami czerpie z dorobku kina samurajskiego.