Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Filmy i seriale

Filmy i seriale 6 października 2018, 13:44

autor: Filip „fsm” Grabski

Rocznik 84, gra w gry, często chodzi do kina, sporo czyta, serialuje, podcastuje i docenia riffy.

Recenzja filmu Venom – zmarnowany potencjał

Jeden z głównych przeciwników Spider-Mana dużo traci, gdy pajęczaka usunie się z filmowego równania. Venom jako antybohater i główna postać ma ogromny potencjał, który w tym filmie został niestety wykorzystany tylko połowicznie.

PLUSY:
  1. gdy jest Venom, jest dobrze;
  2. szalejący Tom Hardy;
  3. muzyka;
  4. humor;
  5. ok. 40 minut filmu okazuje się całkiem udane.
MINUSY:
  1. pozostała godzina już nie bardzo;
  2. scenariusz głupszy, niż było to wymagane;
  3. słabiutki Riz Ahmed jako główny przeciwnik;
  4. zmarnowany potencjał na coś naprawdę fajnego (gdzie ta kategoria R?!).

Kabaret Moralnego Niepokoju napisał piosenkę, której refren brzmi „ale jaka piękna tragedia!”. Ta fraza idealnie oddaje moje wrażenia po obejrzeniu Venoma. To jest mocno kulawy film, który próbuje iść w zbyt wielu kierunkach naraz, popełnia przy tym masę błędów, momentami wygląda zbyt tanio, ale potrafi wygenerować na tyle dużo frajdy podczas seansu, że nie nazwałbym go totalną porażką. Szkoda tylko, że gotowe dzieło nie spełniło chyba niczyich nadziei, z gwiazdą tego obrazu włącznie.

Wszyscy ci, którzy wieszają psy na trzecim odcinku Spider-Mana w reżyserii Sama Raimiego, nie znajdą tu wielu momentów, dzięki którym na nowo uwierzą w filmowe wcielenie Venoma. Siłą rzeczy w tym obrazie jest go dużo więcej i trudno nie traktować tego pozytywnie, ale zaraz obok miejsc, w których błędy przeszłości zostały naprawione, pojawia się drugie tyle nowych niedociągnięć. Ach, twórcy, naprawdę nie trzeba mieć takiego produkcyjnego rozdwojenia jaźni, wystarczy, że ma je główny bohater.

Jesteśmy Eddie

FILM W SKRÓCIE
  1. Reżyseruje Ruben Fleischer, twórca udanego Zombielandu.
  2. Główną rolę gra Tom Hardy (wciela się zarówno w Eddiego Brocka, jak i w Venoma), partneruje mu Michelle Williams, a walczyć musi z Rizem Ahmedem (Łotr 1).
  3. Film planowany był jako krwawa i brutalna zabawa dla dorosłych, w duchu Logana i Deadpoola, ale ostatecznie studio zdecydowało się na wersję „od lat 13”.
  4. Jako dzieło Sony Venom nie ma związku z Marvel Cinematic Universe.
  5. Po seansie widz odkrywa, że nawet twórcy nie do końca wiedzieli, czym miał być finalny produkt.

Cały ten bałagan zaczyna się w momencie, gdy Eddie Brock, wytrawny dziennikarz śledczy, nie jest w stanie przeprowadzić zwykłego laurkowego wywiadu z młodym bogaczem wysyłającym rakiety w kosmos celem znalezienia lekarstwa na wszystkie bolączki ludzkości. Eddie atakuje przed kamerą Carltona Drake’a, a ten w ramach odwetu za niewygodne pytania pociąga za odpowiednie sznurki i w konsekwencji nasz dzielny dziennikarz traci pracę, narzeczoną i mieszkanie. Na papierze wygląda to jak odpowiednia motywacja, by chcieć zmienić swoje życie – Eddie jest prawie na dnie, musi się więc od niego odbić, przy okazji wymierzając sprawiedliwość dwulicowemu bogaczowi. Symbiont zwany Venomem, gość z innej planety, trafi więc na podatny grunt.

Szkopuł polega na tym, że to wszystko powyżej – i dużo więcej – zajmuje dobre 45 minut filmu. Produkcja rozpędza się wolno i zanim przejdzie do smakowitych kąsków, wystawia cierpliwość widza na próbę. Ale widz wie, że będzie się działo, więc grzecznie czeka. W tym czasie jedynym ekranowym magnesem jest Tom Hardy. Mamy uwierzyć, że jego bohater to inteligentny i przebiegły facet, choć sugeruje to tylko jeden montaż jego zawodowego dorobku, bo tak naprawdę Brock jest trochę tępy, trochę leniwy, trochę zabawny, trochę odważny, trochę kreskówkowy, jednak zupełnie nie przekonuje jako dziennikarz. I być może tylko dzięki temu, że jego postać jest taka, a nie inna, Hardy miał okazję sporo pobawić się na planie. Jeśli lubicie go jako aktora, na pewno nie będziecie zawiedzeni, bo jego harce świetnie się ogląda. Nawet jeżeli traci na tym wiarygodność historia.

A skoro już o tym mowa – Riz Ahmed dostał złoczyńcę napisanego grubym flamastrem, który pozostaje nieciekawy aż do samego finału. Tak samo jak nieciekawe i niewiarygodne jest uczucie między Eddiem a Annie, zakochaną w nim po uszy narzeczoną, która z zaskakującą łatwością potrafi skreślić wspólne życie ich obojga, bo niekrzesany Eddie znowu narozrabiał. No i jest jeszcze ta nieszczęsna nowa wersja symbiozy Venoma i Brocka... Komiksowi fani będą musieli ją przetrwać, bo potem nagle coś się zmienia.

SYMBIONT A SPIDER-MAN

Pozaziemska forma życia zwana symbiontem w komiksach przybyła na Ziemię i jako pierwszego „gospodarza” wybrała sobie Spider-Mana. Coś, co początkowo było tylko nowym kostiumem z nowymi mocami, szybko stało się znacznie bardziej niepokojące.

Spider-Man porzucił symbionta, gdy w końcu zdał sobie sprawę z jego złowrogich intencji. Wtedy obcy związał się z Eddiem Brockiem, który miał z Peterem Parkerem na pieńku, i z czasem Venom wyrósł na jednego z najbardziej znanych i najlepszych przeciwników Człowieka Pająka. Pod tym względem film z 2007 roku był dość wierny swej komiksowej genezie. W tym roku sprawa wygląda zupełnie inaczej.

Jesteśmy Venom

Gdy Venom w końcu pojawia się na ekranie, robi to stopniowo, z coraz lepszym skutkiem zarówno dla widza, jak i dla filmu. Venomowe „wypryski” wywołujące bardzo adekwatne reakcje Eddiego sprawiają, że film w końcu nabiera jakiegoś charakteru, by doprowadzić do znanej ze zwiastuna sceny pierwszej całkowitej przemiany. No! Coś się dzieje! To rozumiem!

Venom w tej wersji to nie jest Eddie z mocami, jak to było w filmie Raimiego. Venom to osobny byt, ze swoim charakterkiem, swoimi pragnieniami (JEŚĆ!) i swoim jasno określonym celem. Co prawda fakt, że czarny symbiont od razu wydaje się całkiem sympatyczny i antybohaterski, może w oczach lepiej zaznajomionych z komiksami widzów wyglądać nieco sztucznie, ale taką konwencję łatwo zaakceptować. W końcu jest to dzieło nastawione na nastoletniego widza.

No właśnie. Nastoletniego. O historii powstawania Venoma można by spokojnie napisać osobny tekst. Ruben Fleischer to twórca znany głównie z udanego, zabawnego, brutalnego i wulgarnego Zombielandu, wydawał się więc dobrym kandydatem do zastosowania tej samej techniki przy Venomie. Pierwsze informacje wspominały o krwi, brutalności i „twardym R” – wszak pieniądze zarobione przez Deadpoola i Logana mówiły same za siebie. Wytwórnia Sony znana jest jednak z tego, że obiecuje jedno, a robi drugie – i gdzieś po drodze (mimo zapewnień) wyszło, że Venom będzie od lat 13. Oczywiście „zachowując ducha komiksu”, bo jakżeby inaczej.

I tu wracam do przerwanego powyżej opisu dobrych stron filmu. Przemocy w Venomie jest sporo, ale kropli krwi tu nie uświadczymy. Głów zjedzonych jest kilka, ale jeden taki akt w ogóle nie został pokazany, a dwa razy jest to jedynie wspomniane w dialogach. Brzydkich słów oczywiście brak i trzeba się postarać, żeby poczuć, że pod tym wszystkim czai się prawdziwy Venom. Taki, który ma gdzieś konwenanse. Taki, który chce żreć, zabijać i się śmiać. Dobrze więc, że ten nasz Venom jest chociaż zabawny, jego rozmowy z Eddiem są fajnie napisane i zagrane, a kilka scen akcji zostało bardzo porządnie zainscenizowanych.

Nie wiadomo, czym jesteśmy

Venom starał się naprawić niedociągnięcia pierwszego aktu filmu, ale z jakiegoś powodu (być może budżetowego) zdecydowano się doprowadzić wszystko do zbyt szybkiego, zbyt nieczytelnego i zbyt mało satysfakcjonującego finału. Fabularna stawka jest wysoka, jednak zupełnie tego nie czuć. Mamy jedynie ukrytą w połowie napisów obietnicę dużo lepszej kontynuacji, która będzie musiała być odpowiednio brutalna – w przeciwnym razie Sony straci te nędzne resztki zaufania widzów, jakie jeszcze posiada. No i byłoby fajnie, gdyby następnym razem zarówno zwiastun, jak i finalny plakat nie zdradzały absolutnie wszystkiego, co zobaczyliśmy w gotowym filmie.

Od strony czysto technicznej i produkcyjnej Venom plasuje się nieco powyżej średniej. Stwór przez większość czasu prezentuje się bardzo dobrze, akcja jest czytelna (no, do pewnego momentu), nic nie wygląda zbyt tanio lub niewiarygodnie, a muzyka bardzo ładnie ilustruje wydarzenia na ekranie. Trudno się do czegokolwiek przyczepić, wszak budżet też nie był zbyt wysoki. To powiedziawszy, trzeba jednak zaznaczyć, że nie ma się też czym zachwycać. Ot, solidna robota.

Venom chciałby, ale nie może. Brak Spider-Mana nie byłby w ogóle dokuczliwy, gdyby tylko reszta mocno stała na dwóch nogach. Tymczasem jedna noga jest silna – to momenty, kiedy stwór szaleje, Hardy szaleje, dialogi szaleją i w ogóle wszystko jest szalenie szalone, Problem w tym, że druga kończyna ma totalny zanik mięśni – ta scenariuszowa i koncepcyjna, gdzie kino dla dorosłych fanów komiksu zamieniono w kolejnego przeciętniaka.

Odseparowany od Marvel Cinematic Universe film należy do tych mniej udanych adaptacji – postawiłbym go gdzieś obok Spider-Mana 3, Daredevila czy Ligi Sprawiedliwości. Posiada przy tym na tyle dużo charakteru i samej rozrywkowej wartości, że nie umiem z czystym sumieniem nazwać go złym filmem. Venom ma przebłyski geniuszu stłamszone przez złe decyzje na szczeblu wyższym niż oryginalne pragnienia Toma Hardy’ego i fanów. Ale jeśli tylko zarobi odpowiednio dużo kasy, może powstanie kontynuacja. Taka porządna. A ja wtedy chętnie ponownie pójdę do kina i może zapomnę, że tegoroczny Venom to znowu nie jest TEN Venom.

Ostatnia aktualizacja: 2018-10-06

Filip „fsm” Grabski

TWOIM ZDANIEM

Zamierzasz pójść na Venoma do kina?

Nie
49%
Tak
40%
Jeszcze nie wiem
11%
Zobacz inne ankiety
Recenzja filmu Anihilacja – świetne science fiction od Netflixa
Recenzja filmu Anihilacja – świetne science fiction od Netflixa

Po kilku głośnych wtopach filmowych, Netflix w końcu dostarcza widowisko warte czasu poświęconego na jego obejrzenie. Anihilacja to nietypowa produkcja science fiction, która wywołuje autentyczny niepokój.