Polecamy Recenzje Przed premierą Publicystyka Warto zagrać
Recenzja gry 15 października 2010, 13:46

autor: Przemysław Zamęcki

Grał we wszystko na wszystkim. Fan retro gratów i gier w pudełkach, które namiętnie kolekcjonował. Spoczywaj w pokoju przyjacielu - 1978-2021

Castlevania: Lords of Shadow - recenzja gry

Przedstawiciel rodu Belmontów po raz kolejny staje do walki z zagrażającymi ludzkości przerażającymi monstrami. Castlevania: Lords of Shadow to hektolitry krwi i wody święconej rozlewanej przy akompaniamencie symfonii grozy.

Recenzja powstała na bazie wersji X360. Dotyczy również wersji PS3

Ten rok wyjątkowo obficie obrodził w dobre i bardzo dobre slashery. Darksiders, Bayonetta, Dante’s Inferno i w końcu God of War III sprawiły mnóstwo frajdy fanom masakrowania demonów i ich popleczników, ale faktem jest, że wszystkie te gry pojawiły się w pierwszych miesiącach roku. Brakowało kropki nad i, tytułu który podsumuje osiągnięcia gatunku. Co prawda wkrótce czeka nas jeszcze premiera Star Wars: The Force Unleashed II, ale wydaje mi się, że już dzisiaj można wyraźnie wskazać kandydata na najlepszy slasher. Panie i Panowie – oto Castlevania: Lords of Shadow.

Mam wrażenie, że saga rodu Belmontów, składająca się obecnie z kilkunastu tytułów, nigdy nie cieszyła się w Polsce szczególną popularnością. Być może z racji tego, że Castlevania wydawana była prawie wyłącznie na przeróżne konsole, a te wciąż nijak nie mogą mierzyć się pod względem obecności w domach graczy z pecetami. Stąd też i stosunkowo mały tzw. „hype” na kolejne tytuły z serii, które – notabene – poza wyjątkiem potwierdzającym regułę do tej pory były zwyczajnymi dwuwymiarowymi platformówkami. Ów wyjątek, zrealizowany w technologii 3D na PlayStation 2, okazał się na tyle słaby na tle pozostałych tytułów, że nawet niespecjalnie jest o czym wspominać.

Mnóstwo widoków w grze jest wprost monumentalnych.

Konami najwyraźniej postanowiło jednak nie zrażać się tą wpadką i po raz kolejny zaatakować rynek w pełni trójwymiarowym produktem, który na dodatek staje w szranki z bardzo poważną konkurencją, z przygodami Kratosa na czele. Biorąc przy tym pod uwagę, że deweloperem Lords of Shadow jest firma, która trzy lata temu stworzyła bardzo krytycznie przyjęte Clive Barker’s Jericho, to decyzja taka wydaje się być już zupełnym szaleństwem. Rzeczywistość lubi jednak płatać przeróżne figle i tym razem, być może dzięki pomocnej dłoni samego Hideo Kojimy, nowa Castlevania nie tylko wychodzi z tego starcia obronną ręką, ale wręcz nokautuje konkurencję. Nie w każdym aspekcie, ale generalnie już sam ten fakt wart jest odnotowania.

Głównym bohaterem gry jest Gabriel Belmont. Członek Zakonu Światła, nieprzejednany wróg wszelkiego zła. Jednocześnie bohater tragiczny, co w slasherach powoli staje się normą. Dwa dni przed rozpoczęciem akcji gry żona Gabriela zostaje zabita przez potwory. Ten wyrusza więc w samobójczej niemal misji zlikwidować troje przywódców panoszącego się po świecie zła, tytułowych Władców Cienia. Każdy z nich bowiem posiada fragment tajemniczej maski, pozwalającej przywrócić spokój w nawiedzanych przez monstra krainach.

Tak, oczywiście z grubsza, prezentuje się fabuła Castlevanii. Nie jest ona przesadnie skomplikowana i w zasadzie można by ją z powodzeniem zamknąć w jednym krótkim zdaniu, mówiącym o parciu przed siebie i wybijaniu napotykanych pokrak, gdyby nie jedna rzecz. Otóż – czy to dzięki świetnemu dubbingowi (jednej z postaci, będącej jednocześnie narratorem, głosu użyczył znany z roli kapitana Jean Luca Picarda Patrick Steward), czy też oszczędnym w formie, ale perfekcyjnie zrealizowanym na silniku gry cut-scenkom przewijające się przez historię postacie zaczynają w naszej wyobraźni żyć własnym życiem. Strażnik Jeziora Pan, komunikująca się jedynie za pomocą telepatii Claudia, spotkana w trakcie eksploracji wielkiego zamczyska dziewczynka-wampir czy w końcu sam Gabriel naprawdę zapadają w pamięć. Kreacja występujących w grze bohaterów to bardzo duży atut Lords od Shadow.

Battlefield 2042 - recenzja. Dla każdego coś multiplayerowego
Battlefield 2042 - recenzja. Dla każdego coś multiplayerowego

Recenzja gry

Najnowsza produkcja studia DICE zrezygnowała z kampanii singlowej – zamiast tego zdecydowano, że gracze otrzymają więcej różnorodności w zawartości dla wielu graczy. Czy to dobry kierunek rozwoju?

Recenzja GTA Trilogy Definitive Edition - nie o taki remaster nic nie robiłem
Recenzja GTA Trilogy Definitive Edition - nie o taki remaster nic nie robiłem

Recenzja gry

GTA: The Trilogy Definitive Edition to mocno nieprzemyślany pakiet remasterów. Pomimo dość ładnej grafiki za cenę jednej gry dostajemy trzy stare. Można się przy nich nieźle bawić, ale raczej nie przekonają do siebie nowych graczy.

Recenzja gry Call of Duty: Vanguard - tylko dla największych fanów serii
Recenzja gry Call of Duty: Vanguard - tylko dla największych fanów serii

Recenzja gry

Najnowszy Call of Duty: Vanguard to poprawna strzelanka w singlu i powtórka z rozrywki w multi. Nie zaskakuje ani na plus, ani na minus, co czyni z niej nieco bladą, łatwą do zapomnienia odsłonę.