Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Opinie

Opinie 22 października 2021, 16:02

autor: Adam Zechenter

Redaktor. Historyk. Miłośnik strategii, gier sieciowych i dobrej literatury.

Siedem lat minęło, a Dying Light wciąż zaskakuje świeżością

Gry różnie się starzeją. Jedne już po paru latach wydają się nijakie, a inne nawet dekadę później bawią i zaskakują. Niedawno odkryłem, że Dying Light należy do tej drugiej kategorii.

Nie wszystkie gry są jak wino. Niektóre, o czym pisałem niedawno w felietonie o Diablo 2, gdy przestaniemy patrzeć na nie przez zniekształcający pryzmat nostalgii, wykurzają anachronicznymi pomysłami, drewnianą mechaniką czy kanciastą grafiką. Dying Lightowi niedługo stuknie siedem lat. Tytuł ten zadebiutował na początku poprzedniej generacji sprzętu – a dziś PS5 i nowe konsole Microsoftu mają już prawie roczek. W międzyczasie powstał działający streaming gier, Ubisoft wypuścił aż cztery duże odsłony „Asasyna”, a smutne kulisy pracy w Blizzardzie zniechęciły do tej firmy wielu fanów. Słowem, sporo wody upłynęło w Odrze.

Siedem lat temu nie wkręciłem się w Dying Lighta. Potem parę razy próbowałem, ale z mizernym skutkiem. Dopiero premiera platynowej edycji zwróciła moją uwagę. Dzięki temu dowiedziałem się o tej grze paru rzeczy: po pierwsze, że nadspodziewanie dobrze działa na Switchu – lepiej niż port Wiedźmina 3 na tę samą konsolkę. Co jednak ważniejsze, zaskoczyło mnie, jak świeże wrażenie robi Dying Light w 2021 roku. A przecież niemal za chwilę, bo w lutym 2022, ma nastąpić debiut „dwójki”. Wreszcie nie tylko zrozumiałem, ale i na własnej skórze poczułem, że w 2015 roku Techland wypuścił naprawdę świetną i oryginalną grę, która starzeje się jak dobre wino.

CZTERY RZECZY, KTÓRE W DYING LIGHCIE CIĄGLE ZASKAKUJĄ ŚWIEŻOŚCIĄ

  1. Miasto. Harran to nie żaden Nowy Jork, to taka niby Turcja, a trochę też Europa Wschodnia. Powiedzcie: ile takich miejsc zwiedziliśmy do tej pory w grach? Dość już mam Londynów, Paryżów czy innych Waszyngtonów. Znacznie lepiej czuję się w swojskim Harran – nawet jeśli pełne jest wygłodniałych zombiaków.
  2. Parkour. Byłem pewien, że skakanie po budynkach musiało się zestarzeć. Okazuje się, że nie tylko ciągle nieźle się sprawdza, ale i w międzyczasie Dying Light stracił największego rywala w tej dziedzinie – „Asasyny” odeszły od parkouru, więc dzieło Techlandu siedem lat po premierze jeszcze bardziej się tym odróżnia od innych gier.
  3. Walka wręcz FPP. Choć nie jest jakoś szczególnie ekscytująca, to w zasadzie nie ma konkurencji, co czyni ją niejako z automatu świeżym doświadczeniem.
  4. Normalna fabuła. Dzisiaj, kiedy gry starają się dotrzeć do wszystkich, trudniej wśród produkcji AAA znaleźć opowieści proste, pozbawione przerysowanych postaci czy obowiązkowego humoru. Pod tym względem Dying Light robi takie normalne wrażenie – a to dziś już naprawdę dużo.

Chrzanić Nowy York

Amerykanizacja światowej kultury to już oczywista oczywistość. W jednym popularnym serialu śledzimy losy paczki kumpli z Nowego Jorku (Przyjaciele), w innym śmiejemy się z perypetii dziwnego lekarza z New Jersey (Dr House), a w kinach oglądamy wszystkie te katastroficzne filmy, w których meteoryty, kosmici i inne tałatajstwa dziwnym zbiegiem okoliczności atakują tylko i wyłącznie USA. Podobnie jest w grach, w których tajemnicza zaraza nawiedza Nowy Jork (The Division), a faszyści przejmują władzę w Londynie (Watch Dogs Legion). Od biedy trafiamy jeszcze czasem do Japonii czy Ameryki Południowej. Zgadza się, ten trend powoli się zmienia, ale ciągle w popkulturze dominuje szeroko pojęty Zachód. Dlatego miasto z Dying Lighta jest jak oddech świeżego powietrza w dusznym pokoju.

Harran, bo tak nazywa się miejsce akcji, to nie tylko nie jest Nowy Jork, Londyn czy Tokio. To nawet nie jest miasto europejskie – zainspirowano się w jego przypadku Turcją, a w szczególności Istambułem, mocno więc odróżnia się od tego, co zazwyczaj możemy zobaczyć w grach wideo. Co mnie samemu sprawiło jeszcze dodatkową przyjemność, to fakt, że trudno nie poczuć tutaj tak bliskiego nam środkowoeuropejskiego klimatu. Ponure blokowiska, znajome bezpieczniki, które trzeba naprawić w każdej kryjówce, klatki schodowe pomazane graffiti, monitory CRT w co drugim mieszkaniu czy kłująca w oczy wszechobecna bieda. No jak w pysk strzelił Polska lat 90. Ja w Harran poczułem się w każdym razie jak w domu. Nawet jeśli ten dom zamieszkiwały tabuny wygłodniałych dzikich lokatorów.

Skaczcie do góry jak wesołe kangury

Szczerze mówiąc, zaczynając zabawę, byłem pewien, że bieganie po budynkach musiało się zestarzeć – i że pewnie z tego powodu od gry się odbiję. Mocno się pomyliłem. Kiedy już złapałem właściwy rytm ruchu, a także trochę rozwinąłem postać, okazało się, że parkour w Dying Lighcie sprawia masę frajdy. Sprytnie zaprojektowane miasto pozwala sprawnemu graczowi pędzić na złamanie karku – skakać z budynków na budynki, płynnie pokonywać ogrodzenia czy też dynamicznym ślizgiem przeciskać się przez wąskie przejścia.

Dying Light nie tylko nadal bawi pomyślanym i działającym systemem parkouru, ale i spokojnie może iść w szranki z „Asasynem” – tym bardziej że seria Ubisoftu zeszła w ostatnich odsłonach na ziemię i skupia się teraz raczej na elementach RPG, a nie wspinaniu na budynki. W zasadzie więc dzieło Techlandu jest w tym aspekcie dziś bezkonkurencyjne – w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Chodź na solo

Ile znacie gier FPP, które oferują głównie walkę wręcz? Niewiele, prawda? A gdy odrzucimy średniowieczne tytuły w stylu Kingdom Come czy Mount & Blade to już w ogóle prawie takich nie ma. I jest tego bardzo sensowny powód – po prostu trudno zrobić dobry system walki za pomocą broni białej, który nie ucierpi na ograniczeniach, jakie narzuca perspektywa pierwszoosobowa. Lepiej sprawdza się tutaj strzelanie – i strzelanek na rynku faktycznie jest cała masa.

Twórcy Dying Lighta sporo więc zaryzykowali, kiedy postawili na takie rozwiązanie. Rzeczywiście, walka w grze nie zachwyca – liczba ruchów czy kombinacji wydaje się mocno ograniczona, a całość trochę... drewniana. Szczególnie widać to w trybie Hellraid, który skupia się właśnie na walce wręcz z hordami wrogów – poza tym prawie niczego innego w nim nie ma.

Może nie pamiętacie, ale swego czasu Techland zapowiedział Hellraida jako osobną grę. Po latach ciszy, a potem anulowaniu projektu to, co po nim pozostało, wykorzystano jako DLC do Dying Lighta. Kiedy odpalicie ten tryb, od razu zrozumiecie, czemu to nie mogło się udać – machanie mieczem i zabijanie setek szkieletów zwyczajnie szybko robi się nudne. Na szczęście w Dying Lighcie walka to tylko jeden z elementów rozgrywki. Mamy tu jeszcze parkour, crafting, cutscenki, eksplorację – ba, od pewnego momentu gra staje się bardziej strzelanką niż symulatorem walenia gazrurką w rozpadające się z makabrycznym mlaśnięciem czerepy zombiaków. W efekcie walka wręcz nie przytłacza, a więc nie wpływa zbyt mocno na odbiór gry.

Dlaczego mimo wszystko uważam, że walka nadal stanowi w Dying Lighcie świeży element? Bo w zasadzie do dzisiaj nie ma sensownej konkurencji. I nawet jeśli nie jest idealna, to sprawdza się w tej pętli rozgrywki, którą zaprojektował Techland.

Adam zaczyna odkrywać Dying Lighta po latach, ja jestem redakcyjnym fanatykiem tej gry. O ile przyznaję mu rację, że walka mogłaby być lepsza, o tyle chcę zwrócić uwagę na jeden aspekt. W tej grze często walczymy nie po to, żeby pokonać przeciwnika, tylko żeby móc biec dalej. Najlepiej ten system według mnie sprawdza się, gdy w biegu skopujemy stojącego nam na drodze żywego trupa z krawędzi, drugiemu ucinamy nogę i pędzimy naprzód.

Marcin Strzyżewski

Fabuła bez debilizmów

Każdy, kto przeszedł Dying Lighta, uśmiechnie się pewnie z politowaniem na myśl, że ze wszystkiego, co gra ma do zaoferowania, chwalić zamierzam akurat fabułę. Fakt, niezbyt porywające dialogi, nijaki bohater, sztampowy do bólu czarny charakter czy postacie niezależne, o których zapominasz chwilę po ich poznaniu – przyznacie, że nie robi to dobrego wrażenia. Cóż więc tak Cię w tej historii ujęło, Adamie?

Mimo swoich wad fabuła Dying Lighta nie męczy. Tutaj jednak decyduje nie tyle siła dzieła Techlandu, co raczej słabość konkurencji. Coraz trudniej bowiem zagrać w grę AAA osadzoną w jakiejś tam wizji naszej rzeczywistości, która nie jest pełna idiotyzmów rodem z dzieł Ubisoftu (pisał o nich ostatnio w felietonie Piotr Weltrowski), lootboksów od EA czy też banalnej ucieczki w fantastykę. Opowieść z Dying Lighta może nie porywa, ale też i nie drażni głupawymi żartami czy nachalnie kolorowym miastem. Jest na swój sposób dojrzała, mroczna i taka... normalna. Smutne to, ale było to dla mnie coś świeżego.

Jeśli nie teraz, to kiedy?

Siedem długich lat zajęło mi wciągnięcie się w Dying Lighta – i to w bodaj najbrzydszą jego wersję, bo gram na Switchu. Produkcja ta co prawda chodzi na tej konsoli jak marzenie, ale wygląda jak koszmar. Tym bardziej więc doceniam, że udało jej się mnie zaciekawić. Nie jest to ani najlepsza gra ostatnich lat, ani nawet najlepsza gra, jaką odpaliłem w tym roku (ten tytuł przypadnie zapewne Metroidowi Dread), ale to ciągle kawał solidnego sandboksa.

Dzieło Techlandu, mimo siedmiu lat na karku, pozostaje wciąż naprawdę fajną grą. Oczywiście, nie jest pozbawione wad – grafika się zestarzała, opowieść nie porywa, a walka wręcz na dłuższą metę okazuje się nieciekawa. I takich słabości znajdziecie w Dying Lighcie więcej. Mimo wszystko byłem zaskoczony tym, że niemal siedem lat po premierze Dying Light na wielu polach w zasadzie nie ma konkurencji. I wiecie co? Nie będzie już lepszego momentu, żeby się o tym przekonać. Za parę miesięcy Dying Light 2 przejmie pałeczkę od swojego starzejącego się protoplasty – a wtedy powrót może być znacznie boleśniejszy. Jeśli więc nie graliście do tej pory w „Umierające światło”, dajcie mu szansę. Bo jeśli nie teraz, to kiedy?

O AUTORZE

Dying Light zbyt długo czekał na mojej kupce wstydu. Na co dzień lubię FPS-y i uwielbiam postapokalipsę, więc nie bardzo wiem, czemu wcześniej zabrakło między nami chemii.

ZASTRZEŻENIE

Kopię gry Dying Light na konsolę Nintendo Switch otrzymaliśmy nieodpłatnie od firmy Techland.

Adam Zechenter

Dying Light

Dying Light

Dying Light: Hellraid

Dying Light: Hellraid

Techland nie spieszy się z premierą Dying Light 2 - i wcale się nie dziwię
Techland nie spieszy się z premierą Dying Light 2 - i wcale się nie dziwię

Widzieliście pokaz Dying Lighta 2? A widzieliście datę premiery? 7 grudnia to dzień, który sporo nam mówi o stanie prac nad grą.

Cyberpunk 2077 już jest. A ja się pytam, gdzie jest Dying Light 2?
Cyberpunk 2077 już jest. A ja się pytam, gdzie jest Dying Light 2?

Cyberpunk 2077 spóźnił się kilka razy, ale w końcu możemy w niego grać. Tymczasem Dying Light 2, jak się wydaje, zapadł się pod ziemię. Co się dzieje i kto wybrał lepszą strategię?