Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Micro Machines: World Series Recenzja gry

Recenzja gry 3 lipca 2017, 15:20

autor: Czarny Wilk

Bez umiaru pożre gry oraz filmy, nie pogardzi też soczystym komiksem albo dobrze upieczonym serialem.

Recenzja gry Micro Machines: World Series – mikropowrót kultowej serii

Nowa odsłona kultowej serii Micro Machines to przykład tego, że niektóre gry po prostu nie nadają się do zabawy sieciowej. Skupienie się na trybach online w World Series zrobiło temu dziełu Codemasters jedynie krzywdę.

Recenzja powstała na bazie wersji PS4. Dotyczy również wersji PC, XONE

PLUSY:
  1. przyjemny system jazdy;
  2. krótkie sesje w trybie kanapowego multiplayera sprawiają niemal taką samą frajdę jak we wcześniejszych odsłonach;
  3. mapy pełne cieszących oczy detali.
MINUSY:
  1. mało wszystkiego – aren, tras, broni, pojazdów, możliwości ustawiania parametrów rozgrywki;
  2. chaotyczność odbiera jakąkolwiek satysfakcję z zabawy w trybie sieciowym;
  3. wszystkie trasy są bardzo krótkie i łatwe do zapamiętania, przydałoby się kilka bardziej zaawansowanych odcinków;
  4. potraktowane po macoszemu lokalne tryby multiplayer.

Kanapowy multiplayer dogorywa. Tryb zabawy, który dawniej był jednym z najbardziej atrakcyjnych sposobów spędzania czasu przed konsolami i przesądził o sukcesie wielu kultowych marek, dziś sprowadzony został do roli reliktu przeszłości. Giganci elektronicznej rozrywki już dawno całą parę przerzucili na zmaganie sieciowe, granie przed jedną konsolą traktując jak robiony z przymusu i minimalnym nakładem środków zapychacz albo całkowicie z niego rezygnując.

Liczyłem, że pierwsza od jedenastu lat wydana na duże konsole odsłona kultowego cyklu Micro Machines będzie wyrazem buntu przeciwko tym praktykom i sprawi, że wreszcie zyskam sensowny powód do odkurzenia dodatkowych padów do PlayStation 4. W końcu seria ta, skupiająca się na wyścigach zdalnie sterowanych samochodzików po torach pokroju stołu kuchennego czy napełnionej wodą wanny, zawsze najbardziej bawiła w lokalnych trybach dla wielu graczy i starsi fani głównie tego po jej powrocie oczekiwali. Tymczasem World Series okazało się być przykładem ślepego podążania za trendami i wciskania nowoczesnych rozwiązań tam, gdzie one zupełnie nie pasują.

Witaj, świecie

Już pierwsza wizyta w menu głównym nie pozostawia wątpliwości, na czym skupili się pracownicy studia Just Add Water. Na cztery dostępne tryby trzy dotyczą stricte rozgrywek sieciowych, ostatni zaś oferuje możliwość prostego ustawienia parametrów wyścigu i pojeżdżenia samotnie lub z lokalnymi znajomymi. Gra nie posiada jakiejkolwiek kampanii dla jednego gracza, osią zabawy czyniąc zdobywanie w sieciowych pojedynkach punktów doświadczenia, przekładających się na kolejne poziomy profilu, oraz zwiększanie możliwości wizualnej modyfikacji pojazdów.

Możemy więc mierzyć się z graczami z całego świata w pojedynczych walkach, w odblokowywanych od poziomu dziesiątego mistrzostwach (które jednak w kwestii rozgrywki nie różnią się niczym od wspomnianych pojedynczych starć) oraz w wymienianych okresowo specjalnych wyzwaniach, w których pojawiają się specjalne modyfikatory – po premierze była to automatyczna zmiana pojazdu po każdej „śmierci”. Celowo przy tym używam zwrotów „walkach” i „starciach”, gdyż oprócz tradycyjnych wyścigów i eliminacji twórcy przygotowali także tryb bitwy, w którym dwie uzbrojone po zęby zmechanizowane drużyny ścierają się w takich wariantach zabawy jak „capture the flag” czy „king of the hill”.

Lokalna rozgrywka umożliwia natomiast samodzielne ściganie się bądź udział maksymalnie czterech graczy w klasycznej eliminacji lub samochodowej wariacji na temat trybu deathmatch – każdy z zawodników zostaje rzucony na mikroskopijną arenę, gdzie stara się zabić wszystkich oponentów, nim to oni zabiją jego. Nie za wiele tego – zwłaszcza w połączeniu z brakami w zawartości, o których jeszcze co nieco napiszę później.

Recenzja gry Micro Machines: World Series – mikropowrót kultowej serii - ilustracja #1
Broń urozmaica nieco wyścigi, ale jej rodzajów jest stanowczo zbyt mało.

Teoria chaosu

Sama rozgrywka cechuje się olbrzymią losowością. System jazdy jest bardzo przyjemny, w sposobie zachowania pojazdów daje się wyczuć charakterystyczną niewielką masę, umożliwiającą bardzo gładkie hamowanie i wchodzenie w zakręty. Jednak urozmaicenie wyścigów znajdowaną na planszach bronią oraz stałe uzupełnianie liczby uczestników pojazdami sterowanymi przez sztuczną inteligencję sprawia, że na niewielkich trasach i arenach wiecznie panuje ścisk i chaos.

Szczególnie mocno odczuwa się to w trybie wyścigów, gdzie pierwsze sekundy to jeden wielki zamęt, a kto na tym etapie, bardziej dzięki szczęściu niż umiejętnościom, zdoła wysunąć się na prowadzenie, ten z reguły ma już pewne zwycięstwo – trasy są zbyt proste i łatwe do zapamiętania, by często popełniać na nich błędy. Losowość panuje też w trybie eliminacji, czyli klasycznym wariancie zabawy, w którym pozwolenie liderowi na odjechanie zbyt daleko powoduje, że odpadamy z danej rundy. Nieraz zakląłem pod nosem, gdy z zabawy wykluczał mnie natłok konkurentów – zanim jeszcze cokolwiek zdołałem zdziałać. W trybach bitewnych jest pod tym względem lepiej pod warunkiem, że mamy zgraną drużynę – w innym wypadku tu także panuje totalny chaos.

Recenzja gry Micro Machines: World Series – mikropowrót kultowej serii - ilustracja #2
Liczba dwunastu pojazdów nie robi większego wrażenia, jednak przynajmniej dość mocno różnią się one od siebie w trybach bitewnych.

I taki mocno ograniczony wpływ na sytuację sprawdza się świetnie – ale w kanapowym multiplayerze, gdzie każdy nieuczciwy zgon czy atak z zaskoczenia kwitowany jest zbiorowym wybuchem śmiechu, a głośno werbalizowana frustracja momentalnie zostaje rozładowana. W tym trybie, nawet pomimo faktu, że został on potraktowany maksymalnie po macoszemu, World Series bawi i spokojnie może urozmaicić spotkanie towarzyskie czy posłużyć za okazję do wspominek czasów NES-a i jego podróbek. Pod warunkiem, że nie rozgrywamy więcej niż kilku meczyków w trakcie jednej sesji, bo na dłuższą metę zabawa zaczyna nużyć.

W przypadku gry w sieci, gdzie nie mamy bezpośredniego kontaktu z naszymi rywalami, mocno ograniczony wpływ na własne wyniki sprawia, że z poszczególnych rund ulatują większe emocje. Jazda jest przyjemna, ale ciężko było mi ekscytować się zwycięstwami czy nawet frustrować przegrywaniem, gdy wiedziałem, że moje rezultaty tylko w małym stopniu zależą ode mnie samego czy nawet umiejętności moich oponentów. Ot, była to taka beznamiętna jazda dla samej jazdy, ani męcząca, ani też szczególnie zabawna. Największy minus Micro Machines pojawił się więc już na etapie koncepcyjnym – gdy postanowiono skupić się na aspektach sieciowych w przypadku produkcji, która kompletnie nie posiada potencjału pozwalającego prawdziwie wciągnąć gracza w zabawę online.

Recenzja gry NFS Heat – nowy Need for Speed dowozi... i nie dowozi
Recenzja gry NFS Heat – nowy Need for Speed dowozi... i nie dowozi

Recenzja gry

Need for Speed: Heat to najlepszy NFS, ale tylko na tle dwóch ostatnich odsłon. Zapamiętamy go jednak na zawsze dzięki wyjątkowym przygodom z policją. Uberpolicją!

Recenzja gry Forza Horizon 4 – tak się wygrywa bitwę o Anglię
Recenzja gry Forza Horizon 4 – tak się wygrywa bitwę o Anglię

Recenzja gry

Forza Horizon 4 zmienia się w pełnoprawne, samochodowe MMO. To bardzo dobra gra, która błyszczy na tle konkurentów, a zawiedzie odrobinę jedynie weteranów serii.

Recenzja gry The Crew 2 – odtwórcza rewolucja
Recenzja gry The Crew 2 – odtwórcza rewolucja

Recenzja gry

To, co zrobił Ubisoft z The Crew 2, zakrawa niemal na skandal. Takiego recyklingu w sandboksach jeszcze nie było. Ale wiecie co? Nie chce mi się podnosić larum, bo jeżdżenie po USA (a także latanie i pływanie) wciąż potrafi być nad wyraz przyjemne.