Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać

Alan Wake's American Nightmare Recenzja gry

Recenzja gry 5 marca 2012, 16:09

Pistolet silniejszy od pióra - recenzja gry Alan Wake's American Nightmare

Z samodzielnymi dodatkami bywa tak, że często są one czymś zupełnie innym niż to, czego po kontakcie z podstawową wersją oczekują gracze. Taki jest właśnie Alan Wake's American Nightmare, w którym dominującą rolę odgrywa walka, a nie tryb przygodowy.

Recenzja powstała na bazie wersji X360.

PLUSY:
  • świetna mechanika walki;
  • technologiczny wzór do naśladowania;
  • Mr. Scratch i scenki z jego udziałem.
MINUSY:
  • porzucenie warstwy fabularnej na rzecz strzelania;
  • backtracking i powtarzanie pewnych czynności;

Dwa lata po wydarzeniach, jakie miały miejsce w Bright Falls, Alan Wake znowu powraca na nasze konsole. Tym razem w formie samodzielnego dodatku dostępnego do ściągnięcia w usłudze Xbox LIVE Arcade. Skoro jest to tylko dodatek, a nie nowa pełnoprawna gra, autorzy powiedzieli sobie, że mają w nosie to, czy ich produkt spełni oczekiwania fanów opowieści z dreszczykiem, i przygotowali coś, co bez problemu da się nazwać rasową trzecioosobową rzezią z elementami gadki szmatki.

American Nightmare zabiera nas do miasteczka Night Springs w Arizonie – w kolejnych odcinkach, jak głosi slogan, może być to dowolne miejsce na Ziemi. Night Springs jest bowiem również czymś w rodzaju telewizyjnego serialu, wzorowanego na The Twilight Zone, w którym główna rola została powierzona uwięzionemu w mroku pisarzowi.

Najważniejszym oponentem bohatera jest jego sobowtór, chcący zająć miejsce Alana u boku jego żony. Mr. Scratch jest heroldem ciemności, w imieniu której do walki stają tzw. opętani. Już nie ludzie, a jeszcze nie potwory, osobnicy otuleni czarnym całunem niczym zbroją. Wrażliwi na światło w identyczny sposób jak przeciwnicy bohatera z podstawowej wersji gry. Promień latarki zdejmuje z nich zasłonę, czyniąc ich podatnymi na obrażenia.

The Twilight Zone to amerykański serial, w którym uznani pisarze prezentowali jednoodcinkowe historie z dreszczykiem. Scenarzystami byli m.in. Ray Bradbury. J. Michael Straczynski czy szczególnie popularny ostatnio (choć znany w kręgach fantastów od wielu lat) George R. R. Martin, autor cyklu Pieśń Lodu i Ognia.

Pomysł odcinka American Nightmare zasadza się na umieszczeniu bohatera w czymś w rodzaju pętli czasowej, której przerwanie możliwe będzie dopiero wtedy, gdy pisarzowi uda się tak zmienić zastaną rzeczywistość, by ta była zgodna z tym, co wcześniej opisał na porozrzucanych po lokacjach kartach manuskryptu. Wraz z Alanem zwiedzamy więc przydrożny motel i pobliską restaurację, obserwatorium astronomiczne oraz kino samochodowe. Trzy średniej wielkości lokacje, w których poza standardowymi zadaniami w rodzaju konieczności odnalezienia pewnych elementów i rozmowy z zamieszkującymi je postaciami mamy do czynienia z dużą dawką przemocy, brutalności i nadziewania gwoździami. Zdecydowanie na plus gry przemawia półotwarta struktura miejscówek. Wąskie, z góry wytyczone ścieżki z podstawowej wersji poszły w odstawkę. Nowe tereny nie porażają wielkością, to góra kilkaset metrów wszerz i wzdłuż.

Jako się rzekło, twórcy ze studia Remedy postanowili nie spełniać oczekiwań fanów podnieconych perspektywą powrotu do fascynującego i tajemniczego świata Alana W. i zamiast fabularnego majstersztyku z odrobiną dreszczyku oddali graczom do testów poligon doświadczalny. Podstawowymi narzędziami w boju są pistolet, strzelba i flary. Wraz z odnajdywaniem kolejnych stron manuskryptu jesteśmy w stanie otwierać specjalne skrzynie zawierające potężniejsze pukawki, w rodzaju strzelby myśliwskiej czy karabinu. W jednej z lokacji znajdujemy nawet kuszę. Szkoda trochę – skoro już ktoś wysilił się i przygotował cały ten arsenał – że ktoś inny nie zmusił nas do wykorzystania każdego żelastwa, bo grę, pomimo konieczności nieustannego przewiercania się przez przeciwników, spokojnie da się ukończyć używając tylko samej strzelby. Przyznam jednak, że były momenty, kiedy niezwykłą przyjemność sprawiało mi posługiwanie się zarówno flarami czy granatami błyskowymi, jak i rakietnicą.

Urozmaiceniu służy także zróżnicowanie przeciwników. Od typowego mięsa armatniego po niedużych spryciarzy, nieatakujących wprost, tylko próbujących zajść nas z boku. Od kolesi, potrafiących klonować się po skierowaniu na nich światła latarki, po ciężkawych i cholernie wytrzymałych typów z piłami tarczowymi czy innych – obrzucających nas granatami. Są też goście zamieniający się w stado ptaków, a jak ktoś cierpi na arachnofobię, to informuję, że w grze pojawiają się także pająki.

W grze spotykamy pająki, do eksterminacji których wystarczy sama latarka.
Oceny redaktorów, ekspertów oraz czytelników VIP ?

sekret_mnicha Ekspert 17 czerwca 2012

(PC) Solidnie zrobiony, rozsądnie wyceniony Alan Wake w wersji "light". Do rewelacyjnego starszego brata sporo brakuje, ale American Nightmare daje kilka godzin frajdy.

7.0
Recenzja gry Marvel’s Spider-Man na PC - pająk master race
Recenzja gry Marvel’s Spider-Man na PC - pająk master race

Recenzja gry

Po Spider-Manie „daleko od domu” i „bez drogi do domu”, człowiek-pająk znalazł w końcu swoją drogę na Steama i Epica. I śmiga na sieci tak gładko, że Sony robi się chyba coraz lepsze w pecetowych portach swoich ekskluzywnych tytułów.

Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana
Recenzja gry Sniper Elite 5 - coraz mniej snajpera, coraz więcej Hitmana

Recenzja gry

Karl Fairburne powraca jako snajper, spec od robienia zdjęć rentgenowskich oraz odpowiednik Agenta 47 lub Sama Fishera w czasach inwazji na Normandię. Sniper Elite 5 zmienia się bowiem coraz bardziej w pełnoprawną skradankę.

Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!
Recenzja gry Trek to Yomi - chcę więcej takich gier!

Recenzja gry

Flying Wild Hog stworzyło produkcję, nijak pasującą do wcześniejszych strzelankowych dokonań tego studia i... naprawdę dało radę. Trek to Yomi to mała, ale świetna gra, która garściami czerpie z dorobku kina samurajskiego.