Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Śródziemie: Cień Wojny Recenzja gry

Recenzja gry 5 października 2017, 15:00

autor: Przemysław Zamęcki

Gra we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonuje.

Recenzja gry Śródziemie: Cień wojny – w Mordorze rządzi powtarzalność

Druga część dowolnej serii powinna być większa, lepsza i mocniej kopać w cztery litery. Czy takie jest Śródziemie: Cień wojny? I tak i nie.

Recenzja powstała na bazie wersji XONE. Dotyczy również wersji PC, PS4

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,

Siedem dla krasnoludów w ich kamiennych komnatach,

Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,

Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie,

I jeszcze jeden, bo deweloper miał w nosie kanon,

W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie. (…)

Najbardziej w grach wideo lubię być zaskakiwany. Znacie to uczucie. Uruchamiacie bez specjalnych oczekiwań jakiś tytuł i bum! No, może nie od razu bum, ale kiedy przez pierwszych kilkadziesiąt minut ciągle nurkujecie ku podłodze po wypadającą szczękę, znaczy to, że właśnie daliście się znienacka zaskoczyć. To fantastyczne uczucie, o które dzisiaj nie jest łatwo.

O zaskoczeniu słów kilka

PLUSY:
  1. kapitalny, poprawiony w stosunku do „jedynki” system walki;
  2. zmieniony, mniej dynamiczny, ale ciekawszy, system Nemezis;
  3. ulepszanie posiadanych armii;
  4. rozwój postaci i umiejętności bohatera;
  5. muzyka co najmniej tak dobra, jak w pierwszej części;
  6. pomimo powtarzalności brnie się naprzód, żeby zobaczyć, co będzie dalej.
MINUSY:
  1. rozwlekła fabuła;
  2. duża powtarzalność i jeszcze większy schematyzm niż poprzednio;
  3. paradoksalnie zbyt wiele pobocznych aktywności, przez co całość wolno się rozkręca;
  4. niskiej jakości oprawa graficzna na konsolach.

Z pozycjami nawiązującymi do twórczości Tolkiena w ostatniej dekadzie miałem tak dwa razy. Najpierw przy okazji Władcy Pierścieni: Wojny o Śródziemie, a potem Śródziemia: Cienia Mordoru, które już na samym wstępie jakością wykonania intra i pomysłem na historię wessało mnie niczym tornado wody Zatoki Meksykańskiej. Pamiętam, że na żadną z tych produkcji nie postawiłbym przed ich premierą babki w piaskownicy, a jednak życie przerosło moje niewygórowane oczekiwania o lot rakietą na Księżyc.

Nie dziwicie się zatem, że do zabawy w Śródziemie: Cień wojny podchodziłem jak naiwny mały chłopczyk, dla którego ekipa studia Monolith zdecydowała się przenieść Gwiazdkę na październik. Kampania marketingowa wzbudziła we mnie trochę podejrzeń, ale na hurtowo pojawiające się w ostatnich miesiącach filmiki machałem ręką i zwyczajnie ich nie oglądałem. Tu popełniłem błąd, przyznam otwarcie. Przeceniłem deweloperów, mając nadzieję, że poradzą sobie z materią, i kiedy kilkanaście dni temu po raz pierwszy odpalałem grę, szybko sam rzuciłem szczękę na podłogę, gotowy na przyjęcie zaskoczenia. „Nie dam się tym razem znienacka” – pomyślałem. Czekałem i czekałem, a kiedy zaskoczenie nie przychodziło, poczułem się lekko skonfundowany. To uczucie towarzyszyło mi przez następne kilkadziesiąt godzin i nawet teraz, kiedy piszę te słowa, nie mogę się go do końca pozbyć.

Recenzja gry Śródziemie: Cień wojny – w Mordorze rządzi powtarzalność - ilustracja #1
Pełna gotowość do przeprowadzenia szturmu na wrogą twierdzę.

W Mordorze zaległy cienie

Żeby było jasne, już teraz zastrzegę, że jeżeli komuś nie podobała się czy nudziła go powtarzalna rozgrywka w Cieniu Śródziemia, to od Cienia wojny także się raczej odbije. Jest to bowiem w dużej mierze powtórka z rozrywki, w której jedną średniej wielkości w skali gier z otwartymi światami mapę zastąpiono kilkoma nieco mniejszymi lub o podobnych rozmiarach, a całość przedstawia poszczególne prowincje Mordoru, pomiędzy którymi podróżujemy za pośrednictwem zaklęcia „loading”. Mapy te w większości nie przypominają też tej z „jedynki”, charakteryzującej się w miarę regularnym kształtem – bardziej stanowią sieć korytarzy łączących nieduże otwarte przestrzenie. Każda prowincja posiada obowiązkową twierdzę, której zdobycie, a następnie utrzymanie stanowi właściwie sedno dokonanych zmian.

Akapit wyżej wspomniałem, że osoby, którym nie przypadł do gustu Cień Mordoru, odbiją się także od sequela, ale zasadne byłoby także zastrzec, że gracze niezaznajomieni z marką mogą mieć z kolei kłopoty ze zrozumieniem fabuły. Ta jest bowiem bezpośrednią kontynuacją opowieści z „jedynki”, niespecjalnie silącą się na wytłumaczenie wcześniejszych niuansów. Kłopot tym większy, że część postaci znanych z poprzedniej gry pojawia się także i tym razem, a głównym bohaterem, strażnikiem Talionem, kierują do pewnego stopnia niejasne pobudki.

Recenzja gry Śródziemie: Cień wojny – w Mordorze rządzi powtarzalność - ilustracja #2
Na szczytach wież służących do szybkiej podrózy znajdziemy haediry - kamienie widzenia. Za ich pomocą szukamy poukrywanych po mapie artefaktów i wspomnień.

Oczywiście część wątpliwości rozwiewa wbudowane w program kompendium, ale to jednak nie to samo, co organoleptyczne przeżycie wcześniejszej historii sojuszu dwojga protagonistów, bo przecież nie zapominajmy, że w ciele Taliona uwięziony jest także upiór Celebrimbor – za życia najsłynniejszy elfi kowal Drugiej Ery, twórca i współtwórca Pierścieni Władzy.

Orkowie się zebrali czy orki zebrały się?

Recenzja gry Śródziemie: Cień wojny – w Mordorze rządzi powtarzalność - ilustracja #3

Choć nazwa „orki”, według słownika języka polskiego, jest poprawna i może być używana nie tylko w stosunku do wodnych ssaków lubujących się w polowaniach na foki, to jednak w polskich tłumaczeniach dzieł Tolkiena, jak i w literaturze fachowej, w stosunku do inteligentnej rasy orków zamieszkującej tereny Śródziemia przyjęło się używać określenia „orkowie”. Stosowanie w tym przypadku rodzaju męskoosobowego i form gramatycznych przynależnych istotom inteligentnym – „zebrali się”, a nie „zebrały się” – jest bardziej eleganckie i zgodne z intencją profesora.

Niestety, z jakiegoś powodu tłumacze gry zdecydowali, że w stosunku do paskud z Mordoru bardziej adekwatny będzie termin „orki”. Decyzja ta jest niezrozumiała tym bardziej, że w pierwszej części mieliśmy do czynienia z tą bliższym nam nazwą „orkowie”. Z drugiej strony bez trudu da się znaleźć inne gry, które również operowały tą mniej rozpowszechnioną w literaturze formą – vide Władca Pierścieni: Wojna na Północy.

Recenzja gry Darksiders Genesis – wygląda jak Diablo, a to wciąż Darksiders
Recenzja gry Darksiders Genesis – wygląda jak Diablo, a to wciąż Darksiders

Recenzja gry

Czy po trzech częściach serii jest jakiś sens w wydawaniu prequela, który w dodatku jest spin-offem i to izometrycznym? Wbrew pozorom, zdecydowanie tak. Szkoda tylko, że ta część nie wyszła jako pierwsza, bo mogłoby to pomóc całej marce.

Recenzja gry Sniper: Ghost Warrior Contracts – snajper trafia za czwartym razem
Recenzja gry Sniper: Ghost Warrior Contracts – snajper trafia za czwartym razem

Recenzja gry

Sniper: Ghost Warrior Contracts to w zasadzie Hitman, który zamiast przebrań, ma tylko karabin snajperski. I generalnie takie połączenie całkiem nieźle działa.

Recenzja gry Terminator: Resistance – Roboty ciosane z drewna mają swoją duszę!
Recenzja gry Terminator: Resistance – Roboty ciosane z drewna mają swoją duszę!

Recenzja gry

Nowy Terminator jest zaskakująco satysfakcjonujący. Nie chodzi jednak o przeciętny film Tima Millera, a świeżutką grę krakowskiego studia Teyon – dewelopera, który w branży gamingowej "zabłysnął" dzięki niechlubnemu Rambo: The Video Game.