|
American McGee jako jedna z nielicznych osób lubi sygnować kolejne projekty swoim imieniem i nazwiskiem. Nie można również nie zauważyć, iż jego gry pod wieloma względami zdają się odbiegać od głównego nurtu, prezentowanego przez większość konkurencyjnych pozycji. Osobiście nie widzę w tym nic złego. Odrobina oryginalności nikomu jeszcze nie zaszkodziła, oczywiście zakładając, iż finalny produkt stoi na odpowiednio wysokim poziomie. Poprzednie gry wspomnianego dżentelmena przypadły mi jednak do gustu. W szczególności warto tu zwrócić uwagę na wydaną pod koniec 2004 roku grę Scrapland, gdyż o Alice mało kto pamięta.
Najnowszy projekt pana McGee, czyli Bad Day L.A. również zdaje się nie mieć żadnych solidnych odpowiedników. Tak na dobrą sprawę dałoby się go jedynie przyrównać do drugiej części Postala, choć wiele osób takie posunięcie może nieco oburzyć. Oba te tytuły w moim przekonaniu prezentują jednak zbliżone i momentami chore poczucie humoru. W Postalu mogliśmy wszystko obsikać czy też zająć się masową eksterminacją słoni, z kolei w Bad Day L.A. główny bohater „myli” niemowlę z piłką, a także jest świadkiem eksplodujących ludzkich głów. Już teraz można więc stwierdzić, iż recenzowana gra zdecydowanie nie powstała z myślą o tych osobach, którym na widok podobnych zachowań robi się niedobrze. Powstaje jednocześnie pytanie – czy poza zwiększoną dawką brutalności gra ta ma jeszcze coś ciekawego do zaoferowania? Zdecydowanie tak!

A teraz pobawimy się w lekarza!
Jak można się łatwo domyślić, akcja Bad Day osadzona została w tytułowym Mieście Aniołów. Czyżby po raz kolejny znalazło się ono na celowniku złoczyńców? Po części można się z tym stwierdzeniem zgodzić, gdyż w wielu atakach biorą udział terroryści. Zdecydowanie częściej mamy jednak do czynienia z kataklizmami o podłożu naturalnym. Jesteśmy świadkami trzęsień ziemi, ogromnych pożarów czy też potężnego tsunami, które zalewa znaczną część miasta. Fajnie? Nie do końca... Jeden z podstawowych problemów recenzowanej gry polega na tym, iż tak naprawdę nigdy nie bierzemy bezpośredniego udziału w żadnej z tych katastrof. Ucieczka przed ogromną falą tsunami czy walącymi się w wyniku trzęsienia ziemi wieżowcami z całą pewnością mogłaby sprawić wielu osobom dużo frajdy. Zamiast tego poruszamy się po obszarach dotkniętych już działaniami tych czynników.
Celowo pomijałem do tej pory postać głównego bohatera. Nie mamy tu bowiem do czynienia z typowym dla takich produkcji obrońcą światowego pokoju, a pospolitym... kloszardem. Anthony, bo tak ma na imię sterowana przez nas postać, nie przywiązuje większej wagi do mających miejsce w jego otoczeniu tragicznych wydarzeń. Niespecjalnie podoba mu się też to, iż w niektórych sytuacjach musi pomagać innym ludziom. Tak czy siak, jest to nieuniknione. Tylko w ten sposób może się bowiem wydostać z wyniszczanego przez kolejne katastrofy miasta.
|